Hongkong jest jak durian. Poznaj wszystkie jego smaki
Joanna Opiat-Bojarska
STYL ŻYCIA

Hongkong jest jak durian. Poznaj wszystkie jego smaki

Najpierw odstrasza – brzydotą, tandetą, gęstością tłumów. Ale kiedy się tu odnajdziesz, poczujesz, że jest to miasto, które uczy, jak szczęśliwie korzystać z każdej chwili.
Joanna Opiat-Bojarska
14.05.2020

Durian jest królem owoców. Ma żółto-brązowe kolce, miękki miąższ przypominający konsystencją budyń i nieznany Europejczykom smak. Ja wyczułam w nim gorzkiego grejpfruta i ostro-słodki syrop z cebuli. Mówią, że durian smakuje jak niebo, ale pachnie jak piekło. To piekło pełne psującego się mięsa. Odpychające. Przerażające. Atakujące nozdrza i sprawiające, że chcesz uciec. Ja chciałam. Pierwszego dnia próbowałam wejść do sklepu spożywczego, ale smród wywołał u mnie odruch wymiotny. W Sham Shui Po, najbiedniejszej dzielnicy Hongkongu, wszystkie ulice pachną durianem. Trzeciego dnia wychodzę rano z hotelu, wciągam powietrze i nagle orientuję się, że mój nos zasymilował się z  otoczeniem. To już nie smród, tylko hongkoński zapach, z kategorii tych ostrych, wyraźnych, zbliżonych do grejpfruta. Tak pachnie Hongkong.

Deszcz

Miasto najlepiej zwiedzać od października do grudnia. Ja odwiedzam je na przełomie lipca i sierpnia. Od dwóch dni szaleje tropikalny tajfun. Deszcz prawie wcale nie przestaje padać. W Polsce pewnie nie wychyliłabym nosa z domu, ale biorę przykład z Hongkończyków. Oni nie widzą sensu w szukaniu wymówek, że jest za ciepło czy zbyt mokro. Po prostu korzystają z życia. Wychodzę więc przed hotel. Ciepłe krople atakują moje nogi (resztę ciała ukrywam pod przeciwdeszczówką). Jest tak mokro, że czuję, jakbym spacerowała pod prysznicem. Ale jest ciepło. Przyjemnie. Droga do świątyni Dziesięciu Tysięcy Buddów wypełniona jest posągami. Uderza to, że każdy z przedstawionych arhantów jest cudownie niedoskonały. Jeden ma wielki brzuch, drugi wykrzywioną minę, inny przykrótką rękę. Ściga mnie natrętna myśl, że jestem bardzo, bardzo daleko od świata dążącego do ideału.

Feng shui

Ponad jedną trzecią terenu Hongkongu zajmują parki. W ogrodzie Nan Lian zachwyca antyczna chińska architektura ogrodowa, przepiękna roślinność i buddyjski klasztor Chi Lin Nunnery. Zaraz za nim na horyzoncie majaczy nowoczesność – wieżowce prężą się jak strażnicy. Podobnie jest w Wong Tai Sin, świątyni słynącej z magicznej mocy spełniania wszystkich życzeń. Kolorowe lampiony oraz wygięte i bogato zdobione dachy kontrastują z szarymi wieżowcami. Wieżowce wyglądają jak z klocków Lego. Co ciekawe, każdy projekt, zanim wejdzie w stadium budowy, konsultowany jest ze specjalistą od feng shui.

Natura

Wdrapanie się na szczyt Lion Rock wymaga zrobienia kilku, a nawet kilkunastu odpoczynków. Przynajmniej raz zastanawiam się, czy nie zrezygnować i nie wrócić na dół. Dobijająca jest świadomość, że nie wiem, jak daleko jest jeszcze do szczytu. Mijają nas Hongkończycy. Jedni idą spacerkiem, inni biegną. Z lekkością, uśmiechem i muzyką. Jest gorąco. Ponad 32 stopnie Celsjusza. Widok z 495 metrów wart jest kosmicznego wysiłku. To zupełnie inny Hongkong. Jakby pozbawiony chińskiego filtra. Czyste piękno – bez śladów komercji.

Podróbki

Jeśli w zamyśle twórców Causeway Bay, najsłynniejszej dzielnicy zakupowej, miała być ona małym Manhattanem, to ze smutkiem stwierdzam, że to jedynie chińska podróbka. Hongkoński Time Square sprawia, że czuję tęsknotę za prawdziwym Nowym Jorkiem. Uciekam więc do Mong Kok – zakupowego zagłębia z targowiskiem Ladies’ Market. Tu można kupić wszystko, ale lepiej nie pytać o cenę, jeśli czegoś nie chce się mieć. Sprzedawcy uznają takie pytanie za początek negocjacji. Po zakupach można posmakować jedzenia z ulicznych straganów i poobserwować ludzi.

Smaki

Jedzenie kwaśno-słodkie. Warzywa al dente. Obowiązkowo makaron albo ryż. Jeśli kurczak, to cięty razem z kośćmi. Pyszny i soczysty. Oprócz tego wołowina, wieprzowina i kaczki. Te ostatnie – usmażone – wiszą w witrynach lokali, zachęcając (lub odstraszając) potencjalnych gości. Owoce morza spacerują w akwariach i wydaje się, że wołają: „Mnie, zjedz mnie!”. Do posiłków podaje się herbatę. Tak mocną, że pijąc ją za pierwszym razem, miałam wrażenie, że wylizuję popielniczkę. Próbowałam uciekać od cukru (nie używam go od pół roku), ale musiałam się poddać. Szybko okazało się, że woda nie jest w stanie ugasić ognia w ustach, a hongkońska herbata wzbogacona cukrem – tak. Ognia, bo kuchnia chińska jest cudownie pikantna. Ale z pikanterią nie należy przesadzać. Ja przesadziłam, decydując się na trzeci z pięciu stopni ostrości (oczy wyszły mi z orbit, a usta zrobiły się ogromne). Moje podniebienie przyznało jednak pierwszą nagrodę obślizgłym rolkom wyglądem przypominającym galaretowane palce zombie. Pierwszy kęs był dziwny, ale połączenie dobrze przyprawionego nadzienia i sosu było obłędne.

Przestrzeń

Na wyspie kursują małe dwupiętrowe tramwaje. W pokoju hotelowym łazienka znajduje się w przedpokoju, a w pokoju mieści się tylko łóżko. Na próżno szukać szafy czy wieszaków na ręczniki. W Hongkongu na jeden kilometr kwadratowy przypada ponad 50 razy więcej mieszkańców niż w Polsce. Przestrzeń to towar deficytowy. Monster Building, ogromny budynek z lat siedemdziesiątych, budzi jednocześnie zachwyt i przerażenie. Jest przepięknie okropny i cudnie pozuje do zdjęć. Składa się ze zrośniętych ze sobą budowli, w których łącznie mieszka kilkadziesiąt tysięcy osób.

Durian

W środkach komunikacji miejskiej zdecydowanie więcej jest ludzi wpatrzonych w smartfony (często równocześnie dwa trzymane w jednej dłoni) niż tych, którzy ze sobą rozmawiają. W lokalach panuje gwar, w tych polecanych w przewodnikach – wręcz nie do wytrzymania. Dobre jedzenie można kupić na każdym rogu, nie trzeba więc trzymać się książkowych wytycznych. Podniesione głosy i specyficzny sposób wydawania z  siebie dźwięków sprawia, że bardzo często wydaje mi się, że ludzie się kłócą. Wystarczy jednak na nich spojrzeć, by zorientować się, że to tylko normalna rozmowa. Hongkong jest jak durian. W pierwszym momencie odpycha tandetą, brudem i smrodem, ale jeśli przebijesz się przez jego kolczastą skorupę i zauważysz ludzi – zachwyca. Uczy spokoju, znajdowania radości w życiu, spontaniczności i tego, że w życiu najważniejsze jest to, jak bardzo pozwalamy sobie czuć się szczęśliwymi.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 12/2019

1\8
Durian
Durian
Getty Images

Wyrazisty zapach tego owocu wyczuwalny jest z odległości kilkuset metrów.

2\8
Ogród Nan Lian
Ogród Nan Lian
Getty Images

W ogrodzie Nan Lian zachwycimy się antyczną chińską architekturą ogrodową i przepiękną roślinnością.

3\8
Monster building
Monster building
Joanna Opiat-Bojarska

Betonowy gigant, którego symetryczność, gęstość i brzydota zachwyca fotografów z całego świata.

4\8
Najcenniejsza jest przestrzeń
Najcenniejsza jest przestrzeń
Joanna Opiat-Bojarska

Hotele są wysokie i wąskie, a tramwaje krótkie i dwupiętrowe. Tu widok z okna tramwaju.

5\8
Obłędne smaki
Obłędne smaki
Joanna Opiat-Bojarska

Tutaj żyje się często po to, by jeść. Smacznie i różnorodnie.

6\8
Widok ze szczytu Lion Rock
Widok ze szczytu Lion Rock
Joanna Opiat-Bojarska

Żeby spojrzeć na Hongkong z góry, można wjechać kolejką na Victoria Peak, ja jednak polecam spacer na szczyt Lion Rock. Widok robi wrażenie.

7\8
Posągi Arhantów
Posągi Arhantów
look/free

Do świątyni Dziesięciu Tysięcy Buddów prowadzi droga, wzdłuż której stoją posągi Arhantów.

8\8
Budda Tian Tan
Budda Tian Tan
Be&W

Jest to największy posąg siedzącego Buddy. Ma 34 metry wysokości i waży 250 ton.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
ruiny katedry Zwartnoc Armenia
getty images (6), sime/free

Kierunek na wakacje? Armenia! Nie uwierzycie, jak tam pięknie!

Wiosną, gdy ze stoków Araratu znika śnieg, a jeszcze nie nadchodzą mordercze upały, Armenia jest rajem. Wszystko dzieje się tu w duchu slow life: nikt się nie spieszy, nie ma tłumów, ludzie są gościnni i życzliwi, biesiady bogate i pyszne. A widoki...
Karolina Stępniewska
26.10.2018

Powiedzmy sobie szczerze: Armenia nie przyciąga turystów złotymi plażami, luksusowymi hotelami, bogatą ofertą kulturalną czy intensywnym życiem w  nocnych klubach. Tak naprawdę turystów tu prawie nie ma. To o tyle niezwykłe, że kraj jest olśniewająco piękny, ma porywające ślady historii, fantastyczne jedzenie (i  trunki), a przede wszystkim gościnnych ludzi, którzy dużo więcej wiedzą o nas niż my o nich. Najwyższy czas to zmienić. Stolica Armenii Lądujemy w stolicy, Erywaniu. Miasto kojarzy się z dowcipami, takimi jak ten. Słuchacz: „Droga redakcjo, czemu nie opowiadacie dowcipów politycznych?”. Radio Erewań (taka pisownia obowiązywała w  czasach ZSRR): „Drogi słuchaczu, wolimy jeść biały chleb nad Morzem Czarnym niż odwrotnie”. Rozsławionej przez dowcipy rozgłośni o takiej nazwie nigdy nie było. Za to Erywań to  najlepszy punkt wypadowy do zwiedzania kraju. Stąd jest blisko do najciekawszych atrakcji: nad jezioro Sewan, do klasztoru Chor Wirap pod Araratem czy do Eczmiadzynu – wielkiego kompleksu religijnego, zwanego „ormiańskim Watykanem”. Śródmieście Erywania przypomina architekturą warszawskie MDM, z tą jednak różnicą, że kamienice są wyciosane z różowego wulkanicznego tufu. Samo centrum jest ostentacyjnie europejskie. Szyldy i nazwy pisane są alfabetem łacińskim. W  przeciwieństwie do Tbilisi, stolicy Gruzji, tutaj daje się odczuć bardzo mocną fascynację kulturą Zachodu. A może ma to związek z pogmatwaną historią Armenii i jej położeniem geograficznym? W końcu są całkiem mocne dowody na to, że kraje leżące na południowy zachód od głównego grzbietu Kaukazu należą geograficznie do Azji. Ormianie wolą interpretację kulturową, według której granice kontynentu wyznacza zasięg opartej na...

Czytaj dalej
Karaiby, podróże
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Marzysz o wakacjach w raju? Wybierz się z nami w rejs po Karaibach!

Podobno uczucie błogości to tutaj podstawowy stan ducha. Kto raz dopłynie do Wysp Szczęśliwych, nie chce stąd wracać...
Małgorzata Sobońska-Szylińska
12.05.2020

Wyprawę zorganizowała nam koleżanka – prawniczka z Waszyngtonu. Tylko ona zna nas wszystkie. Postanowiła zebrać nas w jednym miejscu, mając pewność, że się polubimy, a ona przy okazji nadrobi zaległości towarzyskie. Same silne osobowości. Kobiety, które zawsze mają coś do powiedzenia, więc nudy nie będzie. Spędzimy ze sobą siedem kolejnych dni i nocy. 24 godziny na dobę na niewielkiej przestrzeni. Zapowiada się niezłe wyzwanie w pięknych okolicznościach przyrody. Wiatr prowadzi nas w stronę małej wysepki Saint Lucia, będącej samodzielnym państwem zrzeszonym w brytyjskiej Wspólnocie Narodów. Pogoda jest wymarzona. Żagle co i raz napinają energiczne podmuchy. Podwójny dziób naszej łodzi to wznosi się, to opada. Mimo to próbujemy działać w kambuzie, obejmując ramionami naczynia, które przesuwają się rytmicznie we wszystkie strony. Gotowanie przy przechyłach tak nam się podoba, że każdego dnia robimy z niego rytuał. Nasze salwy śmiechu udzielają się kapitanowi, który specjalnie wywija kołem sterowym, żebyśmy nie miały za łatwo. W końcu docieramy do Saint Lucia. Witają nas charakterystyczne dla wyspy zielone spiczaste stożki gór, z których najwyższa sięga aż 950 metrów. Wpływamy do kameralnej zatoczki Marigot Bay oddzielonej od morza wąskim półwyspem porośniętym szpalerem palm kokosowych. Rzucamy kotwicę i zażywamy pierwszej morskiej kąpieli o zachodzie słońca. Woda jest cieplejsza od powietrza. Nocą ciężkie od gwiazd niebo nie daje oderwać od siebie wzroku. Gorące źródła Następnego ranka ruszamy na podbój lądu. Krajobraz jest nadzwyczajnie pofałdowany. Jedziemy niewielkim busem. Co chwilę zatrzymujemy się przy punktach widokowych. Z góry możemy obserwować bujny tropikalny las i poszarpaną linię brzegową. W pewnym momencie kierowca informuje nas, że...

Czytaj dalej
Kuba, podróże, Varadero
Sime/Free

Luksus po kubańsku

W sklepach brakuje wielu rzeczy, samochody są mocno używane, a ceny niepewne, ale każdy, kto choć raz odwiedzi Kubę przyzna, że życie smakuje tu inaczej. Pełniej.
Kamila Morgisz 
14.04.2020

Lubię wracać na Kubę. I zawsze wybieram niewielkie miasteczko Boca de Camarioca. Lubię je ze względu na ludzi. Nie wszystkie przyjazne gesty muszą tu być wymienialną walutą. Codziennie z kubańskimi znajomymi witamy się tak, jak gdybyśmy nie widzieli się rok. Przytulanie, cmokanie, żarty i okrzyki. Fascynuje mnie też różnorodność: rdzenni mieszkańcy Kuby zostali wieki temu wymordowani przez kolonizatorów, ale ci, których spotykam dziś, to niezwykła mieszanka potomków Hiszpanów, Anglików, Amerykanów, Afrykanów, a nawet Słowian. Chcę tu wracać także ze względu na przyjaźń z Anią. To więź, która narodziła się spontanicznie: po wymianie kilku maili i kilkunastogodzinnym locie spotkałam duchową siostrę. Przyjechała po mnie na lotnisko starym chevroletem, w zabójczej kreacji, na szpilkach i z czerwoną szminką na ustach. Jak przystało na Polkę, góralkę z pochodzenia, obywatelkę Kanady, sercem związaną z Kubą. Że będzie tu mieszkać, wymarzyła sobie ponad 30 lat temu. Po kilkunastu latach zaczęła budowę domu i choć takie przedsięwzięcia obwarowane są wieloma skomplikowanymi przepisami, postawiła na swoim. Villa Cubanita jest teraz jednym z najokazalszych domów w okolicy i najbardziej gościnnym. Tu jem najlepszą pod słońcem kwaśnicę i ogórkową. Chcę tu wracać ze względu na ocean. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad samym morzem. Kiedyś to marzenie spełniałam latem w przyczepie nad Zatoką Pucką, teraz na Karaibach. Brzmi luksusowo, ale sporo wysiłku wkładam w to, żeby zorganizować sobie taki wyjazd w cenie wakacji nad Bałtykiem. Kupuję okazyjnie bilety z przesiadkami albo wolne miejsca w czarterach, starając się, aby podróż nie zajęła mi więcej niż 24 godziny. Jadę na dłużej, co najmniej na trzy tygodnie, żeby koszt biletu się zamortyzował. Jeśli nie mieszkam u mojej Ani,...

Czytaj dalej