Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie. 

Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia?

Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą. 

A ktoś panu źle życzy?

Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie. 

W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało?

To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył. Nie wiedziałem, o co chodzi. Dopiero pielęgniarka mi wyjaśniła. Pacjent płacił w rejestracji, ja dostawałem z tego część pieniędzy. I innych już nie brałem. A do tego drugiego gabinetu obowiązywał nieformalny dodatkowy cennik. Tam wchodziło się z ekstrakopertą. Jak pacjenci się zorientowali, że ja nic dodatkowo nie biorę, to ustawiali się tylko do mnie. Straciłem kolegę i pracę. Takie życie.

Rewolucja w szpitalu w Zawierciu 

Słyszałam, że w Zawierciu zaczął pan od zwalniania lekarzy. Dlaczego?

W imię zasad. Widzi pani, ja od razu wyczuwam, kto jest kim. 

To z kim pan nie będzie pracował?

Z leniami i obibokami. Pokrzywionymi moralnie, łapówkarzami. Dlatego właśnie paru ludzi już tu w Zawierciu nie musi chodzić do pracy. Jednych zwolniłem, inni sami odeszli. 

Czego młodzi lekarze nauczą się od pana?

Przede wszystkim nowoczesnych technik chirurgicznych, czyli laparoskopii. Jestem autorem wielu technik laparoskopowych. Specjalizuję się w chirurgii onkologicznej przewodu pokarmowego. Dzięki współczesnej technice wiele nowotworów można usuwać bezpieczniej dla pacjenta. Jako jedyny z krajów byłego bloku wschodniego pracuję do dziś w Europejskim Instytucie Telechirurgii (EITS) w Strasburgu. To absolutne centrum nowoczesnej chirurgii w Europie. Nie zatrzymuję wiedzy dla siebie.

Dużo godzin spędza pan w szpitalu w Zawierciu?

Cały czas od poniedziałku do czwartku wieczór. Śpię w szpitalu. Na weekendy wracam do Czech. Mój dom jest na Zaolziu, w Mostach koło Jabłonkowa, a w nim żona Urszula i moja rodzina. Praca to jednak miłość numer dwa. Zawsze tam, gdzie pracuję, staram się być blisko pacjentów. Gdy pracowałem w Pradze, też często spałem w szpitalu.

To gdzie teraz rozmawiamy: w pana gabinecie czy w „mieszkaniu”?

Dwa w jednym. Tu mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Biurko, komputer, sofę do spania, łazienkę, szafkę na jedzenie. Mam tu parówki, ser, kawę, herbatę. A jak mnie wzywają do chorych, to nie muszę się tłuc przez miasto, tylko jestem natychmiast. Zgodziłem się, że zmienię twarz tego szpitala w Zawierciu, że będę uczył młodych nowoczesnej chirurgii, i zrobię wszystko, żeby się to udało. Poza tym na oddziale dzień w dzień leży 40 chorych biedaków, którzy w każdej chwili mogą mnie potrzebować. A ja jestem za nich odpowiedzialny.

Nie woli pan zarabiać po godzinach w prywatnym gabinecie? 

Myśli pani, że pieniądze to dla mnie jeden z głównych celów w życiu? Mnie to w ogóle nie obchodzi. Szczerze? Mógłbym pracować w dowolnym kraju świata, ale tu w okolicy mieszka ponad 200 tysięcy ludzi – ileż dobrego można dla nich zdziałać! Powtarzam zawsze, że są dwa szczęścia. Jedno małe, drugie duże. Małe to uszczęśliwiać siebie. Duże to uszczęśliwiać innych. I to drugie jest celem mojego życia. 

Kto panu zaszczepił taki system wartości?

Na pewno rodzice i środowisko, w którym wyrastałem. Zaolzie to miejsce, gdzie pomoc drugiemu człowiekowi jest na czołowym miejscu w hierarchii wartości. Rodzice wpoili mi zasadę: „Jeżeli możesz w czymś pomóc, to pomagaj”.

Dlatego został pan lekarzem?

Myślę, że tak, bo tradycji lekarskich w mojej rodzinie nie było. Przed lekcjami, w czasach nauki w liceum, pracowałem w polu, po powrocie ze szkoły znów pomagałem. Jak to na wsi. Było nas pięcioro rodzeństwa. Do książek siadałem wieczorem. Lubiłem się uczyć, zwłaszcza biologii i matematyki, miałem też swoje pasje: sport i muzykę. Na studiach z bratem i przyjaciółmi założyliśmy nawet zespół punkrockowy Kryzys. Wtedy, w 1979 roku, byliśmy jednym z pierwszych polskich zespołów punkowych! Udało nam się nawet zagrać na festiwalu w Jarocinie.

Może to z czasów tego rocka jest w panu ciągle dusza buntownika?

Kto wie, nigdy nie bałem się mówić tego, co myślę. 

prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Jest pan Polakiem czy Czechem?

Prawie wszyscy Czesi wiedzą, że jestem Polakiem. Świat wie, że jestem Polakiem mieszkającym w Czechach, tylko Polacy nie wiedzą, że jestem Polakiem. 

Fakt, mam czeskie obywatelstwo, ale jestem i czuję się Polakiem. Kończyłem, jak wszyscy w mojej rodzinie, polskie szkoły, po polsku odmawiam „Ojcze nasz”. Pochodzę z Zaolzia. Mieszka nas tam jeszcze około 30 tysięcy Polaków. I jesteśmy z tego bardzo dumni. 

Zaczynał pan pracę w autentycznym szpitalu na peryferiach w Trzyńcu. Dlaczego nie od razu w Pradze?

Nie było mnie na to stać. Zacznę od tego, że studiowałem na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Palackiego w Ołomuńcu. Skorzystałem z oferty stypendium, którą złożyła mi trzyniecka huta. Ale był warunek: musiałem albo zwrócić pieniądze po studiach, albo przez 10 lat odpracować je w zakładowym szpitalu. Z dyplomem lekarza w ręku stanąłem więc przed dylematem: wziąć kredyt i pojechać do Ostrawy czy Pragi albo wytrzymać 10 lat w Trzyńcu. Wybrałem… trzecią drogę. Postanowiłem zostać w Trzyńcu i zbudować w małym mieście duży szpital. Kiedy opuszczałem Szpital Podlesie – w który przekształciła się potem ta trzyniecka lecznica – wykonywaliśmy nie 300, jak wtedy, gdy zaczynałem pracę, ale trzy tysiące zabiegów rocznie. Jako jedni z pierwszych w Europie zastosowaliśmy laparoskopię w chirurgii. 

Chirurgia robotyczna i onkolaparoskopia to nadzieja dla pacjentów

Jak pan wpadł na to, by przemienić zakładowy szpital w centrum laparoskopii, i gdzie się pan tego nauczył?

We Francji. Miałem to szczęście, że w 1989 roku upadł komunizm. W 1990 roku skorzystałem z zaproszenia do renomowanego Europejskiego Instytutu Telechirurgii w Strasburgu. Jechałem autobusem. Z plastikowym pudełkiem z kanapkami, bez pieniędzy. Ale to, co zobaczyłem w Strasburgu, mnie zachwyciło. Laparoskopia wciągnęła mnie bez reszty. Nieskromnie przyznam, że jako jeden z pierwszych chirurgów załapałem się na światowy trend. W 40-tysięcznym Trzyńcu, który słynął dotąd tylko z ponurej huty, stworzyliśmy mekkę nowoczesnej chirurgii.

NASA wybrała pana jako jednego ze 100 najlepszych chirurgów świata do operowania astronautów na odległość. Jak pan trafił do tego elitarnego grona?

W drugiej połowie lat 90. odbywał się w Los Angeles wielki kongres chirurgów. Z całego świata zaproszono też 30 – zdaniem Amerykanów – najlepszych młodych chirurgów, w tym i mnie. Właśnie upadł u nas komunizm, miałem więc wrażenie, że znalazłem się w tej elitarnej grupie w charakterze egzotycznego egzemplarza zza żelaznej kurtyny. Za wyjazd, co ważne, płacili Amerykanie. Proszę sobie wyobrazić, jak mogłem się czuć, gdy posadzono mnie przy kolacji obok Whitney Houston. Jak młody Bóg. Rozmawialiśmy tego wieczoru ponad dwie godziny. Wiem, że to może dziwnie brzmi, ale już wtedy wyczułem, że tę wielką artystkę, szalenie sympatyczną, otacza smutek, że czegoś jej w życiu brakuje. Wtedy w Los Angeles Amerykanie wybrali grupę, która miała specjalizować się w chirurgii robotycznej. Znalazłem się w tym gronie. Naszym zadaniem miały być operacje astronautów na odległość. Chodziło i o to, by móc operować amerykańskich żołnierzy na pierwszej linii frontu. Chirurg miał być w bezpiecznej odległości, na przykład 200 kilometrów od linii działań wojennych. Wyszkolony personel medyczny miał tylko na miejscu dokonać nakłuć w ciele rannego i operacja odbywałaby się zdalnie. 

Potrafiłby pan ze szpitala w Zawierciu zoperować astronautę okrążającego Ziemię w stacji kosmicznej?

Tak. Robiłem już operacje na odległość. Głównie ze Strasburga do Czech i odwrotnie. Pierwsza operacja międzykontynentalna odbyła się w 2001 roku. Podczas tej pierwszej międzykontynentalnej teleoperacji robotem ZEUS pacjentka znajdowała się u nas, w Strasburgu, gdzie została poddana zabiegowi usunięcia pęcherzyka żółciowego. Chirurgiem był francuski kolega Jacques Marescaux znajdujący się w tym czasie w Nowym Jorku. Operacja zakończyła się pomyślnie po 54 minutach. 

Kiedy ma się do czynienia z nowotworem, może lepiej jest otworzyć pacjenta, żeby zobaczyć zmiany.

Nieprawda. Laparoskopem widzę pełny obraz jamy brzusznej, w dodatku 10-krotnie powiększony, więc jest dokładnie na odwrót. Jeśli wykorzystam laparoskop ze skośną optyką, to zauważę wszystkie uchyłki. Jak użyję giętkiego narzędzia, zajrzę do tyłu, z boku, z każdej strony. Nie ma mowy, żeby coś przegapić. Dlatego laparoskopia świetnie sprawdza się w onkochirurgii. Osobiście operuję m.in. raki jelita czy wątroby. 

Na co się pan złości w Polsce?

Na zły system, tony skierowań, dokumentów. System, który jest teraz w Polsce, nie jest efektywny. Żal mi tych biedaków, którzy latają po szpitalu z karteczkami: zaświadczenie takie, a teraz takie. Kto to widział, żeby tak świat chorym urządzać! 

Jako chirurg zapisał się pan w historii medycyny, przeprowadzając pierwszą laparoskopię w Afryce. Często pan tam bywa?

Na tyle często, by widzieć nie tylko walory turystyczne, ale także przerażającą biedę, choroby i śmierć. Może te obrazy widziane przy okazji kongresów medycznych i podróży po tym kontynencie sprawiły, że postanowiłem włączyć się w misję pomocy Afryce. W roku 2008 zostałem zaproszony do Programu Operacji Przepuklin realizowanego przez Unię Europejską. Nasza dziewięcioosobowa ekipa nie tylko prowadziła zabiegi, ale także uczyliśmy tamtejszych chirurgów nowatorskich metod. W ciągu 10 dni osobiście zoperowałem 70 pacjentów. To właśnie wtedy przeprowadziłem pierwszy w Afryce zabieg laparoskopowy. W planach mamy kolejne misje, także z polskimi lekarzami.

Ma pan złote ręce? Tak się mówi o najlepszych chirurgach.

Nie, nie sądzę, raczej tylko staram się zawsze być krok przed innymi. Patrzeć za horyzont. Nie tracić czasu na walkę o pozycję. Widzi pani, w Warszawie czy Pradze człowiek zawsze musi gdzieś bywać, spotykać się, a mnie jest na to szkoda życia. Wolę je poświęcić rodzinie i pacjentom. Salony nie dla mnie, choć spotkania z niektórymi osobami pozostaną mi w pamięci na całe życie. 

Które rozmowy najbardziej zapadły panu w pamięć?

Przede wszystkim z Janem Pawłem II i Vaclavem Havlem. To chyba najważniejsze osoby, które dane mi było w życiu poznać. Z papieżem rozmawialiśmy o Zaolziu, beskidzkich kopcach, które obaj przemierzaliśmy. Fascynująca rozmowa.

A z Havlem?

O piwie. Które w Pradze najlepsze. Havel to nie był zwykły prezydent, z nim rozmawiało się jak z kolegą. 

Operował pan VIP-ów. Zdradzi pan jakieś nazwiska?

Nie, to tajemnica lekarska, ale powiem tak: moimi pacjentami byli czasem premierzy i prezydenci oraz ich rodziny. Od prawa do lewa. Od Rosji po USA. Jestem lekarzem, każdemu pomogę.

Nie wychodzi pan przez tydzień z pracy, pana wybór, ale jak to znosi pana żona?

Przyzwyczaiła się, jest podobnym do mnie typem człowieka. Jest dyrektorką szkoły podstawowej z polskim językiem nauczania w Jabłonkowie, poświęca się uczniom. Nasze dzieci już odchowane, więc ma czas dla innych. Urszula i ja uwielbiamy swoją pracę.

Synowie poszli w pana ślady?

Nie, wybrali własną drogę. Mnie medycyna pochłonęła bez reszty, ciągle nie było mnie w domu. Synowie mają swoje życie i pasje. 

Gdyby zbudował pan prywatną klinikę, to może mieliby co odziedziczyć.

Ależ ja zbudowałem prywatną klinikę. To właśnie dzisiejsza Nemocnice Podlesi. Ogromny szpital.

To nie taki znowu biedny chirurg z pana. Dorobił się pan.

Tak pani myśli? Ja jestem z innej galaktyki. Sprzedałem swoje udziały, a wszystkie pieniądze rozdałem. 

To mnie pan zaskoczył.

Nie tak dosłownie rozdałem. W 1999 roku zostałem sponsorem klubu narciarskiego Ski Mosty. Żal było patrzeć, jak dzieciaki z moich stron nie mają ani na narty, ani na kombinezony, więc pomogłem. Teraz to największy klub narciarski w całych Czechach. Jestem bardzo dumny, że moje pieniądze pomogły ponad 500 sportowcom. 

A co by pan chciał dla siebie?

Ja wszystko mam, w prawie każdym kraju świata byłem, rolls-royce’a nie potrzebuję, w Czechach mam domek po dziadkach, a tu ten mały pokój w szpitalu całkowicie mi wystarcza. 

Kiedy skończy się pana misja w Zawierciu?

Jak uda się poukładać ludzi według mojej filozofii, wykształcić młodych i znaleźć następcę. Wtedy tu zakończę i pójdę dalej. Chyba że znów komuś nadepnę na odcisk, bo tradycyjnie przeważnie zakłócam jakiś porządek. Czekam już, co się stanie, kiedy nagle tu, w Zawierciu, zaczniemy mieć tłumy pacjentów, robić coraz więcej coraz lepszych zabiegów. Jestem pewien, że komuś to się znowu nie spodoba.

Rozmowa z prof. Stanisławem Czudkiem ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej
Onkorejs
fot. Monika Kasprzyk

„Śpiewamy szanty, nie myślimy o raku”, mówi Magda Lesiewicz, twórczyni Onkorejsu

Magdalena Lesiewicz przeszła raka piersi i postanowiła zacząć zupełnie nowe życie. Bardziej świadome. Odważniejsze. Dzisiaj organizuje Onkorejsy i Onkomarsze, żeby przypomnieć innym: „Rak może dopaść także i ciebie”.
Sylwia Niemczyk
21.05.2020

Po tym, jak kilka lat temu przeszła złośliwego raka piersi, Magdalena Lesiewicz założyła Fundację Onkorejs – Wybieram Życie. Organizuje wyprawy morskie dla kobiet z historią nowotworową oraz marsze wiedzy o raku. Za swoją działalność społeczną została wyróżniona w tegorocznej edycji konkursu „Bizneswoman roku” organizowanego przez Fundację Sukces Pisany Szminką. Sylwia Niemczyk: Pamiętasz tamtą chwilę?   Magdalena Lesiewicz: Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam. To był październik, 2013 rok, miałam 34 lata, mieszkałam sama, bo już byłam po rozwodzie. Wieczór, normalny dzień tygodnia. Bolało mnie serce, czułam, jakby mi się wyrywało z klatki piersiowej. Wcześniej przez kilka tygodni bardzo intensywnie pracowałam i chyba w ten sposób dawała o sobie znać adrenalina. Żeby ten ból i trzepotanie uspokoić, co jakiś czas mocno przyciskałam obie dłonie do piersi. I tamtego wieczoru, gdy je przycisnęłam – tak jak sto razy wcześniej – nagle poczułam, że pod jedną piersią coś jest. Zaczęłam ją dokładniej badać, dotykać, porównywać z drugą. Była różnica. Ewidentnie guzek. Tak właśnie wtedy myślałam: guzek, a nie rak. I nawet aż tak bardzo się nim nie przejęłam, poszłam spać.  Nie wiem, jak ja bym wytrzymała w tej niepewności i strachu przez całą noc.   A ja wypiłam duszkiem piwo i zasnęłam prawie od razu! Wmówiłam sobie, że rano guzek na pewno zniknie, w ogóle nie brałam pod uwagę, że może być inaczej. Tyle że jak się obudziłam, to on jednak dalej był. Jeszcze tego samego dnia, też to pamiętam dokładnie, nawet godzinę – to była 10.30 – zrobiłam USG. Miałam szczęście, że trafiłam na lekarkę z wojewódzkiego centrum onkologii. Nie chciała nic powiedzieć, ale miała taką minę, że wszystkiego się domyśliłam....

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej