Rodzice przemycają medyczną marihuanę dla swoich dzieci, bo w Polsce nie mogą jej kupić
Piotr Porebsky

Rodzice przemycają medyczną marihuanę dla swoich dzieci, bo w Polsce nie mogą jej kupić

Medyczna marihuana pomaga chorym z lekooporną padaczką, glejakiem, stwardnieniem rozsianym. Nie można jednak jej dostać w aptekach, a lekarze boją się ją przepisywać swoim pacjentom.
Bartosz Janiszewski
02.10.2020

Jeśli jest coś, co pomaga chorym, to nie powinniśmy się wahać ani sekundy. Nieważne są wtedy nasze uprzedzenia, polityka, kultura ani religia. Chory powinien dostać to, co go leczy. Natychmiast”. Z Aleksandrą Pezdą, autorką książki „Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie”, rozmawia Bartosz Janiszewski.

Bartosz Janiszewski: Publicznie przyznam ci się do przestępstwa. Załatwiałem olej z konopi bliskiej osobie chorej na glejaka.

Aleksandra Pezda: Wcale mnie to nie dziwi. Odkąd zaczęłam pracę nad książką o medycznej marihuanie, nie było dnia, żebym nie usłyszała historii o kimś, kto łamie prawo, żeby zdobyć ten lek. Ponad milion osób w Polsce choruje na raka i gwarantuję ci, że większość z nich słyszała, że marihuana pomaga w walce z nowotworem oraz niweluje skutki uboczne chemioterapii. Padaczka lekooporna u dzieci – to samo: każdy rodzic wie o marihuanie. Chorzy na stwardnienie rozsiane albo już się leczą marihuaną, albo szukają sposobu, żeby to zrobić.

I nikt o tym głośno nie mówi? Tabu? Strach?

Chorzy wiedzą, że to jest coś, co może im pomóc, mimo że to nielegalne. Wiedzą też lekarze, ale większość udaje, że to nieprawda. Pacjenci boją się więc ryzykować. Poznałam wiele historii, które udowadniają, że strach jest uzasadniony. Jeden z moich bohaterów, Karol, spróbował marihuany, kiedy miał 30 lat, a od 10 cierpiał na chorobę Leśniowskiego-Crohna. To całkowicie upośledza pracę jelit. Przez lata przyjmował tonę leków, bez rezultatów. Lekarze wycięli mu część jelita, założyli stomię, żywił się kleikiem, tracił siły. Wreszcie kupił trawkę od dilera, zapalił i brzuch przestał go boleć, a trawienie wróciło do normy. Ale marihuana od dilera z ulicy jest droga, a jej jakość niepewna – nie wiesz, czy dla zarobku diler czegoś do niej nie dodał. Karol założył własną uprawę. Ktoś na niego doniósł. Na oczach żony i małego dziecka policja zwinęła go, w kajdankach. Potraktowano go jak gangstera.

Wielu chorych łamie prawo?

Mnóstwo. Nie mają wyjścia. Pomyśl: masz dziecko z lekooporną padaczką. To oznacza nawet kilkaset ataków dziennie. Każdy atak to niewyobrażalny ból, skurcze całego ciała i bezdechy, które mogą dziecko zabić. Proponowane w ramach standardowej terapii leki są nieskuteczne. Rozmawiasz o tym z rodzicami innych chorych dzieciaków – są takie grupy na Facebooku, są fora internetowe. 

Wszyscy tam piszą, że marihuana pomaga, redukuje liczbę ataków z kilkuset dziennie do kilku w miesiącu. Rodzice przerzucają się doświadczeniami z USA, Holandii czy Izraela, gdzie leczy się dzieci marihuaną w najlepszych szpitalach i ze świetnymi efektami. Nie da się przecież normalnie funkcjonować, kiedy kilkaset razy dziennie doświadczasz cierpienia własnego dziecka. Nic dziwnego, że w końcu wsiadasz w samochód, jedziesz do Holandii i przemycasz do kraju narkotyki.

Przecież medyczna marihuana jest w Polsce legalna od kilku miesięcy. Dlaczego ci rodzice muszą łamać prawo?

Bo ta legalizacja jest fikcją. Nie ma marihuany w polskich aptekach. Można ją sprowadzić przez aptekę z zagranicy – podobnie jak przed legalizacją. 

To jednak kosztowne, długo trwa i najpierw trzeba wyczerpać wszystkie inne metody leczenia. Chociaż leki przeciwpadaczkowe niosą ze sobą mnóstwo skutków ubocznych, m.in. upośledzają rozwój dziecka, lekarze i tak je przepisują, bo często nie znają innej ścieżki.

Przecież im też zależy na tych dzieciakach. Skoro rodzice słyszeli o marihuanie, oni również.

Słyszeli też o doktorze Marku Bachańskim, wybitnym neurologu z Centrum Zdrowia Dziecka, który stracił posadę, bo otwarcie przyznawał, że leczy pacjentów marihuaną. Oficjalnie zwolniono go z innego powodu. Sąd przywrócił go po procesie do pracy. Tylko że zamiast prowadzić terapię, opisuje teraz wyniki badań EEG. Nie wrócił do poradni, w której leczył marihuaną.

Czyli znowu strach.

Bezpodstawny, bo wypisywanie recept na marihuanę jest legalne. Mimo to udało mi się znaleźć tylko trzech lekarzy w Polsce, którzy nie boją się tego robić. Trzech w całej Polsce! Ludzie jeżdżą do nich po kilkaset kilometrów.

Czytaj także: Nie karm raka cukrem – onkolog o diecie nowotworowej

Ale kiedy dostaną już upragnioną receptę, mogą w końcu zacząć leczyć dziecko?

Nie, bo – jak mówiłam – w polskich aptekach nie ma marihuany. Jedyna możliwość zdobycia legalnie leku to import. Trzeba jednak najpierw zdobyć receptę, potem kilka pozwoleń, m.in. od ministra zdrowia, oraz uzbroić się w cierpliwość. Apteki importują marihuanę z Holandii, cała procedura trwa co najmniej trzy miesiące, a cena leku jest cztery razy większa niż w holenderskiej aptece. Przez ten czas dziecko wciąż przechodzi kolejne ataki epilepsji, a każdy może je zabić. No i mówimy tylko o padaczce, bo w przypadku innych chorób nawet import nie jest możliwy.

Więc pacjenci łamią prawo.

Nie wszyscy mają tyle odwagi. Płakałam, kiedy opisywałam historię czteroletniej Oli Janowicz, która zmarła, czekając na import marihuany. Jej matkę znam od lat – wiedziała, że marihuana Oli pomoże, ale chciała zdobyć ją legalnie, przejść procedurę zgodnie z przepisami. Nie zdążyła.

„Jak pomaga, to dlaczego nie możemy zalegalizować?” – tak podobno zareagował Jarosław Kaczyński w rozmowie z Dorotą Gudaniec, której syn dzięki medycznej marihuanie z 300 napadów padaczkowych dziennie zszedł do kilku w miesiącu. Skoro mamy ustawę, dlaczego sprowadzenie leku jest takim problemem?

Bo żyjemy w kraju potwornej narkofobii. Politycy na wyrost boją się narkotyków. Tego, że może marihuana „wycieknie” na ulice, do szkół, że chorzy dla zysku sprzedadzą ją dilerom, a dilerzy dzieciom. Nie pozwolili więc, żeby pacjenci uprawiali konopie na własny użytek, nawet na to, żeby robił to dla nich ośrodek naukowy pod kontrolą państwa. Na razie – a jest już koniec października – jedna zagraniczna firma zdecydowała się importować marihuanę do Polski. Czekamy, aż dostarczy produkt do aptek. I przekonamy się, czy marihuana będzie kosztowała krocie właśnie z powodu kosztów jej importu.

Przecież marihuana jest na ulicach od lat! Prawie każdy nastolatek byłby w stanie załatwić „zioło” w ciągu godziny.

I tak czarny rynek bogaci się na naszych lękach. A nasze państwo skazuje chorych na kontakt ze światem przestępczym, bo to dla nich jest w tej chwili jedynym wyjściem.

Lekarze często przytaczają argument, że nie ma jednoznacznych badań dowodzących jej skuteczności.

Przeciwnie – badań naukowych nad skutecznością medycznego stosowania marihuany jest wiele. Do rzadkości należą tylko badania kliniczne z udziałem pacjentów, na których opiera się medycyna systemowa.

Dlaczego? Skoro marihuana to tak cudowny lek, dlaczego nie została jeszcze przebadana na wszystkie sposoby?

Ponieważ koncernom farmaceutycznym nie opłaca się praca nad zastosowaniem w lecznictwie ogólnie dostępnej rośliny, obwarowanej jednocześnie zakazami z powodu jej narkotycznego działania. Ale chociaż nieliczne, to jednak badania kliniczne są prowadzone, m.in. odnośnie do stwardnienia rozsianego, epilepsji, nowotworów mózgu.

Marihuanę trudno wziąć w karby konwencjonalnej medycyny. Jej działanie nie jest tak oczywiste i jednoznaczne, jak działanie farmaceutyków. Mamy setki odmian tej rośliny, z różnym składem procentowym substancji aktywnych – chodzi przede wszystkim o THC i CBD, ale też o kilkaset innych składników. W zależności od choroby i jej stadium pacjenci potrzebują innych odmian, różnego dawkowania, a nawet rozmaitego sposobu podawania. Lekarze woleliby przepisywać pacjentowi opakowanie leku i ścisłe dawkowanie. A z konopiami postępuje się metodą prób i błędów. O tym, że leczenie marihuaną wymaga innego podejścia niż standardowe, wręcz innej filozofii leczenia, opowiadali mi lekarze z Izraela. Żeby im ułatwić sprawę, izraelskie ministerstwo zdrowia wydało poradnik, jak należy stosować konopie w terapii. 

A skutki uboczne?

Skutki uboczne są obserwowane i opisywane przez naukowców oraz lekarzy. Nie odnotowano większych zagrożeń, jedynie w przypadku chorych psychicznie zaleca się dużą ostrożność. Sami pacjenci najczęściej boją się tak zwanego haju – często nie wiedzą, że są sposoby na przeciwdziałanie temu. Boją się też uzależnienia.

Poznałam neurologa, który przyznał, że pacjentom ze stwardnieniem rozsianym nie chce przepisywać marihuany, bo się obawia, że ich uzależni, wpędzi w długi. Bzdura! Badania wykazują, że nie ma czegoś takiego, jak fizyczne uzależnienie od marihuany, jak w przypadku heroiny, papierosów czy alkoholu. A o psychicznym uzależnieniu można mówić po latach używania. Chorych na SM wiedzą za to, że marihuana jest najlepszym środkiem na spastyczność mięśni, że znosi te bolesne skurcze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jakie skutki uboczne mogłyby przeważyć te zbawienne rezultaty?

Same plusy?

Nie było przypadku, żeby terapia marihuaną pogorszyła stan zdrowia. Ci, którzy leczą się od lat dużymi dawkami, boją się zespołu amotywacyjnego. U Michała, biznesmena, trzy lata temu zdiagnozowano glejaka. Lekarz powiedział, że zostały mu dwa miesiące życia. Michał leczył się standardowo: najpierw operacja, potem radio- i chemioterapia, a oprócz tego ekstrakt z THC. 

Nowotwór nie wrócił. Michał jednak bardzo się bał ciągłego haju i tego, że wypadnie z rytmu. Prowadzi firmę, utrzymuje rodzinę, nie mógł sobie pozwolić na to, że będzie tylko siedział na kanapie i palił jointy. Nauczył się więc dawkowania i poszukał sposobów na to, jak maksymalnie zmniejszyć haj. Używa marihuany od trzech lat, na co dzień funkcjonuje normalnie, firmę prowadzi nadal z powodzeniem. Ale wszystkiego nauczył się na własną rękę, nie prowadził go lekarz.

Przede wszystkim jednak żyje.

Nie da się udowodnić, że to właśnie marihuana spowodowała zatrzymanie choroby nowotworowej. Michał leczył się też konwencjonalnie. Opowiadam o nim, żeby pokazać, że kiedy lekarz mówi pacjentowi, że za dwa miesiące może umrzeć, skutki uboczne, takie jak senność czy lenistwo, nie odstraszą go od zażycia konopi. Dlatego mój bunt wywołują sytuacje, kiedy chorzy mogliby otrzymać dzięki marihuanie pomoc, a nie dostają jej z powodu naszych bzdurnych uprzedzeń. Desperaci, którzy słyszeli o przykładach wyleczeń, i tak sięgają po marihuanę na własną rękę.

Tak jak Markus, ośmioletni bohater twojej książki, którego lekarze skazali na śmierć.

Miał niecałe sześć lat, kiedy po uciążliwej i nieskutecznej chemioterapii został odesłany do hospicjum. Złośliwy guz mózgu. Lekarze dawali mu kilka tygodni życia. Zalecili nawet usunąć kanarki z domu – chłopiec miał umierać w ciszy i spokoju. Zrozpaczeni rodzice zdecydowali się podać mu chociaż tę legalną substancję na bazie marihuany – ekstrakt z CBD.

I stał się cud. Markus stanął na nogi.

Miał umrzeć i nie umarł. Biega, rozrabia, poszedł do szkoły i zamierza zostać mechanikiem. Lekarze tego nie rozumieją i boją się tak bardzo, że nie chcą go już leczyć. Jest odsyłany z jednego ośrodka do drugiego. Problem w tym, że choroba nie została zatrzymana. Markus nie jest w pełni wyleczony, a kolejne rezonanse budzą podejrzenia o wznowę nowotworu. Jego historia jest przykładem na to, że ze strachu przed rośliną i tylko dlatego, że ma działanie psychoaktywne, pozwalamy na cierpienie milionów ludzi, którzy mogliby cierpieć mniej albo wręcz się wyleczyć, gdyby mieli do niej legalny dostęp. Sęk w tym, że jest zakazana, bo jest na liście narkotyków.

To nie jest efektowne uproszczenie?

To jest brak miłosierdzia. Powiedział mi to profesor Raphael Mechoulam, izraelski naukowiec, który jako pierwszy, w latach 60., zbadał skład marihuany i opisał strukturę THC. Mechoulam mówił mi tak: „Jeśli znamy roślinę, która pomaga chorym, nie powinniśmy z tym dyskutować. Chorego nie mogą dotyczyć uprzedzenia etyczne, polityka ani zwyczaje, które dopuszczają szkodliwy alkohol i nie wtrącają do więzień tych, którzy go używają, a rugują mniej szkodliwą marihuanę. Chorzy powinni mieć natychmiast i bez ograniczeń dostęp do tego, co ich leczy”.

Aleksandra Pezda – dziennikarka, pracowała w „Gazecie Wyborczej” i radiu TOK FM. Ostatnio freelancerka, współpracuje m.in. z „Urodą Życia”. Specjalizuje się w problemach współczesnej edukacji, autorka książki „Koniec epoki kredy. Internet dla nauczycieli i rodziców”. Współzałożycielka Koalicji Medycznej Marihuany – społecznego ruchu pacjentów, lekarzy, naukowców i instytucji pozarządowych na rzecz legalizacji konopi do celów medycznych.


„Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie”  Aleksandry Pezdy (Dowody na Istnienie, 2018)
mat. prasowe

„Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie” Aleksandry Pezdy (Dowody na Istnienie, 2018) 

Co to jest medyczna marihuana?

Właściwości lecznicze konopi indyjskich znane są od tysięcy lat, współczesna medycyna powraca do nich i w wielu krajach legalizuje się medyczne użycie marihuany, m.in. w USA, Kanadzie, Izraelu, Holandii, Czechach. Chorzy mogą przyjmować marihuanę na wiele sposobów: paląc w skrętach lub fajkach, wdychając z parą wodną ze specjalnych waporyzatorów, przyjmując w postaci oleistych ekstraktów, biorą też czopki albo wcierają ekstrakty w skórę.

Konopie wspomagają leczenie m.in.: epilepsji, chorób nowotworowych, bólu, stwardnienia rozsianego, reumatyzmu, nieżytu jelit, stanów zapalnych skóry, choroby Parkinsona i Alzheimera, jaskry, depresji, zespołu stresu pourazowego, cukrzycy. Poprawiają też łaknienie i znoszą nudności w chemioterapii. Termin „medyczna marihuana” ma podkreślić cel wykorzystywania – jako produktu leczniczego – i zdjąć z chorych społeczne odium, ciążące na narkomanach.

***

Rozmowa z Aleksandrą Pezdą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pademia koronawirusa
Adobe Stock

Akcja #zostanwdomu chroni przed koronawirusem, ale kwarantanna może prowadzić do depresji

Przymusowa izolacja ma wpływ na naszą psychikę.
Aleksandra Nowakowska
13.03.2020

Nie ma wątpliwości: jeśli możesz w najbliższych dniach zostać w domu, to zrób to. A jeśli nie możesz – to zrób wszystko, żeby móc: nie tylko ze względu na swoje bezpieczeństwo, ale też na zdrowie innych. W tej chwili na kwarantannie przebywają np. premier Kanady Justin Truedeau, którego żona jest zakażona koronawirusem, czy Tom Hanks z żoną, którzy zarazili się koronawirusem prawdopodobnie na planie nowego filmu. – Kwarantanna to nie jest czas wolny – podkreśla jednak minister zdrowia, Łukasz Szumowski i jego słowa mają głębsze znaczenie, niż myślimy. W przeciwieństwie do zaplanowanego urlopu, kwarantanna wcale nie jest dla nas korzystna. Przymusowa izolacja, bezczynność, nawet jeśli jest dobra dla naszego zdrowia fizycznego, to jednocześnie nie jest dla nas naturalna i nie sprzyja naszej psychice. Badania wskazują, że osoby, które na skutek choroby zmuszone są na dłuższy czas być oddzielone od bliskich, czują tego negatywne skutki nawet – uwaga! – trzy lata później.  Kwarantanna chroni przed koronawirusem, ale… Celem izolacji jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. I to jest wielki plus: dzięki kwarantannie możemy spowolnić przebieg pandemii i zwiększyć szansę na jej opanowanie. Ale sama kwarantanna też nie jest dla nas obojętna.  Artykuł opublikowany w  „The Lancet” podsumowuje szereg raportów badawczych, przeprowadzonych na grupach ludzi poddanych kwarantannie. Dla większości z nich przyniosła ona negatywne skutki dla zdrowia psychicznego, które trwały długo po jej zakończeniu. Nawet po trzech latach od zakończenia kwarantanny zespół stresu pourazowego występował u tych osób cztery razy częściej niż w grupie, która nie doświadczyła izolacji. Aż 60 proc. osób poddanych kwarantannie zgłosiło objawy...

Czytaj dalej
dieta nowotworowa
Unsplash

„Nie odżywiaj raka” Onkolog o diecie po diagnozie nowotworowej

Głodówki, dieta wegańska albo popularne teraz wśród chorych na raka przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie nowotworowej, a nawet mogą zaszkodzić.
Katarzyna Pinkosz
04.01.2019

Odpowiednie żywienie jest ważną częścią leczenia i profilaktyki choroby nowotworowej –  mówi prof. Stanisław Kłęk, chirurg onkolog. Kłopot w tym, że popularne opinie dotyczące diety antyrakowej nie mają zbyt wiele wspólnego z prawdą. Głodówki, dieta wegańska albo przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie, a nawet mogą zaszkodzić. Pytamy specjalistę, co jeść by nie zachorować, a także jak układać dietę w terapii nowotworowej, aby zwiększyć szansę jej powodzenia. Katarzyna Pinkosz: Coraz bardziej jesteśmy pewni, że dieta może w dużym stopniu zapobiegać nowotworom. Jak ją układać, żeby zmniejszyć ryzyko zachorowania? Prof. Stanisław Kłęk: Rzeczywiście, wiemy już, że za około 70  proc. nowotworów odpowiada nasz styl życia. Ważne jest niepalenie papierosów, aktywność fizyczna oraz właściwa dieta. Nie musimy jej jednak specjalnie układać, powinna być po prostu zgodna z piramidą zdrowego żywienia. U jej podstawy są warzywa, których powinniśmy jeść jak najwięcej. Następnie: owoce, produkty zbożowe, mleko i  jego przetwory, mięso, ryby, jajka. Warto zwrócić uwagę na to, czy jemy produkty bogate w błonnik, bo ten składnik zapobiega np. rakowi jelita grubego. Poza tym pamiętajmy, że czynnikiem ryzyka np. raka piersi, trzustki, wątroby jest otyłość.  Często dopiero gdy pojawi się choroba, zaczynamy myśleć o zdrowym żywieniu i zmieniamy dietę. Na co wtedy powinnyśmy zwrócić uwagę? Chory potrzebuje diety właściwie zbilansowanej, jeśli chodzi o ilość oraz jakość kalorii. Nie ma jednak jednej uniwersalnej diety dla każdego chorego. Jadłospis zależy od zaawansowania choroby oraz etapu leczenia: czy chory jest przed operacją, w trakcie chemioterapii, czy może już skończył leczenie. Zależy też od  płci, wieku, chorób...

Czytaj dalej
Transplatologia
Getty Images

„Zabieramy nasze narządy do nieba, choć moglibyśmy nimi ratować ludzi” – mówi prof. Magdalena Durlik, transplantolog

Transplantacja to więcej niż zabieg medyczny. To dzielenie się życiem, nawet po śmierci. Ale liczba oczekujących na przeszczep rośnie z roku na rok. Dlaczego tak się dzieje ? Rozmawiamy z prof. Magdaleną Durlik.
Tamara Wilk
01.08.2020

Z badań wynika, że jesteśmy raczej dobrze nastawieni do dzielenia się naszymi organami. Ludziom wierzącym nie zabrania tego religia, nawet Jan Paweł II popierał idee transplantologii. Dlaczego więc czas oczekiwania na przeszczep tak się wydłuża?  Może jest to po prostu światowy trend:  ludzie dłużej żyją i w coraz starszym wieku można im przeszczepiać serce, wątrobę czy nerki. Rośnie więc liczna potrzebujących. A może w naszych warunkach sprawy są jeszcze bardziej skomplikowane? Tamara Wilk: Jest coś takiego, jak „oświadczenie woli”. Podpisując je, godzimy się na pobranie po śmierci naszych narządów. Lekarze nie muszą już pytać krewnych o zgodę. Załóżmy, że rozważam podpisanie takiego dokumentu, jednak się waham. Co by mi pani powiedziała, nie tylko jako transplantolog, ale tak od serca? Magdalena Durlik: Żeby się pani nie wahała. Bo życiem można się podzielić, nawet po śmierci. W niebie te narządy nie będą pani potrzebne, a tu, na ziemi, paru osobom przedłużą albo uratują życie. Ilu? Policzmy: dwie nerki to już dwie osoby. Serce, wątroba, trzustka… kolejne trzy. Czasem jest potrzeba, żeby przeszczepić komuś rękę, więc pani prawą i lewą ręką też ktoś może w życiu jeszcze coś dobrego zdziałać. Ktoś inny może odzyskać wzrok, jeśli da się pobrać od pani rogówkę. A jakbyśmy się uparli, to można by przeszczepić komuś pani twarz. Myślę, że to niemało… Twoje narządy, twoja wola A pani podpisała oświadczenie woli? Nie. Pewnie zapyta pani dlaczego. Dla moich bliskich jest absolutnie oczywiste, jaki jest mój stosunek do tej sprawy. Jeśli jakiś mój organ mógłby komuś pomóc, chciałabym, by tak się stało. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To prawda, że na przeszczep w Polsce czeka dziś więcej osób niż przed 20 laty?...

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej