Zespół prof. Anity Olejek operuje maluchy w łonie matki. I ratuje je przed kalectwem
Fot. Maciej Zienkiewicz

Zespół prof. Anity Olejek operuje maluchy w łonie matki. I ratuje je przed kalectwem

W klinice w Bytomiu operuje się maleńkie dzieci jeszcze przed urodzeniem. „Dajemy im szanse na normalne życie” – mówi prof. Anita Olejek, kierownik oddziału ginekologii w bytomskim szpitalu.
Karolina Morelowska-Siluk
15.02.2021

To właśnie do niej, do Bytomia, przyjeżdżają kobiety w ciąży z całej Polski, kiedy dowiadują się od swoich lekarzy, że ich dziecko ma wadę wrodzoną i w zasadzie „nic nie da się już zrobić”. Bo profesor dr hab. Anita Olejek, kierownik Katedry i Oddziału Klinicznego Ginekologii, Położnictwa i Ginekologii Onkologicznej w Bytomiu, nie lubi się poddawać. Jest jedną z prekursorek operacji płodu w łonie matki w Polsce.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tu nie ma miejsca na fałszywy ruch

Karolina Morelowska: Zespół stworzony przez panią w szpitalu w Bytomiu przeprowadza operacje płodu z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem przed urodzeniem, w łonie matki. W wielu miejscach w Polsce i na świecie takie zabiegi traktowane są chyba ciągle jako eksperyment, w pani oddziale to normalna praktyka. Jak to się robi?

Prof. Anita Olejek: Trzeba mieć szczęście do ludzi – a ja je mam, pracuję z najlepszymi. Historia zaczęła się 10 lat temu. To wtedy mój kolega, doktor Krzysztof Grettka, nawiązał kontakt z amerykańskim prekursorem operacji w łonie matki, doktorem Josephem Brunnerem. Poleciał do Stanów i stanął przy stole operacyjnym jako asystent mistrza. A następnie przywiózł ze sobą prawdziwy skarb – kasetę VHS z nagraniem jednego z zabiegów. I ja uwierzyłam, że jeśli uda nam się zbudować solidny zespół, to możemy robić takie operacje w Bytomiu!

Jaki był pierwszy krok?

Tworzenie zespołu operacyjnego należy zacząć od dobrego anestezjologa. A ja takiego znałam. Była to nieżyjąca już, niestety, pani doktor Anna Cichoń-Mikołajczyk. Zgodziła się, wykazała się wtedy gigantyczną odwagą. W zespole musi być też neurochirurg, wyspecjalizowany w operowaniu dzieci – profesor Janusz Bohosiewicz nie miał żadnych wątpliwości. Pracujemy razem już ponad 11 lat. W ciągu tego czasu nasz zespół oczywiście zyskał nowych członków. No i nie jest to już operacja z zakresu eksperymentu medycznego, lecz uznana procedura terapeutyczna.

Oczywiste wydaje się, że operacje, które pani i pani zespół przeprowadzacie, wymagają mistrzowskiego warsztatu, są bardzo, bardzo trudne…

To prawda, ale nie przez ich skomplikowanie, tylko przez ryzyko, jakie się z nimi wiąże. Tu nie ma miejsca na pomyłki, na fałszywy ruch. Trzeba sobie umieć poradzić w każdej sytuacji. To niby „tylko” dwa cięcia – przecięcie powłoki brzusznej i przecięcie macicy – jednak to wszystko musi być zrobione bardzo fachowo. Najbardziej uważnym trzeba być przy macicy. Bo to szalenie unaczyniony i ukrwiony organ. Należy bardzo starannie wykonać nacięcia, używając specjalnych szwów, staplerów, tak, by nie było krwawienia. Ono może wywołać konsekwencje, które uniemożliwią wykonanie zabiegu.

Staplerów?

To narzędzie, które wyglądem przypomina nożyczki. Kiedy przecina się nim ścianę macicy, miejsca przecięcia są automatycznie zabezpieczone, więc rana nie krwawi.

I można dalej działać, czyli?

Trzeba zamknąć rozszczep, to znaczy miejsce, gdzie rdzeń nie jest okryty warstwą mięśni i skóry, przez co ulega uszkodzeniom. Dzięki temu cofa się samoistnie wodogłowie, bo płyn mózgowo-rdzeniowy przestaje zbierać się wewnątrz czaszki i uciskać mózg. Ten etap zabiegu wykonuje chirurg dziecięcy.

Czytaj też: Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi

Tu nie euforia jest potrzebna, a pokora

Wyobrażam sobie, że przez to, czym pani się zajmuje, dla wielu kobiet jest pani kimś wyjątkowym, ratuje pani przecież zdrowie czy wręcz życie ich dzieci.

Dzięki naszym operacjom wiele dzieci ma szanse na zmniejszenie kalectwa, na to, że będzie normalnie chodzić, a upośledzenie umysłowe nie pojawi się w ogóle lub będą to jedynie zaburzenia pewnych funkcji poznawczych. Mówiąc wprost – dzieci i ich rodzice mają szansę na niemal normalne życie! Natomiast jeśli nie wykona się zabiegu przed narodzinami, jest wielce prawdopodobne, że dziecko będzie miało znaczne upośledzenie sprawności ruchowej, a być może także intelektualnej. Mogą wystąpić: wodogłowie, upośledzenie motoryczne, różnego stopnia dysfunkcje intelektualne. A do tego jeszcze powikłania, np. zapalenie mózgu, które może skończyć się nawet najgorszym...

Czy dokonywanie takich cudów sprawia, że między pacjentką a lekarzem tworzy się jakiś specyficzny rodzaj więzi?

Rzeczywiście, z wieloma pacjentkami, które były u nas operowane, utrzymujemy kontakt. Wpadają, piszą maile. Informują o stanie zdrowia dzieci. Przychodzą do nas też te dzieciaki, biegają po oddziale, na własnych nóżkach. Miło i ciekawie się z nimi rozmawia, są rozumne i śmiałe, lubię je obserwować.

olejek
Fot. Maciej Zienkiewicz

Z dumą pani na nie patrzy?

Raczej z radością. Nie wzruszam się przesadnie. Myślę, że pacjenci nie oczekują ode mnie nadmiernie emocjonalnego, lecz raczej profesjonalnego podejścia. Nie odczuwam też przesadnej ekscytacji. Na szczęście, bo sądzę, że to byłoby niebezpieczne. Myślę, że dobrze wykonuję moją pracę, robię to, co do mnie należy. Ewentualną euforię musi powstrzymywać pokora. Nie zapominam o tym, że mam do czynienia z biologią.

A ona bywa nieodgadniona. Wiem, że nie wszystko zależy tylko od moich rąk. Po tylu operacjach, które przeprowadziliśmy, a było ich ponad 110, wiemy już, że jest wiele czynników, na które nie mamy wpływu. Są wady, które u dwójki dzieci wydają się dokładnie takie same, my podczas operacji wykonujemy te same czynności, a potem te dzieci rozwijają się, z przyczyn nam nieznanych, w inny sposób. Jedno radzi sobie lepiej niż drugie. Mimo tych samych ogromnych chęci i pracy włożonej w zabieg, czasem bywamy przez naturę w jakimś sensie pokonani.

Ale często to pani w „grze” z naturą uzyskuje wynik 1:0!

Rzeczywiście, niekiedy wydaje się, że te sytuacje są na pograniczu magii! Ta akurat dotyczy innego problemu, którym także zajmuję się w mojej pracy zawodowej. Mam pacjentkę, która do dziś uważa mnie prawie za czarodziejkę! Bardzo długo nie mogła mieć dzieci, miała problemy z drożnością jajowodów, leczyła się u wielu lekarzy. Trafiła do mnie i za którymś razem, po zrobieniu laparoskopii, powiedziałam jej, że w tym miesiącu zajdzie w ciążę. Zaszła. Ona traktuje to w kategoriach proroctwa, a ja po pierwsze wiedziałam, że po tej laparoskopii jajowód będzie przez jakiś czas sprawny, po drugie rzeczywiście intuicja podpowiedziała mi, że się uda, i stało się!

To było dla mnie jako lekarza bardzo przyjemne uczucie, ale kiedy natura „wygrywa”, absolutnie nie podcina mi to skrzydeł. Nie odbiera zapału ani mnie, ani mojemu zespołowi. Myślę, że wielu lekarzy spotykają takie sytuacje.

Fakt, że w tej chwili, niemal każdego tygodnia, zgłasza się na nasz oddział jakaś ciężarna, która prosi o opiekę nad dzieckiem, świadczy chyba o tym, że dobre opinie o nas roznoszą się wśród kobiet. Wiedzą, że dziecko z takim rodzajem wady ma w Bytomiu szansę na znaczną poprawę jakości życia.

Czytaj też: „Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Lekarz musi mieć serce do walki

Bo do was trafiają kobiety, które często od innych lekarzy słyszą: „Nic nie da się zrobić, proszę rozważyć usunięcie ciąży…”.

Bardzo mnie boli, że wśród lekarzy panuje taka łatwość w mówieniu kobiecie, że jej dziecko będzie w ogromnym stopniu upośledzone, więc aby nie narażać go na cierpienie, trzeba rozważyć, co będzie tym „mniejszym złem”. Matka i ojciec zostają często z takim dramatycznym wyborem, nie daje im się ani nadziei, ani alternatywy. Lekarze poddają się, nie chcą walczyć.

A panią, jak słyszałam, koledzy z zespołu nazywają „Waleczne Serce”.

Rzeczywiście, kiedyś mnie tak nazwali. To były nasze początki. Wróciłam właśnie z Katowic, z jakiegoś sympozjum, weszłam na oddział i coś mnie tknęło, aby zajrzeć na blok operacyjny. Trwała tam właśnie operacja płodu. Przez szybę zobaczyłam, że sala tonie we krwi, a lekarze mają nietęgie miny. Błyskawicznie się przebrałam, umyłam i pobiegłam, aby pomóc. Udało mi się założyć kilka odpowiednich szwów, które zatrzymały solidne krwawienie. Wtedy liczyło się przede wszystkim zachowanie pełnego spokoju, maksymalne skupienie i dobra współpraca operatorów. Obyło się bez komplikacji. Kolega nazwał mnie wtedy „Waleczne Serce”. To było miłe, ale bez przesady, każdy lekarz musi mieć serce do walki.

Jest pani odważna?

Może ja po prostu nie wiem, co to znaczy nie być odważną, bo w mojej rodzinie wszystkie kobiety były odważne. To chyba jest dla mnie naturalne. Słyszałam, że są kobiety, które mówią: „Taka jestem mała, zaopiekuj się mną”. Słodki kociak to nie ja. I słodkich kociaków nie ma też w moim zespole, zresztą ten rodzaj pracy na to nie pozwala. Nie lubię gierek, intryg, lubię grę fair play. I nie jestem również pamiętliwa, myślę, że to dobrze wpływa na mój układ wieńcowy. Lekarz też musi o siebie dbać.

Ciekawa jestem, jak dba o siebie ktoś, kto jest jednocześnie: szefem oddziału, wykładowcą akademickim, konsultantem wojewódzkim do spraw ginekologii i położnictwa, do tego ma swój prywatny gabinet lekarski…

Rzeczywiście, moje życie dzieli się w zasadzie na dwie główne części, na pracę i na sen. Jeszcze nie jestem jak miś Yogi – nie zasypiam na stojąco chwilę po opuszczeniu oddziału,ale to prawda, pracuję bardzo dużo…

Rozważała pani jakiś plan B czy medycyna od początku była dla pani oczywistym i jedynym wyborem?

Przez chwilę brałam pod uwagę ogrodnictwo, ale szybko zdecydowałam: w godzinach pracy lekarz, w wolnych chwilach – ogrodnik.

W wolnych chwilach?! Wiem, jak ciężko było umówić się z panią na rozmowę. Są w ogóle jakieś wolne chwile?

Rzadko, ale się zdarzają. Lubię wtedy oglądać filmy. Aktualnie jestem pod wrażeniem amerykańskiego „The Purge” („Noc oczyszczenia”). Zna pani?

Nie.

Proszę koniecznie zobaczyć. Obnaża naturę człowieka absolutnie i dogłębnie. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości. W ramach eksperymentalnej walki z przestępczością amerykańska władza pozwala na to, aby raz w roku przez 12 godzin – między siódmą wieczorem a siódmą rano legalnie naruszać prawo w każdy dowolny sposób, w tym także zabijać ludzi. Każdy, kto ma taką potrzebę, może robić to wtedy bezkarnie. Na przykład z zemsty albo dla samej „satysfakcji”. I okazuje się, że chętnych jest wielu, w człowieku kryje się bardzo głęboka i silna chęć mordowania. Sąsiad z zimną krwią zabija sąsiada. Film jest przerażający, ale wydaje się dość realistyczny… Paradoksalnie takie mocne kino mnie relaksuje!

A nie lepsza po ciężkim dniu pracy byłaby komedia romantyczna?

O nie! Albo thriller, albo horror. Na co dzień w zasadzie non stop mój poziom adrenaliny jest bardzo wysoki, więc i „po godzinach” nie umiem sobie bez silnych wrażeń znaleźć miejsca. Poza tym taki rodzaj kina absorbuje na tyle mocno, że na chwilę zapominam o wszystkich problemach.

Taki reset? Sposób na to, aby pracy nie wynosić z pracy?

Pewnie tak, bo rzeczywiście mam z tym kłopot, ale to chyba problem większości z nas. Ciężko mi, gdy wychodzę z sali operacyjnej czy w ogóle z kliniki, zamknąć sprawy i zakończyć pracę. To wszystko, co się tam dzieje, zostaje w myślach. Dlatego rozrywka musi być na tyle absorbująca, żeby całkowicie angażowała uwagę...

***

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Uroda życia” 7/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok. Dramat matek wcześniaków Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było? Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy.  U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe. Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości. W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem? Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej. Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka.  Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme… Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło....

Czytaj dalej
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej
bezpieczeństwo zabiegów
Adobe Stock

Kwas hialuronowy, laser, a może botoks? Wybór zawsze podejmuj świadomie

Chcemy wyglądać pięknie i młodo, ale nie chcemy ryzykować zdrowiem. Ekspertka wyjaśnia, kiedy zabiegi medycyny estetycznej są bezpieczne.
Tomek Kocewiak
13.05.2020

Dlaczego w Polsce rośnie liczba powikłań po nieudanych zabiegach medycyny estetycznej i czy można ich uniknąć, wyjaśnia dermatolog i lekarz medycyny estetycznej dr Iwona Marycz-Langner. Tomek Kocewiak: Skąd tyle powikłań? Przecież zabiegi medycyny estetycznej z założenia powinny być mało inwazyjne i bezpieczniejsze od chirurgii plastycznej? dr Iwona Marycz-Langner:  To rzeczywiście coraz większy problem bezpośrednio dotykający nie tylko poszkodowane osoby, ale także lekarzy, którzy muszą później leczyć bardzo często nie swoich pacjentów. Tutaj trudno generalizować, ale na pewno duża liczba powikłań wiąże się z gwałtownym rozwojem medycyny estetycznej i pojawianiem się na rynku nowych preparatów i urządzeń nieznanych producentów, które w najlepszym wypadku okazują się tylko nieskuteczne. Niestety, mam wrażenie, że wynika to głównie ze względów ekonomicznych, bo preparaty niskiej jakości są tanie. Pacjentki rzadko pytają o nazwę wypełniacza, ale część z nich na pewno kieruje się dumpingową ceną zabiegu powiększania ust, która najczęściej wynika z użycia preparatu nieprzebadanego pod kątem bezpieczeństwa i często niedopuszczonego do obrotu na terenie Unii Europejskiej. Taki stan rzeczy jest bezpośrednio związany z brakiem odpowiednich regulacji prawnych, tak samo jak problem wykonywania zabiegów lekarskich przez osoby bez wykształcenia medycznego, w tym podstawowej znajomości anatomii. Wiosną tego roku w całej Unii Europejskiej ma wreszcie wejść w życie ustawa, która jasno stanowi, że prawo do naruszenia ciągłości tkanek mają tylko lekarze. Oczywiście moim kolegom po fachu też zdarzają się komplikacje pozabiegowe, ale najczęściej wynikają one z prób przekraczania ograniczeń medycyny estetycznej, w tym niechirurgicznego powiększania piersi, co jak wiemy, ma tragiczne...

Czytaj dalej
jak zahamować miesiączkę
Istock

„Dzisiaj mamy ok. 450 miesiączek w życiu, nasze babki miały ich tylko 100”

„Rzadko spotykam w swoim gabinecie pacjentki, które chcą na stałe zablokować miesiączkę. Ale współczesna medycyna rzeczywiście oferuje taką możliwość” – o mówi dr Małgorzata Bińkowska, ginekolożka, w rozmowie z Katarzyną Podhorecką.
Katarzyna Podhorecka
29.05.2020

Słowo miesiączka dzisiaj najczęściej kojarzy się z bólem brzucha, PMS-em i obniżoną odpornością. Coraz częściej współczesne kobiety zastanawiają się, jak bezpiecznie zahamować miesiączkę i zmniejszyć krwawienie. Tymczasem comiesięczny okres to objaw – i jednocześnie warunek – równowagi hormonalnej. Medycyna oferuje sposoby, dzięki którym menstruacja będzie mniej uciążliwa. Katarzyna Podhorecka: Niektóre kobiety, a nawet niektórzy ginekolodzy uważają, że miesiączka to… przeżytek. Stosując środki hormonalne, możemy pozbyć się jej na wiele miesięcy. Jakie jest pani zdanie w tej sprawie? Dr Małgorzata Bińkowska: Natura nie bez przyczyny skonstruowała organizm kobiety tak, że dopóki jest zdolna do zajścia w ciążę, ma comiesięczne krwawienia. Regularne miesiączkowanie jest oznaką równowagi hormonalnej, ale także ważnym znakiem dla kobiety, że nie jest w ciąży. Obliczono jednak, że współcześnie statystyczna kobieta ma w ciągu życia około 450 miesiączek, podczas gdy nasze babki czy prababki miały ich zaledwie około stu. To dlatego, że później dojrzewały, więcej razy były w ciąży i długo karmiły piersią. Część lekarzy uważa więc, że comiesięczne krwawienie nie jest konieczne dla zdrowia. Biorąc pigułki antykoncepcyjne i nie zachowując siedmiodniowej przerwy między kolejnymi opakowaniami, możemy zahamować je na wiele miesięcy. Są nawet preparaty, które powodują, że miesiączka pojawia się raz na kwartał czy raz na rok. Czy sięgając po nie, mamy gwarancję, że po ich odstawieniu miesiączka wróci? Zwykle wraca, ale stuprocentowej gwarancji, że tak będzie, nie daje żaden producent. Większość hormonalnych preparatów antykoncepcyjnych naśladuje cykl kobiecy tak, aby nie zaburzać zegara biologicznego kobiety i umożliwiać regularne...

Czytaj dalej