Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu.

Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce.

dr hab. Zbigniew Nawrat: Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego zaangażowania. I podejście lekarzy. Na tym chyba polega uroda i siła ludzkiego życia. Obecnie zawęża się więc grupa pacjentów, dla których wymiana całego serca na sztuczne jest potrzebna. Duże nadzieje budzi też zastosowanie komórek macierzystych do regeneracji mięśnia sercowego. Niewykluczone, że w przyszłości mechaniczne pompy będą przez kilka lub kilkanaście miesięcy odciążały chory narząd, podczas gdy w tym samym czasie wstrzyknięte komórki macierzyste zdążą uformować nowy lub będą czasowo zastępowały organ, który w laboratorium będzie poddawany naprawie. Doświadczenie częściej uczy nas jednak pokory. Religa zawsze powtarzał, że nie wolno się poddawać, gdy wyzwaniem jest skuteczna, dostępna powszechnie technologia ratująca życie. 

Kim był dla pana profesor Zbigniew Religa?

Mistrzem w dziedzinie medycyny i nauczycielem komunikacji z ludźmi. Patrzył zawsze dalej, niż każdy z nas sięgał. Był człowiekiem, który uświadomił mi, że w życiu rzeczy naprawdę wielkie robimy z ciekawości, ale rzeczy naprawdę ważne – z potrzeby pomocy drugiemu człowiekowi. 

To pana życiowe motto?

Tak. Jako fizyk teoretyk wierzyłem, że uda się ogarnąć Kosmos, jednak większym wyzwaniem okazał się człowiek. Profesor pokazał mi, że pacjent jest najważniejszy, i od tego czasu wiem, co należy robić.

Wcześniej pan tego nie wiedział?

Jak każdy chłopak, który skończył fizykę teoretyczną, chciałem rozwiązywać tajemnice wszechświata – najlepiej jednym równaniem. Przyzna pani, że taka próba generalnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego wszystko jest takie, jakie jest, wydaje się fascynująca. Ponieważ po stanie wojennym, z przyczyn politycznych, nie mogłem zostać na Uniwersytecie Śląskim, musiałem zacząć robić coś innego. Tak trafiłem do Katedry Biofizyki ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej [dziś to Śląski Uniwersytet Medyczny – red.]. Przez pięć lat zajmowałem się tam pracami naukowymi związanymi z membranami. Witek Gwóźdź, wtedy student medycyny, dziś uznany kardiochirurg, powiedział mi pewnego dnia, że w Zabrzu tworzy się Pracownia Sztucznego Serca. Zaangażował się w to także Romek Kustosz, mój kolega z harcerstwa. Pomyślałem, że może do nich dołączę i pomogę, choć wtedy nie wyobrażałem sobie jeszcze, że mógłbym pracować poza laboratorium. Powiedziałem o tym zresztą przy pierwszej rozmowie prof. Relidze, zaznaczając delikatnie, by nie oczekiwał, że pojawię się w sali operacyjnej. 

dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Religa i zespół

Naprawdę? I jak zareagował?

Spojrzał na mnie spod okularów, kiwnął ze zrozumieniem głową – a za tydzień dostałem telefon z kliniki, że mam natychmiast zjawić się w sali operacyjnej. Nikt mnie więcej nie pytał, czy tego chcę, czy nie. Choć szedłem tam przestraszony, widok skupionego, ale spokojnego zespołu pochylonego nad chorym człowiekiem sprawił, że sala operacyjna mnie zafascynowała. Religa i zespół. Jeden zależny od drugiego. Każdy znał swoją rolę i był perfekcyjny. Poczułem autentycznie jakąś magię. Nigdy więcej ani ja, ani profesor Religa nie wracaliśmy do tematu mojej deklaracji o omijaniu sali operacyjnej. Ja zaś, jako człowiek, który dołączył do nich z „innego świata”, starałem się wykonywać każdą czynność lepiej, niż wyobrażałem sobie, że mogę.

Co pan poczuł, gdy zobaczył pan pierwszy raz, że sztuczne serce zabiło w piersi pacjenta?

Przede wszystkim triumf człowieka nad naturą, która zawsze była trudna do okiełznania. Cała historia cywilizacji to w końcu zmagania z losem człowieka, który stara się znaleźć swoją drogę między kroplami deszczu i zdarzeniami, które zagrażają jego życiu. Jestem wdzięczny losowi, że mogłem uczestniczyć w jakimś fragmencie dzieła, które można było zamienić na ludzkie życie, czas oznaczony przez imię i nazwisko konkretnej osoby. 

Pamięta pan pierwszego pacjenta?

Nigdy nie zapomnę Tomka Gruszczyńskiego, 16-latka z Bielawy. Chłopak trafił do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu (wtedy noszącego nazwę Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii) z nieodwracalną niewydolnością serca. Po grypie. A warto pamiętać, że to był 1991 rok. Transplantacje serca w Zabrzu prowadzone były zaledwie od kilku lat, od kiedy 5 listopada 1985 roku Religa przeprowadził pierwszy w Polsce udany zabieg przeszczepienia serca. Tomek był na granicy życia i śmierci. Musiał dostać nowe serce, ale wiadomo, że tego nie można mieć od razu. Musiał czekać na dawcę. 

I wtedy dostał od was sztuczne serce?

Dostał, ale jeszcze nie nasze. My już nad nim od 1987 roku pracowaliśmy, ale jeszcze nie byliśmy gotowi. Religa pożyczył „serce” od Niemców. Wojskowy samolot poleciał do Berlina po niemieckie pneumatyczne pompy Berlin Heart. Niezwłocznie wszczepiliśmy je u nas Tomkowi, by dać mu szansę na doczekanie do transplantacji. Pamiętam, jak musieliśmy komory wypełnić płynem, dołączyć je do kaniul połączonych z sercem pacjenta. Na chwilę stawaliśmy u boku profesora, jeden z nas uruchamiał sterownik. Kręciliśmy gałkami, ustawialiśmy przyciski – od nas, fizyków i inżynierów, zależało, ile krwi pompowały komory serca. Było niewiarygodne zobaczyć, jak Tomek dzięki tym pompom poczuł się lepiej. Ale wyścig z czasem trwał. Serce do przeszczepu musiało się znaleźć. 

Był pan przy tym?

Byłem? Mało powiedziane. Nie wychodziłem ze szpitala kilkanaście dni. Szybko musiałem dojrzeć jako naukowiec i człowiek. Spędziłem z Tomkiem cały jego pobyt w szpitalu w czasie wspomagania. Po raz pierwszy w historii mieliśmy pacjenta, który żył, rozmawiał i… nudził się. Musiałem zatem przyjąć również rolę specjalisty kulturalno-oświatowego. Rok 1991 był dla Polaków rokiem, w którym upowszechniało się wideo. Wszyscy przynosili Tomkowi filmy, więc się ich przy okazji naoglądałem, ale przede wszystkim pamiętam jak z pompką samochodową, w ukryciu, żeby nikt nie widział, bo sterownik był nasz, polski, z niepokojem non stop analizowałem wszystkie dane. 

Po 10 dniach wspomagania serca, w nocy z 28 na 29 maja 1991 roku, zespół profesora Religi przeprowadził transplantację serca. Profesor operował, jakby było to dla niego rutyną. Gdy wszył serce, zapanowała cisza. Przyłożenie elektrod i… usłyszeliśmy: pi, pim, pi, pim. Bicie serca. Najpiękniejszy dźwięk. 

Niestety, Tomek wrócił do kliniki dwa lata później. Jego organizm odrzucił przeszczep. Wtedy wspomagały go już nasze polskie komory POLVAD. Pamiętam to jako jedno z najważniejszych przeżyć w moim zawodowym życiu. Chodziłem ze słuchawkami lekarskimi, podsłuchując, czy pracują – było świetnie, ale niestety, drugiej transplantacji serca chłopak nie przeżył. Zmarł o 1.40 w nocy z 19 na 20 czerwca 1993 roku. Czwarta operacja w tym samym polu stanowiła dla nas i dla niego próg nie do pokonania. Gazety napisały: „Sukces inżyniera, porażka lekarza”. To nieprawda. Jest albo sukces pacjenta, albo porażka nas wszystkich. 

System wspomagania serca POLVAD został wdrożony klinicznie w 1993 roku. W Polsce nie było wtedy telefonów, niewielu miało samochody. A wy zrobiliście sztuczne serce! 10 lat po Amerykanach! Niebywała zuchwałość.

Nie myśleliśmy w ten sposób. Religa przeszczepiał serca. Kolejka oczekujących rosła. W USA profesor zobaczył, że sztuczne serce może pomóc chorym doczekać do transplantacji, a skoro tak, to postanowił je mieć. I tyle. Pamiętam obliczenia, pierwsze rysunki. A potem uratowaliśmy człowieka… Komora, którą wtedy stworzyliśmy, pracuje do dziś, zmieniają się tylko sterowniki. Nie zliczę już, ilu ludzi dzięki temu przeżyło. Najdłużej pacjent żył z tą pompą prawie dwa lata. 

dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Robot medyczny i chirurg

Po sukcesie ze sztucznym sercem zajął się pan robotami medycznymi. Skąd taki pomysł, kto pana zainspirował?

Profesor Friedrich Mohr, słynny kardiochirurg z Lipska. W 1998 lub 1999 znalazłem się na konferencji, na której pokazał, jak operuje robotem. To była druga operacja na świecie. Robot to narzędzie wspomagające chirurga. Proszę sobie wyobrazić, że trzeba złączyć naczynie dwumilimetrowe z naczyniem trzymilimetrowym. Jakiej to wymaga precyzji! Wtedy w Paryżu i Lipsku przeprowadzono pierwsze operacje zastawki mitralnej i pomostowania aortalno-wieńcowego za pomocą amerykańskiego robota kardiochirurgicznego da Vinci. Powstał na bazie zarzuconych programów naukowo–militarnych prowadzonych przez NASA i Pentagon na okoliczność „gwiezdnych wojen”. Ale jak Wałęsa przeskoczył przez słynny płot, a potem runęły mur berliński i ZSRR, to koncepcję kosmicznych bitew robotów odłożono ad acta, a raczej pozwolono z wojskowej technologii skorzystać ludziom. Zaprosiliśmy profesora Mohra do Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii (FRK). Zajmowaliśmy się wtedy w Zabrzu symulowaniem operacji chirurgicznych. W latach 90. na świecie sukcesy zaczynała odnosić chirurgia laparoskopowa, małoinwazyjne operacje oszczędzające pacjentom cierpienia. Byłem tym zafascynowany. Kiedy zobaczyłem robota, powiedziałem Relidze, że chciałbym takiego zrobić. Spojrzał na mnie, pomyślał, a potem zapytał: „To kiedy będę mógł nim operować?”. 

Napisałem projekt i w 2000 roku uzyskaliśmy na ten cel pierwsze pieniądze. Cztery godziny przekonywaliśmy urzędnika w Warszawie, że damy radę. Jestem temu mężczyźnie do dziś wdzięczny, że uwierzył Relidze i mnie. Przecież zaledwie w 1997 roku po raz pierwszy na świecie zastosowano roboty chirurgiczne. A my już w 2003 roku mieliśmy w FRK swój prototyp Robin Hearta. Dziś marka naszych robotów jest znana na świecie, trzeba ją tylko zamienić w konkretne produkty, który trafią do sal operacyjnych, pomagając ratować pacjentów. Mam nadzieję, że w końcu się to uda. Znaleźliśmy w Koszalinie partnera, który zajmie się produkcją naszego robota Robin Heart PortVisionAble (PVA). To najprostszy z rodziny – jedno ramię zastępuje lekarza trzymającego tor wizyjny – rodzaj lunety pokazującej przez otwór w powłokach pacjenta, co chirurg robi narzędziami wewnątrz. Ma realne szanse na wdrożenie kliniczne, bo obecnie rynek tych robotów jest słabo reprezentowany, a nasz Robin ma wiele zalet. Chciałbym, żeby pierwszą operację wykonał nim Grzegorz Religa, syn profesora. W końcu ciągle mam dług wobec Profesora.

Roboty, telemedycyna, ulepszony człowiek. Tylko czy w przyszłości to nadal będzie człowiek?

Ludzki organizm pracuje trochę jak maszyna mechaniczna i biocybernetyczna. Miliardy komórek, sygnałów elektrycznych i chemicznych zarządzają aktywnością wszystkich narządów. To oczywiste, że nasza umiejętność w budowaniu ich odpowiedników będzie się rozwijała jako jeden z ważnych działów medycyny. 

Z etycznych i praktycznych względów są pożądane przez pacjentów i ich lekarzy. Będziemy mogli wymieniać, uzupełniać i wspomagać coraz więcej organów i ich elementów. Pojawia się zatem pytanie: „Ile musi być człowieka w człowieku, żeby był człowiekiem?”. Ale definicja człowieka od lat się nie zmienia i widoczna jest bardzo wyraźnie w transplantacji. Kiedy trzeba podjąć decyzję, że ktoś jednak umarł. A człowiek nie żyje wtedy, gdy nie żyje jego mózg. I wszystko to, co wynika z działania mózgu, jest dla nas najważniejsze i definiuje człowieka. Mózg, a nie kształt nosa czy bijące serce, własne czy sztuczne. Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To ten organ różni człowieka od człowieka i nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie. 

Dziś nie tylko ratowanie, ale i ulepszanie człowieka jest przedmiotem pracy wielu inżynierów biomedycznych i lekarzy. 

Naturalnie! Proszę zobaczyć, jak zmieniają się też nasze standardy urody. Dzisiaj młody aktor czy prezenter zaczyna od usztuczniania swojego uzębienia. Czy ktoś wpadłby na to 100 lat temu? A ja właśnie odkurzyłem swój stary pomysł sprzed 10 lat, byśmy to my, Polacy, stworzyli projekt „Human organeom”. Będziemy wkrótce badali człowieka i modelowali go jako miejsce, w którym istnieją na równych prawach tkanki biologiczne i sztuczne. Razem z naukowcami skupionymi wokół grupy Life Science i projektu europejskiego SANO osadzonego w Krakowie spojrzymy na człowieka w kolejnym ewolucyjnym wcieleniu. To będzie projekt z serii wielkich wyzwań jak genom czy proteom. Skoro jesteśmy już tak silni, że możemy projektować i wykonywać „części zamienne” dla człowieka, to musimy się jako ludzkość nauczyć na nowo, jakie są bariery etyczne i możliwości techniczne. Warto pokonywać standardy – na tym polega postęp – ale warto robić to w poczuciu odpowiedzialności za kolejne pokolenia. Codziennie powstają wynalazki, innowacje, generalnie bilans strat i zysków jest pozytywny: dzięki nim żyjemy dłużej, szczęśliwiej, jednak pamiętajmy, że sensem naszego działania jest przywracanie wolności odbieranej przez choroby i nieszczęścia, które po prostu są.

dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow
Gitara nie jest przypadkowa. Profesor gra i śpiewa ze studentami w zespole Zawratu, nagrali nawet płytę „Rok dobrego człowieka”.

Rozmowa z dr hab. Zbigniewem Nawratem ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej
jak zahamować miesiączkę
Istock

„Dzisiaj mamy ok. 450 miesiączek w życiu, nasze babki miały ich tylko 100”

„Rzadko spotykam w swoim gabinecie pacjentki, które chcą na stałe zablokować miesiączkę. Ale współczesna medycyna rzeczywiście oferuje taką możliwość” – o mówi dr Małgorzata Bińkowska, ginekolożka, w rozmowie z Katarzyną Podhorecką.
Katarzyna Podhorecka
29.05.2020

Słowo miesiączka dzisiaj najczęściej kojarzy się z bólem brzucha, PMS-em i obniżoną odpornością. Coraz częściej współczesne kobiety zastanawiają się, jak bezpiecznie zahamować miesiączkę i zmniejszyć krwawienie. Tymczasem comiesięczny okres to objaw – i jednocześnie warunek – równowagi hormonalnej. Medycyna oferuje sposoby, dzięki którym menstruacja będzie mniej uciążliwa. Katarzyna Podhorecka: Niektóre kobiety, a nawet niektórzy ginekolodzy uważają, że miesiączka to… przeżytek. Stosując środki hormonalne, możemy pozbyć się jej na wiele miesięcy. Jakie jest pani zdanie w tej sprawie? Dr Małgorzata Bińkowska: Natura nie bez przyczyny skonstruowała organizm kobiety tak, że dopóki jest zdolna do zajścia w ciążę, ma comiesięczne krwawienia. Regularne miesiączkowanie jest oznaką równowagi hormonalnej, ale także ważnym znakiem dla kobiety, że nie jest w ciąży. Obliczono jednak, że współcześnie statystyczna kobieta ma w ciągu życia około 450 miesiączek, podczas gdy nasze babki czy prababki miały ich zaledwie około stu. To dlatego, że później dojrzewały, więcej razy były w ciąży i długo karmiły piersią. Część lekarzy uważa więc, że comiesięczne krwawienie nie jest konieczne dla zdrowia. Biorąc pigułki antykoncepcyjne i nie zachowując siedmiodniowej przerwy między kolejnymi opakowaniami, możemy zahamować je na wiele miesięcy. Są nawet preparaty, które powodują, że miesiączka pojawia się raz na kwartał czy raz na rok. Czy sięgając po nie, mamy gwarancję, że po ich odstawieniu miesiączka wróci? Zwykle wraca, ale stuprocentowej gwarancji, że tak będzie, nie daje żaden producent. Większość hormonalnych preparatów antykoncepcyjnych naśladuje cykl kobiecy tak, aby nie zaburzać zegara biologicznego kobiety i umożliwiać regularne...

Czytaj dalej