Marzysz o wakacjach w raju? Wybierz się z nami w rejs po Karaibach!
Małgorzata Sobońska-Szylińska
STYL ŻYCIA

Marzysz o wakacjach w raju? Wybierz się z nami w rejs po Karaibach!

Podobno uczucie błogości to tutaj podstawowy stan ducha. Kto raz dopłynie do Wysp Szczęśliwych, nie chce stąd wracać...
Małgorzata Sobońska-Szylińska
12.05.2020

Wyprawę zorganizowała nam koleżanka – prawniczka z Waszyngtonu. Tylko ona zna nas wszystkie. Postanowiła zebrać nas w jednym miejscu, mając pewność, że się polubimy, a ona przy okazji nadrobi zaległości towarzyskie. Same silne osobowości. Kobiety, które zawsze mają coś do powiedzenia, więc nudy nie będzie. Spędzimy ze sobą siedem kolejnych dni i nocy. 24 godziny na dobę na niewielkiej przestrzeni. Zapowiada się niezłe wyzwanie w pięknych okolicznościach przyrody.

Wiatr prowadzi nas w stronę małej wysepki Saint Lucia, będącej samodzielnym państwem zrzeszonym w brytyjskiej Wspólnocie Narodów. Pogoda jest wymarzona. Żagle co i raz napinają energiczne podmuchy. Podwójny dziób naszej łodzi to wznosi się, to opada. Mimo to próbujemy działać w kambuzie, obejmując ramionami naczynia, które przesuwają się rytmicznie we wszystkie strony. Gotowanie przy przechyłach tak nam się podoba, że każdego dnia robimy z niego rytuał. Nasze salwy śmiechu udzielają się kapitanowi, który specjalnie wywija kołem sterowym, żebyśmy nie miały za łatwo. W końcu docieramy do Saint Lucia. Witają nas charakterystyczne dla wyspy zielone spiczaste stożki gór, z których najwyższa sięga aż 950 metrów. Wpływamy do kameralnej zatoczki Marigot Bay oddzielonej od morza wąskim półwyspem porośniętym szpalerem palm kokosowych. Rzucamy kotwicę i zażywamy pierwszej morskiej kąpieli o zachodzie słońca. Woda jest cieplejsza od powietrza. Nocą ciężkie od gwiazd niebo nie daje oderwać od siebie wzroku.

Gorące źródła

Następnego ranka ruszamy na podbój lądu. Krajobraz jest nadzwyczajnie pofałdowany. Jedziemy niewielkim busem. Co chwilę zatrzymujemy się przy punktach widokowych. Z góry możemy obserwować bujny tropikalny las i poszarpaną linię brzegową. W pewnym momencie kierowca informuje nas, że jesteśmy na miejscu. Trochę zdezorientowane wysiadamy, łapiemy haust powietrza i już wiemy, dokąd dotarłyśmy. Śmierdzi siarką. Tu i ówdzie z dziur w ziemi wydobywają się duszące wyziewy. Jesteśmy przy gorących źródłach, głównej atrakcji wyspy. Nakładamy na ciała i twarze błotną maseczkę, która idealnie działa na skórę, potem spłukujemy ją w piętrowych kamiennych kadziach z gorącą wodą. Kadzie nie mają sztucznego dna. Bąble biją z dołu z intensywnością godną jacuzzi, jednak nie ma tu żadnych urządzeń, które wspomagałyby ich produkcję. Wszystko jest dziełem natury. Po godzinie, czyste i odświeżone, czujemy się jak prawdziwe wcielenia Wenus, która właśnie wyszła z piany.

Grenady i smak kreolskiej kuchni

Naszym przeznaczeniem są teraz Grenadyny – jedne z owych legendarnych wysp szczęśliwych, gdzie życie ma być lekkie i przyjemne. A wśród nich – Bequia, uważana za klejnot archipelagu. Wyspa słynie z fenomenalnej kreolskiej kuchni opartej na owocach morza, wśród których królują gigantyczne homary przyrządzane na różne sposoby. Oczywiście ja jako zatwardziała weganka ich nie spróbuję, ale popatrzę na koleżanki, które nie będą w stanie się im oprzeć. Wpływamy do Port Elizabeth, głównej osady wyspy przytulonej do Zatoki Admiralicji. Jak zwykle w zatoce jest tłoczno od jachtów. Wyspa jest niewielka, wszędzie można dotrzeć piechotą. Wzdłuż plaży ciągnie się elegancki deptak, a przy nim długie lady z wyrobami miejscowego rzemiosła. Naszyjniki z muszelek, bransoletki, drobne rzeźby, T-shirty, kolorowe chusty – jest wszystko, czego dusza zapragnie. Sprzedawcy w tęczowych czapkach w stylu reggae za drobną opłatą częstują nas kokosami z wyciętymi maczetą dziurkami. Nie ma nic lepszego na skwar niż sok z kokosa. Stromą asfaltową drogą wchodzimy na najbliższe wzgórze. Nagrodą za wspinaczkę w upale jest widok na piękną turkusową zatokę nakrapianą białymi sylwetkami jachtów – teraz już wiemy, dlaczego Bequia plasuje się tak wysoko w rankingu grenadyńskiego archipelagu. Na wzgórzu znajdujemy też spory zbiór XVIII-wiecznych armat, które kiedyś strzegły wejścia do Port Elizabeth. Czas na ucztę. Wybór klimatycznych tawern jest tu nieprzebrany. Zewsząd dochodzą aromaty dymu, czosnku i ziół. W końcu zasiadamy w piaskowym ogródku jednej z knajpek. Pikantny smak frutti di mare dopełniamy słynnym miejscowym koktajlem banana daiquiri. Trudno sobie wyobrazić lepsze ukoronowanie posiłku pod palmami.

Rezydencje gwiazd na Musique

Następny punkt programu jest szczególnie ekscytujący. Na celowniku mamy Mustique, tajemniczą wyspę, która nazwę zawdzięcza prozaicznym komarom. Mustique brzmi jednak prawie jak Mistic, więc z miejsca dajemy pochłonąć się tworzeniu sensacyjnych historii. Niejedna z nich mogłaby znaleźć tu właśnie swój początek. Cała wyspa jest prywatną własnością. Wielu milionerów wzniosło na niej imponujące posiadłości z uspokajającym widokiem na ocean. Znajdziemy tu m.in. rezydencje Tommy’ego Hilfigera, Briana Adamsa, Micka Jaggera i Keitha Richardsa. Niestety, nie można ich zwiedzić, ale za małą fortunę można dostąpić zaszczytu przenocowania w jednej z nich. Jeśli ktoś jest urodzonym szczęściarzem, spotka jednego ze słynnych gospodarzy w miejscowym Basil’s Bar. Tu kawałki Stones’ów na żywo gra co prawda inna kapela, ale podobno nierzadko wtóruje jej swoim barytonem sam Mick Jagger.

Wyspa żółwi

Popularną formą zwiedzania wyspy jest objazd taksówką. Główny punkt programu to wizyta w jednej z luksusowych posesji. Udostępnione do zwiedzania domy nie należą do światowych gwiazd mody czy rocka, tylko co najwyżej do „szarych”, anonimowych właścicieli fortun, od których może zakręcić się w głowie. Nasza taksówka co chwilę się zatrzymuje. Wypielęgnowane przydrożne chaszcze są schronieniem dla ogromnej ilości żółwi. Te wędrują po asfalcie, nie bojąc się ani trochę o swoje życie. Ruchu prawie tu nie ma, a ciemnoskórzy kierowcy o królewskich manierach mają wprawę w ostrożnym prowadzeniu. Żadnemu żółwiowi krzywda stać się nie może. Przystanki wydłużają się jednak w nieskończoność, bo żółw jak to żółw, jeśli już decyduje się przejść przez jezdnię, robi to w iście „ekspresowym” tempie.

Białe piaski Macaroni Bay

Zwiedzamy rezydencję usytuowaną na zboczu wzgórza. Ma wielki basen i oszałamiający widok na morze. Podziwiamy rozmach architekta, sugerując jednak konieczne zmiany w wystroju. W efekcie opuszczamy posiadłość z gotowym planem na osiedlenie się... gdzieś nieopodal. Jedno jest pewne – musimy ochłonąć. Nie ma lepszego miejsca na odprężenie niż słynna biała plaża Macaroni Bay położona nad brzegiem Morza Sargassowego. Spod przymrużonych powiek obserwujemy błyski słońca na tafli wody pokrytej pomarańczowymi liniami gronorostów – bo tak nazywają się dryfujące tu na wielkiej powierzchni glony. W przeszłości te brunatno-pomarańczowe połacie wprowadzały żeglarzy w błąd, wyglądają bowiem jak skrawki lądu. A ponieważ morze to leży w obrębie Trójkąta Bermudzkiego, wiele jest legend o zaginionych tu statkach i łodziach. Nas jednak ogarnia osobliwa błogość… I nic w tym dziwnego. Na wyspach szczęśliwych to przecież podstawowy stan ducha. Nie wiemy wtedy jeszcze, że najlepszy dzień rejsu jest dopiero przed nami.

Wielki błękit Tobago Cays

Tobago Cays, do której dopływamy następnego dnia, zapiera dech w piersi. Wielka błękitna laguna z bujnym podmorskim życiem i z wodą przezroczystą jak powietrze ciągnie się po horyzont. Z pokładu możemy oglądać ławice różnobarwnych ryb i wielkie żółwie, które upodobały sobie to miejsce. W ułamku sekundy zanurzamy się w toń w maskach i płetwach. Widoczność pod wodą sięga kilkudziesięciu metrów. Żadna z wysepek rozsianych po lagunie nie jest na stałe zamieszkana. Rządzą tu rybacy, którzy raczą nas rybami z grilla i białym winem. Ja dostaję tak smacznie przyrządzone bataty, że niczego już więcej do szczęścia nie potrzebuję.

Czas powrotu zbliża się nieubłaganie. Po drodze na Martynikę odwiedzamy jeszcze Saint Vincent, gdzie nocujemy przycumowani w Cumberland Bay i łapiemy ostatnie chwile beztroski. Pożegnalne spotkanie z Martyniką odkrywa przed nami odciśnięte na wyspie piętno europejskiej cywilizacji zbudowanej przez Francuzów. To jeszcze bardziej zachęca nas do powrotu w te strony. Gdy siedzimy na swoich miejscach w samolotach, które rozwożą nas z powrotem w różne strony świata, każda z nas myśli o tym samym. Oprócz wrażenia, że ostatni tydzień spędziłyśmy w raju, zyskałyśmy coś znacznie bardziej wartościowego – przyjaźń. Najbliższy czas potwierdzi, że jest ona silniejsza nawet od naszych charakterów.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 5/2019

1\6
Saint Lucia
Saint Lucia
Sime/Free

Każdy, kto trafia na wyspę Saint Lucia, rozpoznaje dwie charakterystyczne dla niej stożkowate góry zwane Pitons. W zatoce stolica – Soufrière.

2\6
Owoce kakaowca
Owoce kakaowca
Getty Images

Tropikalny klimat wysp karaibskich jest idealny do uprawy kakaowca.

3\6
Tobago Cays
Tobago Cays
Getty Images

To jedno z najpiękniejszych miejsc na Karaibach. Małe wysepki zwane okruchami raju otoczone są wielką błękitną laguną, a przezroczysta woda ciągnie się aż po horyzont.

4\6
Prywatna Wyspa Mustique
Prywatna Wyspa Mustique
Getty Images

Posiadłości mają tu m.in. Bryan Adams i Madonna, a Micka Jaggera można spotkać w miejscowym barze. Turyści mogą ją wyłącznie zwiedzać.

5\6
Soufrière
Soufrière
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Stolica dystryktu Soufrière wydaje się małym, zabitym deskami miasteczkiem, ale jest tu sporo atrakcji. Można na przykład wsiąść w tramwaj powietrzny i zwiedzić ogromny ogród botaniczny.

6\6
Żółwie morskie na rafie wokół Tobago Cays
Żółwie morskie na rafie wokół Tobago Cays
Getty Images

Żółwie spotyka się nie tylko w wodzie, często można się na nie natknąć również na plaży.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wakacje/Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne
Wakacje/Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

1000+ na wakacje dla każdego? Rząd proponuje wsparcie, ale stawia warunki

Aby wesprzeć branżę turystyczną w Polsce, państwo przygotuje dla nas bony turystyczne o wartości 1000 złotych. By je zdobyć, trzeba jednak spełniać pewne warunki.
Sylwia Arlak
12.05.2020

Bony turystyczne o wartości 1000 zł mają powędrować aż do siedmiu milionów Polaków. Będzie je można wykorzystać w ciągu dwóch lat na noclegi, atrakcje turystyczne i wypady do restauracji. Aby otrzymać bon, trzeba będzie jednak spełnić pewne określone warunki. Najwięcej kontrowersji budzi to, że dodatek turystyczny będzie przysługiwał wyłącznie osobom zatrudnionym na umowę o pracę. Ponadto, ich zarobki nie mogą przekraczać przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, czyli 5,2 tys. zł brutto. „Nie będziemy sięgać do kieszeni pracodawców, bo ten rok nie jest rokiem na to, żeby zmuszać pracodawców do wzmożonych wydatków, dlatego w tym roku taki bon będzie w 90 procentach sfinansowany z budżetu państwa, a 10 procent to będzie wkład własny pracodawcy” — powiedziała wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Pieniądze nie będą wypłacane na konto pracownika. Każdy, kto będzie uprawniony do otrzymania wsparcia, otrzyma kartę przedpłaconą, którą będzie mógł płacić za usługi. Kolejny warunek skorzystania ze wsparcia? Wakacje trzeba spędzić w kraju. Wszystko wskazuje jednak na to, że i tak nie będziemy mieli większego wyboru. Wiceminister rozwoju, Andrzej Gut-Mostowy ujawnił w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że Polska rozważa otwarcie granic, ale tylko z państwami Grupy Wyszehradzkiej. Jak argumentował — Czechy, Słowacja i Węgry to kraje, w których pandemia nie zagraża obywatelom tak mocno, jak chociażby we Włoszech, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych.

Czytaj dalej
Kuba, podróże, Varadero
Sime/Free

Luksus po kubańsku

W sklepach brakuje wielu rzeczy, samochody są mocno używane, a ceny niepewne, ale każdy, kto choć raz odwiedzi Kubę przyzna, że życie smakuje tu inaczej. Pełniej.
Kamila Morgisz 
14.04.2020

Lubię wracać na Kubę. I zawsze wybieram niewielkie miasteczko Boca de Camarioca. Lubię je ze względu na ludzi. Nie wszystkie przyjazne gesty muszą tu być wymienialną walutą. Codziennie z kubańskimi znajomymi witamy się tak, jak gdybyśmy nie widzieli się rok. Przytulanie, cmokanie, żarty i okrzyki. Fascynuje mnie też różnorodność: rdzenni mieszkańcy Kuby zostali wieki temu wymordowani przez kolonizatorów, ale ci, których spotykam dziś, to niezwykła mieszanka potomków Hiszpanów, Anglików, Amerykanów, Afrykanów, a nawet Słowian. Chcę tu wracać także ze względu na przyjaźń z Anią. To więź, która narodziła się spontanicznie: po wymianie kilku maili i kilkunastogodzinnym locie spotkałam duchową siostrę. Przyjechała po mnie na lotnisko starym chevroletem, w zabójczej kreacji, na szpilkach i z czerwoną szminką na ustach. Jak przystało na Polkę, góralkę z pochodzenia, obywatelkę Kanady, sercem związaną z Kubą. Że będzie tu mieszkać, wymarzyła sobie ponad 30 lat temu. Po kilkunastu latach zaczęła budowę domu i choć takie przedsięwzięcia obwarowane są wieloma skomplikowanymi przepisami, postawiła na swoim. Villa Cubanita jest teraz jednym z najokazalszych domów w okolicy i najbardziej gościnnym. Tu jem najlepszą pod słońcem kwaśnicę i ogórkową. Chcę tu wracać ze względu na ocean. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad samym morzem. Kiedyś to marzenie spełniałam latem w przyczepie nad Zatoką Pucką, teraz na Karaibach. Brzmi luksusowo, ale sporo wysiłku wkładam w to, żeby zorganizować sobie taki wyjazd w cenie wakacji nad Bałtykiem. Kupuję okazyjnie bilety z przesiadkami albo wolne miejsca w czarterach, starając się, aby podróż nie zajęła mi więcej niż 24 godziny. Jadę na dłużej, co najmniej na trzy tygodnie, żeby koszt biletu się zamortyzował. Jeśli nie mieszkam u mojej Ani,...

Czytaj dalej
Madera, podróże, baseny, Porto Monz
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Odkryj nieznane oblicze portugalskiej Madery

Co można robić na wyspie poza relaksowaniem się przy hotelowym basenie? Sprawdziliśmy: czekają nas górskie widoki, przygody i adrenalina!
Małgorzata Sobońska-Szylińska
08.05.2020

Tygodniowy pobyt na Maderze dostarczył nam tylu przeżyć, że mieliśmy wrażenie, jakby trwał znacznie dłużej. Emocje zaczęły się już w powietrzu. Na krótko przed zejściem do lądowania nasz samolot dosłownie w miejscu zawrócił w powietrzu, próbując wpasować się w krótki pas startowy na lotnisku im. Cristiano Ronaldo w Funchal. Trząsł się i co chwila opadał kilka metrów. Przypominało to jazdę kolejką górską. Pomruk przerażenia przerodził się w westchnienie ulgi, gdy ostatecznie siedliśmy na ziemi. Ale... każde lądowanie wygląda tam podobnie. Lotnisko ma bowiem bardzo krótki pas, a przez to zaliczane jest do najbardziej niebezpiecznych na świecie. Dodatkową „atrakcją” są silne boczne wiatry, które i nas nie oszczędziły. Na Maderę latają bardzo doświadczeni piloci, od lat nie wydarzył się tam żaden wypadek, więc tak naprawdę nie ma powodów do obaw. Wulkaniczna wyspa na Atlantyku Madera powstała w wyniku erupcji wulkanu, cała wyspa pokryta jest górami. Na lotnisko pozyskano jedyny płaski skrawek lądu, jednak żeby pas startowy miał bezpieczną długość, konieczne było zawieszenie jego części na 180 ogromnych betonowych filarach, z których część wyrasta wprost z morza. Wszechobecne góry określają charakter wyspy niemal w każdym obszarze. Od sieci dróg, przez komunikację, architekturę, a nawet proponowane turystom wycieczki i rozrywki. My podróżowaliśmy po wyspie wynajętym samochodem, co jest najwygodniejszym, ale i bardzo emocjonującym sposobem przemieszczania się. Drogi wijące się po stromych zboczach bywają bowiem nachylone pod absurdalnym kątem. Auta o słabszych silnikach muszą czasami się poddać, gdy podjazd okazuje się zbyt stromy. Każdy turysta, który miał okazję podróżować samochodem po drogach Madery, zgadza się z opinią, że jeśli dał...

Czytaj dalej
Maroko, podróże, Atlas, Sahara
Sime/Free

Karawaną przez Maroko

Ten kraj mieni się jak misternie ułożona mozaika. Wybierz się w podróż szlakiem przez góry, doliny, oazy i pustynię który od wieków przemierzają objuczone wielbłądy.
Kamila Morgisz 
11.05.2020

Moje podróże do Maroka zaczynają się zwykle w Marrakeszu, zwanym Czerwonym Miastem od koloru murów obronnych. Miasto, choć zgiełkliwe i coraz liczniej zadeptywane przez jednodniowych turystów, zachowało swój czar. Trzeba tylko szybko uciec od tłumów, od straganów z chińszczyzną i marnym jedzeniem i zagubić się w labiryncie uliczek medyny , w zaułkach suków, w mellah, czyli dzielnicy żydowskiej. Tam, na dziedzińcach dawnych kupieckich zajazdów i składów, rzemieślnicy wciąż mozolnie kują ażurowe lampy, a szewcy szyją żółte babusze i pantofle z jedwabiu dla panny młodej. Objuczone świeżo wyprawioną skórą osiołki cierpliwie drepczą wąskimi uliczkami, a popędliwi tragarze rozganiają przechodniów donośnym „Balak!”. Marrakesz z jednej strony otoczony palmowymi i oliwnymi gajami, a z drugiej strzeżony przez ośnieżone góry Atlas to wrota do krainy pustynnych oaz i dolin, którymi karawany ciągnęły aż z Timbuktu. To brama Wielkiego Południa.  Północ kraju i Góry Atlas Droga wiedzie przez coraz suchsze tereny, czerwona ziemia kontrastuje z bielą szczytów potężniejących przed nami z każdą chwilą. Zaczynamy wspinać się najpierw wśród wzgórz, a potem serpentynami ku przełęczy Tizi n’Tichka, pokonując po drodze ponad 800 ostrych zakrętów. Późną jesienią i zimą drogę często zasypuje śnieg, więc warto przed podróżą sprawdzić, czy jest czynna. Mijamy małe wioski z przydrożnymi zajazdami, które kuszą zapachem baranich szaszłyków i smakowitych tadżinów – słynnych marokańskich dań jednogarnkowych w glinianych naczyniach o spiczastych pokrywach. Jeszcze przed przełęczą zatrzymujemy się w górskim miasteczku Taddert, słynącym z biżuterii ozdabianej ametystami,...

Czytaj dalej