Stres, samotność, choroby psychosomatyczne – wszyscy ich doświadczamy. Czy potrafimy jeszcze być szczęśliwi?
Unsplash.com

Stres, samotność, choroby psychosomatyczne – wszyscy ich doświadczamy. Czy potrafimy jeszcze być szczęśliwi?

W naszej kulturze poczucie szczęścia często utożsamiane jest ze zdrowiem. „Połowa moich pacjentów jest fizycznie zdrowa, ich dolegliwości są psychosomatyczne, najczęściej związane z przewlekłym stresem” – pisze internistka i terapeutka medycyny chińskiej Zofia Lorens-Litka.
Zofia Lorens-Litka
25.01.2021

Filozofia taoistyczna, będąca podstawą tradycyjnej medycyny chińskiej, najwyższe dobro i szczęście znajduje w równowadze między ciałem, umysłem i duchem. To kwintesencja filozofii Wschodu – szukanie szczęścia w sobie. Kultura zachodnia natomiast, w jakiej wyrośliśmy, nastawiona jest na szukanie szczęścia poza sobą, na zewnątrz – najczęściej w dążeniu do posiadania przedmiotów i osób zaspokajających nasze potrzeby. Taka droga, niestety, bywa pułapką prowadzącą do frustracji.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Czym jest szczęście?

Socjologowie uwielbiają zadawać ludziom na całym świecie pytanie: „Czy jesteś szczęśliwa/szczęśliwy?”. Na naszym kontynencie najwięcej odpowiedzi „tak” pada niezmiennie w Skandynawii, co Europejczycy zwykli przyjmować ze zrozumieniem, łącząc ten wynik z wysokim statusem ekonomicznym tych państw i bogatym zapleczem socjalnym. Kiedy jednak przyjrzymy się badaniom ze wszystkich kontynentów, to zobaczymy, że najwięcej osób deklarujących, że są szczęśliwe, żyje w ubogich rolniczych osadach wysoko w górach Ameryki Południowej i Azji. Postanowiłam przyjrzeć się temu zjawisku z punktu widzenia Europejki, kobiety, lekarki. Cóż takiego mają ludzie żyjący w tych często ekstremalnych warunkach klimatycznych, pracujący ciężko całe życie, bez opieki medycznej, socjalnej, bez emerytur i zasiłków? Jakie to skarby ich cieszą, których nam brakuje? Czy te miejsca to raj na ziemi, gdzie nie ma głodu, kataklizmów, konfliktów, wojen i śmierci? Oczywiście, że nie. Ponieważ w naszej kulturze poczucie szczęścia często utożsamiane jest ze zdrowiem, postanowiłam rozwinąć definicję zdrowia wg WHO. Obecna brzmi: „Zdrowie to nie tylko całkowity brak choroby, ale stan pełnego fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu”.

Czytaj też: Santosa, czyli droga ku radości. Jak odnaleźć szczęście w życiu?

Człowiek istota społeczna

Na dobrostanie społecznym skupiłam się szczególnie. Dostrzegam istotną różnicę między wspólnotą pierwotną, której rozwój często zatrzymuje się na epoce kamienia łupanego, i naszym, rozwiniętym technicznie, sięgającym gwiazd, zatomizowanym społeczeństwie. Ta różnica to wsparcie lokalnej społeczności. Człowiek jest istotą społeczną. Przynależność do dużej rodziny, grupy, wsparcie w trudnych chwilach, wspólne rytuały, rozmowy w kręgu, wzajemna pomoc to właśnie podstawa społecznego dobrostanu. Połowa moich pacjentów jest fizycznie zdrowa, ich dolegliwości są chorobami psychosomatycznymi, najczęściej związanymi z przewlekłym stresem, z którym oni sobie nie radzą. Dlaczego sobie nie radzą? Ponieważ są ogromnie, przeraźliwie samotni w swoich wynajętych lub kupionych na kredyt czterech ścianach. Po całym dniu ciężkich zmagań nie mają z kim porozmawiać o swoich problemach, nie mają się do kogo przytulić, bywa, że całymi miesiącami nie doświadczają czułego, opiekuńczego, troskliwego dotyku innej ludzkiej istoty.

Potrzeba całej wioski, by wychować dziecko

W tym samym czasie w ubogiej wiosce gdzieś w Peru, wysoko w górach, kobiety pieką podpłomyki na rozgrzanych kamieniach, śpiewając, śmiejąc się, żartując, patrząc na bawiące się wspólnie obok dzieci. Mężczyźni kończą swoje prace i szykują opał na ognisko, rozmawiając o swoich męskich sprawach. Kiedy komuś wichura zniszczy szałas – sąsiedzi i kuzyni pomogą go odbudować. Kiedy kobieta rodzi dziecko – pomagają jej mama, babcia, siostry i kuzynki. Podpowiadają, jak się opiekować noworodkiem, przygotowują jej posiłki, pielęgnują, opiekują się nią, dopóki nie odzyska sił po porodzie. Osoby starsze, które są już mniej aktywne lub niedołężne, mają zapewnioną opiekę rodzin i sąsiadów. W naszym wielkim, zatłoczonym mieście kobieta po porodzie najczęściej już po kilku dniach zostaje z dzieckiem zupełnie sama. Mąż zwykle spędza poza domem kilkanaście godzin. Mama i siostry są daleko, pracują. Kobieta, osłabiona i wyczerpana porodem i brakiem snu, bywa, że również przerażona wyzwaniem, jakim jest opieka nad niemowlęciem, czuje się bardzo samotna i opuszczona. Kiedy młoda matka odważy się powiedzieć, że nie cieszy jej macierzyństwo, często otrzymuje dosyć pochopnie postawioną diagnozę: depresja poporodowa, chociaż z depresją taki stan zazwyczaj nie ma nic wspólnego.

Czytaj też: Depresja endogenna – co to jest? Jak leczyć depresję endogenną?

Starzejące się społeczeństwo

Osoby, które zakończyły pracę zawodową i przeszły na emeryturę, które nie mają dzieci lub mają dzieci dorosłe, podróżujące w poszukiwaniu pracy, czują się zepchnięte na margines, wykluczone ze społeczeństwa. Kiedy więc coraz zamożniejsza Europa, skupiona na hedonistycznym stylu życia, kulcie gładkiego, wiecznie młodego, plastikowego ciała, nieopanowanej i niepotrzebnej konsumpcji, pogrąża się coraz bardziej w mrokach frustracji, a sprzedaż leków antydepresyjnych rośnie w postępie geometrycznym – wspólnoty żyjące od wieków w niezmienionym wolnym tempie słyną z największej liczby stulatków, cieszących się zdrowiem i pełną aktywnością do bardzo późnej starości. Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza jeśli na pytanie: „czy jesteś szczęśliwy?” nie możemy udzielić twierdzącej odpowiedzi.

Zofia Lorens-Litka – internistka i terapeutka medycyny chińskiej. Wykorzystuje w terapii m.in. masaże shiatsu i Lomi Lomi oraz leczenie dietą.

***

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru magazynu „Joga”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Orina Krajewska
Weronika Ławniczak

Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”

„Bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Staram się być obecna tu i teraz. Nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście”, mówi aktorka Orina Krajewska, córka Małgorzaty Braunek.
Karolina Morelowska-Siluk
10.10.2018

Po śmierci mamy, Małgorzaty Braunek, założyła fundację. Teraz Orina Krajewska, która zawodowo poszła w ślady mamy i także została aktorką, wydała książkę o holistycznym podejściu do zdrowia pt. „Holistyczne ścieżki zdrowia. Bądź” (wyd. Sensus).  Karolina Morelowska-Siluk: Wydałaś książkę „Holistyczne ścieżki zdrowia". Dlaczego zajęłaś się tym tematem? Orina Krajewska: To naturalna konsekwencja tego, co stało się ważną częścią mojego życia - razem z rodziną prowadzę Fundację Małgosi Braunek „Bądź". Założyliśmy ją po śmierci mamy, to było w pewnym sensie jej życzenie. Mama chorowała na raka, korzystała oczywiście z medycyny konwencjonalnej, ale starała się robić coś więcej - stosowała rozmaite terapie naturalne, praktyki duchowe. Ważna była dla niej aktywna walka o zdrowie. Chciała mieć poczucie, że robi wszystko, co możliwe. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że w wielu miejscach na świecie, także tych bliskich Polsce, na przykład w Niemczech, od lat stosuje się terapie zintegrowane, łączące nowoczesne osiągnięcia medycyny naukowej z medycyną komplementarną. Co to znaczy? Mówiąc obrazowo, medycyna komplementarna leczy nie tylko chory narząd, ale cały organizm. Wspierając mamę przez rok, na własnej skórze odczuliśmy skutki jednowymiarowego leczenia. Leczenia, które skupia się wyłącznie na zaatakowanym przez chorobę organie. W podejściu komplementarnym wychodzi się z założenia, że wszystko – umysł, ciało i stan ducha – ma na siebie wpływ. Zaniedbanie jednego z tych obszarów może zaburzać cały system. Moja mama, niestety, nie zdążyła pojechać do kliniki, która oferowała taki rodzaj integralnego leczenia, ale jej wolą było utworzenie czegoś na kształt centrum informacji i studiów nad holistycznym podejściem w...

Czytaj dalej
Jak osiągnąć szczęście
eastnews

Prof. Ruut Veenhoven, ekspert od szczęścia, wyjaśnia, czemu niektórzy z nas je mają, a inni nie

„To zawsze jest kombinacja tysięcy czynników”.
Sylwia Niemczyk
24.02.2019

Żyjemy dzisiaj w społeczeństwie wielokrotnego wyboru. Możemy decydować, o tym, gdzie zamieszkamy, o pracy, związkach, stylu życia, sposobie spędzania wolnego czasu. Ale czy możemy zapewnić sobie szczęśliwe życie, na ile nasze szczęście zależy od nas, co zrobić, by mu sprzyjać” – mówi w „Urodzie Życia” profesor Ruut Veenhoven, ojciec chrzestny badań nad szczęściem, socjolog z Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie. Szczęścia można się  nauczyć Bartosz Janiszewski, URODA ŻYCIA: Filozofowie pytają o nie od tysięcy lat, poeci próbują je opisać, religie je obiecują, a psychoterapeuci pomagają nam znaleźć do niego drogę. Tymczasem pan po prostu sprowadza szczęście do liczb. W skali od 1 do 10. Za grosz romantyzmu. Prof. Ruut Veenhoven:  Prywatnie mogę zachwycać się koncepcjami filozoficznymi i pięknymi wierszami o szczęściu, ale jestem naukowcem. Od 40 lat zajmuję się zawodowo szczęściem i potrzebuję do tego naukowych narzędzi. Naukowe jest to, co da się zmierzyć. Żeby badać szczęście, trzeba je więc zmierzyć. Tylko co pan właściwie mierzy? Jak nauka definiuje szczęście? W psychologii to nieco romantyczne pojęcie rozumiemy jako zadowolenie z całego swojego dotychczasowego życia. Badań, w których pojawia się pytanie o tę satysfakcję, każdego roku jest ponad tysiąc. Przeprowadzają je poważne instytucje, od Unii Europejskiej przez szacowne uniwersytety, instytuty badawcze po rządy państw. W Światowej Bazie Szczęścia na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie gromadzimy je od ponad 30 lat. W tej chwili mamy ponad trzy miliony odpowiedzi na to pytanie. Najciekawsze jest jednak to, że te odpowiedzi przychodzą do nas w pakiecie z innymi informacjami społecznymi, psychologicznymi, finansowymi etc. To pozwala nam na wyciąganie ogromnej liczby wniosków. W tej chwili mamy opisanych ponad 50 tysięcy...

Czytaj dalej
rodzina w domu
Adobe Stock

Przyczyny depresji: geny, środowisko czy dzieciństwo? Kto jest na nią najbardziej narażony?

Bardziej geny czy sposób wychowania? Odporność na stres, a może hormony? Co jest przyczyną depresji?
Aleksandra Nowakowska
04.05.2020

Naukowcy od dziesiątek lat pracują nad ustaleniem przyczyn depresji naukowcy i wciąż nie przedstawili jednoznacznych wniosków. Obecnie przyjmuje się, że wszystkie zaburzenia psychiczne – również depresja kliniczna – są spowodowane złożoną kombinacją czynników fizjologicznych, psychologicznych i społecznych. Ta teoria jest najpopularniejsza wśród specjalistów, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym i badają przyczyny zaburzeń. Depresja zawiera się w genach? Faktem jest, że określone rodzaje depresji występują dziedzicznie. Podłoże genetyczne dotyczy zwłaszcza choroby afektywnej dwubiegunowej, której jednym z elementów jest depresja kliniczna. Badania wykazały, że osoby w rodzinie, które na nią chorują, mają nieco inny układ genów, niż te, które na nią nie zapadają. Jednocześnie jednak zauważono, że nie wszyscy z tym określonym genotypem zachorowali na chorobę dwubiegunową. Najwyraźniej więc za depresję odpowiadają jeszcze dodatkowe czynniki, na przykład atmosfera w domu, w której przyszło nam wyrosnąć. W niektórych rodzinach depresja pojawia się z przewidywalną częstotliwością z pokolenia na pokolenie. Psycholodzy są zdania, że wynika to nie tylko z podłoża genetycznego, ale także z faktu, że na ogół rodzice uczą swoje dzieci umiejętności psychicznych, które sami posiadają. Od nich przejmujemy, jak okazywać emocje i jak radzić sobie ze stresem czy lękiem, a to czyni nas bardziej lub mniej podatnymi na depresję. Naukowcy sprawdzili też, że depresja – niezależnie czy dziedziczna, czy nie – wiąże się ze zmianami w strukturze i chemii mózgu. Sprzyjają jej: niska samoocena, pesymizm oraz łatwość ulegania stresowi. Nie jest do końca jasne, czy jest to predyspozycja psychologiczna, czy wczesna postać choroby. Depresyjne...

Czytaj dalej
orina krajewska
Fot. Wojciech Foit

Orina Krajewska: „Joga to dla mnie niekończąca się podróż”

„Ostatnie dwa lata są dla mnie przełomowe, jeśli chodzi o świadomość ciała. Zrozumiałam, że ciało jest pierwszym krokiem do tego, żeby poruszyć wnętrze” – mówi aktorka i pasjonatka jogi Orina Krajewska.
Magdalena Żakowska
17.12.2020

Orina Krajewska, aktorka, córka Małgorzaty Braunek i prezeska Fundacji „Bądź” znana jest nie tylko jako joginka, ale też promotorka medytacji integralnej, czyli holistycznego podejścia do zdrowia, w którym postrzega się na człowieka jako całość, a nie sumę niezależnych od siebie organów. Na aktorstwo zostaje je niewiele czasu, ale gra w serialu „Barwy szczęścia" i epizodycznie w innych projektach. Magdalena Żakowska: Ćwiczysz czy praktykujesz jogę? Orina Krajewska: Dziś praktykuję, ale zaczynałam od ćwiczenia. Gdybym ćwiczyła i myślała o sobie, że praktykuję, byłoby chyba nie fair. Na czym polega różnica? Na podejściu. Czy traktujesz jogę jako fajny rodzaj fitnessu, czy element stylu życia? Ćwiczyć jogę zaczęłam jakieś osiem lat temu. Przez pierwsze dwa lata to była hatha joga, czyli po prostu zestaw asan, który traktowałam jak szczególny rodzaj gimnastyki. Co było bodźcem? Bezpośrednim? To, że chciałam zachować szczupłą sylwetkę, a nie lubię biegać i nie miałam też innych sportowych zajawek. A niebezpośrednim? Jako nastolatka miałam problem z relacją ze swoim ciałem. Punktowałam wszystko i miałam potworne kompleksy, wydawało mi się, że jestem za gruba, mam za małe piersi i kręcone włosy zamiast prostych. W jodze trzymam się swoich nauczycieli Standard w tym wieku. Chociaż pochodzisz z domu, w którym relacja z ciałem i aktywność fizyczna były chyba ważne. To taki schemat, że skoro buddyści medytują, to na pewno też ćwiczą jogę i są wysportowani. Ale prawda jest taka, że moja mama nie była jakoś szczególnie aktywną fizycznie osobą. Lubiła pływać i jeździć na rowerze, ale robiła to sporadycznie. Nie praktykowała jogi. Rano wykonywała jakieś błyskawiczne, proste ćwiczenia i to był koniec tematu. Stawiała na duchowość. ...

Czytaj dalej