Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok).

W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze .

Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.”

Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką?

Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z łóżka a godziną, o której się umówiliśmy, nie zdążę zrobić nic wymagającego skupienia, więc postanowiłem pójść nad Wisłę, popatrzeć na ptaki. Korzystam z tego, że mam blisko do ulubionego miejsca na Bielanach. Na rowerze – chwila, stąd ten sprzęt. Wziąłem nawet lunetę ze statywem.

To jest uzależnienie.

Chyba tak.

I masz to od dziecka?

Od wczesnej podstawówki, choć z różną intensywnością. Starszy o dwa lata, podziwiany kuzyn podczas wakacji na Mazurach wciągnął mnie w birdwatching – nasłuchiwaliśmy sowy włochatki albo obserwowaliśmy nad jeziorem zimorodki.

Jak twoi rodzice patrzyli na to, że chodzisz godzinami po parkach czy lasach zamiast siedzieć pilnie przy biurku i zakuwać historię albo fizykę?

Mama miała w tym swój udział – dużo mi czytała, wielkie wrażenie zrobiła na mnie opowieść Ireny Jurgielewiczowej „O czterech warszawskich pstroczkach”, czyli czterech wróblach ze Starego Miasta. Muszę stwierdzić, że miałem szczęście, bo mam rodziców nienapastliwych, którzy nigdy mnie do niczego nie zmuszali. Pewnie skorzystałem na tym, że mam starszego brata – on był zmuszany na przykład do nauki gry na wiolonczeli, nienawidził tego. Może dlatego wiele rzeczy zostało mi oszczędzonych – rodzice przerobili lekcję, jak to wychodzi, gdy się dziecko do czegoś zmusza, więc dzięki temu miałem dużo luzu. Korzystając z tej swobody, czytałem, co chciałem, i „wsiąkłem” w ptaki. Oczywiście z przerwami, bo to zainteresowanie nie było intensywne w stałym stopniu: w liceum mi przeszło, potem studia humanistyczne – najbardziej klasyczna droga, która z ptakami nie ma wiele wspólnego.

Stanisław Łubieński: ptaki to część mojego życia

Skończyłeś filologię ukraińską, napisałeś książkę „Pirat stepowy” o Nestorze Machnie, ukraińskim anarchiście, ambitny literacki reportaż. A popularność i laury przyniosła ci książka o ptakach, ich podglądaniu – też erudycyjna, błyskotliwa, ale jednak trochę inny kaliber… Nie złościsz się?

Nie, skądże. Początek XX wieku na Ukrainie to temat niszowy, potraktowany na poważnie, bardziej naukowo, nie jest dla każdego. A „Dwanaście srok za ogon” to książka napisana bardziej moim własnym, osobistym głosem i dla wszystkich. Wydawnictwo Czarne dopingowało mnie skutecznie do jej napisania i było wyrozumiałe co do terminów.

Co jest w tej książce ważniejsze: eseistyczne odniesienia do kultury i sztuki czy ptaki jako takie?

No pewnie, że ptaki! To, co mnie napędza, to ambicja takiego pisania o przyrodzie, żeby było uniwersalne i „czytalne” dla każdego – również dla osób, które na co dzień w ogóle nie zwracają uwagi na przyrodę.

I tylko z obrazu Chełmońskiego wiedzą, jak wygląda kuropatwa…

No właśnie. A ci, którzy znają się na stworzeniach, mogą się przekonać, że obserwując sobie przyrodę, można płynnie wejść w świat malarstwa niderlandzkiego czy we współczesną ambitną literaturę…

Na przykład autorstwa gwiazdy – Jonathana Franzena, który o ptakach dużo nie pisze, ale jest birdwatcherem.

W 2005 roku napisał esej „My Bird Problem”, w którym opowiadał, jak wpadł w ptasiarstwo. Zwierza się tam, że obserwowanie ptaków było dla niego rodzajem ucieczki od problemów. I tak wyciszając się, okazjonalnie je obserwował, a kiedy znajomi pokazali mu w parku drozdka brunatnego, wpadł w to na poważnie. Ten drozdek to bardzo niepozorny ptak, więc tajemnicą pozostaje, dlaczego tak bardzo poruszył pisarza…

Franzen uciekał od problemów w małżeństwie, ty też znalazłeś w obserwowaniu ptaków jakiś azyl?

Nie, ja jestem dość szczęśliwym człowiekiem i przed niczym nie muszę uciekać. Ptaki to już nieodłączna część mojego życia i po części moja praca. Tak to się szczęśliwie ułożyło.

„Rozbiegany wzrok, krótkie, szybkie ruchy głową, nasłuchiwanie…”, tak to opisujesz w książce – syndrom BCD, czyli Bird Compulsive Disorder. Cierpisz na tę przypadłość? Zdecydowanie wybrałeś dziś miejsce przodem do okna…

BCD to żartobliwa konstrukcja, choć coś w niej jest – zaczyna się niebezpieczny czas, bo wiosną dużo się dzieje. Boję się, że będę miał kłopoty ze skupieniem się na konkretnych rzeczach, bo ciągnie mnie wtedy do parków, nad rzekę, gdziekolwiek. Wiosna u nas jest dość krótka, niezwykle intensywna. Od połowy kwietnia do połowy maja w sumie należałoby spędzać na dworze całe dnie, a już zwłaszcza poranki.

Takie „fanaberie” jak sortowanie śmieci…

Rodzinie nie przeszkadza, że cię dużo nie ma w domu? Nikt ci nie wyrzuca, że zamiast zrobić „coś pożytecznego”, siedzisz godzinami z lornetką nad Wisłą albo w parku?

Staram się, żeby to nie kolidowało z życiem rodzinnym, ale myślę, że to nie jest taki wielki dramat, że sobie wyskoczę gdzieś na pół dnia. Pracuję głównie w domu, więc myślę, że te wyjazdy mogą być dla rodziny całkiem przyjemne.

Namówiłeś kogoś z rodziny – ojca, brata – do ganiania za ptakami?

Nie, nawet nie próbowałem. Do pasji nie można kogoś namówić, bo to nie będzie pasja, tylko coś wymuszonego i nieszczerego. Nie mam potrzeby nikogo zmuszać, żeby się zachwycał czubkiem jemiołuszki. Znam wystarczająco dużo ludzi, którzy podzielają moje zainteresowania.

Skąd ta pasja się bierze, jeżeli chodzi o wymiar psychologiczny? Ptaki są niedościgłe, dla normalnego obserwatora – powiedzmy nomen omen – ulotne: raczej nie można ich dotknąć, pogłaskać… Zastanawiałeś się, dlaczego birdwatching jest zaraźliwy?

Wydaje mi się, że to hobby jest trochę podobne do każdego zbieractwa: kolekcjonuje się wrażenia, „zbiera się” gatunki, zdjęcia, robi się w zeszycie listy zaobserwowanych ptaków. U niektórych to hobby nie różni się bardzo od zbierania znaczków, tyle że ma ten przyjemny i pozytywny aspekt, że to wszystko dzieje się na dworze i jest taką zabawą trochę trapersko-myśliwską.

Obserwując ptaki, siłą rzeczy zauważasz to, jak wpływa na nie człowiek i wprowadzane przez niego zmiany w środowisku.

Oczywiście. To prawda. Ptaki – chociaż „ulotne”, chociaż nie da się ich pogłaskać – są tak naprawdę najbardziej widocznymi dzikimi zwierzętami w otoczeniu człowieka, takimi, które można chyba najłatwiej zauważyć. One w pewnym stopniu dzięki tej swojej niedosiężności mogły się dostosować do ludzkiego świata: są wszędzie, nawet w surowym i dość pustynnym centrum Warszawy. Są autonomicznymi stworzeniami, innymi niż zwierzęta domowe. W sumie niewiele o nich wiemy… 90 procent ludzi w ogóle ich nie zauważa. Frapujące jest dla mnie to, że kiedy oprowadzam wycieczki po miejskich parkach, uczestnicy potrafią się zachwycić ptakami, które są zupełnie pospolite, powinni byli je zauważać, chodząc codziennie do pracy. Taka zięba, która jest wszędzie, w każdym parku, pod koniec marca zaczyna śpiewać na skwerach, mała, niepozorna, niedostrzegana, pokazana palcem staje się gwiazdą. Zabawne. Wystarczy skupić uwagę i wzrok.

Nauka patrzenia. I słuchania. Aktywna medytacja.

Tak. Jakiś rodzaj kontaktu z otoczeniem, który bez birdwatchingu nie zachodzi.

Ta uważność, skupienie, cierpliwość dotyczy tylko ptaków czy może wpływa na twój stosunek do ludzi, świata?

Z pewnością nawyk stałego, półświadomego skupienia – nasłuchiwania i rozglądania się – sprawia, że pewnie widzę nieco więcej niż wielu ludzi. Szczególnie tych, co dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.

Obserwujesz ich? Na spotkaniu podziobią trochę w telefon, a potem muszą lecieć.

Tak!

Jak się mają ptaki w mieście?

Wiadomo, generalnie przyroda w dzisiejszych czasach raczej nie zyskuje. W Polsce wciąż nie jest najgorzej, ale zawsze mogłoby być lepiej. Coraz bardziej widoczny jest podział: są ludzie świadomi tego, że musimy dbać o przyrodę, i tacy, którzy kontestują takie „fanaberie” jak segregacja śmieci, dbałość o otoczenie… Wydaje mi się, że wraz z rozwojem miast świadomość ekologiczna rośnie, ale ciągle jeszcze w Polsce nie wpływa na model rozwoju miejskiej przestrzeni.

„Lubię żywą inteligencję wron siwych”

Starasz się działać? Bronisz drzew przed wycięciem? Ptasich gniazd przed zniszczeniem? Jesteś walczącym ekologiem?

Pomagałem trochę Renacie Markowskiej, szefowej Ptasiego Patrolu. Ona jest prawdziwą nieustraszoną aktywistką, która poświęca mnóstwo serca i zdrowia walce o ptaki żyjące w mieście. Chodzi głównie o gniazda, które są usuwane albo zamurowywane w czasie remontów budynków. Polskie prawo niby je chroni, ale niestety ludzie mają prawo gdzieś. Takie interwencje to bardzo niewdzięczna sprawa, często bywa nieprzyjemnie, a ja się w tym słabo odnajdywałem. Dlatego jeździłem z Renatą bardziej jako towarzystwo, ewentualnie osoba, która uspokajała sytuację.

Miejskie ptaki zmieniają się, dostosowują do warunków?

Oczywiście. Można to obserwować w czasie rzeczywistym. Są gatunki, które radzą sobie gorzej, inne lepiej. Dużym problemem dla ptaków w mieście była powszechna „termomodernizacja” – obłożone styropianem i różnymi materiałami budynki zostały zamknięte dla mieszkających w nich od dziesięcioleci ptasich pokoleń. Fatalna jest też wycinka drzew.

Najłatwiej zacząć obserwację ptaków w najbliższym parku – piszesz o tym. A kiedy chcesz wypuścić się dalej – w Polsce – to dokąd?

Ptasi raj to rozlewiska Biebrzy. Mam ulubione miejsce tam, gdzie spotyka się Narew i Biebrza – są pagórki, a z nich widać nieprawdopodobną przestrzeń pełną ptaków. Widok, na który się czeka. Jest rzecz jasna jeszcze Puszcza Białowieska. Każdy powinien to zobaczyć: uderzający widok potężnego, starego lasu, w którym panuje nastrój świątyni, jakieś przygniatające wrażenie ogromu, potęgi i niezmienności. Chyba tylko w górach można doznać podobnych wrażeń. W Polsce mamy dużo pięknych miejsc.

Mazury? Piszesz o stadach żurawi, po sto osobników. Dużo ludzi tam jeździ i nigdy nie widują czegoś podobnego!

Umiejętność patrzenia, nawyk rozglądania się. Serio. Zresztą w październiku widziałem klucz żurawi tutaj, nad placem Wilsona. 60 żurawi, nisko. Naprawdę! Mam świadków, obiektywnych, bo niezaangażowanych w ptaki. Kiedy człowiek uzna, że obserwowanie ptaków może być interesujące, to pierwsze kroki powinien stawiać z kimś doświadczonym, kto pokaże mu, jak patrzeć. Nie lubię tego słowa, ale pasuje, więc niech będzie: „uważność”.

Birdwatcherzy rywalizują na liczbę odnotowanych, zaobserwowanych gatunków.

Można prowadzić listę życiową, roczną albo dotyczącą danego miejsca. Listy tworzy się bardziej ze względu na ambicje i dla satysfakcji, nie dla wymiernego prestiżu. Bardzo rzadkie ptaki albo takie, które na ogół nie występują na danym terenie, lepiej uwieczniać na zdjęciach.

Rzucasz wszystko, pakujesz się w minutę i pędzisz samochodem na łeb na szyję na wieść o jakimś „białym kruku”, który pojawił się 300 kilometrów dalej?

Nie, aż tak mi nie zależy! Ale ludzi, którzy zbierają nowe gatunki i potrafią dla nich rzucić wszystko, nazywa się w żargonie „tłiczerami”, od angielskiego twitch – nerwowo podrygiwać. „Tłiczowanie” może mieć frustrujące skutki: w Polsce spotyka się czterysta kilkadziesiąt gatunków ptaków, więc jasne jest, że kiedy już zaliczy się te popularne, lista rośnie wolniej, bo zostają do zobaczenia tylko gatunki bardzo, bardzo rzadkie… W zeszłym roku jeden ptasiarz widział w Polsce 315 gatunków. Ja skupiłem się w tym roku na ptakach w mieście. Ograniczyłem sobie pole działania tylko do Warszawy. I liczę. Przez miesiąc naliczyłem 70 gatunków.

Jakiś faworyt, ulubiony miejski okaz?

Nie wiem, czy można jakiegoś wyróżniać, bo wtedy te inne będą w cieniu. Lubię wszystkie ptaki od nura czarnoszyjego po śniegułę... W mieście szczególnie lubię podziwiać żywą inteligencję wron siwych – to, jak rozbijają orzechy na chodniku i zgrabnie patroszą śmietniki.

Całe życie mieszkałeś na warszawskich Szczęśliwicach, chodziłeś po tamtejszym parku. Teraz wydałeś książki i przeprowadziłeś się na Żoliborz. Tam jest więcej ptaków?

To było związane z wyborami sercowymi, niedotyczącymi ptaków. Ale rzeczywiście, mam stąd blisko nad Wisłę, uzależniam się powoli od rzeki – masa nad nią ptaków.

I co one właściwie dają? Jakbyś miał powiedzieć w dwóch zdaniach, może żeby zachęcić innych...

Stwierdzenie, że ptaki są piękne i mądre, to banał. Ptaki to jest osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas. I to jest zaledwie pierwsze zdanie wstępu do opowieści o nich.

***

Rozmowa ze Stanisławem Łubieńskim ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Harlan Coben, W głębi lasu
Claudio Marinesco/materiały prasowe

Najnowsza książka Harlana Cobena, autora „W głębi lasu” opowiada o byciu ojcem

Harlan Coben to jeden z najpopularniejszych autorów thrillerów. Jego najnowsza powieść „O krok za daleko” jest jeszcze lepsza od bestsellerowego „W głębi lasu”. Pisarz niedawno podpisał z Netfliksem wyłączną umowę na 14 seriali na podstawie jego powieści.
Patrycja Pustkowiak
11.06.2020

Moje powieści biorą się od pytania: a co, gdyby...?” O swoim nowym thrillerze „O krok za daleko”,  a także współpracy z Netfliksem i polskim serialu „W głębi lasu” na podstawie jego powieści opowiada twórca bestsellerów Harlan Coben. Patrycja Pustkowiak: O krok za daleko”, pana nowy thriller, to historia o powikłanych relacjach między ojcem a córką, która wplątała się w podejrzaną sytuację. Chciał pan opowiedzieć o cenie bycia rodzicem? Harlan Coben: To właśnie najbardziej interesowało mnie przy pisaniu powieści. Zadaję w niej wiele pytań na temat rodzicielstwa, miłości do dzieci i tego, jak daleko możemy się posunąć, by je chronić. Paige, bohaterka książki, córka Simona, znika w tajemniczych okolicznościach. To u pana stały motyw. Dlaczego woli pan opowiadać o zniknięciu, nie o morderstwie? Kiedy stawiasz na morderstwo, po prostu rozwiązujesz zagadkę zbrodni. W takiej sytuacji sprawiedliwość może zatriumfować, ale śmierć bohaterki czy bohatera pozostaje nieodwracalna. Kiedy ktoś znika, jest możliwość pełnego odkupienia, bo istnieje nadzieja.  A ja uwielbiam pisać o nadziei. Ona może być czymś najwspanialszym, choć i najokrutniejszym w świecie. Fascynuje mnie badanie tego tematu. W książce pojawia się wiele tropów związanych z rozwojem nauki czy technologią. Czemu tak interesuje pana współczesność? Przeszłość jest mniej ciekawa? Piszę powieści współczesne, a to oznacza, że muszę podjąć jakąś refleksję nad współczesnością, nie ma innego wyjścia moim zdaniem. Dlatego piszę o internecie, wiralach, uzależnieniu od narkotyków. Bardzo lubię pisać o wszystkich współczesnych udogodnieniach, gadżetach, jakimi jesteśmy otoczeni, ale być może już tego nie zauważamy. Harlan Coben: autor ponad 30...

Czytaj dalej
ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Baśniowe ilustracje Emilii Dziubak to ćwiczenie dla naszej wyobraźni

Emilia Dziubak jest autorką ilustracji do ponad 40 książek wydawanych na całym świecie. lustrowała książki m.in. Grzegorza Kasdepke, Mary Norton czy Martina Widmarka.
Bartosz Janiszewski
11.06.2020

Rysunki Emilii Dziubak są malarskie, nastrojowe, z wyrazistymi bohaterami, często niepokojące. „Chcielibyśmy odciąć nasze dzieci od trudnych emocji, ale świat, w którym żyjemy, nie jest tylko miły i kolorowy”, mówi. Bartosz Janiszewski: Wydają pani książki w Stanach, Francji, Szwecji, Niemczech, Norwegii, Chinach. Nawet w Australii dzieci przed snem oglądają pani ilustracje.  Emilia Dziubak: Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, że moja książka jest w Australii. Nie chodzi o to, że to dla mnie nieistotne. Bardzo się z tego cieszę, ale w mojej głowie jest więcej miejsca na ilustracje, nad którymi pracuję, niż na umowy wydawnicze.  Zawsze marzyła pani o ilustrowaniu książek?  Nie, w dzieciństwie chciałam zostać malarką. Spędzałam godziny, wpatrując się w albumy z reprodukcjami. Na Akademię Sztuk Pięknych wybrałam się z myślą o malarstwie. Przez całe studia pilnie chodziłam na wszystkie możliwe wystawy. Z czasem zaczęłam zauważać, że prac tam wystawionych prawie nikt nie ogląda. Do galerii przychodziło oprócz mnie kilka osób, z których większość okazywała się studentami. Typowy obrazek, jaki zapamiętałam z tamtych czasów, wygląda tak: stoją trzy osoby przed obrazem w ciszy, oglądają go kilka minut, a potem, bez słowa przechodzą do kolejnego obrazu. To ludzie, którzy przez całe studia uczą się, mają wiedzę, ale nawet oni nie potrafią rozmawiać o tym, co widzą. Pamięta pan grę karcianą flirt towarzyski?  Jasne. Zbawienie dla chłopaków, którzy wstydzili się zagadać do dziewczyny. Zamiast tego można było posłać kartę z dwuznacznym tekstem.  Moja koleżanka zrobiła kiedyś projekt artystyczny inspirowany tą grą – „Flirt wernisażowy” – dla ludzi, którzy nie wiedzą, jak i o czym...

Czytaj dalej
Ewa Kassala
Michał Łuczak

Ewa Kassala, autorka trylogii o Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut: „Każda z nas jest królową” 

Każda z nas w jakimś sensie jest królową – w swoim domu, rodzinie, firmie, mieście. To od nas zależy, jak będziemy rozgrywały własne życie: czy będziemy zgarbione i przytłoczone codziennością, czy dumnie wyprostowane – mówi pisarka, Ewa Kassala. 
Wika Kwiatkowska
12.06.2020

Trylogia Ewy Kassali o egipskich królowych – Kleopatrze, Nefretete i Hatszepsut – stała się bestsellerem. „Wiem, że to literatura popularna i nie mam z tym problemu” mówi pisarka. Książki Ewy Kassali cieszą się ogromną popularnością wśród czytelniczek nie tylko ze względu na ich bohaterki, ale też dlatego, że zawierają ważne przesłanie: „Bogini jest w każdej z nas. Cząstka boskości, jasna iskra rozumiana nie jako Izyda, Hathor, Atena czy Matka Boska, tylko odwieczna kobiecość, która towarzyszy nam od początku i powoduje, że jesteśmy silne i mądre”. Wika Kwiatkowska: Skąd się wzięła pani fascynacja starożytnym Egiptem? Ewa Kassala: Kleopatra zawsze była gdzieś we mnie i domagała się, żebym o niej napisała. I mimo że nie studiowałam historii, tylko politologię, socjologię, a potem jeszcze gender na Uniwersytecie Jagiellońskim, na ostatnim roku studiów napisałam powieść „Kleopatra”. Książeczka została wydana, a po wielu latach, ku mojemu zdziwieniu, zadzwonił wydawca z propozycją wznowienia. Nie doszło do tego, ale Kleopatra do mnie wróciła.  I zapoczątkowała serię powieści o egipskich królowych. Kleopatra to kobieta porywająca, przesyconą erotyką i seksualnością. Z premedytacją wykorzystywała swoją cielesność, była wybitnie inteligentna, znała dziewięć języków, bez wahania podejmowała trudne, „niekobiece” decyzje, takie jak udział w wojnie czy otrucie wroga. Żyła z rozmachem, niezbyt długo – postanowiła odejść, gdy miała 39 lat – ale za to intensywnie. Kochała dwóch najwybitniejszych mężczyzn swoich czasów: Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Płynąc do tego drugiego, kazała wyperfumować żagle statku, aby jeszcze bardziej rozbudzić jego namiętność. Ta kobieta miała fantazję i potrafiła działać z...

Czytaj dalej