Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok).

W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze .

Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.”

Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką?

Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z łóżka a godziną, o której się umówiliśmy, nie zdążę zrobić nic wymagającego skupienia, więc postanowiłem pójść nad Wisłę, popatrzeć na ptaki. Korzystam z tego, że mam blisko do ulubionego miejsca na Bielanach. Na rowerze – chwila, stąd ten sprzęt. Wziąłem nawet lunetę ze statywem.

To jest uzależnienie.

Chyba tak.

I masz to od dziecka?

Od wczesnej podstawówki, choć z różną intensywnością. Starszy o dwa lata, podziwiany kuzyn podczas wakacji na Mazurach wciągnął mnie w birdwatching – nasłuchiwaliśmy sowy włochatki albo obserwowaliśmy nad jeziorem zimorodki.

Jak twoi rodzice patrzyli na to, że chodzisz godzinami po parkach czy lasach zamiast siedzieć pilnie przy biurku i zakuwać historię albo fizykę?

Mama miała w tym swój udział – dużo mi czytała, wielkie wrażenie zrobiła na mnie opowieść Ireny Jurgielewiczowej „O czterech warszawskich pstroczkach”, czyli czterech wróblach ze Starego Miasta. Muszę stwierdzić, że miałem szczęście, bo mam rodziców nienapastliwych, którzy nigdy mnie do niczego nie zmuszali. Pewnie skorzystałem na tym, że mam starszego brata – on był zmuszany na przykład do nauki gry na wiolonczeli, nienawidził tego. Może dlatego wiele rzeczy zostało mi oszczędzonych – rodzice przerobili lekcję, jak to wychodzi, gdy się dziecko do czegoś zmusza, więc dzięki temu miałem dużo luzu. Korzystając z tej swobody, czytałem, co chciałem, i „wsiąkłem” w ptaki. Oczywiście z przerwami, bo to zainteresowanie nie było intensywne w stałym stopniu: w liceum mi przeszło, potem studia humanistyczne – najbardziej klasyczna droga, która z ptakami nie ma wiele wspólnego.

Stanisław Łubieński: ptaki to część mojego życia

Skończyłeś filologię ukraińską, napisałeś książkę „Pirat stepowy” o Nestorze Machnie, ukraińskim anarchiście, ambitny literacki reportaż. A popularność i laury przyniosła ci książka o ptakach, ich podglądaniu – też erudycyjna, błyskotliwa, ale jednak trochę inny kaliber… Nie złościsz się?

Nie, skądże. Początek XX wieku na Ukrainie to temat niszowy, potraktowany na poważnie, bardziej naukowo, nie jest dla każdego. A „Dwanaście srok za ogon” to książka napisana bardziej moim własnym, osobistym głosem i dla wszystkich. Wydawnictwo Czarne dopingowało mnie skutecznie do jej napisania i było wyrozumiałe co do terminów.

Co jest w tej książce ważniejsze: eseistyczne odniesienia do kultury i sztuki czy ptaki jako takie?

No pewnie, że ptaki! To, co mnie napędza, to ambicja takiego pisania o przyrodzie, żeby było uniwersalne i „czytalne” dla każdego – również dla osób, które na co dzień w ogóle nie zwracają uwagi na przyrodę.

I tylko z obrazu Chełmońskiego wiedzą, jak wygląda kuropatwa…

No właśnie. A ci, którzy znają się na stworzeniach, mogą się przekonać, że obserwując sobie przyrodę, można płynnie wejść w świat malarstwa niderlandzkiego czy we współczesną ambitną literaturę…

Na przykład autorstwa gwiazdy – Jonathana Franzena, który o ptakach dużo nie pisze, ale jest birdwatcherem.

W 2005 roku napisał esej „My Bird Problem”, w którym opowiadał, jak wpadł w ptasiarstwo. Zwierza się tam, że obserwowanie ptaków było dla niego rodzajem ucieczki od problemów. I tak wyciszając się, okazjonalnie je obserwował, a kiedy znajomi pokazali mu w parku drozdka brunatnego, wpadł w to na poważnie. Ten drozdek to bardzo niepozorny ptak, więc tajemnicą pozostaje, dlaczego tak bardzo poruszył pisarza…

Franzen uciekał od problemów w małżeństwie, ty też znalazłeś w obserwowaniu ptaków jakiś azyl?

Nie, ja jestem dość szczęśliwym człowiekiem i przed niczym nie muszę uciekać. Ptaki to już nieodłączna część mojego życia i po części moja praca. Tak to się szczęśliwie ułożyło.

„Rozbiegany wzrok, krótkie, szybkie ruchy głową, nasłuchiwanie…”, tak to opisujesz w książce – syndrom BCD, czyli Bird Compulsive Disorder. Cierpisz na tę przypadłość? Zdecydowanie wybrałeś dziś miejsce przodem do okna…

BCD to żartobliwa konstrukcja, choć coś w niej jest – zaczyna się niebezpieczny czas, bo wiosną dużo się dzieje. Boję się, że będę miał kłopoty ze skupieniem się na konkretnych rzeczach, bo ciągnie mnie wtedy do parków, nad rzekę, gdziekolwiek. Wiosna u nas jest dość krótka, niezwykle intensywna. Od połowy kwietnia do połowy maja w sumie należałoby spędzać na dworze całe dnie, a już zwłaszcza poranki.

Takie „fanaberie” jak sortowanie śmieci…

Rodzinie nie przeszkadza, że cię dużo nie ma w domu? Nikt ci nie wyrzuca, że zamiast zrobić „coś pożytecznego”, siedzisz godzinami z lornetką nad Wisłą albo w parku?

Staram się, żeby to nie kolidowało z życiem rodzinnym, ale myślę, że to nie jest taki wielki dramat, że sobie wyskoczę gdzieś na pół dnia. Pracuję głównie w domu, więc myślę, że te wyjazdy mogą być dla rodziny całkiem przyjemne.

Namówiłeś kogoś z rodziny – ojca, brata – do ganiania za ptakami?

Nie, nawet nie próbowałem. Do pasji nie można kogoś namówić, bo to nie będzie pasja, tylko coś wymuszonego i nieszczerego. Nie mam potrzeby nikogo zmuszać, żeby się zachwycał czubkiem jemiołuszki. Znam wystarczająco dużo ludzi, którzy podzielają moje zainteresowania.

Skąd ta pasja się bierze, jeżeli chodzi o wymiar psychologiczny? Ptaki są niedościgłe, dla normalnego obserwatora – powiedzmy nomen omen – ulotne: raczej nie można ich dotknąć, pogłaskać… Zastanawiałeś się, dlaczego birdwatching jest zaraźliwy?

Wydaje mi się, że to hobby jest trochę podobne do każdego zbieractwa: kolekcjonuje się wrażenia, „zbiera się” gatunki, zdjęcia, robi się w zeszycie listy zaobserwowanych ptaków. U niektórych to hobby nie różni się bardzo od zbierania znaczków, tyle że ma ten przyjemny i pozytywny aspekt, że to wszystko dzieje się na dworze i jest taką zabawą trochę trapersko-myśliwską.

Obserwując ptaki, siłą rzeczy zauważasz to, jak wpływa na nie człowiek i wprowadzane przez niego zmiany w środowisku.

Oczywiście. To prawda. Ptaki – chociaż „ulotne”, chociaż nie da się ich pogłaskać – są tak naprawdę najbardziej widocznymi dzikimi zwierzętami w otoczeniu człowieka, takimi, które można chyba najłatwiej zauważyć. One w pewnym stopniu dzięki tej swojej niedosiężności mogły się dostosować do ludzkiego świata: są wszędzie, nawet w surowym i dość pustynnym centrum Warszawy. Są autonomicznymi stworzeniami, innymi niż zwierzęta domowe. W sumie niewiele o nich wiemy… 90 procent ludzi w ogóle ich nie zauważa. Frapujące jest dla mnie to, że kiedy oprowadzam wycieczki po miejskich parkach, uczestnicy potrafią się zachwycić ptakami, które są zupełnie pospolite, powinni byli je zauważać, chodząc codziennie do pracy. Taka zięba, która jest wszędzie, w każdym parku, pod koniec marca zaczyna śpiewać na skwerach, mała, niepozorna, niedostrzegana, pokazana palcem staje się gwiazdą. Zabawne. Wystarczy skupić uwagę i wzrok.

Nauka patrzenia. I słuchania. Aktywna medytacja.

Tak. Jakiś rodzaj kontaktu z otoczeniem, który bez birdwatchingu nie zachodzi.

Ta uważność, skupienie, cierpliwość dotyczy tylko ptaków czy może wpływa na twój stosunek do ludzi, świata?

Z pewnością nawyk stałego, półświadomego skupienia – nasłuchiwania i rozglądania się – sprawia, że pewnie widzę nieco więcej niż wielu ludzi. Szczególnie tych, co dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.

Obserwujesz ich? Na spotkaniu podziobią trochę w telefon, a potem muszą lecieć.

Tak!

Jak się mają ptaki w mieście?

Wiadomo, generalnie przyroda w dzisiejszych czasach raczej nie zyskuje. W Polsce wciąż nie jest najgorzej, ale zawsze mogłoby być lepiej. Coraz bardziej widoczny jest podział: są ludzie świadomi tego, że musimy dbać o przyrodę, i tacy, którzy kontestują takie „fanaberie” jak segregacja śmieci, dbałość o otoczenie… Wydaje mi się, że wraz z rozwojem miast świadomość ekologiczna rośnie, ale ciągle jeszcze w Polsce nie wpływa na model rozwoju miejskiej przestrzeni.

„Lubię żywą inteligencję wron siwych”

Starasz się działać? Bronisz drzew przed wycięciem? Ptasich gniazd przed zniszczeniem? Jesteś walczącym ekologiem?

Pomagałem trochę Renacie Markowskiej, szefowej Ptasiego Patrolu. Ona jest prawdziwą nieustraszoną aktywistką, która poświęca mnóstwo serca i zdrowia walce o ptaki żyjące w mieście. Chodzi głównie o gniazda, które są usuwane albo zamurowywane w czasie remontów budynków. Polskie prawo niby je chroni, ale niestety ludzie mają prawo gdzieś. Takie interwencje to bardzo niewdzięczna sprawa, często bywa nieprzyjemnie, a ja się w tym słabo odnajdywałem. Dlatego jeździłem z Renatą bardziej jako towarzystwo, ewentualnie osoba, która uspokajała sytuację.

Miejskie ptaki zmieniają się, dostosowują do warunków?

Oczywiście. Można to obserwować w czasie rzeczywistym. Są gatunki, które radzą sobie gorzej, inne lepiej. Dużym problemem dla ptaków w mieście była powszechna „termomodernizacja” – obłożone styropianem i różnymi materiałami budynki zostały zamknięte dla mieszkających w nich od dziesięcioleci ptasich pokoleń. Fatalna jest też wycinka drzew.

Najłatwiej zacząć obserwację ptaków w najbliższym parku – piszesz o tym. A kiedy chcesz wypuścić się dalej – w Polsce – to dokąd?

Ptasi raj to rozlewiska Biebrzy. Mam ulubione miejsce tam, gdzie spotyka się Narew i Biebrza – są pagórki, a z nich widać nieprawdopodobną przestrzeń pełną ptaków. Widok, na który się czeka. Jest rzecz jasna jeszcze Puszcza Białowieska. Każdy powinien to zobaczyć: uderzający widok potężnego, starego lasu, w którym panuje nastrój świątyni, jakieś przygniatające wrażenie ogromu, potęgi i niezmienności. Chyba tylko w górach można doznać podobnych wrażeń. W Polsce mamy dużo pięknych miejsc.

Mazury? Piszesz o stadach żurawi, po sto osobników. Dużo ludzi tam jeździ i nigdy nie widują czegoś podobnego!

Umiejętność patrzenia, nawyk rozglądania się. Serio. Zresztą w październiku widziałem klucz żurawi tutaj, nad placem Wilsona. 60 żurawi, nisko. Naprawdę! Mam świadków, obiektywnych, bo niezaangażowanych w ptaki. Kiedy człowiek uzna, że obserwowanie ptaków może być interesujące, to pierwsze kroki powinien stawiać z kimś doświadczonym, kto pokaże mu, jak patrzeć. Nie lubię tego słowa, ale pasuje, więc niech będzie: „uważność”.

Birdwatcherzy rywalizują na liczbę odnotowanych, zaobserwowanych gatunków.

Można prowadzić listę życiową, roczną albo dotyczącą danego miejsca. Listy tworzy się bardziej ze względu na ambicje i dla satysfakcji, nie dla wymiernego prestiżu. Bardzo rzadkie ptaki albo takie, które na ogół nie występują na danym terenie, lepiej uwieczniać na zdjęciach.

Rzucasz wszystko, pakujesz się w minutę i pędzisz samochodem na łeb na szyję na wieść o jakimś „białym kruku”, który pojawił się 300 kilometrów dalej?

Nie, aż tak mi nie zależy! Ale ludzi, którzy zbierają nowe gatunki i potrafią dla nich rzucić wszystko, nazywa się w żargonie „tłiczerami”, od angielskiego twitch – nerwowo podrygiwać. „Tłiczowanie” może mieć frustrujące skutki: w Polsce spotyka się czterysta kilkadziesiąt gatunków ptaków, więc jasne jest, że kiedy już zaliczy się te popularne, lista rośnie wolniej, bo zostają do zobaczenia tylko gatunki bardzo, bardzo rzadkie… W zeszłym roku jeden ptasiarz widział w Polsce 315 gatunków. Ja skupiłem się w tym roku na ptakach w mieście. Ograniczyłem sobie pole działania tylko do Warszawy. I liczę. Przez miesiąc naliczyłem 70 gatunków.

Jakiś faworyt, ulubiony miejski okaz?

Nie wiem, czy można jakiegoś wyróżniać, bo wtedy te inne będą w cieniu. Lubię wszystkie ptaki od nura czarnoszyjego po śniegułę... W mieście szczególnie lubię podziwiać żywą inteligencję wron siwych – to, jak rozbijają orzechy na chodniku i zgrabnie patroszą śmietniki.

Całe życie mieszkałeś na warszawskich Szczęśliwicach, chodziłeś po tamtejszym parku. Teraz wydałeś książki i przeprowadziłeś się na Żoliborz. Tam jest więcej ptaków?

To było związane z wyborami sercowymi, niedotyczącymi ptaków. Ale rzeczywiście, mam stąd blisko nad Wisłę, uzależniam się powoli od rzeki – masa nad nią ptaków.

I co one właściwie dają? Jakbyś miał powiedzieć w dwóch zdaniach, może żeby zachęcić innych...

Stwierdzenie, że ptaki są piękne i mądre, to banał. Ptaki to jest osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas. I to jest zaledwie pierwsze zdanie wstępu do opowieści o nich.

***

Rozmowa ze Stanisławem Łubieńskim ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
franzen
Talia Herman

Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”

„Jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do przyrody, a nie obawą przed końcem świata” – mówi Jonathan Franzen, jeden z największych współczesnych pisarzy.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Jest zaangażowany, pełen pasji, niewspółczesny. „Bohaterowie jego książek nie rozwiązują zagadek kryminalnych, nie posiadają supermocy, ale pokazują nam, jacy jesteśmy” – pisał tygodnik „Time” w numerze, na którego okładce pojawił się Jonathan Franzen . Już wtedy, w 2010 roku, poza tym, że nazywano go największym pisarzem Ameryki, uznawany był za nieokrzesanego, kontrowersyjnego, zaskakującego. Może dlatego, że nigdy nie próbował spodobać się jak największej liczbie odbiorców. Do dziś nie dba o to. Krytykuje media społecznościowe, chociaż to od nich zależy sprzedaż książek. Występuje przeciw organizacjom zajmującym się ochroną przyrody, których działania uznaje za pozornie dobre. I pisze o tym w powieściach – przenikliwych, inteligentnych, dowcipnych – ale też w esejach. Ich ostatni zbiór, „Koniec końca świata”, wydany został w Polsce w 2019 roku. Uchodzi za outsidera, w rozmowie z „Urodą Życia" mówi:  „doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa". Franzen mieszka w Kalifornii z wieloletnią partnerką Kathryn Chetkovich, również pisarką. Nie mają dzieci. Za domem w Santa Cruz nie założyli ogrodu z wypielęgnowanym trawnikiem; w tym miejscu pozwolili rosnąć dzikim trawom i krzewom. Tam od czasu do czasu powstają nowe gniazda. Marta Strzelecka: Dlaczego obserwuje pan ptaki? Jonathan Franzen: Bo mnie fascynują, od lat się to nie zmienia. Budzą we mnie czułość, empatię, powodują, że staję się spokojniejszy, bardziej wyrozumiały, pokorny. Zanim zacząłem obserwować ptaki, spacerowałem po lesie wkurzony. Teraz chodzę, rozglądam się i zauważam istoty, które są podobne do mnie. Zakładają rodziny, budują domy, organizują sobie wakacje w ciepłych...

Czytaj dalej
Andrzej Kruszewicz, Zoo
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble? Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu.  Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu. Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot? Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne....

Czytaj dalej
Andrzej Kruszewicz
archiwum prywatne

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo o sekretnym życiu zwierząt

Chociaż Andrzej Kruszewicz jest dyrektorem warszawskiego zoo już od ponad 10 lat, nadal nie nudzi go obserwowanie mieszkających tutaj zwierząt. Z tych obserwacji powstała książka „Sekretne życie zwierząt” – piękny przewodnik po świecie zwierzęcych uczuć i podręcznik dla tych, którzy chcą nie tylko oglądać małpy, słonie i pingwiny, ale też naprawdę je poznać.
Marta Strzelecka
07.06.2020

Miłość jest sprytniejszym sposobem działania od agresji, choćby dlatego, że nie przysparza wrogów. Proste prawda? Jesteśmy ssakami, jednak nie potrafimy przyjąć tej zasady za coś pewnego, tak jak goryle„ – mówi Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Właśnie ukazała się jego książka „Sekretne życie zwierząt”. Marta Strzelecka: To prawda, że zwierzęta w zoo przyglądają się panu ostatnio bardzo uważnie?  Andrzej G. Kruszewicz: Kiedy nie było zwiedzających, były mną zainteresowane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może zobaczyły mnie zupełnie na nowo? Ja też miałem więcej czasu, żeby im się przyjrzeć. Więcej też byłó słychać, śpiew ptaków głośniej brzmi.  I co pan dostrzegł?  Małpy na przykład nudzą się bez ludzi, nie mają się z kogo śmiać. Zwykle kręcą się przy ogrodzeniu, przedrzeźniają zwiedzających. A teraz nie widują nikogo poza opiekunami, pracownikami zoo. Dlatego, żeby umilić im życie, chowamy na ich wybiegach różnego rodzaju frykasy, a one szukają. Dostają też od nas plastikowe butelki z kompotem, które zamiast wyrzucać po wypiciu napoju, przynoszą do opiekunów, żeby dostać za to daktyle. Ale wydry na przykład, które bardzo lubią publiczność, nie zmieniły się. Dla nich na pierwszym miejscu zawsze była zabawa i wciąż tak jest. Oglądamy szczęśliwe grupy bawiących się samotnych matek z małymi, bo panowie wydry raczej nie interesują się ani potomstwem, ani ukochanymi. U gibonów zawsze jest ruch, niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje. A ja uwielbiam na nie patrzeć, nie przestaje mnie zadziwiać, jakie są sprawne, jakie potrafią robić wygibasy. Wszystkie zwierzęta w zoo korzystają teraz ze swoich przestrzeni w większym stopniu niż kiedyś. Mieliśmy niedawno kilka porodów, gepardzica urodziła na...

Czytaj dalej
Olga Tokarczuk
East News

„Nie strzelajcie do nich” — apeluje noblistka Olga Tokarczuk

15 sierpnia rozpoczął się sezon polowań na ptaki. „Przestańcie to robić. To okrutne i niebezpieczne”  — mówi noblistka Olga Tokarczuk, która od lat wspiera inicjatywę ornitologów i ekologów Niech Żyją!
Sylwia Arlak
19.08.2020

Koalicja Niech Żyją! złożyła niedawno do ministra środowiska Michała Wosia wniosek o wprowadzenie moratorium. Ornitologowie i ekolodzy walczą o zawieszenie na 5 lat polowań na ptaki.  Ich działania wspiera noblistka Olga Tokarczuk. „Nazywam się Olga Tokarczuk i od lat wspieram inicjatywę Niech Żyją! I także teraz chciałabym wesprzeć moratorium na zabijanie dzikich ptaków na pięć lat. Zabijanie ptaków jest okrutne i niepotrzebne” —  mówi w opublikowanym filmie. 15 sierpnia rozpoczął się sezon polowań na ptaki. W Polsce można polować na 13 gatunków: łyski, jarząbki, bażanty, kuropatwy, gęsi gęgawe, gęsi zbożowe, gęsi białoczelne, krzyżówki, cyraneczki, głowienki, czernice, gołębie grzywacze i słonki. Jak podają członkowie Niech Żyją!, na podstawie danych z GUS i PZŁ, w sezonie 2019/2019 myśliwi odstrzelili aż 216 tys. ptaków. „Nie godzimy się na strzelanie do ptaków. To chora tradycja. Niektórzy nazywają ją nawet sportem. Jednak żaden sport nie zakłada śmierci tych, którzy biorą w nim udział” — czytamy na stronie Niech Żyją! Koalicja ostrzega, że przez polowania na ptaki do środowiska trafia trujący ołów. Powołując się na źródła naukowe, piszą, że co roku w Polsce wystrzeliwuje się od ok. 300 ton do ok. 600 ton ołowiu. To — jak podkreślają — więcej niż emituje ołów do atmosfery cały polski przemysł i transport. „Tymczasem polowania na ptaki dopuszczają metody okrutne, wiążące się z wielkim cierpieniem zwierząt, często konających przez wiele godzin, dni, a w przypadku zatrucia ołowianym śrutem nawet tygodni i miesięcy. Niektóre zachowania wobec ptaków łownych wydają się graniczyć z sadyzmem”  — apeluje koalicja. Zabijane są także gatunki chronione...

Czytaj dalej