Poronienie nie jest „zbyt osobiste” – kobiety, które o tym mówią, robią ważną rzecz dla nas wszystkich
East News

Poronienie nie jest „zbyt osobiste” – kobiety, które o tym mówią, robią ważną rzecz dla nas wszystkich

Martyna Wojciechowska, Meghan Markle, Michelle Obama, Aleksandra Żebrowska, Joanna Koroniewska. Kobiety opisują jeden z najbardziej powszechnych kobiecych dramatów – poronienie. Komentuje psycholożka.
Sylwia Niemczyk
27.11.2020

Po zmianie pieluchy poczułam ostry skurcz. Osunęłam się na podłogę z synkiem w ramionach, nucąc kołysankę, aby uspokoić nas oboje. Radosna melodia zderzyła się z moim poczuciem, że coś jest nie tak. Tuląc moje pierworodne dziecko, wiedziałam, że właśnie tracę drugie”.

Tak Meghan Markle w środę na łamach „The New York Timesa” opisała to, co przeżyła w lipcu 2020. Po „poranku, jak każdy inny” poroniła swoją drugą ciążę. Przez kolejne miesiące znosiła spekulacje mediów, czy księżna Sussex w końcu była w ciąży, czy nie – w końcu postanowiła ukrócić plotki i sama opisała swoje poronienie. To jednak nie zamknęło tematu. Przeciwnie, od środy plotkarskie serwisy zastanawiają się, na ile wyznanie Meghan Markle było „zbyt osobiste”. Zestawiają wyznanie Markle z jej decyzją o wycofaniu się z życia publicznego i tropią hipokryzję i ekshibicjonizm. 

Środowe wyznanie Meghan Markle zbiegło się w czasie z poruszającym wywiadem o poronieniach, jakiego w „Wysokich Obcasów” udzieliła Aleksandra Żebrowska, żona Michała Żebrowskiego i matka trójki dzieci. Już kilka miesięcy temu napisała na Instagramie:

„Są takie sprawy, o których nie da się mówić od razu, o innych nie chce się mówić wcale. »Nieudane« ciąże to temat, o którym rozmawia się ciężko – nawet z najbliższymi. Sama mam kilka takich za sobą – poronienia i na dokładkę ciążę pozamaciczną pod koniec zeszłych wakacji. Oprócz wsparcia kochającej rodziny (i pizzy przemycanej do szpitala przez moje siostry), jedna z rzeczy, które najbardziej podnosiły mnie wtedy na duchu, to świadomość, że tak wiele kobiet ma za sobą podobne historie. Dzieląc się swoimi przeżyciami – dodają innym otuchy i siły. Dlatego ja też się dzielę – będąc w siódmej ciąży, na kilka dni przed moim trzecim porodem”.

 

 

Czy te wyznania są osobiste? Bardzo. A czy są potrzebne? Bardzo! Poronienie to jedno z powszechnych kobiecych doświadczeń. Co dziesiąta, a nawet wg niektórych statystyk co piąta kobieta poroni ciążę chociaż raz w życiu. Mimo tej powszechności nadal o poronieniu w ogóle albo prawie w ogóle nie rozmawiamy.

– Myślę, że wśród wielu różnych trudnych emocji, jakie pojawiają się w sytuacji poronieniu, często pojawiają się też, nieadekwatne zupełnie, ale jednocześnie bardzo silne: wstyd i poczucie winy – mówi Katarzyna Kucewicz, psycholożka z gabinetu psychoterapii Inner Garden. – Te uczucia są nieraz tak ciężkie do zniesienia, że kobiety decydują się nie mówić o tym, co przeszły w obawie przed surową oceną innych, krytyką. Często o poronieniu nie wie nawet najbliższa rodzina.

Poronienie – jak o tym mówić i jak słuchać?

Z jednej strony kobiety nie wiedzą, jak mówić o swoim doświadczeniu, ale z drugiej – my, jako społeczeństwo, nie wiemy, jak o nim słychać i jak na nie reagować. Przez to, że o poronieniu się nie mówi, nie wiemy nawet, jak pocieszyć naszą bliską osobę, przyjaciółkę, siostrę, która doświadczyła straty ciąży:

–  Ludzie, nie umiejąc przyjąć informacji o poronieniu, reagują w sposób, który może być dodatkowo krzywdzący dla osoby, która już przecież przeżywa dramat – mówi psycholożka. – Zawsze, kiedy przeżywamy utratę, potrzebujemy wsparcia ludzi, to naturalny mechanizm. Po utracie np. rodzica, męża czy nawet dziecka, zazwyczaj możemy liczyć na współczucie i szacunek dla naszego bólu. Tymczasem kobiety po poronieniu często spotykają się z toksycznym pocieszeniem, polegającym na umniejszaniu tego, co je spotkało. Kobieta przeżywa dużą wewnętrzną tragedię i jednocześnie słyszy: „Nie ten raz, to kolejny”. Nadal wiele ludzi reaguje na poronienie kobiety mniej więcej tak jak na jej przegraną w totolotka: utraconą szansę, którą za jakiś czas można znowu zyskać. 

To nie jest nasza złośliwość, kiedy mówimy zrozpaczonej kobiecie, że „następnym razem się uda”. Często nawet powoduje nami szczera życzliwość. Tyle że w tym przypadku sprawdza się powiedzenie o piekle, które jest wybrukowane naszymi dobrymi chęciami. To, co powinnyśmy i co zawsze możemy zrobić, to po prostu nie oceniać i nie decydować za nią, do jakich uczuć ma prawo. 

– Oczywiście to nie jest tak, że każda kobieta przeżywa poronienie w taki sam sposób. Są kobiety, które nie mają poczucia rozbicia, i to też jest w porządku – mówi Katarzyna Kucewicz. – Każda z kobiet ma prawo przeżywać to doświadczenie tak, jak sama czuje. Owszem, bywa, że dla kobiety utrata ciąży to „tylko” utracona szansa, ale też bywa, że jest to dla niej o wiele głębsza emocjonalnie strata. Jest wiele kobiet, które już od początku ciąży wyobrażają sobie swoje dziecko, zaczynają czuć silną więź, bezkresną miłość. W takiej sytuacji poronienie niesie zbliżoną tragedię, jaką jest utarta już narodzonego dziecka. Dlatego część kobiet  po poronieniu choruje na depresję, mówi się też o PTSD, czyli syndromie stresu pourazowego. 

Psycholożka tłumaczy też, dlaczego osobiste historie są tak ważne dla oswojenia trudnych tematów:

– Nawet gdy czytamy, że ok. 15 proc. ciąż kończy się poronieniem, to ta informacja do nas nie przemawia – bo przecież wszystkie znajome koleżanki, przyjaciółki urodziły, tylko nie ja, więc pewnie jestem wybrakowana, albo popełniłam jakiś błąd. Sporo moich pacjentek jeszcze wiele miesięcy po poronieniu zadręcza się myślami, że może coś przeoczyły, że może coś zrobiły źle. Kiedyś jedna z moich pacjentek prawie na każdej sesji pokazywała mi zdjęcie swojego zmarłego syna z ostatniego USG. Zawsze mnie za to przepraszała, mówiąc: „Wiem, że przesadzam, przecież nawet nie trzymałam go w ramionach”. Czy to jest przesada, że nosimy w sobie żałobę, ból, że umiałyśmy pokochać dziecko, nie widząc go? Oczywiście nie. Ale moja pacjentka, zresztą wcale nie jedna, a gros pacjentek wstydzi się rozpaczać. Kiedy dopytuję dlaczego, czasami słyszę: a bo mąż/ teściowa/ własna mama mówią, by nie histeryzowały.

Mówienie o poronieniu to nie lans, ale odwaga

Inną z barier dla kobiet jest obawa, że ktoś zinterpretuje ich wyznanie – tak jak to było w przypadku Meghan Markle – jako chęć zwrócenia na siebie uwagi w taki dramatyczny sposób. Tymczasem opowiadanie o swoim doświadczeniu i słuchanie historii innych ludzi to podstawa terapii grupowej. Widzimy, słyszymy, że ktoś miał tak jak my – i przetrwał. Uczymy się, że nie tylko my zmagamy się z poczuciem winy, wstydem. To poczucie wspólnoty doświadczeń daje nam siłę. 

– Kiedy osoby publiczne takie jak Meghan Markle, Aleksandra Żebrowska, Martyna Wojciechowska, czy już kilka lat temu Nicole Sochacki-Wójcicka, czyli słynna Mama Ginekolog, wyznają, że przeszły poronienie, to następuje normalizowanie zjawiska, czyli dostrzegamy, że to jest powszechne doświadczenie, a nie jednostkowe. Bolesny temat przestaje być tabu, tajemnicą, powodem do wstydu. Nadal jest bolesny, ale już wiemy, że wolno nam o nim mówić i przede wszystkim, że to normalne, że przeżywamy, że jest nam źle, że denerwują nas „dobre rady” – mówi psycholożka. – Uważam, że to, co się dzieje teraz, jest bardzo istotne dla setek tysięcy kobiet. Ważne, jest, aby mówić o tym powszechnym, kobiecym doświadczeniu, odtabuizować je. Kiedy się o tym nie mówi, to buduje się iluzję, że poronienie zdarza się tylko nielicznym albo że jest sprawą, o której mówić nie wypada, albo jeszcze inaczej: że to drobiazg dla psychiki, którym nie warto się przejmować. Kiedy słyszymy, że inni też tak mieli, jak my, to czujemy ulgę, dajemy sobie prawo do trudnych uczuć. Często efektem jest wewnętrzne odpuszczenie winy, bo skoro i lekarze mówią, że nic nie mogłam zrobić i nawet moim autorytetom to się przytrafiło, to znaczy, że nie jestem wybrakowana, że taki spotkał mnie los. Łatwiej się wtedy pogodzić ze stratą, bólem, pożegnać z dzieckiem utraconym. To daje dużo spokoju, dużo ulgi. Kiedy widzimy, że inni ludzie zmagają się z tym samym, co my, to czujemy coś w rodzaju przynależności, a to nasza podstawowa potrzeba. 

O takie potrzebie przynależności mówiła dwa lata temu inna kobieta, dziś 56-letnia. Poroniła ciążę ponad 20 lat temu – i dopiero w 2018 r. zdecydowała się o tym opowiedzieć. Żona jednego z najbardziej wpływowych polityków świata, uwielbiana przez tysiące kobiet, Michelle Obama, mówiła w programie „Good Morning, America”:

„Czułam się zagubiona, samotna. Czułam, że zawiodłam, ponieważ nie wiedziałam, jak częste są poronienia, bo o nich nie mówimy. Zamykamy się w swoim własnym bólu, nie dzielimy się prawdą o naszych ciałach, myśląc, że w jakiś sposób są popsute. To milczenie jest najgorszą rzeczą, jaką my, kobiety, robimy sobie nawzajem”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Martyna Wojciechowska w akcji #dziękuję
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska o wdzięczności i dziękowaniu

„Poczuć wdzięczność to jedno. Ale druga rzecz, ten szalenie ważny krok, do którego bardzo was namawiam, to jest to, żeby umieć powiedzieć to na głos. Dziękuję – proste, piękne, magiczne słowo, które możemy powiedzieć każdemu na naszej drodze”.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

To jedno „dziękuję” sprawia, że nasze relacje z ludźmi wyglądają zupełnie inaczej – mówi Martyna Wojciechowska  i zachęca do udziału w naszej akcji #DZIĘKUJĘ.    Wdzięczność to jest wyraz dojrzałości Według dziennikarki i podróżniczki wdzięczność i umiejętność docenienia tego, co dostaliśmy od życia i od innych ludzi, to wyraz naszej wewnętrznej dojrzałości. Przekonanie, że wszystko, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy sobie, być może i jest przyjemne – ale na pewno nie jest prawdziwe.  – Zachęcam was do tego, żebyśmy się rozejrzeli i żebyśmy zastanowili się, ile jest jednak cudownych osób i cudownych rzeczy, które mamy. Bardzo chciałabym, żebyście zatrzymali się na chwilę i zastanowili, jak wiele zawdzięczacie innym ludziom. Nikt z nas nie byłby w tym miejscu, gdyby nie pomoc tych ludzi.   Powiedz: dziękuję Martyna Wojciechowska rozdziela uczucie wdzięczności i umiejętność wyrażenia jej. To dwie zupełnie inne rzeczy: bywa, że jesteśmy komuś za coś wdzięczni, ale z różnych powodów nie decydujemy się powiedzieć tego jednego słowa: dziękuję. A to błąd, na którym cierpimy my sami. Dziennikarka przekonuje, że słowo „dziękuję” to jest najpiękniejsza rzecz, którą możemy dać drugiemu człowiekowi, lepsza, ważniejsza i bardziej wartościowa niż nawet najwspanialszy prezent.  – Czasem warto wziąć telefon i zadzwonić do kogoś z przeszłości i powiedzieć: „Dziękuję ci za to, że wtedy i wtedy...” i przekonacie się, jak niesamowitą energię niesie to słowo. Zastanówcie się, komu chcielibyście podziękować. Takich osób jest na pewno w waszym życiu bardzo wiele. Może jeszcze nie zdążyliście, może zapomnieliście. Dzisiaj jest do tego...

Czytaj dalej
depresja
Getty Images

Depresja maskowana może trwać latami i skazywać nas na niewidoczne cierpienie

Śmiech, żart, pogoda ducha. Pozornie.
Karolina Rogalska
23.06.2019

Depresja? Jaka depresja – przecież się śmiejemy, żartujemy. Fakt. Ale pod uśmiechem może kryć się prawdziwe cierpienie. O tym, dlaczego ukrywamy swoje prawdziwe emocje i czym może się to skończyć, pytamy dr Magdaleną Nowicką, psycholożkę, psychoterapeutkę i autorkę publikacji poświęconych depresji.  Karolina Rogalska, „Uroda Życia” : Na zewnątrz świetnie funkcjonują, odnoszą sukcesy, wzorowo odgrywają społeczne role. O tym, że zmagają się z ogromnym cierpieniem, czasem dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. W mediach pojawił się nawet termin opisujący to zjawisko – uśmiechnięta depresja. Podobno bije on rekordy klikalności w wyszukiwarkach internetowych. Dr Magdalena Nowicka: Część osób pomimo ogromnego cierpienia, jakie niesie ze sobą depresja, potrafi się zmobilizować i założyć taką społeczną maskę, udawać, że wszystko jest OK, i  w miarę sprawnie funkcjonować. Ale do czasu. Nasze zasoby w zakresie samoregulacji i samokontroli są wyczerpywalne, a depresja jest chorobą postępującą, w związku z czym wcześniej czy później i  tak dojdziemy do momentu, że w żaden sposób już nie będziemy w stanie jej kontrolować. Często jest tak, że ignorujemy pierwsze oznaki choroby albo szukamy szybkich rozwiązań, np. w lekach czy alkoholu. Nie słuchamy swojego organizmu, a  przecież ten smutek, to cierpienie, które odczuwamy, jest dla nas bardzo ważnym komunikatem. Depresja jest zazwyczaj odpowiedzią organizmu na pewne sytuacje, które nas w życiu spotykają, często są to sytuacje straty. Bywa też wynikiem przeciążenia, długotrwałego stresu, jakichś traumatycznych doświadczeń. Tu potrzebna jest pomoc specjalisty, która musi dotyczyć nie tylko łagodzenia objawów, ale także przeciwdziałać przyczynom depresji. Czyli coraz częściej funkcjonujemy w...

Czytaj dalej
East News

Najpierw choroba, potem wesele jak z bajki. Joanna Przetakiewicz nigdy wcześniej nie mówiła tak o miłości do męża

„Epoka Tindera, samotności on-line zabija w nas romantyczno-intelektualny flirt. A Rinke jest mistrzem bliskości i cieszenia się drobiazgami” — mówi o swoim mężu Joanna Przetakiewicz, założycielka i dyrektorka modowej marki La Mania.
Sylwia Arlak
27.11.2020

Kiedy Joanna Przetakiewicz i Rinke Rooyens spotkali się dziewięć lat temu, nic nie zapowiadało happy-endu. „Pamiętam, co bardzo zabawne, że chciałam wtedy wyswatać Rinke z moją koleżanką, która rozstała się z chłopakiem” — przyznała Przetakiewicz w rozmowie z Katarzyną Przybyszewską-Ortonowską, redaktor naczelną „Vivy!”. Po latach Rinke dostał od niej SMS-a z zaproszeniem na urodziny.  „Pomyślałem, że byłoby wspaniale, gdybym mógł spędzić urodziny tylko z nią. Odpisałem, ona też odpisała” — wspominał producent w tym samym wywiadzie. Gdy zaczęli ze sobą pisać, uzgodnili, że spotkają się tylko na jedną randkę. Rooyens był nią zainteresowany, ale ona nawet nie myślała o tym, by stworzyć z nim coś poważnego. Wciąż jednak ze sobą pisali, a kiedy on przyjechał do niej do Londynu, po kilku dniach już wiedziała, że to właśnie ten.  Pobrali się we wrześniu tego roku w Warszawie (projektantka mody była już wcześniej żoną Jana Kulczyka, a holendersko-polski producent, reżyser i scenarzysta mężem Kayah), a potem urządzili jeszcze jeden ślub, w Grecji. Zdjęcia z uroczystości i relacje gości weselnych przez kilka tygodni elektryzowały ich sympatyków. Od tamtej pory dzielą się swoim szczęściem w mediach. W wywiadzie dla magazynu „Viva!” opowiedzieli o tym, co cenią w sobie najbardziej i czego się od siebie uczą. On dał jej spokój, ona jemu stabilność „Rinke nauczył mnie odpuszczania i wybaczania. Sobie też, albo zwłaszcza sobie. Jestem mistrzynią robienia list, co »muszę« zrobić, zamiast list, co »chcę« zrobić. Żartuję, że jestem ofiarą przemocy własnej, bo ciągle mi wszystkiego za mało, ciągle chcę więcej i więcej. I te oczekiwania przenoszę na związek, co nie jest dobre. Rinke przypomniał mi też,...

Czytaj dalej
Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko
East News

Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń”

„Byliśmy sobie oddani jak mało kto, bo przez całe życie każde z nas widziało w drugim nie tylko atrakcyjną kobietę czy mężczyznę, ale ukochanego człowieka” – mówiła o swoim nietypowym małżeństwie Agnieszka Fitkau-Perepeczko.
Kamila Geodecka
26.11.2020

Początek miłości Agnieszki Fitkau i Marka Perepeczki może przypominać klasyczną historię romantyczną. Są piękni i młodzi, poznają się przypadkiem w kolejce do dziekanatu szkoły teatralnej i zakochują się od pierwszego wejrzenia. Kupidyn strzela strzałą. Potem los rozdziela ich na chwilę, by następnie znów połączyć. Ale to tylko początek ich miłości, która przez kolejne 40 lat nie będzie miała nic wspólnego z klasyczną opowieścią o szczęśliwej parze.  Ich narzeczeństwo i małżeństwo pełne było rozstań i powrotów, zadziorności i kłótni, emigracji i tęsknoty, szczerości i zaufania, ale przede wszystkim oddania i miłości. „Myślę, że byłam mu najbliższa na świecie tak jak on mnie. Na pewno byłam kobietą jego życia i on mężczyzną mojego życia” – mówiła Agnieszka Fitkau-Perepeczko po śmierci męża. W tym szaleństwie musiała więc być metoda. Miłość wystać w kolejce Agnieszka Fitkau od dziecka marzyła o byciu aktorką. Marek Perepeczko początkowo chciał zostać architektem, ale ostatecznie postawił na sztuki teatralne. I pewnie tego wyboru nigdy nie żałował, bo dzięki niemu nie tylko stał się rozpoznawalnym aktorem, ale zyskał także miłość życia, którą spotkał w 1961 roku jako 19-latek. Oboje stali w kolejce, by złożyć dokumenty aplikacyjne na studia. Podobno Marek zapytał wtedy Agnieszki, czy może za nią stanąć. I właśnie wtedy zaczęła się magia. Zrobił na niej piorunujące wrażenie. Podczas krótkiej rozmowy ustalili, że koniecznie muszą się jeszcze kiedyś spotkać, ale zapomnieli ustalić konkretnego miejsca i czasu spotkania. Nie wymienili się też numerami telefonu czy adresami. Być może tutaj ich historia miłosna musiałaby mieć już swój koniec, gdyby młody Marek Perepeczko nie wziął spraw w swoje ręce. Później żartował, że numer...

Czytaj dalej