Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego.

Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen.

Emil Marat: Pierwsze wspomnienie?

Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci.

Sanki, śnieżki, lepienie bałwana…

(śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek – po więzieniu na Łubiance i łagrze wyszedł ze Związku Sowieckiego z armią Andersa. Generał mianował go przedstawicielem Czerwonego Krzyża w Afryce, miał się zajmować Polakami. Tak że rodzice mieli w Afryce punkt zaczepienia.

I urodziła się pani już w Kenii, dwie młodsze siostry również.

Tak. Maria i Anna. I brat, który niestety zmarł w wieku 10 lat. Ojciec zajmował się różnymi rzeczami w Afryce, żeby nas utrzymać.

Książkę Eustachy Sapieha, najwyżej urodzony polski arystokrata, prowadził między innymi skup złomu.

Nie tylko! Wcześniej były tartaki, poszukiwał też kamieni szlachetnych, a potem szczęśliwie jego pracą stała się pasja: polowania i prowadzenie safari, najpierw myśliwskich, potem fotograficznych, gdy wprowadzono zakaz polowania. Miał masę przygód, niezwykłych. Całe szczęście, że namówiłyśmy go na napisanie wspomnień. Mówił: „Nie potrafię dobrze pisać, tak literacko”. Odpowiadałyśmy: „Pisz tak, jakbyś w szkole pisał wypracowanie, opowiadanie”. I pooooszłooo! Okazało się, że dobrze!

„Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy”. Książę bardzo dużo miejsca poświęca w nich swojej żonie, księżnej Antoninie Marii z Siemieńskich – nazywa ją Didi – pani mamie, którą poznał w 1945 roku w Grabau, gdzie trafił po wyjściu z niewoli.

Napisał w książce, że oprócz tego, że była piękna, choć po powstaniu zjawiła się tam taka brudna i rozczochrana, zaimponowała mu tym, że umiała ćwiartować świniaka. Bo u Siemieńskich było tak, że panienki musiały umieć robić wszystko to, co każą robić służbie. Strasznie ją kochał. Mama była – jak to się mówi po polsku? – słupem domu.

Podporą.

Podporą domu, jego organizatorem. Ona urządzała kolejne miejsca, w których mieszkaliśmy, potem dom w Nairobi. Sama budowała kominki, piece, robiła meble. Na początku meblami były jakieś drewniane skrzynki, wszystkie sprzęty zrobione samemu. Bieda. Ale to nieważne – rodzice powtarzali, zwłaszcza ojciec, że tylko chamstwo wstydzi się biedy. Potem się nam poprawiało, mama prowadziła fotograficzne safari dla rodzin myśliwych, którzy polowali z ojcem jako zawodowym przewodnikiem z licencją, my jej pomagałyśmy – Sapieha Tours & Safaris. Na mamę mówili „Mama Safari”. Pełno zwierząt wokół: zebry, słonie, żyrafy, a do tego przestrzeń – to nasza Afryka! Tym się zajmowałam potem i ja.

Pożegnanie z Afryką in real

Jest pani prawdziwą Białą Afrykanką. „Pożegnanie z Afryką” in real.

(śmiech) Mama wprowadzała zasady: rodzina trochę jak instytucja. Nie mogliśmy spać do dwunastej, bo wiadomo, że śniadanie było o ósmej czy o dziewiątej, i wszyscy musieli być przy stole. Tak samo obiad – punktualnie. Nie było podbierania z lodówki. W sumie wyszłyśmy na ludzi, wszystkie mówimy po polsku, nie zrobiłyśmy skandali… Oczywiście kłóciłyśmy się z rodzicami, bywały jakieś awantury, ale po parunastu minutach byłyśmy wzywane: raz, drugi, za trzecim razem już naprawdę trzeba było pójść i sprawy były łagodzone. Ojciec często przebywał gdzieś w służbowych wyjazdach, zjeździł całą Afrykę. Mama utrzymywała tę rodzinność, najważniejsze było, że jesteśmy razem.

Czy rodzice opowiadali o Polsce wam, dzieciom, podczas pikników na sawannie?

Mama nigdy. Myślę, że dlatego, że przeżyła powstanie warszawskie, że to było dla niej tak dramatyczne doświadczenie, że nie chciała mówić. Była w batalionie „Gozdawa”. Tata gawędziarz opowiadał o młodości, mówił, jak było na wsi, jak wyglądały polowania, jak się bawił razem z braćmi, jak dziadkowie budowali dwór, opowiadał o służbie, o guwernantkach. A my przyjmowaliśmy to: było, nie ma, to tylko opowieść. Nie rzeczywistość. Dużo później żałowałam: ach, trzeba było zapytać o więcej, dokładniej, bo to ciekawe. Ktoś mnie o coś pytał, a ja nie wiedziałam, bo nie zapytałam ojca… Na szczęście napisał tę książkę – dużo tam o życiu przed wojną.

Książę nie rozpamiętywał straty, zaginięcia tego świata?

Nie. Nie wydaje mi się. Myślę, że ojciec i rodzice ojca i mamy bardzo to przeżyli, to bolało, ale pogodzili się z tym, że nie ma powrotu do tego, co było. Mama mówiła tylko: „Było, minęło, nie ma”. Bardzo kochała Polskę, ale tak już bywa: coś się ma, potem się traci, potem znowu coś się zdobywa. Takie życie.

Może pani rodzice byli spokojni, pogodzeni z życiem, bo wiedzieli, że mają coś, czego stracić nie można: herb, tytuł, wielkie nazwisko…

Nie. Nie myślę tak. Byli dumnymi ludźmi, ale pochodzenie nie stanowiło w ich przekonaniu o ich wartości. O tym stanowiła praca i to, że sobie radzili, że nas dobrze wychowywali.

Kiedy pani uświadomiła sobie, że rodzice mają za sobą niezwykłą przeszłość, że jesteście bardzo wyjątkową rodziną?

Bardzo późno dotarło do mnie, że to rzeczywiście była niezwykła rodzina. Ale to nie znaczy, broń Boże, że jakoś lepsza od innych! Kiedy ludzie – wtedy było sporo emigracji polskiej w Afryce – zaczęli nas, dzieci, jakoś tak pokazywać palcem, to przyszliśmy do taty zapytać, o co cho-dzi. Bo on nigdy o tym nie mówił. Wychowywano nas na normalnych, zwykłych ludzi, nie mówiło się, że jesteśmy inni, nic z tych rzeczy. Pytaliśmy się, bo ludzie się pytali. Ojciec pracował, przeprowadzał się, martwił o codzienne życie, w ogóle nie myślał o tej tradycji. Jako dzieci nie wiedzieliśmy, co to znaczy „książę”, „księżna”. Byłyśmy dużo starsze, kiedy pierwszy raz usłyszałyśmy te słowa. Bo po angielsku to jest „princess”, i w szkole jakieś dziecko zapytało, czy my jesteśmy tacy jak książę Walii. Odpowiedziałam, że nie! (śmiech)

W Polsce pytali, czemu nie jestem czarna

Kto wpadł na pomysł, żeby wysłać panią na studia do Polski? Lata 60., głęboka komuna, a pani pojawia się we Wrocławiu.

Chyba tata. W porozumieniu z mamą.

Przylatuje pani do szarego PRL-u. Koniec lat 60. „Dzień dobry. Jestem księżniczka Teresa Sapieżanka. Z Afryki”.

(śmiech) Na lotnisku Okęcie, jak pokazałam paszport Kenii, to pytali, dlaczego nie jestem czarna. Także Sapieha może być czarny, jak się okazuje, czemu nie. Byłam trochę zaszokowana, miałam 18 lat i usłyszałam: „Oooo! Sapieha? Z tych Sapiehów?”. Nie robiło to na mnie wrażenia, bo dlaczego? To były cudowne trzy lata. Przyjęli mnie dziadkowie Siemieńscy – rodzice mamy – przemili starsi państwo. Miałam wynajęty pokój, codziennie chodziłam do nich na obiad. Studia plastyczne bardzo mi się podobały – to akurat załatwił mi profesor Franciszek Longchamps, szwagier mamy.

Nie była pani zdziwiona tą polską rzeczywistością?

Nie byłam popsutą panienką, bardzo łatwo weszłam w rytm życia tutaj, w rodzinę, w studia. Żyłam całkowicie normalnie. No byłam obserwowana. Teraz o tym wiem. Ale byłam zwykłą studentką. Tylko jakby zimniej mi było niż innym, choć w tym wieku człowiek szybko się przyzwyczaja do wszystkiego. Miałam kożuch. Te studia w Polsce to była też kwestia finansowa – tu żyła rodzina, tu było taniej. A rodzice nie mieli łatwo, nie byli bogaczami w Afryce. Dzięki tym studiom we Wrocławiu Polska stała się moim drugim krajem, drugim domem. Na pewno. Jeżeli chcieli to osiągnąć, to im się udało, choć uświadomiłam sobie to dopiero po latach.

Towarzyszyła pani ojcu, księciu Sapieże, podczas wizyty w dawnym majątku rodowym w Spuszy, gdzie się urodził – dzisiaj na Białorusi… Co pani wtedy czuła? To nie były nawet ruiny, ale las, miejsce, którego nie ma…

Głównie obawialiśmy się, jak ojciec to przeżyje. O sobie nie myśleliśmy. To było dla niego bardzo silne doświadczenie. Jego siostra i bracia nie chcieli tam pojechać, do tego matecznika, do miejsca młodości. On się cieszył. Zostawiliśmy Spuszę na ostatni punkt tej podróży. Niesamowite, ojciec jednak się cieszył, że tam dotarł. Znalazł krzew dzikiej róży, która rosła przy wejściu do domu. I od razu wiedział, gdzie stał budynek, gdzie były drzwi. Kwiatami tego krzewu ojciec karmił kiedyś oswojonego przez siebie jelonka, pisał o tym w książce. I krzew został, przetrwał, a budynków żadnych nie ma.

Śladu nie ma. Las. Łączka. Pole. Nic. Ojciec zmarł w 2004 roku. Pogrzeb był „podwójny”: w Boćkach na Podlasiu, w kościele ufundowanym przez Sapiehów w XVIII wieku, to ładny kościół, i w Nairobi, w kapliczce, którą ojciec sam zbudował w ogrodzie.

Czy wyobrażałaby pani sobie życie gdziekolwiek indziej niż w Afryce?

Nie wiem. Chyba tak. Czy życie w Afryce różni się tak od życia gdziekolwiek indziej? W Londynie, Polsce, Kanadzie? I tam zawsze jest rodzina, dom, to, co ważne. To nas trzyma przy życiu, czy to w Afryce, czy na Księżycu. W Afryce może mieliśmy większy dom, a nie małe mieszkanie, były przestrzeń, natura i zwierzęta – to się nam udało. Ale życie jako życie – czy się różniło? Co innego, że zakochaliśmy się w przyrodzie. Nie ma nigdzie takiej przyrody, zwierząt. Cieszyliśmy się z tego, niesamowita jest!

Ale zagrożona. Coraz jej mniej…

Na szczęście jest teraz mocno chroniona. Zwłaszcza w Kenii. I są inicjatywy, które pomagają w jej ochronie, na przykład nasz rajd samochodowy Rhino Charge – Rajd Nosorożca. Nasze uzależnienie, niby zabawa, a wciąga. Co roku jeździmy.

Elegancką trzeba być. Nawet w buszu

Startuje pani z siostrami 60-letnim niewielkim land roverem.

Jest z 1957 roku! Nazywa się Wacuś. To był ulubiony samochód ojca, jeździł nim aż do Kongo i Rodezji, jak szukał kamieni. W ogóle z rajdem zaczęło się od tego, że kiedy ojciec miał 80 lat, po operacji serca założono mu bajpasy. Wrócił ze szpitala przygnębiony, smutny. Wtedy powiedziałam mu, że jest taki rajd, jeździ się po terenie, spokojnie, a blisko natury. I pojechaliśmy razem. Od tamtej pory startujemy z siostrami. Wpisowe na rajd – tak się mówi? Czyli 10 tysięcy dolarów, jest składką na grodzenie parków narodowych, żeby chronić graniczące z rezerwatami pola i wioski. Żeby nie było konfliktów, bo stado słoni potrafi zniszczyć pole w jedną noc. I wtedy przychodzi głód, a miejscowi ludzie próbują się mścić, zabijając zwierzęta. Staramy się, żeby tak nie było… Rajd ściąga wielu sponsorów, różne firmy pomagają. Zrobiła się duża impreza, wesoła, jeździ się w pięknych miejscach.

W książce o kobietach w Afryce „Afryka jest kobietą” przeczytałem, że wasza załoga nazywana jest „Dziewczyny w perłach”…

A tak, tak! Bo ja w perłach lubię chodzić, i siostry też, mama nauczyła nas, że nawet w buszu trzeba elegancko wyglądać. I tak się przyjęło, mówią o nas Girls in Pearls. Podoba mi się to „girls”! (śmiech)

Nie martwi się pani przyszłością polityczną Kenii, w ogóle wschodniej Afryki? Nie niepokoi pani?

Czy w Europie jestem bezpieczniejsza? Jak jutro mam wracać do Nairobi samolotem, to przez Turcję czy przez Niceę? Bilet mam wykupiony na lot przez Stambuł. Widzi pan, to wszystko jest względne. Wariaci są wszędzie. W Nairobi jest całkiem bezpiecznie, wyższy poziom bezpieczeństwa niż w Europie. Proszę sobie wyobrazić, że są kontrole przed wejściami do centrów handlowych i na dworce. A jak coś złego ma mnie spotkać, to może spotkać wszędzie.

Dużo Polaków jest w Kenii?

Turystów bywa sporo. Ze starej emigracji powojennej czy wojennej nie ma już w Nairobi nikogo. Wymarli, wyjechali…

Gdzie czuje się pani najlepiej?

Najlepiej? I w Kenii, i w Polsce. U siebie jestem i tu, i tam. Tak to odbieram. Nawet na ulicach w Polsce się nie gubię, a w Londynie – od razu. A Afryka jest szczególna. Jest w niej coś wyjątkowego, coś, czego nigdy nie zrozumiemy. Ale czasem myślę, że takie tajemnicze elementy nie do zrozumienia dla przybyszy są wszędzie, po prostu, wszędzie. Ludzie uparcie chcą zmieniać te miejsca i ludzi w nich mieszkających, żeby byli jak oni. Czy to dobrze? Nie wiem. Ale trzeba szanować odmienność ludzi i miejsc. Wtedy daje się żyć. Gdziekolwiek byś był. Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz.

Rozmowa z Teresą Sapieżanką ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Dubaj
Getty Images

Dubaj – światowa stolica luksusu jak z „Baśni z 1000 i jednej nocy”

Szeherezada opowiadałaby dziś swoje niesamowite historie sułtanowi Szachrijarowi tylko w takiej scenerii. Oaza luksusu, a w niej wszystko, co „naj”: najwyższy drapacz chmur, najdroższy hotel, najcenniejszy pierścionek, największe sztuczne wyspy. Dubaj jest obecnie światowym liderem ekskluzywności. Nową stolicą świata.
Magdalena Felis
19.06.2020

Baśniowy jest już widok z okna hotelu. Światła drapaczy chmur układają się dla przyjemności ludzkiego oka. Jak w utopii zaprojektowanej na odległej planecie. Niektórzy twierdzą, że Dubajczycy, zakładając metropolię na pustyni, przygotowują się do zasiedlania Marsa. I choć drapacze chmur wybudowane zostały za petrodolary, miasto nastawia się głównie na turystykę – ropa się skończy, a ludzie zawsze będą poszukiwać wrażeń.   Burdż Chalifa W Dubaju szybko zachodzi słońce – przez cały rok ok. 17.30. Za to ten sam zachód można zobaczyć dwa razy – jak mówi informacja na bilecie wstępu do Burdż Chalifa, wieżowca o wysokości 829 metrów, który w 2008 roku stał się najwyższą konstrukcją, jaką kiedykolwiek zbudował człowiek. Winda, którą jedziemy prawie na szczyt Burdż Chalifa, pokonuje dziewięć metrów w sekundę. Zatem jeśli z powierzchni ziemi obejrzymy zachodzące słońce, możemy je jeszcze dogonić na górze. Wystarczy wjechać na 163. piętro. Tarasy widokowe wieżowca to jedno z najczęściej oznaczanych na selfie miejsc świata, widać z nich wyraźną granicę między pustynią a szklanym miastem wypełnionym sztucznymi jeziorami i rzekami. Gdyby powierzchnię stali i szkła pokrywającą Burdż Chalifa rozprasować równo na ziemi, zajęłaby obszar 17 boisk piłkarskich. A woda, która skrapla się przez rok w wyniku działania klimatyzacji, mogłaby wypełnić 20 olimpijskich basenów. Dubaj jest przezorny – nie poprzestaje na 829 metrach, żeby nie stracić pozycji lidera. „Jak wrócicie tu w 2020 roku na EXPO, wtedy będzie gotowa kolejna wieża, kilometr w górę. Oczywiście najwyższa na świecie” – mówi nasz przewodnik Hamza.  Muzeum Dubajskie w forcie Al-Fahidi Dobrze jest jednak...

Czytaj dalej
maja hand
Olga Majrowska

Marta Handschke, pisarka o sile polskich babek, matek i córek

„Dorastałam wśród silnych kobiet, z trudem budujących partnerskie związki z mężczyznami” – mówi pisarka Marta Handschke, autorka głośnej powieści „Brzuch Matki Boskiej”.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Marta Handschke słuchała od dzieciństwa opowieści kobiet w swojej rodzinie. Z czasem zaczęła je nagrywać i spisywać, by upamiętnić świat swojego dzieciństwa i młodości. Chciała też stworzyć portret trzech pokoleń kobiet – babci, cioci i mamy. Kobiet władczych i ukrywających słabości. Zarządzająch codziennym życiem w domu, ale nie potrafiących budować zdrowych partnerskich relacji. Tak powstała jej głośna książka „Brzuch Matki Boskiej”. W Gdańsku, gdzie mieszka, znana jest też jako autorka tekstów piosenek, wokalistka zespołów „Oczi Cziorne” oraz „Kobiety”. Jest też fotograficzką, ilustratorką, projektuje okładki płyt, plakaty, zajmuje się grafiką. Mówi: „Odziedziczyłam po kobietach w swojej rodzinie jakąś podświadomą niechęć w stosunku do mężczyzn. Jakby był we mnie gen skrzywdzonych kobiet. Do dziś, a jestem po czterdziestce, uczę się, jak wchodzić w relacje”. Marta Strzelecka: Od jakiej rozmowy zaczęła pani pracę nad książką? Marta Handschke: Od niekończących się rozmów z jedną z sióstr mojej babci, ciocią Ziutą. Jej opowieści słuchałam od dzieciństwa, mama wysyłała mnie często do niej, do Ustki. Były w tych historiach obrazki niesamowite, sugerujące obecność duchów, istot nie z tego świata, ale też zupełnie zwyczajne, czasem tragiczne, pełne żalu do losu, bliskich, związane z codziennością kobiety w przeciętnej polskiej rodzinie po wojnie – brak partnerskiej relacji w małżeństwie, poczucie odrzucenia przez rodziców, tęsknota za zakorzenieniem. Kiedy zaczęłam pracować nad „Brzuchem Matki Boskiej”, ciocia, staruszka, mieszkała sama, miała jeszcze dobrą pamięć. Pomyślałam, że to ostatnie lata na spisanie jej wspomnień. Szybko zdałam sobie sprawę, że powinnam też porozmawiać z pozostałymi kobietami w mojej...

Czytaj dalej
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska. Fot. Archiwum Filmu/Forum, Roman Sumik/Archiwum Filmu/Forum

Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Oboje w latach 50. szturmem zdobyli kino. Ona alkoholiczka, on cyklofrenik. Ta miłość musiała się bardzo źle skończyć.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

„Pojawiła się w moim życiu niczym płonący meteor” – pisał o niej reżyser Kazimierz Kutz i to jest bardzo dobre porównanie, bo Teresa Tuszyńska była płonącym meteorem. Urodziła się na początku wojny, a po powstaniu warszawskim wraz z matką i starszym bratem odbyła dramatyczną podróż do Oświęcimia – w ostatniej chwili, tuż przed stacją końcową, udało im się uciec z pociągu. Po wojnie wrócili do dawnego mieszkania na Woli, a po kilku latach odnalazł się także ojciec Teresy Tuszyńskiej, zesłany do obozu pracy w Niemczech. Ojciec wraz z bratem otworzyli zakład masarski i dobrze im szło. Tuszyńska nie potrafiła się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Była na tyle trudnym dzieckiem, że rodzice zdecydowali się wysłać ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne. Ale one też z nią długo nie wytrzymały i odesłały z powrotem do domu. Już zawsze będzie sprawiała wszystkim trudności. Dziewczyna z ekranu W szkole miała opinię zdolnej, ale krnąbrnej uczennicy. Zresztą, dużo bardziej od nauki interesowała ją moda, muzyka i imprezowanie. Już jako czternastolatka w towarzystwie dużych starszych kolegów chodziła na potańcówki do modnego wśród artystów klubu Stodoła. Bywali tam Roman Polański, Janusz Morgenstern, Krzysztof Komeda, Agnieszka Osiecka, a także fotografowie łowiący dziewczyny na okładki kolorowych magazynów. Tym sposobem wylądowała na okładce „Kobiety i Życia”. A była tak piękna, że raz ją widząc, nie sposób już było o niej zapomnieć.  Kiedy magazyn „Film” ogłosił konkurs „Piękne dziewczyny na ekrany” Teresa Tuszyńska miała 16 lat i właśnie ostatecznie wyrzucono ją ze szkoły. Nie spełniała więc dwóch podstawowych kryteriów konkursu: nie miała ukończonych 17 lat i średniego...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej