Premenopauza, czyli początek zmian: „Zaburzenia cyklu mogą trwać nawet 8 lat”
Adobe Stock

Premenopauza, czyli początek zmian: „Zaburzenia cyklu mogą trwać nawet 8 lat”

Premenopauza to fizjologiczne wygaszanie funkcji jajników. Skoro statystyczna Polka ma ostatnią miesiączkę w wieku 50-51 lat, to pierwszych zaburzeń cyklu można się spodziewać już kilka lat po czterdziestce. 
Beata Turska
24.01.2020

Menopauza to temat, o którym rzadko chcemy rozmawiać, premenopauza to temat, o którym rzadko wiemy. O tym, czym jest, jak nie dać się jej zaskoczyć, na co się przygotować i czy można ją zatrzymać, rozmawiamy z ginekologiem-położnikiem dr n. med. Robertem Gizlerem. 

Beata Turska: Kiedy możemy zauważyć pierwsze objawy przekwitania?

Dr n. med. Robert Gizler: Nie ma jednej daty granicznej, to zawsze jest sprawa indywidualna: u niektórych kobiet zaburzenia cyklu pojawiają się nieco wcześniej, u innych trochę później. 

Premenopauza trwa średnio od trzech do ośmiu lat. Fizjologiczne wygaszanie funkcji jajników nie odbywa się z dnia na dzień. A że statystyczna Polka ma ostatnią miesiączkę w wieku 50–51 lat, to pierwszych zaburzeń cyklu można się spodziewać kilka lat po czterdziestce. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Płodność kobiety po 35 roku życia

Po, a nie przed? Pytam, bo ostatnio dużo się mówi o granicznym 35. roku.

Oczywiście, że takie zaburzenia mogą pojawić się wcześniej, jednak nie uznaje się ich wówczas za normę. O tym granicznym roku mówmy w kontekście kobiecej płodności, która u kobiet osiąga szczyt w 22.–23. roku życia i utrzymuje się na nim do około 26. roku życia, a potem zaczyna spadać. I właśnie ten spadek znacznie przyspiesza po 35. roku życia. Cykl nadal jeszcze jest ustabilizowany, wciąż są owulacje, ale to nie oznacza, że zawsze są prawidłowe i że za każdym razem można zajść w ciążę. Ale też z drugiej strony nie oznacza, że po 35. roku życia w ciążę zajść się nie da. 

Lepiej jednak nie zwlekać z próbami, tak?

Odpowiem w ten sposób: kiedy w połowie lat 90. zaczynałem pracować jako ginekolog, średni wiek kobiety, która na porodówce rodziła swoje pierwsze dziecko, wynosił 23 lata, a takiej, która miała 32 lata, dopisywano w karcie wypisowej rozpoznanie: „primipara alta”, czyli „stara pierwiastka”. Teraz pierwsze dziecko najczęściej rodzą 29-latki, ale rodzą także oczywiście kobiety w wieku 40+. Jednak czy nam się to podoba czy nie, kobieta w wieku 35 lat szczyt płodności ma już za sobą. 

Jeżeli jednak nie planuje ciąży, wciąż powinna stosować antykoncepcję.

Tak, bo dopóki pojawiają się krwawienia, nawet nieregularne, to płodność jest w mniejszym lub większym stopniu zachowana, a więc antykoncepcję trzeba stosować. Wszyscy znamy opowieści o kobietach, które zaszły w ciążę, mając 48 czy 50 lat i odczuwały regularne uderzenia gorąca. Z antykoncepcji można zrezygnować dopiero, jeśli samoistna miesiączka nie pojawiła się przez rok.

Co się dzieje w tym kilkuletnim czasie premenopauzy?

Jajnik zaczyna oszczędzać. Do jednego procesu owulacji nie indukuje już dwóch tysięcy pęcherzyków, tak jak robił to wcześniej, ale ogranicza się na przykład do 200. I to właśnie wśród nich musi zostać wybrany najlepszy pęcherzyk. A po jakimś czasie w ogóle jajnik przestaje wybrzydzać i  w efekcie „czempionami” coraz częściej stają się pęcherzyki nieprawidłowe, na przykład takie, w których nie ma komórki jajowej albo jest, ale uszkodzona. Taki nieprawidłowy pęcherzyk przestaje zachowywać się typowo: pęka nie wtedy, kiedy trzeba, nie radzi sobie tak dobrze z produkcją progesteronu, różne procesy zaczynają przebiegać inaczej niż do tej pory.

Czy możemy zauważyć u siebie początki tego okresu? Jakie są objawy?

Możemy zacząć podejrzewać premenopauzę wtedy, kiedy z cyklem miesięcznym zaczyna się dziać coś nietypowego. Krwawienia tracą swój zwyczajny charakter, na przykład stają się intensywniejsze i trwają dłużej albo przeciwnie, skracają się do dwu-, trzydniowych plamień. Same cykle też są inne: wydłużają się, skracają, tracą regularność. Czasem po serii trzech, czterech nietypowych wszystko wraca na jakiś czas do normy, a potem znów się pojawiają nietypowe. Zdarza się, że wypada jakaś miesiączka, a potem, jakby nigdy nic, kolejna pojawia się o czasie.

Hormony to nie tylko cykl miesięczny 

A co się dzieje wtedy z naszymi hormonami? 

Na początku premenopauzy jest z nimi jeszcze całkiem dobrze. Żeby zachować prawidłową grę hormonalną cyklu miesiączkowego, jajnik indukuje nawet pojedynczy pęcherzyk Graafa i zmusza go, żeby rósł. Pomaga mu w tym przysadka mózgowa, która poprzez uwalnianie określonych hormonów steruje wzrostem pęcherzyka. Rośnie więc on sobie i produkuje estradiol – główny hormon, który jest odpowiedzialny nie tylko za przygotowanie macicy do przyjęcia zarodka, ale też odpowiada za funkcjonowanie kobiecej psychiki i reguluje szereg reakcji metabolicznych. Gdy pęcherzyk osiągnie odpowiednią wielkość i pęknie, uwalnia komórkę jajową. Wtedy powstaje ciałko żółte, dzięki któremu do estradiolu dołącza progesteron, czyli hormon odpowiedzialny za podtrzymanie ewentualnej ciąży, ale także za PMS i wahania nastroju. Jeśli kobieta nie zachodzi w ciążę, ciałko żółte zanika, poziom hormonów spada, pojawia się miesiączka i zaczyna się nowy cykl. 

Czyli wszystko odbywa się tak jak wcześniej...

Tak, ale z czasem cykl miesięczny też ulega zaburzeniu. Na przykład pęcherzyk może być w początkowej fazie zbyt leniwy. Nie chce rosnąć i tym samym zmusza przysadkę, by go trochę popędziła. Ta zaczyna wyrzucać duże ilości hormonu FSH i dopiero wtedy pęcherzyk łaskawie zabiera się do roboty. I w końcu pojawiają się estrogeny, ale opóźnienie sprawia, że endometrium, czyli błona śluzowa wyścielająca macicę, nie rośnie prawidłowo. To z kolei skutkuje nietypowymi krwawieniami. Obniżenie poziomu hormonów wpływa też na nastrój, zachowanie, wygląd.

I właśnie wtedy do zaburzeń cyklu dołączają pozostałe objawy premenopauzy?

Tak to się zaczyna. Na pierwszym miejscu w indeksie Kuppermana, czyli skali określającej stopień dolegliwości towarzyszących przekwitaniu, są uderzenia gorąca – zaburzenia naczynioruchowe wynikające właśnie z niedoboru estrogenów. Najpierw pojawiają się tylko w nocy i nad ranem, potem także w ciągu dnia. Na ogół nasilają się mniej więcej pół roku przed ostatnią miesiączką, bo wtedy niedobory są już spore. Jednak może być z tym różnie, bo zapotrzebowanie na estrogen jest różne u różnych kobiet.

Co to znaczy?

Według statystyk kobiety dzielą się na trzy mniej więcej równe grupy. Pierwsza z nich nie ma żadnych objawów zbliżającej się menopauzy. Ot, niewielkie zaburzenia cyklu, ostatnia miesiączka i po sprawie. Druga ma objawy tylko przez pół roku albo rok przed menopauzą i potem przez trzy do sześciu miesięcy po niej. Ale jest też trzecia grupa – kobiety, które mają objawy przekwitania latami, w dodatku tak nasilone, że trudno im normalnie funkcjonować.

Tak samo nie u wszystkich kobiet pojawia się huśtawka nastrojów.

Bo ona też jest związana z niższym poziomem estrogenów. Więc jedne kobiety stają się nerwowe, inne mają tendencje do wycofywania się, nastrojów depresyjnych, jeszcze inne do ataków złości, tak, jakby cierpiały na nieustanny PMS. U części kobiet te objawy są tak silnie wyrażone, że – jak mówią – nie mogą dać sobie rady same ze sobą.

Co jeszcze może się dziać podczas przekwitania? 

Metabolizm zwalnia, co sprawia, że w połączeniu z pojawiającą się przewagą hormonów androgennych, które cały czas są produkowane przez jajniki – tyle że ich działanie nie jest już równoważone przez estrogeny – mogą pojawić się problemy z utrzymaniem prawidłowej masy ciała, nawet jeśli kobieta nie je więcej niż dotąd. 

Przez androgeny mogą się także pojawić zmiany skórne i włoski w miejscach, w których ich dotąd nie było. 

Inne objawy związane ze spadkiem poziomu estrogenów to m.in. suchość pochwy i ogólne osłabienie tkanki łącznej miednicy mniejszej, mogące prowadzić do nietrzymania moczu, powstawania zmarszczek, wiotczenia skóry. Mogą pojawić się problemy z pamięcią, bezsenność, zawroty głowy, brak energii, bóle stawów, spadek libido.

A co z osteoporozą? Za nią także odpowiada spadek poziomu estrogenów?

Tak i to jest największy problem związany z okresem przekwitania, głównie postmenopauzy. Kości są strukturą dynamiczną: tracą wapń, potem się odbudowują i tak w kółko. Gdy zaczyna brakować estrogenów, przestają nadążać z odbudową, stają się słabsze, co może w przyszłości skutkować poważnym ich osłabieniem i w konsekwencji złamaniami. Osteoporoza to powolny, długotrwały proces, który zaczyna się w okresie premenopauzy i w przeciwieństwie do innych objawów przekwitania trwa do końca życia. 

Jak się można przed nią chronić?

Tu najważniejsza jest zmiana stylu życia i suplementacja. Żeby ją spowolnić, nie trzeba brać estrogenów. Wystarczy bardzo skuteczna triada: wapno, witamina D i ruch. Gdy kości są dynamicznie obciążane, bronią się przed utratą wapnia. A jeśli do tego „dowozimy” wapń z zewnątrz i przyjmujemy witaminę D, która jest odpowiedzialna za jego przyswajanie, utrzymujemy je w dobrym stanie. 

Zatrzymać menopauzę

Co możemy zrobić, by nie przyspieszać menopauzy i dobrze znosić objawy, które ją poprzedzają?

Można i warto poprawić swój styl życia. I dobrze się odżywiać, przy czym nie chodzi o przestrzeganie jakichś skomplikowanych zasad, tylko dietę zgodną z nową piramidą żywienia, u której podstawy znajduje się aktywność fizyczna, potem warzywa i owoce, dalej produkty zbożowe, nabiał, a na końcu mięso i tłuszcze – głównie roślinne. Ważne jest także unikanie przewlekłego, niszczącego stresu, wysypianie się, unikanie pracy ponad siły, krótko mówiąc: dbanie o siebie.

Zmiana diety i stylu życia może cokolwiek zmienić?

Tak. Kiedyś kobiety miały menopauzę w wieku 43–46 lat, dziś średni wiek ostatniej miesiączki w krajach rozwiniętych to 53. rok życia. Przesunął się dzięki poprawie warunków życia.

A geny?

One także są ważne. Jeżeli matka i babka miały menopauzę wcześnie, trudno to będzie przeskoczyć. Wpływ na to, kiedy pojawi się ostatnia miesiączka, ma także termin wystąpienia pierwszej, jednak odwrotny, niż się na ogół wydaje: im wcześniej kobieta zaczyna miesiączkować, tym później kończy, przy czym mówimy tu o różnicach rzędu roku. Później przechodzą menopauzę także te kobiety, które mają długie cykle, trwające ponad 35 dni. 

HTZ – hormonalna terapia zastępcza

Kobiety, myśląc o menopauzie czy premenopauzie, często rozważają hormonalną terapię zastępczą – HTZ.

Jeśli chodzi o HTZ, to dzisiaj już wiemy o niej więcej niż 30 lat temu, kiedy pojawiła się możliwość suplementacji hormonami estrogenowymi. Świat był nią wtedy zachwycony, a preparaty estrogenowe sprzedawano w Stanach Zjednoczonych na stacjach benzynowych i traktowano je jako cudowne panaceum na wszystkie dolegliwości u kobiet po czterdziestce. Brakuje estrogenów? Uzupełnijmy je, a problemy znikną! I rzeczywiście tak było: objawy, które towarzyszyły premenopauzie, znikały jak ręką odjął. Ustępowały uderzenia gorąca, stabilizował się nastrój, skóra wyglądała lepiej.

Ale okazało się, że nie ma nic za darmo…

No właśnie. Po jakimś czasie zorientowano się, że niekontrolowane podawanie kobietom w okresie menopauzy samych estrogenów prowadzi do efektów ubocznych, m.in. krwotoków. Dołączono więc do estrogenu progesteron i tak powstała zrównoważona hormonalna terapia zastępcza, która rzeczywiście fantastycznie usuwa objawy, hamuje osteoporozę i ogranicza zmiany miażdżycowe – ale musi być prowadzona pod kontrolą lekarza: trzeba regularnie badać narząd rodny i piersi. I nie można stosować jej w nieskończoność. Gdy stosujemy ją dłużej niż pięć lat, wzrasta ryzyko raka piersi. 

Jak bardzo?

Dane są różne, ryzyko bezwzględne rośnie od około 1 do 4 proc. Pojawiają się także teorie, że HTZ jedynie przyspiesza zmiany, a nie je wywołuje, a ryzyko dotyczy tylko terapii estrogenowo-progestagenowej. Tak czy inaczej, to coś, co trzeba brać pod uwagę. 

Kiedy powinnyśmy rozpocząć taką terapię? 

To zależy. Jeśli w okresie premenopauzy dominują zaburzenia cyklu, lepiej niż HTZ mogą się sprawdzać regulujące go tabletki antykoncepcyjne, których jednak nie mogą przyjmować kobiety palące, otyłe i te, które mają za sobą incydenty zakrzepowo-zatorowe. Jeśli natomiast dominującymi objawami są uderzenia gorąca czy poważne zaburzenia nastroju, lepsza jest HTZ. Trzeba też pamiętać, że terapia hormonalna nie jest sposobem na wydłużenie młodości. Stosuje się ją po to, by kobieta mogła przejść przez okres przekwitania bez „atrakcji”, które utrudniają jej normalne funkcjonowanie. 

No dobrze – a co z badaniami? Kiedy powinnyśmy zacząć regularnie badać poziom hormonów? 

Po wejściu w okres premenopauzy lepiej zacząć od zbadania gęstości kości, by wiedzieć, na czym się stoi. Czasem osteopenia i osteoporoza pojawia się samoistnie i kości stają się słabsze wcześniej, niż można się tego było spodziewać, a to jedno ze wskazań, by włączyć HTZ w okresie niedoboru estrogenów. Po raz pierwszy warto to zrobić po czterdziestce, by mieć poziom wyjściowy gęstości tkanki kostnej. Trzeba też regularnie badać piersi, bo ryzyko raka sutka jest generalnie wysokie w populacji europejskiej. A hormony? To zależy od sytuacji, bo w większości przypadków leczenie włącza się na podstawie objawów, a nie wyników laboratoryjnych. Ich poziom trzeba natomiast zbadać, jeśli objawy mogące świadczyć o premenopauzie pojawiają się u kobiety przed czterdziestką. W takiej sytuacji hormonalną terapię zastępczą stosuje się dłużej niż pięć lat, oczywiście pod rygorystyczną kontrolą, by ewentualne zmiany w piersiach wyłapać w jak najwcześniejszym stadium. 

Czy istnieją jakieś terapie alternatywne, łagodzące objawy przekwitania? 

Lekarze zapisują na przykład leki przeciwdepresyjne albo ziołowe, oparte na przykład na pochodnych koniczyny czerwonej, soi czy pluskwicy groniastej, które w pewnym stopniu pomagają pozbyć się uderzeń gorąca. 

A może warto podejść do tego faktu też od strony psychiki? Czy jeśli zajmę się czymś, zacznę na przykład podróżować albo ćwiczyć jogę, zniosę to wszystko lepiej? 

Tak, bo najgorsze, co można zrobić, wchodząc w okres przekwitania, to siąść i płakać, koncentrować się na swoich dolegliwościach i nieuchronnym upływie czasu. Co robić zamiast tego? Jak przewartościować swoje życie? Jak sprawić, by dobrze się poczuć w nowej roli? Na te pytania każda kobieta musi sobie odpowiedzieć sama.

Rozmowa z ginekologiem-położnikiem dr n. med. Robertem Gizlerem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dieta nowotworowa
Unsplash

„Nie odżywiaj raka” Onkolog o diecie po diagnozie nowotworowej

Głodówki, dieta wegańska albo popularne teraz wśród chorych na raka przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie nowotworowej, a nawet mogą zaszkodzić.
Katarzyna Pinkosz
04.01.2019

Odpowiednie żywienie jest ważną częścią leczenia i profilaktyki choroby nowotworowej –  mówi prof. Stanisław Kłęk, chirurg onkolog. Kłopot w tym, że popularne opinie dotyczące diety antyrakowej nie mają zbyt wiele wspólnego z prawdą. Głodówki, dieta wegańska albo przyjmowanie uderzeniowych dawek wit. C nie pomogą w chorobie, a nawet mogą zaszkodzić. Pytamy specjalistę, co jeść by nie zachorować, a także jak układać dietę w terapii nowotworowej, aby zwiększyć szansę jej powodzenia. Katarzyna Pinkosz: Coraz bardziej jesteśmy pewni, że dieta może w dużym stopniu zapobiegać nowotworom. Jak ją układać, żeby zmniejszyć ryzyko zachorowania? Prof. Stanisław Kłęk: Rzeczywiście, wiemy już, że za około 70  proc. nowotworów odpowiada nasz styl życia. Ważne jest niepalenie papierosów, aktywność fizyczna oraz właściwa dieta. Nie musimy jej jednak specjalnie układać, powinna być po prostu zgodna z piramidą zdrowego żywienia. U jej podstawy są warzywa, których powinniśmy jeść jak najwięcej. Następnie: owoce, produkty zbożowe, mleko i  jego przetwory, mięso, ryby, jajka. Warto zwrócić uwagę na to, czy jemy produkty bogate w błonnik, bo ten składnik zapobiega np. rakowi jelita grubego. Poza tym pamiętajmy, że czynnikiem ryzyka np. raka piersi, trzustki, wątroby jest otyłość.  Często dopiero gdy pojawi się choroba, zaczynamy myśleć o zdrowym żywieniu i zmieniamy dietę. Na co wtedy powinnyśmy zwrócić uwagę? Chory potrzebuje diety właściwie zbilansowanej, jeśli chodzi o ilość oraz jakość kalorii. Nie ma jednak jednej uniwersalnej diety dla każdego chorego. Jadłospis zależy od zaawansowania choroby oraz etapu leczenia: czy chory jest przed operacją, w trakcie chemioterapii, czy może już skończył leczenie. Zależy też od  płci, wieku, chorób...

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej