Rwanda – Afryka prawie nieodkryta
BEW

Rwanda – Afryka prawie nieodkryta

Jej krajobrazy znamy głównie z filmów o wojnie między Tutsi i Hutu. Ala dziś Rwanda jest jednym z najbezpieczniejszych krajów regionu. Zmienia się i przyciąga turystów.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
15.05.2020

Od północy osłaniają go pasma wulkanicznych wzgórz, od zachodu oblewają wody jeziora Kiwu – maleńki kraj nazywany Szwajcarią Afryki leży w samym centrum kontynentu. Wielkością można go porównać do województwa warmińsko-mazurskiego. Rozciąga się na bardzo górzystym terenie i jest jednym z najgęściej zaludnionych państw w Afryce, a średnia wieku jego mieszkańców to zaledwie 19 lat. Mimo małych rozmiarów słyszał o nim prawie każdy mieszkaniec Ziemi. 

O Rwandzie nakręcono wiele filmów i niemal wszystkie dotyczą tragicznej wojny domowej z początku lat 90., w rzeziach między Tutsi i Hutu zginęły wtedy setki tysięcy ludzi. Ale przez lata Rwanda się zmieniała, dzisiaj można o niej pomyśleć jako o celu wakacyjnego wyjazdu. Przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy nie bez lęków wsiadłyśmy z przyjaciółką do samolotu i poleciałyśmy sprawdzić, jak tam naprawdę jest. 

Kigali zaskakuje nowoczesnością

Z Warszawy do stolicy Rwandy Kigali najwygodniej leci się przez Brukselę. Chociaż Belgia oficjalnie nie roztacza już protektoratu nad swoją byłą kolonią, trwa z nią w silnej więzi gospodarczej i historycznej. Już pierwszy kontakt z Rwandą, jakim jest podróż z lotniska do centrum stolicy, uświadamia nam, że kraje afrykańskie z impetem wkraczają w XXI wiek, a Rwanda pozytywnie wyróżnia się na tle innych państw regionu. Po ulicach jeżdżą nowoczesne, klimatyzowane autobusy, do których wsiada się, przykładając kartę magnetyczną do elektronicznego czytnika. Na przedmieściach dla wygody mieszkańców dostępne są charakterystyczne zajezdnie taksówek rowerowych velotaxi z miękkim siedzeniem dla pasażera zainstalowanym na bagażniku. Jednocześnie, dbając o porządek i bezpieczeństwo na miejskich arteriach, władze miasta zakazały rowerom wstępu do ścisłego centrum. Domy i apartamentowce są zadbane, a całe miasto tonie w kwiatach. Jest czysto. Rwanda jako pierwszy spośród afrykańskich krajów wprowadziła mandaty za wyrzucanie plastikowych torebek. Potem z rozmów dowiedziałyśmy się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest umuganda, czyli prawo, zgodnie z którym w każdą ostatnią sobotę miesiąca wszyscy Rwandyjczycy biorą udział w publicznych pracach porządkowych. Trudno powiedzieć, na ile im się takie prawo podoba, ale opowiadali o nim z dumą. 

Trudna przeszłość

Nad stolicą górują coraz liczniejsze szklane wieżowce, wszędzie widać też rozpoczęte budowy, na które patrzy się, stojąc w korkach tworzących się na stromych ulicach. Uroki postępu rozprzestrzeniają się z całym dobrodziejstwem inwentarza. Będąc w stolicy, zdecydowałyśmy się odwiedzić tutejsze Muzeum Ludobójstwa, które jest świadectwem wielkiej bolesnej blizny na historii kraju. Echa niedawnej historii towarzyszyły nam przez całą podróż. Brzmiały jak jedno wielkie ostrzeżenie. Przeplatały się z niezwykłym pięknem krajobrazu i życiem rozkwitającym na nowo. 

Po 1994 roku władze Rwandy, chcąc odciąć się od przeszłości, zmieniły niemal wszystko – hymn państwowy, flagę, walutę i podejście do wielu spraw, co przede wszystkim oznaczało zatarcie wszelkich podziałów. Rozpoczął się proces budowy nowego państwa, w którym mają mieszkać wykształceni, zamożni i szczęśliwi ludzie. Stopniowe osiąganie tego celu widać było na każdym kroku.

Czy Elena Ferrante naprawdę istnieje? O fenomenie pisarki opowiada Anna Zaleska

Kraj tysiąca wzgórz

Po dniu spędzonym w Kigali ruszyłyśmy w głąb kraju. W podróży najlepiej sprawdzają się autobusy. Są wygodne, bezpieczne i punktualne. Najlepiej zająć miejsce przy oknie, co nie jest trudne, bo turyści to skarb dla Rwandyjczyków, którzy bywają nieufni, ale są zawsze chętni do pomocy i poćwiczenia angielskiego. Rwanda nazywana jest krainą tysiąca wzgórz. Rzeczywiście – są dosłownie wszędzie. Ich zbocza pokrywają kolorowe prostokąciki pól. Ludność żyjąca poza stolicą utrzymuje się w zasadzie tylko z uprawy roli. Małe tarasy i piętrowe poletka zatrzymują wodę, by mogły dojrzewać na nich fasola, proso, kukurydza, przepyszne orzechy makadamia, a nawet ryż. Pracę na roli wykonują głównie kobiety, z daleka widać ich pochylone sylwetki. Tymczasem mężczyźni siedzą w barze i popijają bimber bananowy. Tak tu jest od wieków i na razie się nie zmienia. 

Park Narodowy Wulkanów

W Rwandzie można robić dalekie piesze wycieczki – my wybrałyśmy m.in. 30-kilometrowy szlak z Butare do Kibeho, które jest miejscowym odpowiednikiem naszej Częstochowy. Mieści się tam sanktuarium zarządzane przez polskich zakonników. Trzeba jednak pamiętać, że górzysty teren mocno daje się we znaki. W mieście Ruhengeri, skąd najdogodniej wybrać się do słynnego Parku Narodowego Wulkanów, spotkałyśmy kolejną z wielu polskich misji. Tym razem były to bezhabitowe Siostry od Aniołów. Przywitały nas serdecznie i zaproponowały wspólne odwiedziny w domach Rwandyjczyków mieszkających na prowincji. Polskie siostry roztoczyły nad nimi opiekę nie tylko duchową – nierzadko była to pomoc czysto materialna. Z radością przystałyśmy na propozycję. Domy były skromne, zbudowane z drewna i gliny. Gospodarze – głównie kobiety – witali nas z otwartymi ramionami. Gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy domami, towarzyszyła nam wszechobecna czereda ciekawskich dzieciaków. Dziwiło nas, że w ogóle nie widzimy ludzi chodzących boso. Okazało się, że za chodzenie bez butów grozi w Rwandzie kara aresztu. Można z niego wyjść dopiero po wpłaceniu symbolicznej kaucji stanowiącej równowartość pary plastikowych klapek. 

„Goryle we mgle”

Przed wojną domową Rwanda słynęła głównie z żyjących w niej goryli. Obraz tych wspaniałych zwierząt wbił mi się w pamięć głównie dzięki filmowi „Goryle we mgle”. Dzisiaj jego główna bohaterka, zoolog Dian Fossey, otoczona jest tutaj swoistym kultem. Niestety, cena za wejście do parku jest astronomiczna: 1500 USD za dzień. Z taką taryfą nie spotkałyśmy się nigdzie na świecie. Ale raz się żyje! Kupiłyśmy bilety. Przewodnik obiecał, że zaprowadzi nas do rodziny goryli Suza, która jest najstarszą z 19 tu żyjących. To właśnie z tą grupą zwierząt pracowała Dian Fossey. Żeby dotrzeć do goryli, razem z 10-osobową grupką turystów z całego świata wystartowałyśmy o świcie, pokonując kilkaset metrów przewyższenia. Tempo wędrówki było zabójcze. Ale w końcu doszło do spotkania. Goryle siedziały w samym środku gęstego lasu. Zajmowały się swoimi sprawami i nie zwracały na nas uwagi. Co innego my. Gdy tylko zauważyliśmy pierwszego osobnika, w ruch poszły migawki licznych aparatów. Trzaskający dźwięk kończył się dopiero wtedy, gdy wyczerpywały się baterie. Goryle znosiły to ze spokojem. Najwyraźniej były do tego przyzwyczajone. 

Podróż do Rwandy zamieszała nam w głowie. Spowodowała, że inaczej zaczęłyśmy myśleć o centralnej Afryce, a przede wszystkim o jej mieszkańcach. Dumnych i ambitnych, którzy próbują ułożyć sobie niełatwe życie. Wyjątkowo piękne krajobrazy, bujna przyroda, czystość i przemyślane reformy kraju sprawiają, że nowa Rwanda staje się coraz przyjemniejszym miejscem do życia. Na pewno warto tu przyjechać, żeby to wszystko zobaczyć na własne oczy.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 6/2019

1\7
Pola tarasowe
Pola tarasowe
Getty Images

Piętrowe poletka zatrzymują wodę, by mogły rosnąć tu: proso, fasola, a nawet ryż.

2\7
Park Narodowy Wulkanów
Park Narodowy Wulkanów
Forum

To obszar chroniony, który obejmuje pięć stożków wulkanicznych pasma górskiego Wirunga. To tu można jeszcze spotkać zagrożone wyginięciem goryle górskie.

 

3\7
Nowoczesne centrum Kigali
Nowoczesne centrum Kigali
Getty Images

Nad stolicą kraju górują coraz liczniejsze szklane wieżowce, wszędzie widać też rozpoczęte budowy.

 

4\7
Stolica Rwandy stale się rozwija
Stolica Rwandy stale się rozwija
Getty Images

Miasto dostało wiele nagród, m.in. ONZ, za programy związane z tolerancją i integracją.

5\7
Drogi i bezdroża Rwandy
Drogi i bezdroża Rwandy
Getty Images

Wioski wyglądają tak, jakby czas stanął w miejscu. Za to w wielu chatach jest dostęp do internetu.

6\7
Dziewczynka pilnująca kozy w okolicach Ruhengeri
Dziewczynka pilnująca kozy w okolicach Ruhengeri
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Ludność żyjąca poza stolicą utrzymuje się w zasadzie tylko z uprawy roli i wypasu zwierząt.

7\7
Pokazy narodowych tańców
Pokazy narodowych tańców
BEW

Taniec to stały punkt programu wszelkich wycieczek. Bardzo atrakcyjny!

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Karaiby, podróże
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Marzysz o wakacjach w raju? Wybierz się z nami w rejs po Karaibach!

Podobno uczucie błogości to tutaj podstawowy stan ducha. Kto raz dopłynie do Wysp Szczęśliwych, nie chce stąd wracać...
Małgorzata Sobońska-Szylińska
12.05.2020

Wyprawę zorganizowała nam koleżanka – prawniczka z Waszyngtonu. Tylko ona zna nas wszystkie. Postanowiła zebrać nas w jednym miejscu, mając pewność, że się polubimy, a ona przy okazji nadrobi zaległości towarzyskie. Same silne osobowości. Kobiety, które zawsze mają coś do powiedzenia, więc nudy nie będzie. Spędzimy ze sobą siedem kolejnych dni i nocy. 24 godziny na dobę na niewielkiej przestrzeni. Zapowiada się niezłe wyzwanie w pięknych okolicznościach przyrody. Wiatr prowadzi nas w stronę małej wysepki Saint Lucia, będącej samodzielnym państwem zrzeszonym w brytyjskiej Wspólnocie Narodów. Pogoda jest wymarzona. Żagle co i raz napinają energiczne podmuchy. Podwójny dziób naszej łodzi to wznosi się, to opada. Mimo to próbujemy działać w kambuzie, obejmując ramionami naczynia, które przesuwają się rytmicznie we wszystkie strony. Gotowanie przy przechyłach tak nam się podoba, że każdego dnia robimy z niego rytuał. Nasze salwy śmiechu udzielają się kapitanowi, który specjalnie wywija kołem sterowym, żebyśmy nie miały za łatwo. W końcu docieramy do Saint Lucia. Witają nas charakterystyczne dla wyspy zielone spiczaste stożki gór, z których najwyższa sięga aż 950 metrów. Wpływamy do kameralnej zatoczki Marigot Bay oddzielonej od morza wąskim półwyspem porośniętym szpalerem palm kokosowych. Rzucamy kotwicę i zażywamy pierwszej morskiej kąpieli o zachodzie słońca. Woda jest cieplejsza od powietrza. Nocą ciężkie od gwiazd niebo nie daje oderwać od siebie wzroku. Gorące źródła Następnego ranka ruszamy na podbój lądu. Krajobraz jest nadzwyczajnie pofałdowany. Jedziemy niewielkim busem. Co chwilę zatrzymujemy się przy punktach widokowych. Z góry możemy obserwować bujny tropikalny las i poszarpaną linię brzegową. W pewnym momencie kierowca informuje nas, że...

Czytaj dalej
Maroko, podróże, Atlas, Sahara
Sime/Free

Karawaną przez Maroko

Ten kraj mieni się jak misternie ułożona mozaika. Wybierz się w podróż szlakiem przez góry, doliny, oazy i pustynię który od wieków przemierzają objuczone wielbłądy.
Kamila Morgisz 
11.05.2020

Moje podróże do Maroka zaczynają się zwykle w Marrakeszu, zwanym Czerwonym Miastem od koloru murów obronnych. Miasto, choć zgiełkliwe i coraz liczniej zadeptywane przez jednodniowych turystów, zachowało swój czar. Trzeba tylko szybko uciec od tłumów, od straganów z chińszczyzną i marnym jedzeniem i zagubić się w labiryncie uliczek medyny , w zaułkach suków, w mellah, czyli dzielnicy żydowskiej. Tam, na dziedzińcach dawnych kupieckich zajazdów i składów, rzemieślnicy wciąż mozolnie kują ażurowe lampy, a szewcy szyją żółte babusze i pantofle z jedwabiu dla panny młodej. Objuczone świeżo wyprawioną skórą osiołki cierpliwie drepczą wąskimi uliczkami, a popędliwi tragarze rozganiają przechodniów donośnym „Balak!”. Marrakesz z jednej strony otoczony palmowymi i oliwnymi gajami, a z drugiej strzeżony przez ośnieżone góry Atlas to wrota do krainy pustynnych oaz i dolin, którymi karawany ciągnęły aż z Timbuktu. To brama Wielkiego Południa.  Północ kraju i Góry Atlas Droga wiedzie przez coraz suchsze tereny, czerwona ziemia kontrastuje z bielą szczytów potężniejących przed nami z każdą chwilą. Zaczynamy wspinać się najpierw wśród wzgórz, a potem serpentynami ku przełęczy Tizi n’Tichka, pokonując po drodze ponad 800 ostrych zakrętów. Późną jesienią i zimą drogę często zasypuje śnieg, więc warto przed podróżą sprawdzić, czy jest czynna. Mijamy małe wioski z przydrożnymi zajazdami, które kuszą zapachem baranich szaszłyków i smakowitych tadżinów – słynnych marokańskich dań jednogarnkowych w glinianych naczyniach o spiczastych pokrywach. Jeszcze przed przełęczą zatrzymujemy się w górskim miasteczku Taddert, słynącym z biżuterii ozdabianej ametystami,...

Czytaj dalej
Kuba, podróże, Varadero
Sime/Free

Luksus po kubańsku

W sklepach brakuje wielu rzeczy, samochody są mocno używane, a ceny niepewne, ale każdy, kto choć raz odwiedzi Kubę przyzna, że życie smakuje tu inaczej. Pełniej.
Kamila Morgisz 
14.04.2020

Lubię wracać na Kubę. I zawsze wybieram niewielkie miasteczko Boca de Camarioca. Lubię je ze względu na ludzi. Nie wszystkie przyjazne gesty muszą tu być wymienialną walutą. Codziennie z kubańskimi znajomymi witamy się tak, jak gdybyśmy nie widzieli się rok. Przytulanie, cmokanie, żarty i okrzyki. Fascynuje mnie też różnorodność: rdzenni mieszkańcy Kuby zostali wieki temu wymordowani przez kolonizatorów, ale ci, których spotykam dziś, to niezwykła mieszanka potomków Hiszpanów, Anglików, Amerykanów, Afrykanów, a nawet Słowian. Chcę tu wracać także ze względu na przyjaźń z Anią. To więź, która narodziła się spontanicznie: po wymianie kilku maili i kilkunastogodzinnym locie spotkałam duchową siostrę. Przyjechała po mnie na lotnisko starym chevroletem, w zabójczej kreacji, na szpilkach i z czerwoną szminką na ustach. Jak przystało na Polkę, góralkę z pochodzenia, obywatelkę Kanady, sercem związaną z Kubą. Że będzie tu mieszkać, wymarzyła sobie ponad 30 lat temu. Po kilkunastu latach zaczęła budowę domu i choć takie przedsięwzięcia obwarowane są wieloma skomplikowanymi przepisami, postawiła na swoim. Villa Cubanita jest teraz jednym z najokazalszych domów w okolicy i najbardziej gościnnym. Tu jem najlepszą pod słońcem kwaśnicę i ogórkową. Chcę tu wracać ze względu na ocean. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad samym morzem. Kiedyś to marzenie spełniałam latem w przyczepie nad Zatoką Pucką, teraz na Karaibach. Brzmi luksusowo, ale sporo wysiłku wkładam w to, żeby zorganizować sobie taki wyjazd w cenie wakacji nad Bałtykiem. Kupuję okazyjnie bilety z przesiadkami albo wolne miejsca w czarterach, starając się, aby podróż nie zajęła mi więcej niż 24 godziny. Jadę na dłużej, co najmniej na trzy tygodnie, żeby koszt biletu się zamortyzował. Jeśli nie mieszkam u mojej Ani,...

Czytaj dalej
Chi Chi Ude
Honorata Karapuda

Chi-Chi Ude chce nas ubrać w mocny kolor i odważny wzór

W kontrze do mody na minimalizm deklaruje, że jest maksymalistką. Wnosi do naszej rzeczywistości blask afrykańskiego słońca.
Wika Kwiatkowska
16.05.2020

Nie oddziela prywatności od pracy. Dlatego jej mieszkanie w centrum Warszawy to jednocześnie showroom i pracownia krawiecka. Bajecznie kolorowe żakardowe płaszcze z ostatniej kolekcji witają nas przy wejściu do salonu. Na stole piętrzą się próbki wzorzystych tkanin, a na podłodze – ścinki materiałów we wszystkich kolorach świata.  W tle, zamiast zgiełku miasta, słychać kojącą barokową muzykę i anielski głos Jakuba Józefa Orlińskiego, młodego rozchwytywanego kontratenora i fana wielobarwnych, odważnych garniturów Chi-Chi Ude.  Muzykę i sztukę Chi-Chi kocha od dziecka. Ukończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu, a jej ulubioną książką w podstawówce był album o historii ubiorów. Wycinała z tektury lalki i ubierała je w stroje z różnych epok. Jednocześnie córka lekarzy, Polki i Nigeryjczyka, nosiła w sobie pamięć o soczystych kolorach i afrykańskim słońcu.  W mieście Enugu we wschodniej Nigerii spędziła sześć lat dzieciństwa. Chi-Chi to zdrobnienie od Chinyere, czyli „Dar od boga” w języku ibo.  – To tam wykształciła się moja wrażliwość – mówi. – Pamiętam kolorowe stroje mojej niani, która nosiła mnie na plecach. I przepięknie udrapowane wielobarwne spódnice mojej babci, do której przyjeżdżaliśmy na wieś na święta. Z mamą i młodszą siostrą wróciły do Polski, kiedy Chi-Chi miała osiem lat. – W tym czasie w Opolu, gdzie zamieszkałyśmy, były tylko trzy mulatki. Lekko nie było – wspomina. Odetchnęła dopiero po kilkunastu latach w Paryżu, gdzie dostała stypendium w szkole biznesu. – Przeżyłam tam szok, bo zobaczyłam wokół tysiące takich jak ja. I zrozumiałam, że inność może być atutem. Paryż uwiódł ją też jako stolica mody. Codziennie w drodze do pracy...

Czytaj dalej