Temat śmierci stał się dla nas tabu – nie umiemy o tym rozmawiać, nie chcemy myśleć
iStock

Temat śmierci stał się dla nas tabu – nie umiemy o tym rozmawiać, nie chcemy myśleć

Przy świecach, przy suto zastawionym stole, przy winie i espresso. Porozmawiajmy o śmierci zwyczajnie. Na przekór temu, że to temat, który wielu wprawia w zły nastrój.
Krystyna Romanowska
02.10.2020

Kiedy umiera ktoś bliski, zostajemy z lękiem, że czegoś nie dopilnowaliśmy, nie dopytaliśmy. Potem nie wiemy, jak zrobić żurek na Wielkanoc, jak nazywał się wuj babci, a najbardziej nas męczy, że nie zdążyliśmy powiedzieć osobie, której nie ma, jak bardzo ją kochamy. Czy można to nadrobić? I jak odbyć takie rozmowy „zaocznie”?

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Oswoić śmierć

– Stałam nad łóżkiem mojego taty, który umierał. Powiedział: „Gdybym mógł, chciałbym cofnąć czas”. A ja bardzo chciałam powiedzieć, że go kocham, ale wtedy, w tamtym momencie, nie byłam w stanie. Jakby coś mnie blokowało. Umarł, nie usłyszawszy tego ode mnie.

– Żałuję, że wtedy nie pogodziłem się z mamą, która miała operację. Że nie byłem tak blisko niej, jak tylko mogłem.

– Miałem z ojcem bardzo złe relacje, ale chwile, które spędziłem z nim w szpitalu, uważam za najpiękniejsze momenty w moim życiu. Jednak żałuję bardzo tych wszystkim rozmów, które się między nami nie odbyły.

„Nienasycalność dobra” – tak określa ludzką naturę francuski filozof Emmanuel Levinas. Kiedy opuszcza nas ktoś bliski, okazuje się, że zawsze pozostajemy z myślami o niedokończeniu. O tym, że mogliśmy zrobić więcej, lepiej. Levinas uczy nas, że istnieje związek dobra z nieskończonością, że w przypadku osoby, z którą łączy nas bliska więź, nigdy nie można powiedzieć „dość”. Zawsze będzie nam za mało. Warto się z tym pogodzić na tyle, na ile umiemy. 

– Ludzie w obliczu śmierci żałują zaniedbanych relacji, tego, że nie pogodzili się z dziećmi, z rodzicami, że nie mieli czasu na rozmowę, na poznanie drugiego człowieka – mówi Małgorzata Ciszewska-Korona, psychoonkolog, mediator i trener z Fundacji Rak’n’Roll. – Nikt nie mówi: „Żałuję, że nie pojechałem na Malediwy” czy w inne ciekawe miejsce. Okazuje się, że najważniejszy jest drugi człowiek.

Jak rozmawiać o śmierci?

„Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji” – taki tytuł nosi zdumiewająca książka Michaela Hebba, amerykańskiego czterdziestokilkulatka o wyglądzie zakłopotanego anioła. Książka ta w 2018 r. zdobyła anglosaskie rynki wydawnicze, choć dotyczy ona kwestii: „Jak chcemy umrzeć?”. Hebb pisze, że to najważniejsze pytanie, ale nigdy nie padnie w publicznej debacie w Ameryce. I zachęca, żeby o śmierci rozmawiać ze znajomymi i nieznajomymi. Przy świecach, suto zastawionym stole i kieliszkach dobrego wina. Z pikantnymi przekąskami i soczystym, słodkim deserem. Zieloną herbatą albo mocnym espresso na koniec posiłku. Namawia do podejmowania tego tematu niemal zwyczajnie, na przekór temu, że poruszanie go wprawia dziś wielu ludzi w zakłopotanie i wpędza w zły nastrój.

Czy i u nas da się przełamać to tabu?

Miałam okazję uczestniczyć w takiej kolacji i rozmawiać o śmierci najbliższych, ale także fantazjować na temat własnej. Dało się. Opowiadane przez uczestników historie były pełne nie tylko żalu, ale również miłości i radości życia! Wspólnym motywem okazały się niedokończone rozmowy i pytania, czy można je jakoś dokończyć.

– Można, a nawet trzeba, jeżeli relacja z człowiekiem, który odszedł, jest dla nas wciąż wartością. Związki moralne z bliskimi osobami są całkowicie niepowtarzalne – twierdzi dr Marcin Jaranowski, filozof i etyk z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Ich unikalność powoduje, że po śmierci tego kogoś nie jesteśmy w stanie zastąpić go nikim innym w identycznej relacji. Nie można jej skopiować i odtworzyć z udziałem kogoś innego ani też nie ma sensu od kogoś wymagać, by odgrywał rolę tego, kto odszedł. Zwracając się do zmarłego, podtrzymujemy wciąż tę unikalną relację, ale w pewnym sensie nigdy nie dokończymy tej rozmowy. Nie da się wszystkiego załatwić słowami nad grobem i modlitwą. Doświadczenie śmierci bliskiej osoby to właśnie nauka ponoszenia nieodwracalnych strat.

Jesteśmy więc nieuchronnie skazani na te niedokończone rozmowy, ale nie na zerwanie więzi. Zdaniem dr. Marcina Jaranowskiego w świecie moralnym całkiem zrozumiałe jest dążenie, aby pomimo nieobecności bliskiej osoby nasza relacja z nią trwała nadal. – Może ona przyjąć formę quasi-rozmowy, próby dopowiadania tego, co w niej wcześniej nie wybrzmiało – mówi filozof. 

Kiedyś ludzie pisali listy do zmarłych, żeby podtrzymać kontakt. Dzisiaj coraz częściej dzwonią do nich na komórkę i rozmawiają, opowiadając o tym, co się dzieje u nich, żywych. Nie wykasowujemy numerów naszych zmarłych bliskich z pamięci smartfonów, żeby mieć iluzję kontaktu. Nawet wiele lat po śmierci najbliższej osoby, pierwszą reakcją na jakieś doniosłe wydarzenie w naszym życiu, jest wielka potrzeba podzielenia się tym.

– Pewnej zimy, odprowadzałam dzieci na basen i miałam godzinę dla siebie, wystukiwałam numer do zmarłej rok wcześniej mamy i streszczałam jej ostatni miesiąc swego życia. Czy to przynosiło ulgę? Może niewielką – mówi jedna z uczestniczek rozmowy o śmierci przy kolacji.

– Ludzie często rozmawiają ze zmarłym, stojąc na cmentarzu nad grobem albo będąc w miejscu kojarzącym się z bliską osobą. To daje pewien rodzaj wytchnienia w żałobie – mówi Małgorzata Ciszewska-Korona. – Namawiam zawsze rodziny pacjentów z diagnozami onkologicznymi, żeby rozmawiali ze swoimi najbliższymi chorymi. Żeby wsłuchiwali się w ich potrzeby, zamiast zagadywać i wynajdywać recepty na wszystko. Warto ten czas wykorzystać na okazanie wdzięczności, miłości, na powiedzenie, pokazanie tego, czego się nie zdążyło zrobić. Warto mówić do chorego, nawet jeżeli jest on nieprzytomny i nie wiemy, czy nas słyszy. Pamiętajmy, że relacja i miłość są najważniejsze.

Martin Buber, austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia, żyjący w niespokojnym czasie obejmującym dwie wojny, w enigmatycznym poemacie filozoficznym „Ja i ty” zastanawia się, czy możliwa jest bliska relacja z osobą, która już nie żyje. – Dopuszcza taką możliwość, wychodząc z założenia, że każdy z nas poszukuje relacji bliskości i wyłączności z drugim człowiekiem, nawet personifikując przedmioty – mówi dr Marcin Jaranowski. – Wyobraźmy sobie, że spotykaliśmy się z tą osobą za jej życia na środku mostu, przychodząc w to miejsce z przeciwnych stron. Teraz pozostał nam jedynie most. Co prawda patrzymy tylko w pustą przestrzeń, ale wiemy, że jesteśmy możliwie najbliżej swoich zmarłych. Prowadzimy dialog sami ze sobą, tak jakbyśmy nie byli sami. Buber pisze, że ta relacja ze zmarłymi jest twórcza językowo. Nie trzeba się obawiać pewnej sztuczności jednostronnego dialogu, nie zniechęcać się, używać wyobraźni, odwoływać się do zdarzeń z przeszłości, ale także opisywać teraźniejszość. Kto wie, może to także świetna terapia oswajania tego, co się z nami dzieje na co dzień?

Dr Marcin Jaranowski: – Sándor Márai, wybitny węgierski pisarz, po śmierci żony i pod koniec własnego życia, które spędzał w całkowitej samotności, zapisał w pamiętniku, że był ze zmarłą w regularnym sennym kontakcie. Tę relację nazywał słowem „hotline”, jakby była bezpośrednim połączeniem ze zmarłą. Myślę, że z perspektywy etyki zastanawianie się nad tym, czy taka łączność była mu pomocna czy szkodliwa, realna czy urojona, nie jest najbardziej istotne. Był to wysiłek utrzymania moralnej relacji z najbliższą osobą. „Hotline” przedłużało miłość i zażyłość tych dwojga ludzi. Czy to ważne, jak wiarygodna była dla kogokolwiek innego ta komunikacja?

Jutro powiem ci, że kocham cię

Zazwyczaj nie jesteśmy gotowi na odejście bliskiej osoby. Mamy śmierci za złe, że zabrała. Cierpimy po stracie. Ale ten ból może mieć sens, o którym pisał Clive S. Lewis, autor m.in. „Opowieści z Narnii”. Pisarz uważał, że cierpienie rozbija szkodliwą iluzję, że wszystko jest z nami w porządku. „Ludzie chcą żyć w spokoju, ale Bóg tego spokoju nie chce. Duch jest niepokojem”, pisał w dzienniku duński filozof Søren Kierkegaard. 

Żyjemy tak, jakby w większości przypadków to, co zmieniamy w świecie, było odwracalne, a nasze poczynania dało się poprawiać. Na przykład mamy zaniedbane relacje z kuzynem, kuzynką, siostrą czy bratem. Zakładamy, że w przyszłości uda się je polepszyć. Wierzymy, że kiedyś zadzwonimy i porozmawiamy. Potem planujemy: „Dzisiaj zrobię sobie dzień zaległych telefonów”, ale jakoś odkładamy to na następny dzień, tydzień. Odkładamy zaległe wizyty. – Za sprawą śmierci bliskich konfrontujemy się boleśnie z bezradnością wobec nieodwracalnej straty. Co więcej, ostateczne odejście uświadamia nam naszą niedoskonałość w relacji z pozostałymi osobami, naszą odpowiedzialność za innych, widzimy konieczność mobilizacji moralnej w kurczącym się czasie. Przypominamy sobie, że wszystkie wspólne drogi kiedyś się kończą – mówi dr Marcin Jaranowski.

W obliczu śmierci zaczynają wybrzmiewać w nas słowa, których niewypowiedzenia żałujemy. Najczęściej powtarza się w nich stwierdzenie „kocham cię”. Czy rzeczywiście powinniśmy mieć wyrzuty sumienia, jeżeli nigdy ich nie powiedzieliśmy bliskiej osobie? – Pamiętajmy, że deklaracja „Kocham cię” nie będzie miała większej wartości, jeśli zostanie wypowiedziana w pośpiechu, nieuwadze, ze strachu, na odczepnego – uważa dr Marcin Jaranowski. – Myślę, że ważniejsze od wyrzutów sumienia z powodu niewypowiedzianego „Kocham cię”, jest przebudzenie się z iluzji życia, w którym zawsze można nacisnąć przycisk „undo”. Nie wszystko da się poprawić. 

Na uzmysłowieniu sobie tego polega świadome życie. 

Do zrobienia przed śmiercią

Czy myślenie zawczasu o własnej śmierci pomoże wybawić naszych najbliższych od widma niedokończonych rozmów i niewypowiedzianych słów? Michael Hebb proponuje w książce „Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji”, żebyśmy zastanowili się nad tym, co chcemy, by po nas pozostało, jak ma wyglądać pogrzeb, czy istnieje dobra śmierć, co chcielibyśmy, żeby powiedziano na pogrzebie, jaką muzykę zagrano... Okazuje się, że wielu z nas ma już napisane nawet mowy pogrzebowe, bo „przecież nie mogę pozwolić, żeby powiedziano o mnie coś przypadkowego”, znają muzyczną listę, która powinna towarzyszyć pochówkowi, wiedzą, jak będą ubrani, mają konkretne oczekiwania co do tego, jak postąpić z ich ciałami po śmierci. „Chciałbym, żeby moi bliscy odczuwali po moim odejściu pustkę nie do zapełnienia. To będzie znak, że naprawdę dobrze żyłem” – powiedział podczas kolacji jeden z gości. 

Niech każdy z nas sporządzi osobistą listę tego, co chce zrobić przed śmiercią: co powiedzieć najbliższym, czym się z nimi podzielić, z kim pogodzić? A czy to zmniejszy nasz strach przed śmiercią? Każdy musi się sam przekonać. 

Czego się boją i o co się martwią umierający? Lękają się nicości? Obawiają konsekwencji swoich grzechów? Są zatroskani o przyszłość rodziny? Przemawia przez nich potrzeba bycia pamiętanym. Pragną, żeby ktoś zwrócił na nich uwagę po tym, kiedy przestaną istnieć. 

– Z moich analiz relacji osób, które znajdowały się w skrajnej opresji i pogodziły się ze swoją śmiercią, wynikało, że często osoby te bały się anihilacji. Ludzie ci obawiali się tego, że nikt się nie dowie, co się z nimi stało, gdzie znajduje się ich grób, albo że wcale nie będzie grobu. Bali się zniknięcia w niepamięci, które byłoby zniknięciem całkowitym. Chcieli mieć szansę pozostania w sercach i myślach innych osób – mówi dr Marcin Jaranowski.

– Przywróćmy śmierć życiu – powiedział niemiecki filozof Max Scheler. W świecie, w którym ukrywamy śmierć w szpitalach, dobrze jest przestać się jej wstydzić. Uświadomić sobie, że podobnie jak poród, który wszystko zaczyna, jest wliczona w nasze istnienie. Jest kropką nad „i” naszego życia. Nie wstydźmy się epilogu. Nie bójmy się tego, jaki będzie. Bo nasza biografia i nasze rozmowy muszą się jakoś zakończyć.

jak rozmawiać o śmierci
mat.prasowe

Michael Hebb „Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji”, tłum. Magdalena Koziej, Prószyński i S-ka 2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Transplatologia
Getty Images

„Zabieramy nasze narządy do nieba, choć moglibyśmy nimi ratować ludzi” – mówi prof. Magdalena Durlik, transplantolog

Transplantacja to więcej niż zabieg medyczny. To dzielenie się życiem, nawet po śmierci. Ale liczba oczekujących na przeszczep rośnie z roku na rok. Dlaczego tak się dzieje ? Rozmawiamy z prof. Magdaleną Durlik.
Tamara Wilk
01.08.2020

Z badań wynika, że jesteśmy raczej dobrze nastawieni do dzielenia się naszymi organami. Ludziom wierzącym nie zabrania tego religia, nawet Jan Paweł II popierał idee transplantologii. Dlaczego więc czas oczekiwania na przeszczep tak się wydłuża?  Może jest to po prostu światowy trend:  ludzie dłużej żyją i w coraz starszym wieku można im przeszczepiać serce, wątrobę czy nerki. Rośnie więc liczna potrzebujących. A może w naszych warunkach sprawy są jeszcze bardziej skomplikowane? Tamara Wilk: Jest coś takiego, jak „oświadczenie woli”. Podpisując je, godzimy się na pobranie po śmierci naszych narządów. Lekarze nie muszą już pytać krewnych o zgodę. Załóżmy, że rozważam podpisanie takiego dokumentu, jednak się waham. Co by mi pani powiedziała, nie tylko jako transplantolog, ale tak od serca? Magdalena Durlik: Żeby się pani nie wahała. Bo życiem można się podzielić, nawet po śmierci. W niebie te narządy nie będą pani potrzebne, a tu, na ziemi, paru osobom przedłużą albo uratują życie. Ilu? Policzmy: dwie nerki to już dwie osoby. Serce, wątroba, trzustka… kolejne trzy. Czasem jest potrzeba, żeby przeszczepić komuś rękę, więc pani prawą i lewą ręką też ktoś może w życiu jeszcze coś dobrego zdziałać. Ktoś inny może odzyskać wzrok, jeśli da się pobrać od pani rogówkę. A jakbyśmy się uparli, to można by przeszczepić komuś pani twarz. Myślę, że to niemało… Twoje narządy, twoja wola A pani podpisała oświadczenie woli? Nie. Pewnie zapyta pani dlaczego. Dla moich bliskich jest absolutnie oczywiste, jaki jest mój stosunek do tej sprawy. Jeśli jakiś mój organ mógłby komuś pomóc, chciałabym, by tak się stało. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To prawda, że na przeszczep w Polsce czeka dziś więcej osób niż przed 20 laty?...

Czytaj dalej
Fryderyk Chopin i Delfina Potocka
akg-images/EAST NEWS

Fryderyk Chopin i Delfina Potocka. Gdy umierał, śpiewała mu i przygrywała na fortepianie

Fryderyk miał pisać do Delfiny listy tak pikantne, że trudno było się nie zarumienić przy ich lekturze. Choć korespondencję najprawdopodobniej sfałszowano, historia znajomości tych dwojga intryguje do dziś.
Hanna Szczesiak
27.11.2020

Delfina z Komarów Potocka, muza poetów, malarzy i muzyków okresu romantyzmu, miała być jedną z miłości Fryderyka Chopina. Poznali się w Dreźnie, jednak ich znajomość nabrała kolorów, gdy oboje zamieszkali na stałe w Paryżu. To właśnie do stolicy Francji Delfina uciekła przed mężem, Mieczysławem Potockim, którego prawdziwa natura miała się objawić po kilku latach małżeństwa. Z relacji świadków wynika, że Potocki bił i poniżał młodą żonę, wykazując się niebywałym okrucieństwem. Miał ją nawet głodzić i więzić w ich wspólnym domu. Uwolniwszy się od męża-tyrana, Delfina rozkwitła. W Paryżu od razu dostrzeżono jej urodę – Potocka już od młodzieńczych lat zachwycała mężczyzn, a o jej rękę ubiegało się kilku adoratorów. Uroda szła w parze z talentem: Delfina mówiła po francusku, interesowała się rysunkiem i malarstwem, grała na klawikordzie i śpiewała. „Rzadko zdarzało mi się zetknąć z czymś równie doskonałym”, pisał o jej głosie wyraźnie zauroczony Eugène Delacroix. Nauczyciel i uczennica Chopina poznała na jednym z przyjęć. On bywał na nich często, roztaczając wokół siebie aurę młodego, obiecującego kompozytora, który szuka protekcji. Chciała, by uczył ją gry na fortepianie. Choć okazała się niezwykle utalentowaną i pilną uczennicą, wkrótce nie potrzebowali już pretekstu, by się spotykać. Nawiązała się między nimi więź, która trwała przez całe ich życie. Wielu do dziś próbuje dociec, czy uczucie, które ich łączyło, było wyłącznie platoniczne. W końcu w Delfinie kochali się Honoriusz Balzak, Hieronim Bonaparte (brat Napoleona), Zygmunt Krasiński – ten ostatni miał być jej największą miłością. Bliskie stosunki utrzymywała również z Juliuszem Słowackim (o którego...

Czytaj dalej
Fotolia

Kto i jak może pomóc rodzicowi po stracie dziecka?

Jak można pomóc osobie, która straciła dziecko?
Olga Komarnicka-Jędrzejewska
22.08.2013

Czego potrzebuje rodzic po stracie? Pomoc osobie, która straciła swoje dziecko , powinna przede wszystkim koncentrować się na tym, jak nauczyć się na nowo żyć w bólu i cierpieniu, którego nie da się opisać słowami. Najczęściej rodzic po starcie dziecka szuka pomocy i wsparcia u kogoś, kto jest wstanie go zrozumieć. Dla rodziców po stracie dziecka bardzo ważna jest świadomość, że otaczają ich troskliwi, godni zaufania ludzie , dla których są ważni, nawet wtedy, kiedy ich ranią, ponieważ nie wiedzą, jak pomóc. Mogą to być osoby z najbliższego otoczenia: rodzina, przyjaciele, współpracownicy, sąsiedzi. Czym jest interwencja kryzysowa? Na wstępie należy przybliżyć pojęcie interwencji kryzysowej , którą podręczniki definiują  jako formę pomocy psychologicznej, która polega na kontakcie terapeutycznym, skoncentrowanym na problemie wywołującym kryzys, czasowo ograniczonym, w którym dochodzi do konfrontacji osoby z kryzysem i do jego rozwiązania. Redukcja symptomów i przywrócenie równowagi psychicznej zapobiega dalszej dezorganizacji (W. Badura-Madej, 1996). Interwencja kryzysowa to działalność prewencyjna, związaną z prewencją wtórną – zapobieganiem pogłębianiu się patologii w konsekwencji nierozwiązanych kryzysów. Prewencja pierwotna to zapobieganie rozwojowi kryzysów i patologizacji w wymiarze ogólnospołecznym. Klasyczny model interwencji kryzysowej polega na zapewnieniu wsparcia emocjonalnego, poczucia bezpieczeństwa, zredukowaniu lęku. Podstawą wczesnej interwencji jest nawiązanie kontaktu z osobą osieroconą tak szybko, jak to możliwe, oraz stworzenie warunków i atmosfery do rozmowy, a także wyrażania uczuć związanych ze śmiercią dziecka . Na tym etapie interwencji...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej