Rak często wyzwala w nas siłę, o której nie miałyśmy pojęcia
iStock

Rak często wyzwala w nas siłę, o której nie miałyśmy pojęcia

„Rak zawsze zaskakuje. Myślimy, że przytrafia się komuś, gdzieś. Historia sąsiadki. Ale nie moja. Kiedy staje się „moja”, najpierw jest szok, niedowierzanie, potem, paradoksalnie, nabiera się siły. Nie tylko do walki, ale też do przewartościowania życia”, mówi Adrianna Sobol, psychoonkolog.
Joanna Derda
21.06.2020

Rak jajnika, rak piersi albo nowotwór trzustki pojawiają się u kobiet 40-, 50-letnich. Czasem młodszych. Zawsze diagnoza: nowotwór – ścina z nóg, tymczasem psychoonkolog, Adrianna Sobol przekonuje, że nasze nastawienie do terapii ma ogromne znaczenie. Rak może być przystankiem, którego nieraz bardzo potrzebujemy. Nie traktujmy go jako wyroku. Wykorzystajmy go jako okazję, aby przyjrzeć się sobie i swojemu życiu. 

Joanna Derda: Coraz częściej słyszymy, że rak to choroba psychosomatyczna. Że wydarzyła się pod wpływem stresu, problemów. Co, mówiąc inaczej, oznacza, że sami ją na siebie sprowadziliśmy. Jak sobie radzić z poczuciem winy?

Adrianna Sobol: Zawsze kiedy pojawia się rak, zadajemy sobie pytanie: dlaczego. Szukamy i nie potrafimy znaleźć odpowiedzi. Oczywiście bywają i tacy, którzy traktują chorobę jako rodzaj kary. Kłócę się z tym! Rzeczywiście etiologia chorób nowotworowych ciągle nie do końca jest wyjaśniona. Naukowcy się sprzeczają, a pewnie przyczyn jest wiele. Geny, kwestie środowiskowe, styl życia. Ale faktycznie coraz więcej mówi się o czynnikach psychologicznych, emocjonalnych. Nie wolno się winić za chorobę, ale na pewno warto zwracać uwagę na to, jak żyjemy.

No tak, ale z tym łatwo nie jest. Jesteśmy w coraz większym pędzie, zestresowani, nasz układ odpornościowy nie ma siły. A tu psycholog mówi, że mamy żyć bez stresu. Wiemy, że to niemożliwe, więc stres narasta. Zaklęte koło…

To prawda. Biegniemy, pracujemy na okrągło, bierzemy kredyty, co obciąża nas też psychicznie, wszystko chcemy mieć – a zapominamy o odpoczynku. Gdybym miała się odnieść do mojego doświadczenia, widzę, że właściwie każdy pacjent przeszedł coś trudnego, chorobę czy śmierć kogoś bliskiego, rozwód, problemy w pracy… 

Nowotwór skrada się jak złodziej

Trudno chyba znaleźć kogoś, kto nic takiego nie przeżył.

Właśnie dlatego nigdy nie powiedziałabym pacjentowi, że jest za swoją chorobę odpowiedzialny. Obarczanie chorego winą jest po prostu złe. I szkodliwe dla tego, przed kim długa i trudna droga. Ale jest też druga strona medalu, bo choroba to dla nas wielki znak stop. Kiedy pacjent trafia do psychoonkologa – jeśli oczywiście jest na to gotowy, jeśli ma chęć i potrzebę – to pojawia się w jego życiu nieoczekiwana szansa: przyszła choroba i w pewnym sensie wszystko się wyzerowało. Jest czystą kartką, która zapisuje nowy rozdział. Z nadzieją, że ten rozdział będzie, że zostanie napisany. I pojawia się potrzeba zastanowienia się nad tym wszystkim, co było. Co poszło nie tak, co warte jest zmiany. Często zadaję pytanie: „Jeśli choroba chce ci coś powiedzieć, na coś zwrócić uwagę, to co to takiego?”. Nie pytam po to, żeby obarczyć winą. Zresztą, jak świetnie pisał ksiądz Kaczkowski, choroba to zwyczajne zrządzenie losu. Ale można to wykorzystać do pracy nad sobą. Nad zmianą dotychczasowych nawyków, przyzwyczajeń. Można podejść do choroby w taki sposób: dobrze, wywróciłaś do góry nogami całe moje życie, to co teraz mogę z tego wyciągnąć? I wiele zmian, wręcz wielkich metamorfoz u moich pacjentów widywałam.

Czego dotyczyły? 

Wszystkiego. To często generalna weryfikacja – związek, praca, sposób myślenia, sposób życia. Choroba często dodaje sił. Hasło: „Jak nie teraz, to kiedy?”, jest w tym przypadku bardzo prawdziwe. 

Namawia pani chorych, żeby spojrzeli krytycznie na całe swoje życie? To przecież bardzo trudny moment, a tu jeszcze trzeba się poddać nie do końca przyjemnej analizie…

Z boku może się to wydawać abstrakcyjne, rzeczywiście nie każdy chory na to pójdzie. Ale to tak jak zawsze z psychoterapią – nie jest dla każdego. Do tego potrzeba głębokiej wewnętrznej motywacji. Choroba to czas, kiedy życie rozlatuje się na drobne kawałki i albo zostajemy w tym samym miejscu, biernie poddajemy się sytuacji i cierpimy psychicznie i fizycznie, albo mówimy sobie: muszę działać, to jest mój czas, jeśli teraz nie odbuduję życia, to będzie za późno. To jest czas, kiedy żadnych wymówek już nie ma, nie ma się czym zasłaniać. 

Czego na przykład takie zmiany dotyczą?

Relacji. Nie tylko z najbliższą osobą, relacji na każdym polu. Często także pracy. Łącznie z jej zmianą. Spełniania marzeń. Podróży. Mogłabym długo opowiadać historie pacjentów, każda byłaby inna.

Opisałam już na blogu historię pani Małgosi. Kiedy ją poznałam, wyglądała fatalnie. I wcale nie z powodu choroby, chociaż ta była już dość zaawansowana. Była nieszczęśliwą kobietą. W małżeństwie czuła się nieszanowana, miała dwójkę dzieci, ale i świadomość, że nikt się z nią nie liczy. Wszystko kręciło się wokół jej męża, duszy towarzystwa, a ona była gdzieś z boku. Do tego praca, której nie znosiła. Strasznie się zaniedbała. Czuła się niezauważana. A ja patrzyłam, jak Małgosia zmienia się w trakcie leczenia. Jak rozkwita. Stała się absolutną pięknością. To było niesamowite. Rozprawiła się ze swoim życiem. Szybko zrezygnowała z pracy, mężowi powiedziała wszystko, co przez te lata leżało jej na sercu, co ją wkurza, czego potrzebuje, czego on nie zauważa. A on wysłuchał i wziął to sobie do serca. Gdyby nie choroba, na pewno by się rozstali. 

Zmieniła też swój wygląd. Dobrała sobie perukę – wyglądała w niej prześlicznie. Przedtem się nie malowała, teraz na każdą chemię przychodziła w idealnym makijażu. Powiedziała mężowi – choć nigdy wcześniej tego nie robiła – że ma ją zabrać na zakupy. Stała się inną osobą. Może się wydawać, że ubranie to w obliczu choroby coś bez znaczenia, tymczasem takie drobne gesty sprawiają, że dajemy początek nowej sobie. Osobie, która mówi: to mój moment, ja jestem ważna. Teraz Małgosia współpracuje z nami w fundacji i cały czas powtarza: dziękuję za swojego raka.

Mocne.

Tak. I pewnie kontrowersyjne, ale coś w tym jest. Nie chcę budować sielankowej wizji onkologii, bo to wcale sielankowo nie wygląda. Bywa ciężko, trudno i nie zawsze dobrze się kończy, ale oddział onkologiczny to wcale nie jest tłum wychudzonych, wynędzniałych, łysych ludzi, którzy nie mają na nic siły. To często osoby, które dziś przychodzą na chemioterapię, a jutro idą normalnie do pracy. Zajmują się dziećmi, domami, wyjeżdżają, bawią się. Żyją. Dla jednych choroba to krótka przygoda, która trwa pół roku, rok, dla innych choroba przewlekła, ale i to jest ważne. Bo pokazuje, że rak to nie wyrok, że z tym można żyć. Współczesna medycyna idzie w kierunku, żeby albo wyleczyć w stu procentach, albo pozwolić pacjentom żyć z chorobą w sposób jakościowy. W szpitalu spotykam ludzi, którzy mierzą się z chorobą piąty, siódmy, dziesiąty rok. I to daje nadzieję. Chorujemy i będziemy chorować, ale nasze funkcjonowanie w chorobie się zmienia.

W terapii raka pomocne jest wsparcie bliskich

Trudno sobie wyobrazić, że można przejść przez raka samemu. 

Ciężko jest przejść przez chorobę samemu. Ale niektórzy pacjenci mają duży problem z proszeniem o pomoc i z jej przyjmowaniem. Kobiety z rakiem piersi to często zosie samosie. Nigdy nie zapomnę, jak weszłam do sali, w której leżały trzy panie z rakiem piersi – prześcigały się w opowieściach, co która przed świętami zrobi, ile okien umyje, co kupi i ugotuje… Nie odpuszczają nawet w obliczu choroby. Nie chcą być pacjentkami, nie chcą czuć się słabe. Bo niektórzy wsparcie traktują – błędnie oczywiście – jako oznakę słabości. Tymczasem największa odwaga to jej pokazanie. Sytuacja choroby łączy się ze strachem. Zawsze. I to jest normalne. 

Najbardziej wspiera oczywiście rodzina?

Bywa różnie. Uważam – może to znowu kontrowersyjny pogląd – że rodzina ma często gorzej niż sam pacjent. On przynajmniej działa, bierze na siebie trud walki z chorobą, ma kontakt z lekarzem, pielęgniarkami, innymi pacjentami. 

Za to rodzina – choć bardzo by chciała pomóc – nie potrafi. Jest przerażona, czuje się bezradna, chętnie wzięłaby na siebie choć część tego cierpienia, ale nie jest w stanie. Pacjent nie chce obciążać bliskich, zamyka się więc w sobie, oni nie wiedzą, jak pomóc, więc zaczynają chorego unikać… Nie dzieje się tak zawsze, ale jednak dość często. Dlatego nasze działania, warsztaty idą w kierunku komunikacji – jak sprawić, żeby obie strony potrafiły się nawzajem usłyszeć. Nie ma nic złego w słowach: boję się, nie wiem, jak ci pomóc. Lepiej być szczerym, czasem nawet przekląć czy powiedzieć coś niemiłego, ale prawdziwego. Druga kwestia to wsparcie psychoonkologa. Coraz więcej się o tym mówi, ale to wciąż temat świeży. Na każdym oddziale onkologicznym powinien być psychoonkolog, ale w praktyce pacjenci rzadko go widują. Albo jest bardzo zajęty, albo w ogóle go nie ma. 

Spotykałam się z wyznaniami osób chorych, że tak naprawdę najbardziej pomogli im inni pacjenci.

I to właśnie jest idea, którą z Fundacją OnkoCafe propagujemy – idea wsparcia międzypacjenckiego. Ja mogę stanąć na głowie, ale nie zastąpię człowieka, który tego samego doświadczył. Przychodzą do szpitala nasi wolontariusze, mówią: „O, witaj, byłam w podobnym stanie, wyglądałam gorzej, byłam totalnie bez sił, ale zobacz – jestem”. Te historie są różne, wcale nie zawsze pozytywne. Ale dają siłę. Bo rak zawsze jest czymś zaskakującym. Myślimy, że to przytrafia się komuś, gdzieś. Daleko. Kadr z filmu, scena z książki, historia sąsiadki, koleżanki. Ale nie moja. Jak staje się „moja”, to pacjenci mówią: ciągle wydaje mi się, że gram w filmie o samym sobie. 

I kiedy widzą kogoś, kto zmiękcza obraz onkologii, kto pokazuje, że coś jeszcze będę w stanie zrobić, że na coś jeszcze będę mieć czas, to pomaga jak nic innego. Mogłabym opowiedzieć mnóstwo złych historii, ale myślę, że lepiej pokazywać te dobre. To niweluje strach. Im bardziej racjonalne podejście do choroby, tym łatwiej pójść do lekarza, zrobić badania. I wyrobimy w sobie czujność, będziemy się monitorować także pod względem psychicznym. Czy nie gonię za czymś, co nie ma sensu, co nie daje radości, nie przynosi satysfakcji. Warto zadać sobie parę odważnych pytań i być ze sobą szczerym. 

Pięknie brzmi, ale to teoria. Praktyka jest taka, że wielokrotnie myślimy: tak, fajnie byłoby coś zmienić, ale kredyt, szkoła dla dzieci, starsi rodzice – zrezygnować z tego nie sposób, więc kręcimy się w kółko. 

Niełatwo podjąć decyzję. Tylko jakimś cudem kiedy człowiek staje w obliczu choroby i zadaje sobie te wszystkie pytania, to potrafi znaleźć rozwiązanie. Pamiętam pewnego pana. Dobrze zarabiał i dużo wydawał. Kiedy zachorował, mógł tak żyć dalej, miał na to środki. Ale powiedział: stop. Sprzedał wszystko. Kupił małe mieszkanie. Mówi, że nie jest łatwo przejść do skromniejszych warunków, gorszego samochodu, tańszych wakacji. Ale jest spokojniej i pełniej.

Trzeba wszystko przewartościować? 

Przede wszystkim zająć się sobą. Tymczasem kobiety są mistrzyniami świata w zajmowaniu się innymi. Trudno nam czasem zrozumieć, że troska o siebie to też sposób na troskę o rodzinę. Trzeba stawiać granice. Powiedzieć sobie: teraz ja! Zdrowy egoizm – tego uczę moich pacjentów.

***

Fundacja OnkoCafe – Razem Lepiej powstała w 2013 roku. Pracują w niej osoby, które przeszły przez chorobę nowotworową albo są w trakcie leczenia. Dzielą się swoimi doświadczeniami, są wsparciem dla pacjentów i ich rodzin. Fundacja prowadzi też kampanię „BreastFit: kobiecy biust, męska sprawa”. Ma ona pomóc mężczyznom włączyć się w proces profilaktyki raka piersi.

Adrianna Sobol – psycholog, psychoonkolog i psychotraumatolog. Właścicielka Centrum Wsparcia Psychologicznego Ineo, członek Zarządu Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej. Pracuje na stanowisku psychoonkologa w Szpitalu Onkologicznym Magodent w Warszawie. Ekspertka firmy Braster, prowadzi blog braster.eu/pl

***

Rozmowa z Adrianną Sobol ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Onkorejs
fot. Monika Kasprzyk

„Śpiewamy szanty, nie myślimy o raku”, mówi Magda Lesiewicz, twórczyni Onkorejsu

Magdalena Lesiewicz przeszła raka piersi i postanowiła zacząć zupełnie nowe życie. Bardziej świadome. Odważniejsze. Dzisiaj organizuje Onkorejsy i Onkomarsze, żeby przypomnieć innym: „Rak może dopaść także i ciebie”.
Sylwia Niemczyk
21.05.2020

Po tym, jak kilka lat temu przeszła złośliwego raka piersi, Magdalena Lesiewicz założyła Fundację Onkorejs – Wybieram Życie. Organizuje wyprawy morskie dla kobiet z historią nowotworową oraz marsze wiedzy o raku. Za swoją działalność społeczną została wyróżniona w tegorocznej edycji konkursu „Bizneswoman roku” organizowanego przez Fundację Sukces Pisany Szminką. Sylwia Niemczyk: Pamiętasz tamtą chwilę?   Magdalena Lesiewicz: Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam. To był październik, 2013 rok, miałam 34 lata, mieszkałam sama, bo już byłam po rozwodzie. Wieczór, normalny dzień tygodnia. Bolało mnie serce, czułam, jakby mi się wyrywało z klatki piersiowej. Wcześniej przez kilka tygodni bardzo intensywnie pracowałam i chyba w ten sposób dawała o sobie znać adrenalina. Żeby ten ból i trzepotanie uspokoić, co jakiś czas mocno przyciskałam obie dłonie do piersi. I tamtego wieczoru, gdy je przycisnęłam – tak jak sto razy wcześniej – nagle poczułam, że pod jedną piersią coś jest. Zaczęłam ją dokładniej badać, dotykać, porównywać z drugą. Była różnica. Ewidentnie guzek. Tak właśnie wtedy myślałam: guzek, a nie rak. I nawet aż tak bardzo się nim nie przejęłam, poszłam spać.  Nie wiem, jak ja bym wytrzymała w tej niepewności i strachu przez całą noc.   A ja wypiłam duszkiem piwo i zasnęłam prawie od razu! Wmówiłam sobie, że rano guzek na pewno zniknie, w ogóle nie brałam pod uwagę, że może być inaczej. Tyle że jak się obudziłam, to on jednak dalej był. Jeszcze tego samego dnia, też to pamiętam dokładnie, nawet godzinę – to była 10.30 – zrobiłam USG. Miałam szczęście, że trafiłam na lekarkę z wojewódzkiego centrum onkologii. Nie chciała nic powiedzieć, ale miała taką minę, że wszystkiego się domyśliłam....

Czytaj dalej
medytująca rodzona
Adobe Stock

Praktyka mindfulness obniża strach przed śmiercią. Trening w prezencie! 

W czasach pandemii nasza naukowa praca nad wpływem uważności na lęk nabrała praktycznego wymiaru – mówi Agnieszka Golec de Zavala, profesorka psychologii z Londynu.
Aleksandra Nowakowska
07.04.2020

Każdy z nas mierzy się teraz z trudnymi emocjami. Dlatego postanowiliśmy podzielić się z czytelniczkami i czytelnikami Urody Życia opracowanym przez nas tygodniowym treningiem uważności, który pomaga poradzić sobie z lękiem – mówi Agnieszka Golec de Zavala, która kieruje interdyscyplinarnym międzynarodowym zespołem badawczym PrejudiceLab. W jego skład wchodzą psychologowie społeczni, neuropsycholodzy i psychofizjolodzy z Londynu, Warszawy i Poznania. Naukowcy we współpracy z praktykami uważności i innych metod kompetytywnych przygotowali trening, który pomaga w redukcji negatywnych emocji. Wyniki badań PrejudiceLab finansowane przez Narodowe Centrum Nauki jednoznacznie wskazują, że ćwiczenia mindfullness obniżają poziom lęku przed śmiercią i lęku w ogóle, a także podnoszą odporność fizyczną. Aleksandra Nowakowska: W czasie pandemii codziennie docierają do nas wiadomości o ofiarach koronawirusa. W tych warunkach trudno jest nie myśleć o śmierci – jaki to na nas ma wpływ? Pandemia Covid-19 sprawia, że bardziej niż zwykle stajemy się świadomi własnej śmiertelności. Mało kto jest przygotowany na taką sytuację, czyli na bezpośrednie zagrożenie życia. Kiedy myślimy, że umrzemy (nawet jeśli miałoby to nastąpić w bliżej nieokreślonej przyszłości) nasze ciała odruchowo mobilizują się do ucieczki albo do walki o przetrwanie. Myślenie o końcu naszego życia jest z reguły źródłem cierpienia i lęku. W tej sytuacji nie możemy zaangażować się w żadną sensowną, z punktu widzenia naszego przetrwania, reakcję. Powoduje to bardzo trudny psychologicznie i fizjologicznie stan. Jak sobie z nim radzimy? Badania psychologiczne pokazują, że podwyższona świadomość własnej śmiertelności popycha nas często do irracjonalnych i niebezpiecznych działań, których celem jest unikanie trudnych emocji. To...

Czytaj dalej
Rak piersi
Adobe Stock

Lekarka o raku piersi: „Pytam, czemu przyszła tak późno. I słyszę: czekałam, aż samo zniknie”

Nawet profilaktyczna mastektomia nie chroni do końca przed rakiem piersi. Profilaktyczne badania: USG piersi i mammografia nigdy nie zastąpią samobadania – mówi specjalistka, dr Karolina Donocik.
Sylwia Niemczyk
20.02.2020

Ryzyko raka piersi dotyczy wszystkich kobiet. Nawet profilaktyczna mastektomia nie wyklucza go w stu procentach. Tak samo mammografia ani USG piersi nie wystarczą, bo guzek w piersi może rozwijać się bardzo szybko. Jedynie regularne samobadanie skutecznie zmniejsza ryzyko. „Co druga pacjentka nowotowór piersi wykryła sobie sama”, mówi dr n. med. Karolina Donocik, chirurg onkolog. Sylwia Niemczyk: Co mówią kobiety po diagnozie?  Dr Karolina Donocik:  Tutaj nie ma jednej reguły, diagnoza nowotworowa to ogromny stres, który u każdego objawia się inaczej. Najczęściej pacjentki pytają, jak w szybki sposób mogą pozbyć się choroby. Denerwują się, gdy słyszą, że w ich przypadku nie można zastosować leczenia, które np. sprawdziło się u kogoś innego. Czasem to my, lekarze, pytamy je, dlaczego przyszły tak późno i ciągle się zdarza, że słyszymy: „Czekałam, aż guzek sam zniknie”. Czuły pod palcami jakąś zmianę, ale oszukiwały się, że to nic takiego.  Umiem sobie wyobrazić, że gdy kogoś ćmi ząb, to zwleka z dentystą, ale guzek w piersi to jednak coś innego. Pacjentki tłumaczą, że po prostu wstydziły się przyjść i rozebrać przed ginekologiem. I to dotyczy kobiet z każdej grupy społecznej i wiekowej. Wyjaśniają nieraz, że czuły się bezpiecznie, bo w rodzinie nikt nie chorował, tymczasem nowotwory dziedziczne, np. związane z mutacją genów BRCA1 i BRCA2 to tylko jeden z rodzajów raka piersi.  Ale też, kiedy rozmawiam z kobietami, to słyszę jedną bardzo ważną i właściwie bardzo dobrą rzecz. Już co druga moja pacjentka mówi, że zgłosiła się do lekarza, bo któregoś dnia sama wyczuła zgrubienie. To znaczy, że świadomość raka piersi jest wśród kobiet coraz większa, chociaż wciąż nie tak duża, jak byśmy...

Czytaj dalej
dieta nowotworowa
Unsplash

„Nie odżywiaj raka” Onkolog o diecie po diagnozie nowotworowej

Głodówki, dieta wegańska albo popularne teraz wśród chorych na raka przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie nowotworowej, a nawet mogą zaszkodzić.
Katarzyna Pinkosz
04.01.2019

Odpowiednie żywienie jest ważną częścią leczenia i profilaktyki choroby nowotworowej –  mówi prof. Stanisław Kłęk, chirurg onkolog. Kłopot w tym, że popularne opinie dotyczące diety antyrakowej nie mają zbyt wiele wspólnego z prawdą. Głodówki, dieta wegańska albo przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie, a nawet mogą zaszkodzić. Pytamy specjalistę, co jeść by nie zachorować, a także jak układać dietę w terapii nowotworowej, aby zwiększyć szansę jej powodzenia. Katarzyna Pinkosz: Coraz bardziej jesteśmy pewni, że dieta może w dużym stopniu zapobiegać nowotworom. Jak ją układać, żeby zmniejszyć ryzyko zachorowania? Prof. Stanisław Kłęk: Rzeczywiście, wiemy już, że za około 70  proc. nowotworów odpowiada nasz styl życia. Ważne jest niepalenie papierosów, aktywność fizyczna oraz właściwa dieta. Nie musimy jej jednak specjalnie układać, powinna być po prostu zgodna z piramidą zdrowego żywienia. U jej podstawy są warzywa, których powinniśmy jeść jak najwięcej. Następnie: owoce, produkty zbożowe, mleko i  jego przetwory, mięso, ryby, jajka. Warto zwrócić uwagę na to, czy jemy produkty bogate w błonnik, bo ten składnik zapobiega np. rakowi jelita grubego. Poza tym pamiętajmy, że czynnikiem ryzyka np. raka piersi, trzustki, wątroby jest otyłość.  Często dopiero gdy pojawi się choroba, zaczynamy myśleć o zdrowym żywieniu i zmieniamy dietę. Na co wtedy powinnyśmy zwrócić uwagę? Chory potrzebuje diety właściwie zbilansowanej, jeśli chodzi o ilość oraz jakość kalorii. Nie ma jednak jednej uniwersalnej diety dla każdego chorego. Jadłospis zależy od zaawansowania choroby oraz etapu leczenia: czy chory jest przed operacją, w trakcie chemioterapii, czy może już skończył leczenie. Zależy też od  płci, wieku, chorób...

Czytaj dalej