Prawo Murphy’ego: na czym polega i czy naprawdę działa?
pexels.com

Prawo Murphy’ego: na czym polega i czy naprawdę działa?

Nie ma jednego prawa Murphy’ego, chociaż możemy przyjąć, że wszystkie te zasady i reguły sprowadzają się do jednego, bardzo nieoptymistycznego stwierdzenia: „Jeśli coś może pójść źle, pójdzie źle”.
Kamila Geodecka
01.02.2021

Prawdopodobnie nie ma na świecie człowieka, który chociaż raz nie poczułby na własnej skórze, że prawo Murphy’ego działa. Nic nie wskazuje na to, by miało ono zniknąć z naszego życia.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Prawo Murphy’ego – kim był Murphy?

Trudno podać konkretną datę powstania prawa Murphy’ego, szacuje się jednak, że było to pod koniec lat 40. XX wieku. Właśnie wtedy Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych chciały zbadać ludzką odporność na przeciążenia podczas hamowania. Zaplanowano więc testy i zorganizowano odpowiednie symulacje. Jedną z osób, która projektowała i organizowała symulacje, był Edward Aloysius Murphy – major inżynier oraz pilot. W testach używano wózka, który był napędzany silnikiem rakietowym. Po uzyskaniu odpowiedniej prędkości wózek sunący po szynach miał się zatrzymać.

Kto odważył się wziąć udział w tak niebezpiecznym eksperymencie? Początkowo do wózka wsadzano manekiny, następnie szympansa, a potem człowieka. Był nim pułkownik John Paul Stapp. Chociaż mężczyzna doznał wielu obrażeń i wielokrotnie miał połamane kości, mógł być świadkiem powstawania jednego z najbardziej bezlitosnych dla człowieka praw.

Czytaj także: Oswoić zmianę. Jak pokonać lęk i wyjść poza utarte schematy?

Jak powstało prawo Murphy’ego?

Podczas tworzenia eksperymentu inżynier Murphy nakazał swojemu asystentowi podłączyć czujniki do wózka. Okazało się jednak, że te nie działają i mierniki pokazują zerowy odczyt. Wtedy wściekły inżynier powiedział: „Jeśli ten facet ma jakąkolwiek możliwość zrobienia błędu, zrobi go”. To zdanie zapadło w pamięć jednemu z mężczyzn, który również brał udział w organizacji eksperymentu. Ze względu na to, że wojskowy żargon bardzo chętnie czerpie ze skrótów do opisywania bardziej skomplikowanej rzeczywistości, w lotnictwie amerykańskim szybko zaczęto mówić o „prawie Murphy’ego”.

Na konferencji prasowej, która odbyła się po zakończeniu testów, płk John Paul Stapp został zapytany o to, jak to możliwe, że nie doznał żadnych ciężkich obrażeń, skoro jechał w krucho wyglądającym wózku rozpędzającym się do 200 kilometrów na godzinę. Odpowiedział, że wszystko dzięki zastosowaniu się do prawa Murphy’ego. „Na czym polega to prawo?” – dopytywali dziennikarze. Stapp szybko wyjaśnił, że w największym skrócie polega ono na braniu wszystkich możliwych wypadków pod uwagę, bo wszystko, co może pójść źle, pójdzie źle.

Czytaj także: Psycholodzy mówią, jak osiągnąć cel. To tylko – i aż – 10 kroków!

Prawa i zasady Murphy’ego

Trudno się dziwić, że prasa szybko podłapała ten termin i zaczęło go używać na szerszą skalę. Dziś używamy tego sformułowania w wielu sytuacjach, a lista praw i zasad Murphy’ego wciąż się powiększa, czasami przybierając formę żartobliwego zdania.

Możemy wymienić między innymi złotą zasadę Murphy’ego, która mówi, że zasady określa ten, kto ma złoto. Kolejna z zasad przestrzega nas: „Nigdy nie kłóć się z głupcem, ludzie mogą nie dostrzec różnicy”. A o problemach przeczytamy: „Trudne problemy pozostawione same sobie, staną się jeszcze trudniejsze”. Pamiętajmy też o tym, że: „To, czego szukasz, znajdziesz w ostatnim spośród możliwych miejsc”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Strajk kobiet. Protest przed MEN
East News

Dyrektor murem za uczennicami i uczniami. Odważnie odpowiedział kuratorium

„Czy można sobie wyobrazić piękniejszy przykład edukacji obywatelskiej w praktyce?” – pisze w swoim liście do warszawskiej kurator oświaty dyrektor jednego z liceów. To odpowiedź na strajki uczniów, które miały miejsce w minioną środę.
Kamila Geodecka
04.11.2020

Strajki w Polsce wciąż trwają, na ulicach miast nieprzerwanie zbierają się ludzie, którzy chcą protestować w związku z kontrowersyjnym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 22 października. Przypomnijmy, że orzeczono wtedy, że aborcja wykonywana w przypadku, gdy płód ma wady letalne, jest niezgodna z konstytucją. Protestujących są tysiące. Do strajku przyłączyli się także rolnicy, taksówkarze, wielu lekarzy, prawników, nauczycieli, a nawet kibiców. O swoje prawa chcieli zawalczyć też uczniowie. Szkoła to dziewczyna – młodzi też mają głos Od ponad tygodnia wszystkie media informują nas o protestach na ulicy. Ale swoich praw można się domagać także z domu. Taką strategię przyjęli uczniowie warszawskich liceów, którzy postanowili stworzyć inicjatywę o nazwie „Szkoła to dziewczyna”. W ramach protestu w ubiegłą środę w wielu szkołach młodzież nie wzięła czynnego udziału w lekcjach prowadzonych zdalnie. Zaraz po sprawdzeniu listy obecności przewodniczący klasy miał poinformować nauczyciela o tym, że dziś jest dzień uczniowskiego strajku. Za każdym razem padały również słowa: „Bardzo prosimy o zrozumienie naszej postawy i przyłączenie się do niej. Przyszłość uczennic jest dla nas niezmiernie istotną wartością”. Następnie zapadała cisza i żaden z uczniów nie brał czynnego udziału w lekcji. Przeprowadzenie takiej akcji wymagało od organizatorów dużego wysiłku i zaangażowania. W szkołach przeprowadzane były m.in. referenda. Przyjęto założenie, że protest może się odbyć w tych placówkach, w których minimum połowa uczniów się na to zgodziła. Na Facebooku mogliśmy odnaleźć informacje dotyczące akcji, a każda szkoła mogła dołączyć do inicjatywy. Na reakcję władzy nie trzeba było czekać długo. Warszawska kurator oświaty wysłała...

Czytaj dalej
mat. prasowe

Dla serialu „Hollywood” warto zarwać noc!

Nowy serial Netfliksa opowiada nieznaną historię Fabryki Snów i pyta: a gdyby w Hollywood rządziły kobiety?
Anna Zaleska
28.04.2020

Nazwisko Ryan Murphy w świecie filmu stało się już prawdziwą marką. To on był twórcą fenomenu „Glee” (57 nagród, 144 nominacje), hitu „American Crime Story”, w którym opowiadał o najsłynniejszych morderstwach w historii Ameryki, i „American Horror Story” – genialnej mieszanki horroru, thrillera i dramatu. W nowym serialu „Hollywood”, wyprodukowanym dla Netfliksa, znów podróżuje w czasie, tym razem do złotej ery Hollywood. Zamysł Ryana Murphy'ego jest tym ciekawszy, że mający niezwykle silną pozycję w Hollywood twórca zamierza pokazać Fabrykę Snów w sposób prowokacyjny. I to w czasach, gdy Hollywood ma problemy, jakich nie doświadczał, odkąd w 1912 w Los Angeles powstały pierwsze wytwórnie. Ostrożne szacunki wskazują, że amerykański przemysł filmowy z powodu koronawirusa straci 20 miliardów dolarów. Niektórzy wieszczą, że po tym kryzysie już nie wróci do dawnej świetności. Może więc to dobry czas, by zaproponować alternatywę? Rock Hudson i inne niezwykłe historie Akcja serialu „Hollywood” rozgrywa się w latach 40. XX wieku. Do Tinseltown (tak w branżowym slangu nazywa się Hollywood) przybywa grupa młodych ambitnych aktorów i filmowców, zamierzających odnieść tu sukces bez względu na wszystko. Każda z postaci ma swoją historię i inne doświadczenia, które pozwalają zajrzeć za kulisy filmowego świata i pokazać, jak niesprawiedliwe reguły nim rządzą. O tym, skąd taki pomysł na film, Ryan Murphy opowiadał w wywiadzie dla magazynu „Vanity Fair”. Dorastając w Indianie, był wychowywany przez babcię, która cztery, pięć razy w tygodniu zabierała go do kina. W jej domu była też kolekcja albumów o gwiazdach filmowych, które chłopak uwielbiał oglądać. Był...

Czytaj dalej
linda paul
PAP/Photoshot

To była miłość aż po grób – Linda i Paul McCartney z The Beatles

Przez blisko 30 lat ani jednej nocy nie spędzili osobno. Byli zupełnie różni, ale udało im się jak rzadko której parze. Linda i Paul McCartney byli małżeństwem właściwie doskonałym.
Maria Fedro-Boniecka
03.11.2020

Koledzy McCartneya śmiali się, że bierze za żonę mało seksowną Amerykankę. Ale to Linda wyprowadziła go z depresji, gdy po rozpadzie Beatlesów czuł się bezużyteczny, pił i nie miał żadnego pomysłu na życie. Byli inni. Ona kochała pustynię, łąki i zwierzęta. On uwielbiał miasto i imprezy. A jednak udało się im jak rzadko której parze. Linda i Paul McCartney przeżyli ze sobą blisko 30 lat. „To musiała być magia / Wieczorem, gdy się poznaliśmy / Jeślibym cię nie zatrzymał / Zawsze bym tego żałował / Kilka minut później / Byłabyś już za drzwiami / Ja byłbym samotny / już na zawsze”, śpiewał Paul McCartney o ich pierwszym spotkaniu w piosence „Magic” z płyty „Driving Rain” wydanej niedługo po śmierci Lindy w 1998 roku. I z pewnością tak myślał z perspektywy niemal 30 wspólnie przeżytych lat. Intensywnych lat, w czasie których podobno nawet jednej nocy nie spędzili osobno. Czy istniało drugie takie małżeństwo? Prywatka u „The Beatles" Poznali się wiosną 1967 roku w londyńskim nocnym klubie Bag O’Nails, ale wtedy ani Lindzie, ani Paulowi ten wieczór nie wydał się szczególnie magiczny. 28-letnia amerykańska fotografka Linda Eastman przyleciała do Londynu na premierę płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Kilka dni przed konferencją wypatrzyła Paula w klubie, gdzie bawiła się ze znajomymi. On ją też zauważył. Gdy zmierzała już do wyjścia, zagrodził jej drogę i powiedział: „Cześć, jestem Paul McCartney. Wychodzisz już? Może chciałabyś do nas dołączyć, idziemy dalej się bawić”. Linda odparła, że wie, kim jest, i chętnie dołączy. Spotkali się jeszcze na premierze płyty i przyjęciu wydanym z tej okazji. Zamienili kilka zdań. Potem Linda wróciła do Nowego Jorku. Trudno uwierzyć, że ich...

Czytaj dalej
Oscary 2019
getty images

To jest jej najlepszy czas! Laura Dern ma 53 lata i świeci wśród oscarowych gwiazd

Ulubiona aktorka Davida Lyncha gra w filmach od 5 roku życia!
Magdalena Żakowska
21.02.2020

Chociaż karierę rozpoczęła 40 lat temu, to nigdy nie pracowała tak dużo, jak dziś. Niedawno oglądałyśmy ją w „Wielkich kłamstewkach”, teraz w „Historii małżeńskiej” i „Małych kobietkach”. „Kiedy niektóre koleżanki brały pierwszą lepszą rolę ze strachu, że świat o nich zapomni, ja wolałam poczekać na ciekawsze propozycje”, mówi Laura Dern. I się doczekała. 10 lutego w dniu swoich 53 urodzin, aktora otrzymała pierwszego Oscara za rolę drugoplanową w „Historii małżeńskiej”. Specjalizuje się w rolach kobiet niepoukładanych, wewnętrznie niedojrzałych, które szukają własnego głosu. Zawsze są to kobiety, które za nic mają zasady, a ich zachowanie wymyka się wszelkim konwenansom. Nigdy nie wiadomo, czy wybuchną płaczem, czy dostaną ataku furii, a czasem jedno i drugie równocześnie, jak w pierwszej scenie pierwszego odcinka genialnego serialu „Iluminacja” (HBO).  Laura Dern: recepta na filmowy sukces Obecność Dern na ekranie sprawia, że film staje się mniej przewidywalny, bliższy życiu, niepokojąco autentyczny, bo jej bohaterki nigdy nie są czarno-białe. Bywają naiwne i głupie, czasem nieznośnie poważne i przeczulone na swoim punkcie. Dlatego czasem zajmuje nam trochę czasu, aby je polubić. Renata z „Wielkich kłamstewek” z początku wydaje się nie do zniesienia – jest oschłą kobietą sukcesu, która wychowuje córkę według zasad z podręczników motywacyjnych, a męża traktuje jak zbędny mebel. Potrzebujemy czasu, żeby zrozumieć, ile cierpienia, nieprzepracowanych emocji, niepewności kryje się za tą maską. I takie są wszystkie role Dern – adresuje je wprost do naszego poczucia empatii. Większość aktorek boi się przed kamerą nadmiernej ekspresji, chce kontrolować swój wygląd, wcielać się w postać na...

Czytaj dalej