Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego.

Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen.

Emil Marat: Pierwsze wspomnienie?

Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci.

Sanki, śnieżki, lepienie bałwana…

(śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek – po więzieniu na Łubiance i łagrze wyszedł ze Związku Sowieckiego z armią Andersa. Generał mianował go przedstawicielem Czerwonego Krzyża w Afryce, miał się zajmować Polakami. Tak że rodzice mieli w Afryce punkt zaczepienia.

I urodziła się pani już w Kenii, dwie młodsze siostry również.

Tak. Maria i Anna. I brat, który niestety zmarł w wieku 10 lat. Ojciec zajmował się różnymi rzeczami w Afryce, żeby nas utrzymać.

Książkę Eustachy Sapieha, najwyżej urodzony polski arystokrata, prowadził między innymi skup złomu.

Nie tylko! Wcześniej były tartaki, poszukiwał też kamieni szlachetnych, a potem szczęśliwie jego pracą stała się pasja: polowania i prowadzenie safari, najpierw myśliwskich, potem fotograficznych, gdy wprowadzono zakaz polowania. Miał masę przygód, niezwykłych. Całe szczęście, że namówiłyśmy go na napisanie wspomnień. Mówił: „Nie potrafię dobrze pisać, tak literacko”. Odpowiadałyśmy: „Pisz tak, jakbyś w szkole pisał wypracowanie, opowiadanie”. I pooooszłooo! Okazało się, że dobrze!

„Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy”. Książę bardzo dużo miejsca poświęca w nich swojej żonie, księżnej Antoninie Marii z Siemieńskich – nazywa ją Didi – pani mamie, którą poznał w 1945 roku w Grabau, gdzie trafił po wyjściu z niewoli.

Napisał w książce, że oprócz tego, że była piękna, choć po powstaniu zjawiła się tam taka brudna i rozczochrana, zaimponowała mu tym, że umiała ćwiartować świniaka. Bo u Siemieńskich było tak, że panienki musiały umieć robić wszystko to, co każą robić służbie. Strasznie ją kochał. Mama była – jak to się mówi po polsku? – słupem domu.

Podporą.

Podporą domu, jego organizatorem. Ona urządzała kolejne miejsca, w których mieszkaliśmy, potem dom w Nairobi. Sama budowała kominki, piece, robiła meble. Na początku meblami były jakieś drewniane skrzynki, wszystkie sprzęty zrobione samemu. Bieda. Ale to nieważne – rodzice powtarzali, zwłaszcza ojciec, że tylko chamstwo wstydzi się biedy. Potem się nam poprawiało, mama prowadziła fotograficzne safari dla rodzin myśliwych, którzy polowali z ojcem jako zawodowym przewodnikiem z licencją, my jej pomagałyśmy – Sapieha Tours & Safaris. Na mamę mówili „Mama Safari”. Pełno zwierząt wokół: zebry, słonie, żyrafy, a do tego przestrzeń – to nasza Afryka! Tym się zajmowałam potem i ja.

Pożegnanie z Afryką in real

Jest pani prawdziwą Białą Afrykanką. „Pożegnanie z Afryką” in real.

(śmiech) Mama wprowadzała zasady: rodzina trochę jak instytucja. Nie mogliśmy spać do dwunastej, bo wiadomo, że śniadanie było o ósmej czy o dziewiątej, i wszyscy musieli być przy stole. Tak samo obiad – punktualnie. Nie było podbierania z lodówki. W sumie wyszłyśmy na ludzi, wszystkie mówimy po polsku, nie zrobiłyśmy skandali… Oczywiście kłóciłyśmy się z rodzicami, bywały jakieś awantury, ale po parunastu minutach byłyśmy wzywane: raz, drugi, za trzecim razem już naprawdę trzeba było pójść i sprawy były łagodzone. Ojciec często przebywał gdzieś w służbowych wyjazdach, zjeździł całą Afrykę. Mama utrzymywała tę rodzinność, najważniejsze było, że jesteśmy razem.

Czy rodzice opowiadali o Polsce wam, dzieciom, podczas pikników na sawannie?

Mama nigdy. Myślę, że dlatego, że przeżyła powstanie warszawskie, że to było dla niej tak dramatyczne doświadczenie, że nie chciała mówić. Była w batalionie „Gozdawa”. Tata gawędziarz opowiadał o młodości, mówił, jak było na wsi, jak wyglądały polowania, jak się bawił razem z braćmi, jak dziadkowie budowali dwór, opowiadał o służbie, o guwernantkach. A my przyjmowaliśmy to: było, nie ma, to tylko opowieść. Nie rzeczywistość. Dużo później żałowałam: ach, trzeba było zapytać o więcej, dokładniej, bo to ciekawe. Ktoś mnie o coś pytał, a ja nie wiedziałam, bo nie zapytałam ojca… Na szczęście napisał tę książkę – dużo tam o życiu przed wojną.

Książę nie rozpamiętywał straty, zaginięcia tego świata?

Nie. Nie wydaje mi się. Myślę, że ojciec i rodzice ojca i mamy bardzo to przeżyli, to bolało, ale pogodzili się z tym, że nie ma powrotu do tego, co było. Mama mówiła tylko: „Było, minęło, nie ma”. Bardzo kochała Polskę, ale tak już bywa: coś się ma, potem się traci, potem znowu coś się zdobywa. Takie życie.

Może pani rodzice byli spokojni, pogodzeni z życiem, bo wiedzieli, że mają coś, czego stracić nie można: herb, tytuł, wielkie nazwisko…

Nie. Nie myślę tak. Byli dumnymi ludźmi, ale pochodzenie nie stanowiło w ich przekonaniu o ich wartości. O tym stanowiła praca i to, że sobie radzili, że nas dobrze wychowywali.

Kiedy pani uświadomiła sobie, że rodzice mają za sobą niezwykłą przeszłość, że jesteście bardzo wyjątkową rodziną?

Bardzo późno dotarło do mnie, że to rzeczywiście była niezwykła rodzina. Ale to nie znaczy, broń Boże, że jakoś lepsza od innych! Kiedy ludzie – wtedy było sporo emigracji polskiej w Afryce – zaczęli nas, dzieci, jakoś tak pokazywać palcem, to przyszliśmy do taty zapytać, o co cho-dzi. Bo on nigdy o tym nie mówił. Wychowywano nas na normalnych, zwykłych ludzi, nie mówiło się, że jesteśmy inni, nic z tych rzeczy. Pytaliśmy się, bo ludzie się pytali. Ojciec pracował, przeprowadzał się, martwił o codzienne życie, w ogóle nie myślał o tej tradycji. Jako dzieci nie wiedzieliśmy, co to znaczy „książę”, „księżna”. Byłyśmy dużo starsze, kiedy pierwszy raz usłyszałyśmy te słowa. Bo po angielsku to jest „princess”, i w szkole jakieś dziecko zapytało, czy my jesteśmy tacy jak książę Walii. Odpowiedziałam, że nie! (śmiech)

W Polsce pytali, czemu nie jestem czarna

Kto wpadł na pomysł, żeby wysłać panią na studia do Polski? Lata 60., głęboka komuna, a pani pojawia się we Wrocławiu.

Chyba tata. W porozumieniu z mamą.

Przylatuje pani do szarego PRL-u. Koniec lat 60. „Dzień dobry. Jestem księżniczka Teresa Sapieżanka. Z Afryki”.

(śmiech) Na lotnisku Okęcie, jak pokazałam paszport Kenii, to pytali, dlaczego nie jestem czarna. Także Sapieha może być czarny, jak się okazuje, czemu nie. Byłam trochę zaszokowana, miałam 18 lat i usłyszałam: „Oooo! Sapieha? Z tych Sapiehów?”. Nie robiło to na mnie wrażenia, bo dlaczego? To były cudowne trzy lata. Przyjęli mnie dziadkowie Siemieńscy – rodzice mamy – przemili starsi państwo. Miałam wynajęty pokój, codziennie chodziłam do nich na obiad. Studia plastyczne bardzo mi się podobały – to akurat załatwił mi profesor Franciszek Longchamps, szwagier mamy.

Nie była pani zdziwiona tą polską rzeczywistością?

Nie byłam popsutą panienką, bardzo łatwo weszłam w rytm życia tutaj, w rodzinę, w studia. Żyłam całkowicie normalnie. No byłam obserwowana. Teraz o tym wiem. Ale byłam zwykłą studentką. Tylko jakby zimniej mi było niż innym, choć w tym wieku człowiek szybko się przyzwyczaja do wszystkiego. Miałam kożuch. Te studia w Polsce to była też kwestia finansowa – tu żyła rodzina, tu było taniej. A rodzice nie mieli łatwo, nie byli bogaczami w Afryce. Dzięki tym studiom we Wrocławiu Polska stała się moim drugim krajem, drugim domem. Na pewno. Jeżeli chcieli to osiągnąć, to im się udało, choć uświadomiłam sobie to dopiero po latach.

Towarzyszyła pani ojcu, księciu Sapieże, podczas wizyty w dawnym majątku rodowym w Spuszy, gdzie się urodził – dzisiaj na Białorusi… Co pani wtedy czuła? To nie były nawet ruiny, ale las, miejsce, którego nie ma…

Głównie obawialiśmy się, jak ojciec to przeżyje. O sobie nie myśleliśmy. To było dla niego bardzo silne doświadczenie. Jego siostra i bracia nie chcieli tam pojechać, do tego matecznika, do miejsca młodości. On się cieszył. Zostawiliśmy Spuszę na ostatni punkt tej podróży. Niesamowite, ojciec jednak się cieszył, że tam dotarł. Znalazł krzew dzikiej róży, która rosła przy wejściu do domu. I od razu wiedział, gdzie stał budynek, gdzie były drzwi. Kwiatami tego krzewu ojciec karmił kiedyś oswojonego przez siebie jelonka, pisał o tym w książce. I krzew został, przetrwał, a budynków żadnych nie ma.

Śladu nie ma. Las. Łączka. Pole. Nic. Ojciec zmarł w 2004 roku. Pogrzeb był „podwójny”: w Boćkach na Podlasiu, w kościele ufundowanym przez Sapiehów w XVIII wieku, to ładny kościół, i w Nairobi, w kapliczce, którą ojciec sam zbudował w ogrodzie.

Czy wyobrażałaby pani sobie życie gdziekolwiek indziej niż w Afryce?

Nie wiem. Chyba tak. Czy życie w Afryce różni się tak od życia gdziekolwiek indziej? W Londynie, Polsce, Kanadzie? I tam zawsze jest rodzina, dom, to, co ważne. To nas trzyma przy życiu, czy to w Afryce, czy na Księżycu. W Afryce może mieliśmy większy dom, a nie małe mieszkanie, były przestrzeń, natura i zwierzęta – to się nam udało. Ale życie jako życie – czy się różniło? Co innego, że zakochaliśmy się w przyrodzie. Nie ma nigdzie takiej przyrody, zwierząt. Cieszyliśmy się z tego, niesamowita jest!

Ale zagrożona. Coraz jej mniej…

Na szczęście jest teraz mocno chroniona. Zwłaszcza w Kenii. I są inicjatywy, które pomagają w jej ochronie, na przykład nasz rajd samochodowy Rhino Charge – Rajd Nosorożca. Nasze uzależnienie, niby zabawa, a wciąga. Co roku jeździmy.

Elegancką trzeba być. Nawet w buszu

Startuje pani z siostrami 60-letnim niewielkim land roverem.

Jest z 1957 roku! Nazywa się Wacuś. To był ulubiony samochód ojca, jeździł nim aż do Kongo i Rodezji, jak szukał kamieni. W ogóle z rajdem zaczęło się od tego, że kiedy ojciec miał 80 lat, po operacji serca założono mu bajpasy. Wrócił ze szpitala przygnębiony, smutny. Wtedy powiedziałam mu, że jest taki rajd, jeździ się po terenie, spokojnie, a blisko natury. I pojechaliśmy razem. Od tamtej pory startujemy z siostrami. Wpisowe na rajd – tak się mówi? Czyli 10 tysięcy dolarów, jest składką na grodzenie parków narodowych, żeby chronić graniczące z rezerwatami pola i wioski. Żeby nie było konfliktów, bo stado słoni potrafi zniszczyć pole w jedną noc. I wtedy przychodzi głód, a miejscowi ludzie próbują się mścić, zabijając zwierzęta. Staramy się, żeby tak nie było… Rajd ściąga wielu sponsorów, różne firmy pomagają. Zrobiła się duża impreza, wesoła, jeździ się w pięknych miejscach.

W książce o kobietach w Afryce „Afryka jest kobietą” przeczytałem, że wasza załoga nazywana jest „Dziewczyny w perłach”…

A tak, tak! Bo ja w perłach lubię chodzić, i siostry też, mama nauczyła nas, że nawet w buszu trzeba elegancko wyglądać. I tak się przyjęło, mówią o nas Girls in Pearls. Podoba mi się to „girls”! (śmiech)

Nie martwi się pani przyszłością polityczną Kenii, w ogóle wschodniej Afryki? Nie niepokoi pani?

Czy w Europie jestem bezpieczniejsza? Jak jutro mam wracać do Nairobi samolotem, to przez Turcję czy przez Niceę? Bilet mam wykupiony na lot przez Stambuł. Widzi pan, to wszystko jest względne. Wariaci są wszędzie. W Nairobi jest całkiem bezpiecznie, wyższy poziom bezpieczeństwa niż w Europie. Proszę sobie wyobrazić, że są kontrole przed wejściami do centrów handlowych i na dworce. A jak coś złego ma mnie spotkać, to może spotkać wszędzie.

Dużo Polaków jest w Kenii?

Turystów bywa sporo. Ze starej emigracji powojennej czy wojennej nie ma już w Nairobi nikogo. Wymarli, wyjechali…

Gdzie czuje się pani najlepiej?

Najlepiej? I w Kenii, i w Polsce. U siebie jestem i tu, i tam. Tak to odbieram. Nawet na ulicach w Polsce się nie gubię, a w Londynie – od razu. A Afryka jest szczególna. Jest w niej coś wyjątkowego, coś, czego nigdy nie zrozumiemy. Ale czasem myślę, że takie tajemnicze elementy nie do zrozumienia dla przybyszy są wszędzie, po prostu, wszędzie. Ludzie uparcie chcą zmieniać te miejsca i ludzi w nich mieszkających, żeby byli jak oni. Czy to dobrze? Nie wiem. Ale trzeba szanować odmienność ludzi i miejsc. Wtedy daje się żyć. Gdziekolwiek byś był. Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz.

Rozmowa z Teresą Sapieżanką ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Joga w górach
Adobe Stock

W jodze, tak jak we wspinaczce górskiej, droga jest celem

We wstępie do „Drzewa jogi” B. K. S. Iyengar pisze: „W duchowym świecie, podobnie jak w świecie fizycznym, można wchodzić na wierzchołek góry z dowolnej strony. Jedna ścieżka jest dłuższa, inna krótsza, jedna kręta i trudna do przebycia, inna prosta i łatwa, ale każda prowadzi na sam szczyt”. Od 24 lat chodzę po górach, od 10 wspinam się, jogę ćwiczę od 21 lat. Obie te ścieżki – ścieżka jogi i ścieżka góry – splotły się w moim życiu. Obie są poszukiwaniem przestrzeni, wolności i bycia w kontakcie z Naturą – zewnętrzną poprzez góry i wewnętrzną poprzez jogę. 
Adam Bielewicz
24.06.2020

Chodząc po górach, mamy okazję delektować się każdą chwilą w nich spędzoną. (…) Wspinanie i uważna koncentracja na każdym, nawet najdrobniejszym ruchu jest esencją bycia, intensywnym przeżywaniem chwili obecnej. (…) Bliski kontakt z naturą połączony niejednokrotnie z pełnym zaangażowaniem wynikającym z uprawiania wspinaczki umożliwia nam takie pełne doświadczenie obecności. (...) Jesteśmy całkowicie uwolnieni i pochłonięci tym, co dzieje się teraz”, pisze Zbigniew Skierski („Siekiera”). Czy ten opis nie przypomina doświadczenia osoby ćwiczącej jogę? Obie dziedziny mogą dawać podobne przeżycia – to jest ich punkt wspólny i jednocześnie esencja. I w jodze, i we wspinaczce ostatecznie chodzi o odczucie pełni, szczęścia, obecności, totalnego bycia tu i teraz.  Osoby wspinające się skupiają się na co dzień na zewnętrznych aspektach – na kondycji, treningu, sprzęcie, opisach dróg, stopniu ich trudności, noclegach, wyżywieniu, pogodzie, dobieraniu osób do zespołu… Potem podsumowuje się przejście drogi prostymi słowami, że była „świetna”, „cudowna” lub „kiepska”, i opowiada się o tym, gdzie było najtrudniej, jakie były warunki, gdzie, jakie przechwyty itd. O wewnętrznych doświadczeniach mówi się raczej rzadko, bo nie bardzo wiadomo, jak przekazać to, co się przeżyło. Zresztą ludzie gór to wiedzą, każdy pamięta swoje momenty ekstazy, zarówno płynięcia, jak i załamania, bycia na krawędzi swoich możliwości, sekundy tak intensywne, że będzie się je pamiętało do końca życia.  Zjednoczenie z przedmiotem medytacji To, co we wspinaczce pojawia się jako pewien efekt uboczny, coś, o czym się zbytnio nie mówi, w jodze jest tematem regularnych studiów i eksperymentów. Joga jasno stawia sprawę, jej celem jest...

Czytaj dalej
Dubaj
Getty Images

Dubaj – światowa stolica luksusu jak z „Baśni z 1000 i jednej nocy”

Szeherezada opowiadałaby dziś swoje niesamowite historie sułtanowi Szachrijarowi tylko w takiej scenerii. Oaza luksusu, a w niej wszystko, co „naj”: najwyższy drapacz chmur, najdroższy hotel, najcenniejszy pierścionek, największe sztuczne wyspy. Dubaj jest obecnie światowym liderem ekskluzywności. Nową stolicą świata.
Magdalena Felis
19.06.2020

Baśniowy jest już widok z okna hotelu. Światła drapaczy chmur układają się dla przyjemności ludzkiego oka. Jak w utopii zaprojektowanej na odległej planecie. Niektórzy twierdzą, że Dubajczycy, zakładając metropolię na pustyni, przygotowują się do zasiedlania Marsa. I choć drapacze chmur wybudowane zostały za petrodolary, miasto nastawia się głównie na turystykę – ropa się skończy, a ludzie zawsze będą poszukiwać wrażeń.   Burdż Chalifa W Dubaju szybko zachodzi słońce – przez cały rok ok. 17.30. Za to ten sam zachód można zobaczyć dwa razy – jak mówi informacja na bilecie wstępu do Burdż Chalifa, wieżowca o wysokości 829 metrów, który w 2008 roku stał się najwyższą konstrukcją, jaką kiedykolwiek zbudował człowiek. Winda, którą jedziemy prawie na szczyt Burdż Chalifa, pokonuje dziewięć metrów w sekundę. Zatem jeśli z powierzchni ziemi obejrzymy zachodzące słońce, możemy je jeszcze dogonić na górze. Wystarczy wjechać na 163. piętro. Tarasy widokowe wieżowca to jedno z najczęściej oznaczanych na selfie miejsc świata, widać z nich wyraźną granicę między pustynią a szklanym miastem wypełnionym sztucznymi jeziorami i rzekami. Gdyby powierzchnię stali i szkła pokrywającą Burdż Chalifa rozprasować równo na ziemi, zajęłaby obszar 17 boisk piłkarskich. A woda, która skrapla się przez rok w wyniku działania klimatyzacji, mogłaby wypełnić 20 olimpijskich basenów. Dubaj jest przezorny – nie poprzestaje na 829 metrach, żeby nie stracić pozycji lidera. „Jak wrócicie tu w 2020 roku na EXPO, wtedy będzie gotowa kolejna wieża, kilometr w górę. Oczywiście najwyższa na świecie” – mówi nasz przewodnik Hamza.  Muzeum Dubajskie w forcie Al-Fahidi Dobrze jest jednak...

Czytaj dalej