Rodzice przemycają medyczną marihuanę dla swoich dzieci, bo w Polsce nie mogą jej kupić
Piotr Porebsky

Rodzice przemycają medyczną marihuanę dla swoich dzieci, bo w Polsce nie mogą jej kupić

Medyczna marihuana pomaga chorym z lekooporną padaczką, glejakiem, stwardnieniem rozsianym. Nie można jednak jej dostać w aptekach, a lekarze boją się ją przepisywać swoim pacjentom.
Bartosz Janiszewski
02.10.2020

Jeśli jest coś, co pomaga chorym, to nie powinniśmy się wahać ani sekundy. Nieważne są wtedy nasze uprzedzenia, polityka, kultura ani religia. Chory powinien dostać to, co go leczy. Natychmiast”. Z Aleksandrą Pezdą, autorką książki „Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie”, rozmawia Bartosz Janiszewski.

Bartosz Janiszewski: Publicznie przyznam ci się do przestępstwa. Załatwiałem olej z konopi bliskiej osobie chorej na glejaka.

Aleksandra Pezda: Wcale mnie to nie dziwi. Odkąd zaczęłam pracę nad książką o medycznej marihuanie, nie było dnia, żebym nie usłyszała historii o kimś, kto łamie prawo, żeby zdobyć ten lek. Ponad milion osób w Polsce choruje na raka i gwarantuję ci, że większość z nich słyszała, że marihuana pomaga w walce z nowotworem oraz niweluje skutki uboczne chemioterapii. Padaczka lekooporna u dzieci – to samo: każdy rodzic wie o marihuanie. Chorzy na stwardnienie rozsiane albo już się leczą marihuaną, albo szukają sposobu, żeby to zrobić.

I nikt o tym głośno nie mówi? Tabu? Strach?

Chorzy wiedzą, że to jest coś, co może im pomóc, mimo że to nielegalne. Wiedzą też lekarze, ale większość udaje, że to nieprawda. Pacjenci boją się więc ryzykować. Poznałam wiele historii, które udowadniają, że strach jest uzasadniony. Jeden z moich bohaterów, Karol, spróbował marihuany, kiedy miał 30 lat, a od 10 cierpiał na chorobę Leśniowskiego-Crohna. To całkowicie upośledza pracę jelit. Przez lata przyjmował tonę leków, bez rezultatów. Lekarze wycięli mu część jelita, założyli stomię, żywił się kleikiem, tracił siły. Wreszcie kupił trawkę od dilera, zapalił i brzuch przestał go boleć, a trawienie wróciło do normy. Ale marihuana od dilera z ulicy jest droga, a jej jakość niepewna – nie wiesz, czy dla zarobku diler czegoś do niej nie dodał. Karol założył własną uprawę. Ktoś na niego doniósł. Na oczach żony i małego dziecka policja zwinęła go, w kajdankach. Potraktowano go jak gangstera.

Wielu chorych łamie prawo?

Mnóstwo. Nie mają wyjścia. Pomyśl: masz dziecko z lekooporną padaczką. To oznacza nawet kilkaset ataków dziennie. Każdy atak to niewyobrażalny ból, skurcze całego ciała i bezdechy, które mogą dziecko zabić. Proponowane w ramach standardowej terapii leki są nieskuteczne. Rozmawiasz o tym z rodzicami innych chorych dzieciaków – są takie grupy na Facebooku, są fora internetowe. 

Wszyscy tam piszą, że marihuana pomaga, redukuje liczbę ataków z kilkuset dziennie do kilku w miesiącu. Rodzice przerzucają się doświadczeniami z USA, Holandii czy Izraela, gdzie leczy się dzieci marihuaną w najlepszych szpitalach i ze świetnymi efektami. Nie da się przecież normalnie funkcjonować, kiedy kilkaset razy dziennie doświadczasz cierpienia własnego dziecka. Nic dziwnego, że w końcu wsiadasz w samochód, jedziesz do Holandii i przemycasz do kraju narkotyki.

Przecież medyczna marihuana jest w Polsce legalna od kilku miesięcy. Dlaczego ci rodzice muszą łamać prawo?

Bo ta legalizacja jest fikcją. Nie ma marihuany w polskich aptekach. Można ją sprowadzić przez aptekę z zagranicy – podobnie jak przed legalizacją. 

To jednak kosztowne, długo trwa i najpierw trzeba wyczerpać wszystkie inne metody leczenia. Chociaż leki przeciwpadaczkowe niosą ze sobą mnóstwo skutków ubocznych, m.in. upośledzają rozwój dziecka, lekarze i tak je przepisują, bo często nie znają innej ścieżki.

Przecież im też zależy na tych dzieciakach. Skoro rodzice słyszeli o marihuanie, oni również.

Słyszeli też o doktorze Marku Bachańskim, wybitnym neurologu z Centrum Zdrowia Dziecka, który stracił posadę, bo otwarcie przyznawał, że leczy pacjentów marihuaną. Oficjalnie zwolniono go z innego powodu. Sąd przywrócił go po procesie do pracy. Tylko że zamiast prowadzić terapię, opisuje teraz wyniki badań EEG. Nie wrócił do poradni, w której leczył marihuaną.

Czyli znowu strach.

Bezpodstawny, bo wypisywanie recept na marihuanę jest legalne. Mimo to udało mi się znaleźć tylko trzech lekarzy w Polsce, którzy nie boją się tego robić. Trzech w całej Polsce! Ludzie jeżdżą do nich po kilkaset kilometrów.

Czytaj także: Nie karm raka cukrem – onkolog o diecie nowotworowej

Ale kiedy dostaną już upragnioną receptę, mogą w końcu zacząć leczyć dziecko?

Nie, bo – jak mówiłam – w polskich aptekach nie ma marihuany. Jedyna możliwość zdobycia legalnie leku to import. Trzeba jednak najpierw zdobyć receptę, potem kilka pozwoleń, m.in. od ministra zdrowia, oraz uzbroić się w cierpliwość. Apteki importują marihuanę z Holandii, cała procedura trwa co najmniej trzy miesiące, a cena leku jest cztery razy większa niż w holenderskiej aptece. Przez ten czas dziecko wciąż przechodzi kolejne ataki epilepsji, a każdy może je zabić. No i mówimy tylko o padaczce, bo w przypadku innych chorób nawet import nie jest możliwy.

Więc pacjenci łamią prawo.

Nie wszyscy mają tyle odwagi. Płakałam, kiedy opisywałam historię czteroletniej Oli Janowicz, która zmarła, czekając na import marihuany. Jej matkę znam od lat – wiedziała, że marihuana Oli pomoże, ale chciała zdobyć ją legalnie, przejść procedurę zgodnie z przepisami. Nie zdążyła.

„Jak pomaga, to dlaczego nie możemy zalegalizować?” – tak podobno zareagował Jarosław Kaczyński w rozmowie z Dorotą Gudaniec, której syn dzięki medycznej marihuanie z 300 napadów padaczkowych dziennie zszedł do kilku w miesiącu. Skoro mamy ustawę, dlaczego sprowadzenie leku jest takim problemem?

Bo żyjemy w kraju potwornej narkofobii. Politycy na wyrost boją się narkotyków. Tego, że może marihuana „wycieknie” na ulice, do szkół, że chorzy dla zysku sprzedadzą ją dilerom, a dilerzy dzieciom. Nie pozwolili więc, żeby pacjenci uprawiali konopie na własny użytek, nawet na to, żeby robił to dla nich ośrodek naukowy pod kontrolą państwa. Na razie – a jest już koniec października – jedna zagraniczna firma zdecydowała się importować marihuanę do Polski. Czekamy, aż dostarczy produkt do aptek. I przekonamy się, czy marihuana będzie kosztowała krocie właśnie z powodu kosztów jej importu.

Przecież marihuana jest na ulicach od lat! Prawie każdy nastolatek byłby w stanie załatwić „zioło” w ciągu godziny.

I tak czarny rynek bogaci się na naszych lękach. A nasze państwo skazuje chorych na kontakt ze światem przestępczym, bo to dla nich jest w tej chwili jedynym wyjściem.

Lekarze często przytaczają argument, że nie ma jednoznacznych badań dowodzących jej skuteczności.

Przeciwnie – badań naukowych nad skutecznością medycznego stosowania marihuany jest wiele. Do rzadkości należą tylko badania kliniczne z udziałem pacjentów, na których opiera się medycyna systemowa.

Dlaczego? Skoro marihuana to tak cudowny lek, dlaczego nie została jeszcze przebadana na wszystkie sposoby?

Ponieważ koncernom farmaceutycznym nie opłaca się praca nad zastosowaniem w lecznictwie ogólnie dostępnej rośliny, obwarowanej jednocześnie zakazami z powodu jej narkotycznego działania. Ale chociaż nieliczne, to jednak badania kliniczne są prowadzone, m.in. odnośnie do stwardnienia rozsianego, epilepsji, nowotworów mózgu.

Marihuanę trudno wziąć w karby konwencjonalnej medycyny. Jej działanie nie jest tak oczywiste i jednoznaczne, jak działanie farmaceutyków. Mamy setki odmian tej rośliny, z różnym składem procentowym substancji aktywnych – chodzi przede wszystkim o THC i CBD, ale też o kilkaset innych składników. W zależności od choroby i jej stadium pacjenci potrzebują innych odmian, różnego dawkowania, a nawet rozmaitego sposobu podawania. Lekarze woleliby przepisywać pacjentowi opakowanie leku i ścisłe dawkowanie. A z konopiami postępuje się metodą prób i błędów. O tym, że leczenie marihuaną wymaga innego podejścia niż standardowe, wręcz innej filozofii leczenia, opowiadali mi lekarze z Izraela. Żeby im ułatwić sprawę, izraelskie ministerstwo zdrowia wydało poradnik, jak należy stosować konopie w terapii. 

A skutki uboczne?

Skutki uboczne są obserwowane i opisywane przez naukowców oraz lekarzy. Nie odnotowano większych zagrożeń, jedynie w przypadku chorych psychicznie zaleca się dużą ostrożność. Sami pacjenci najczęściej boją się tak zwanego haju – często nie wiedzą, że są sposoby na przeciwdziałanie temu. Boją się też uzależnienia.

Poznałam neurologa, który przyznał, że pacjentom ze stwardnieniem rozsianym nie chce przepisywać marihuany, bo się obawia, że ich uzależni, wpędzi w długi. Bzdura! Badania wykazują, że nie ma czegoś takiego, jak fizyczne uzależnienie od marihuany, jak w przypadku heroiny, papierosów czy alkoholu. A o psychicznym uzależnieniu można mówić po latach używania. Chorych na SM wiedzą za to, że marihuana jest najlepszym środkiem na spastyczność mięśni, że znosi te bolesne skurcze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jakie skutki uboczne mogłyby przeważyć te zbawienne rezultaty?

Same plusy?

Nie było przypadku, żeby terapia marihuaną pogorszyła stan zdrowia. Ci, którzy leczą się od lat dużymi dawkami, boją się zespołu amotywacyjnego. U Michała, biznesmena, trzy lata temu zdiagnozowano glejaka. Lekarz powiedział, że zostały mu dwa miesiące życia. Michał leczył się standardowo: najpierw operacja, potem radio- i chemioterapia, a oprócz tego ekstrakt z THC. 

Nowotwór nie wrócił. Michał jednak bardzo się bał ciągłego haju i tego, że wypadnie z rytmu. Prowadzi firmę, utrzymuje rodzinę, nie mógł sobie pozwolić na to, że będzie tylko siedział na kanapie i palił jointy. Nauczył się więc dawkowania i poszukał sposobów na to, jak maksymalnie zmniejszyć haj. Używa marihuany od trzech lat, na co dzień funkcjonuje normalnie, firmę prowadzi nadal z powodzeniem. Ale wszystkiego nauczył się na własną rękę, nie prowadził go lekarz.

Przede wszystkim jednak żyje.

Nie da się udowodnić, że to właśnie marihuana spowodowała zatrzymanie choroby nowotworowej. Michał leczył się też konwencjonalnie. Opowiadam o nim, żeby pokazać, że kiedy lekarz mówi pacjentowi, że za dwa miesiące może umrzeć, skutki uboczne, takie jak senność czy lenistwo, nie odstraszą go od zażycia konopi. Dlatego mój bunt wywołują sytuacje, kiedy chorzy mogliby otrzymać dzięki marihuanie pomoc, a nie dostają jej z powodu naszych bzdurnych uprzedzeń. Desperaci, którzy słyszeli o przykładach wyleczeń, i tak sięgają po marihuanę na własną rękę.

Tak jak Markus, ośmioletni bohater twojej książki, którego lekarze skazali na śmierć.

Miał niecałe sześć lat, kiedy po uciążliwej i nieskutecznej chemioterapii został odesłany do hospicjum. Złośliwy guz mózgu. Lekarze dawali mu kilka tygodni życia. Zalecili nawet usunąć kanarki z domu – chłopiec miał umierać w ciszy i spokoju. Zrozpaczeni rodzice zdecydowali się podać mu chociaż tę legalną substancję na bazie marihuany – ekstrakt z CBD.

I stał się cud. Markus stanął na nogi.

Miał umrzeć i nie umarł. Biega, rozrabia, poszedł do szkoły i zamierza zostać mechanikiem. Lekarze tego nie rozumieją i boją się tak bardzo, że nie chcą go już leczyć. Jest odsyłany z jednego ośrodka do drugiego. Problem w tym, że choroba nie została zatrzymana. Markus nie jest w pełni wyleczony, a kolejne rezonanse budzą podejrzenia o wznowę nowotworu. Jego historia jest przykładem na to, że ze strachu przed rośliną i tylko dlatego, że ma działanie psychoaktywne, pozwalamy na cierpienie milionów ludzi, którzy mogliby cierpieć mniej albo wręcz się wyleczyć, gdyby mieli do niej legalny dostęp. Sęk w tym, że jest zakazana, bo jest na liście narkotyków.

To nie jest efektowne uproszczenie?

To jest brak miłosierdzia. Powiedział mi to profesor Raphael Mechoulam, izraelski naukowiec, który jako pierwszy, w latach 60., zbadał skład marihuany i opisał strukturę THC. Mechoulam mówił mi tak: „Jeśli znamy roślinę, która pomaga chorym, nie powinniśmy z tym dyskutować. Chorego nie mogą dotyczyć uprzedzenia etyczne, polityka ani zwyczaje, które dopuszczają szkodliwy alkohol i nie wtrącają do więzień tych, którzy go używają, a rugują mniej szkodliwą marihuanę. Chorzy powinni mieć natychmiast i bez ograniczeń dostęp do tego, co ich leczy”.

Aleksandra Pezda – dziennikarka, pracowała w „Gazecie Wyborczej” i radiu TOK FM. Ostatnio freelancerka, współpracuje m.in. z „Urodą Życia”. Specjalizuje się w problemach współczesnej edukacji, autorka książki „Koniec epoki kredy. Internet dla nauczycieli i rodziców”. Współzałożycielka Koalicji Medycznej Marihuany – społecznego ruchu pacjentów, lekarzy, naukowców i instytucji pozarządowych na rzecz legalizacji konopi do celów medycznych.


„Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie”  Aleksandry Pezdy (Dowody na Istnienie, 2018)
mat. prasowe

„Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie” Aleksandry Pezdy (Dowody na Istnienie, 2018) 

Co to jest medyczna marihuana?

Właściwości lecznicze konopi indyjskich znane są od tysięcy lat, współczesna medycyna powraca do nich i w wielu krajach legalizuje się medyczne użycie marihuany, m.in. w USA, Kanadzie, Izraelu, Holandii, Czechach. Chorzy mogą przyjmować marihuanę na wiele sposobów: paląc w skrętach lub fajkach, wdychając z parą wodną ze specjalnych waporyzatorów, przyjmując w postaci oleistych ekstraktów, biorą też czopki albo wcierają ekstrakty w skórę.

Konopie wspomagają leczenie m.in.: epilepsji, chorób nowotworowych, bólu, stwardnienia rozsianego, reumatyzmu, nieżytu jelit, stanów zapalnych skóry, choroby Parkinsona i Alzheimera, jaskry, depresji, zespołu stresu pourazowego, cukrzycy. Poprawiają też łaknienie i znoszą nudności w chemioterapii. Termin „medyczna marihuana” ma podkreślić cel wykorzystywania – jako produktu leczniczego – i zdjąć z chorych społeczne odium, ciążące na narkomanach.

***

Rozmowa z Aleksandrą Pezdą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Hencka-Zyser, Spa for Cancer
Piotr Doweyko

Życie z nowotworem to ciągle życie, mówi Anna Hencka-Zyser ze Spa for Cancer

Jak krem, masaż i koronki pomagają w terapii raka?
Sylwia Niemczyk
17.10.2019

Wyobraź sobie, że jesteś na ich miejscu. Jasne, że przede wszystkim potrzebujesz chemioterapii albo operacji. Ale jednocześnie chcesz znowu być sobą: pójść na masaż, umalować się, przeczytać fajną książkę” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Hencka-Zyser, założycielka fundacji Spa for Cancer dla kobiet z chorobą nowotworową. Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Podobno, kiedy niedawno zabrałaś podopieczne fundacji do sklepu z bielizną, to nie chciały stamtąd wychodzić. Anna Hencka-Zyser: Tak było! Chociaż ja przed tymi warsztatami dobierania staników nie spałam dwie noce. Tak samo denerwowały się właścicielki sklepu, to świetne kobiety, ale wcześniej nie miały takiego doświadczenia: 30 kobiet w sklepie, a prawie każda po odjęciu piersi. Jak dla niej wybrać stanik, jak ją przekonać, że z blizną wygląda pięknie? Na szczęście jak już wpadłyśmy między te koronki i panterki, napięcie odpuściło. Irena, świeżo po chemii, kupiła trzy komplety. Marzence, która jest po podwójnej mastektomii, pani brafiterka dobrała stanik z wypełnieniami – mówi, że czuje się w nim świetnie. To był dobry dzień.  Warsztaty stanikowe to tylko jedno z działań Spa for Cancer. Fundacja opiekuje się już prawie 60 kobietami, a każda z nich jest inna, ma inne potrzeby, marzenia, jest w innej sytuacji: i życiowej, i chorobowej. Najogólniej rzecz biorąc, w Spa for Cancer pomagamy kobietom w trakcie diagnozy nowotworowej, terapii albo już z zamkniętą kartą onkologiczną poczuć się lepiej w swoim ciele. Warsztaty stanikowe to jeden z naszych sposobów. Poza tym zapraszamy dziewczyny na masaże, na zabiegi kosmetyczne, zresztą właśnie od tego się wszystko zaczęło.  Ania Piotrowska, która zgłosiła cię do naszego plebiscytu Kobiety Kobietom, opowiedziała mi, że gdy kilka lat...

Czytaj dalej
Onkorejs
fot. Monika Kasprzyk

„Śpiewamy szanty, nie myślimy o raku”, mówi Magda Lesiewicz, twórczyni Onkorejsu

Magdalena Lesiewicz przeszła raka piersi i postanowiła zacząć zupełnie nowe życie. Bardziej świadome. Odważniejsze. Dzisiaj organizuje Onkorejsy i Onkomarsze, żeby przypomnieć innym: „Rak może dopaść także i ciebie”.
Sylwia Niemczyk
21.05.2020

Po tym, jak kilka lat temu przeszła złośliwego raka piersi, Magdalena Lesiewicz założyła Fundację Onkorejs – Wybieram Życie. Organizuje wyprawy morskie dla kobiet z historią nowotworową oraz marsze wiedzy o raku. Za swoją działalność społeczną została wyróżniona w tegorocznej edycji konkursu „Bizneswoman roku” organizowanego przez Fundację Sukces Pisany Szminką. Sylwia Niemczyk: Pamiętasz tamtą chwilę?   Magdalena Lesiewicz: Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam. To był październik, 2013 rok, miałam 34 lata, mieszkałam sama, bo już byłam po rozwodzie. Wieczór, normalny dzień tygodnia. Bolało mnie serce, czułam, jakby mi się wyrywało z klatki piersiowej. Wcześniej przez kilka tygodni bardzo intensywnie pracowałam i chyba w ten sposób dawała o sobie znać adrenalina. Żeby ten ból i trzepotanie uspokoić, co jakiś czas mocno przyciskałam obie dłonie do piersi. I tamtego wieczoru, gdy je przycisnęłam – tak jak sto razy wcześniej – nagle poczułam, że pod jedną piersią coś jest. Zaczęłam ją dokładniej badać, dotykać, porównywać z drugą. Była różnica. Ewidentnie guzek. Tak właśnie wtedy myślałam: guzek, a nie rak. I nawet aż tak bardzo się nim nie przejęłam, poszłam spać.  Nie wiem, jak ja bym wytrzymała w tej niepewności i strachu przez całą noc.   A ja wypiłam duszkiem piwo i zasnęłam prawie od razu! Wmówiłam sobie, że rano guzek na pewno zniknie, w ogóle nie brałam pod uwagę, że może być inaczej. Tyle że jak się obudziłam, to on jednak dalej był. Jeszcze tego samego dnia, też to pamiętam dokładnie, nawet godzinę – to była 10.30 – zrobiłam USG. Miałam szczęście, że trafiłam na lekarkę z wojewódzkiego centrum onkologii. Nie chciała nic powiedzieć, ale miała taką minę, że wszystkiego się domyśliłam....

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej