Więcej rozwodów po pandemii? Nieprawda! 
Pixabay.com/zdjcie ilustracyjne

Więcej rozwodów po pandemii? Nieprawda! 

Sylwia Arlak
22.05.2020

„Kiedy to się skończy, prawnicy zajmujący się rozwodami będą bardzo zajęci” — czytamy co chwilę. A co jeśli jest zupełnie na odwrót? Jeśli koronawirus tylko nas do siebie zbliżył? Takie właśnie wnioski płyną z najnowszego badania opublikowanego na stronie Psychology Today.

„To logiczne, że stres wywołany pandemią może negatywnie wpływać na nasze relacje. Postanowiłem jednak sprawdzić, jak radzą sobie pary w Stanach Zjednoczonych. Aby to zrobić, poprosiłem o pomoc Monmouth University Polling Institute. Wspólnie przepytaliśmy 808 osób, które pozostawały w tym czasie  w związkach romantycznych” — pisze psycholog Gary W. Lewandowski.

Czy Elena Ferrante naprawdę istnieje? O fenomenie pisarki opowiada Anna Zaleska

Czy wirus zmienił twój związek?

Zdecydowana większość (74 proc.) badanych uznała, że ich związek właściwie nie zmienił się od czasu wybuchu pandemii. Z kolei prawie co piąta osoba wskazała, że ich związek stał się „lepszy” bądź „dużo lepszy”. Tylko 5 proc. uważa, że w ich związkach jest teraz gorzej. Co prawda w ostatnich miesiącach jesteśmy bardziej zestresowani, ale dzięki temu, że spędzamy teraz o wiele więcej czasu z tymi, których kochamy, jest nam lżej.

Ankietowani mieli też odpowiedzieć na pytanie: „Jak często się teraz kłócicie?”. Spędzamy ze sobą zdecydowanie więcej czasu, co na pierwszy rzut oka zwiększa przecież ryzyko konfliktu. Praktyka mówi jednak co innego. Aż 70 proc. z nich wskazało, że „kłóci się mniej więcej tyle samo czasu, co przed wybuchem pandemii”. Tylko co dziesiąty ankietowany stwierdził, że w związku kłóci się więcej. Za to co piąty badany przyznał, że kłótni teraz jest mniej. Wniosek? „Możliwe, że spędzając ze sobą więcej czasu, pary zmuszone są przegadać problem. Zamiast pozwalać, aby narastał, mówią, co im leży na sercu. I wykazują większą zdolność do kompromisu” — wyjaśnia Lewandowski.

Czy wirus zmienił twoje życie seksualne?

A co z seksem? W swojej ankiecie psycholog nie probował dociec, czy racje mają eksperci obwieszczający wyż demograficzny. Pytał respondentów o ogólne zadowolenie z życia seksualnego. Większość badanych uznała, że nic się u nich nie zmieniło. 9 proc. uznało, że ich życie seksualne jest lepsze, a 5 proc., że gorsze.

Lewandowski zapytał też: „Czy uważasz, że po zakończeniu epidemii twój związek stanie się silniejszy, słabszy, czy też nic się w nim nie zmieni?” Większość badanych (51 proc.) odpowiedziała, że wyjdą z pandemii silniejsi. 28 proc. uważa, że ich relacja poprawi się w dużym stopniu, a 23 proc., że nieznacznie. 45 proc. ankietowanych jest z kolei zdania, ze ich związek pozostanie taki sam. Tylko 1 proc. badanych martwi się, że będzie gorzej.

Ale to nie koniec pozytywnych wiadomości. Zdecydowana większość ankietowanych, bo aż 83 proc. uważa swojego partnera za najlepszego przyjaciela. „Przechodząc ten trudny czas z najlepszym przyjacielem u boku, wszystko jest trochę łatwiejsze i może wzmocnić więź, którą już mamy” — wnioskuje ekspert. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
krytyka w pracy
Adobe Stock

„Jestem beznadziejna, leniwa, gruba, głupia…”.  Twój wewnętrzny krytyk to ty.

Perfekcjonista, zadaniowiec, zawstydzacz. Twój wewnętrzny krytyk może mieć różne twarze. Jak go nie słuchać i robić swoje – mówi psychoterapeutka Anna Pilecka.
Aleksandra Nowakowska
22.05.2020

Życie wymaga uważności na to, co dzieje się w naszej głowie. Może ją zamieszkiwać spora grupka wewnętrznych krytyków, którzy często bywają odpowiedzialni nie tylko za nasze odkładanie życia na później, ale także za depresję albo nerwicę. Jak z nimi postępować? Aleksandra Nowakowska: Kim jest krytyk wewnętrzny? Anna Pilecka: Można powiedzieć, że jest to pewien zbiór postaw i przekonań o zabarwieniu emocjonalnym, najczęściej negatywnym. Krytyka wewnętrznego łatwiej sobie wyobrazić, jeśli myślimy o nim jako o postaci. Jest jedną z wielu figur, które zasiedlają naszą psychikę, ale aktywnością może przewyższać inne. Sprawia nam zazwyczaj więcej kłopotów niż działa rozwojowo. Krytyk może być prawdziwym szkodnikiem. Jeśli go słuchamy, możemy na przykład sabotować swoje cele, pasje czy w ogóle wyjście ze sobą do świata. W efekcie stoimy w miejscu, a krytyk trzyma nas w cuglach. Chociaż z drugiej strony można na krytyka spojrzeć w ten sposób, że jego pierwotne intencje są dobre, ale forma w jakiej to komunikuje, sprawia, że jest to działanie przeciwskuteczne. Zawsze warto dowiedzieć się, o co mu chodzi, wchodzić z nim w dialog, pracować, żeby jego przekaz nie był dla nas destruktywny, tylko przydatny i budujący. Ale krytyk przecież może nam wyrządzić wiele szkód. Jeśli krytyka nie namierzymy, nie będziemy z nim negocjować i nie przetransformujemy go, rzeczywiście może dać nam nieźle popalić. Samokrytycyzm nie wiąże się jedynie z dyskomfortem codziennego życia, kiedy jakiś głos w głowie mówi nam, że wszystko robimy źle i torpeduje nasze działania i pomysły. Krytyk wewnętrzny może przyczynić się do pojawienia zaburzeń psychicznych, takich jak na przykład depresja. Wieloletnie badania prowadzone nad samokrytycyzmem na 107 pacjentach przez Davida M. Dunkey’a...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Żeby wejść w „nową normalność”, musisz najpierw opłakać starą. Pozwól sobie na to

W ostatnich tygodniach wszyscy musieliśmy zrewidować nasze plany. Wspominamy czasy sprzed pandemii i boimy się tej „nowej normalności”. Jak przekonują psycholodzy, aby ruszyć dalej, musimy najpierw opłakać nasze stare życie.
Sylwia Arlak
21.05.2020

Ruszyło luzowanie obostrzeń i odmrażanie gospodarki. Nie jest nam łatwo — jednego dnia tryskamy energią i patrzymy w przyszłość z optymizmem, drugiego czujemy się całkowicie wyczerpani i przytłoczeni. To czas, w którym wszyscy musimy nauczyć się żyć w „nowej normalności”. Jaka ona będzie — tego nie wie nikt. A jak to zrobić? Opłakując stare życie i zostawiając je za sobą. Zupełnie jak w procesie żałoby. Wszystkie emocje są po coś Lucinda Gordon Lennox, psychoterapeutka i specjalistka od traum w The Recovery Center, przypomina, że gdy przeżywamy trudne chwile, nie powinniśmy temu zaprzeczać, nawet same przed sobą. „Smutek jest skomplikowanym procesem — żałoba pojawia się, kiedy coś utracimy. I niekoniecznie musi to być związane ze śmiercią kogoś bliskiego. Myślę, że wielu ludzi tego nie rozumie. A teraz przecież wszyscy ponieśliśmy stratę. Pandemia zabrała nam wiele rzeczy. Możemy je odzyskać, ale nie mamy pewności, czy i kiedy to nastąpi”  — tłumaczy w magazynie „The Stylist”.   Psychoterapeutka podkreśla, że musimy pozwolić „przepłynąć” naszym emocjom, nawet jeśli sprawiają nam ból. Przekonuje, że jeżeli nie przejdziemy kolejnych etapów żałoby — zaprzeczenia, gniewu czy depresji — możemy utknąć w miejscu. Tylko poprzez szczere przepracowanie trudnych uczuć, zostawimy za sobą wszystkie niezrealizowane przez koronawirusa plany, niespełnione nadzieje i oczekiwania. „Jesteśmy ludźmi, wszystkie emocje, które odczuwamy, są całkowicie normalne. Dajmy sobie czas na ich przetworzenie. Skupmy się na każdej, która się pojawia. Nie przechodźmy obok nich obojętnie” — dodaje.  Lennox jest zdania, że każdą stratę warto przegadać. Rozmowa z kimś, kto będzie w stanie wczuć się w naszą sytuację —...

Czytaj dalej
Koszmary i męczące sny
iStock

Podczas pandemii masz dziwne, intensywne sny? To bardzo dobrze!

Zaraza, katastrofa, głód, spadanie, czy tonięcie. To nasze pandemiczne sny. Ale nie ma powodu do zmartwień – przekonuje psychiatra i neurofizjolog kliniczny, profesor Adam Wichniak.
Magdalena Żakowska
21.05.2020

Podczas pandemii śpimy inaczej niż zwykle. W ciągu dnia możemy nareszcie pozwolić sobie na drzemki. Potem do późnej nocy oglądamy seriale albo śledzimy w telefonie teorie spiskowe na temat koronawirusa i Billa Gatesa. Budzimy się nad ranem na skraju paniki, bo zżera nas stres związany z kryzysem. Wstajemy późno, bo nie musimy się zrywać o świcie, żeby rozwieść dzieci do szkoły. To wszystko ma swoje przełożenie na nasze sny. Ale jak to działa? Marzenia senne w pandemii Nasz sen ma kilka faz. Dwie podstawowe to NREM i REM. Pierwsza to tzw. sen wolnofalowy, który – w zależności od człowieka – trwa od kilkunastu minut do godziny. Ten typ snu występuje u większości ssaków i ptaków. U niektórych, na przykład delfinów, w odpowiedzi na czyhające zagrożenia ewolucja wytworzyła wyjątkową umiejętność zasypiania tylko jednej półkuli mózgu, podczas gdy druga w tym czasie odpowiedzialna jest za czuwanie. Dla człowieka znacznie ważniejsza jest druga faza snu, zwana REM (od ang. rapid eye movements, czyli gwałtownego poruszania gałek ocznych). To w tej fazie mamy marzenia senne – podróżujemy w czasie i przestrzeni, zakochujemy się, odbieramy Oscary i latamy w powietrzu jak ptaki. Tyle że podczas pandemii nasze sny o wiele częściej to koszmary. Lekarze śnią inaczej Nie wiem, jak u was. U mnie dziś w nocy znowu było strasznie – śniło mi się, że dostałam od koleżanki, z którą niedawno się pokłóciłam (w realu) pod opiekę trzy szczeniaki, na oko trzymiesięczne wyżły niemieckie. Miałam się nimi zająć podczas trwającej właśnie imprezy, na której było bardzo dużo dziwnych osób przypominających sopockiego „Krystka”, czarnego bohatera afery w Zatoce Sztuki. Mieszkanie, w którym odbywała się impreza, miało kilka pięter i strome kręte...

Czytaj dalej