Pistacjowa wyspa - Egina
Adobe Stock
STYL ŻYCIA

Pistacjowa wyspa - Egina

Najlepiej czuję się wśród codziennej zwyczajności mieszkańców nie do końca odkrytych kropek na mapie świata. Wyznaczają potem szlaki moich podróży. Odnajduję je częściowo za sprawą jogi.
Kasia Bem
09.04.2020

Jeszcze zanim sama zaczęłam organizować wyjazdy z jogą, dużo jeździłam po całym świecie do miejsc, które znają tylko jogini: maleńka wysepka w Tajlandii, cudna finca w hiszpańskiej Andaluzji, odludne jezioro w strefie ciszy na Mazurach, ukryta przed światem bajkowa zatoczka na Goa, centrum medytacyjne w wysokich Himalajach. To były moje sekrety. Niechętnie dzieliłam się nimi, bo nie chciałam, żeby te skromne miejsca zmieniły się na skutek rosnącej popularności. Kocham je za brak gwiazdek. Urzeka mnie ich nonszalancja i bezpretensjonalność. W tych cichych zakątkach, wśród zjawiskowej natury, dzięki jodze i medytacji za każdym razem coś się we mnie zmieniało. Aż przyszedł taki moment, gdy już jako nauczycielka jogi zapragnęłam się tym dzielić. W jodze mówimy: „Gdy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel”. Podobnie z miejscami, do których zapraszam na swoje wyjazdy. Może pojechać każdy, ale jadą te osoby, które są gotowe. Pistacjowa wyspa jest dla mnie szczególna, bo wyrosła z moich marzeń o miejscu, które jest jak piękna, dojrzała kobieta, świadoma swojej urody, ale bez obsesji na tym punkcie, co, rzecz jasna, czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Każdy, kto tu trafia, czuje się trochę jak bohaterka filmu „Mamma Mia!” – szczęśliwie i beztrosko. Trafiają różne kobiety, które w normalnym życiu mogłyby się nigdy nie spotkać, a które na tych wyjazdach stają się sobie bardzo bliskie.

Lubię zabierać je w podróż, gdzie każda z nich ma do odkrycia głównie siebie, ale też niesamowitą kobiecą więź, która się wytwarza. Czasem myślę, że dzieje się to za sprawą wiatru. Gdy wsiadamy w Pireusie na prom, żeby dopłynąć na wyspę, burzy fryzury i podróżne stylizacje. Robi się wtedy coś takiego, że zaczynamy sobie nawzajem pożyczać chustki i zaplatać warkocze. I już nie ma pani, tylko jest Ania albo Hania. Myślę też, że niebagatelną rolę odgrywa oddalanie się od stałego lądu. To symboliczne odcięcie się od tego, co zostało za nami. W życiu bywa różnie. Ktoś jedzie na jogę do Grecji, bo chce odpocząć, a ktoś inny, żeby wylizać rany. Każdy z nas zalicza zakręty. Czasem trzeba się gdzieś zaszyć, naładować baterie, na nowo uwierzyć w siebie, rozwinąć skrzydła, pobyć przez chwilę ze sobą, by zyskać nową perspektywę, siłę i motywację.

Dom, do którego zabieram swoje joginki, niejedną już osobę pozbierał, natchnął i zainspirował. Położony na wzniesieniu, jak przystało na posiadłość jednej z onegdaj najbardziej wpływowych, arystokratycznych rodzin na wyspie, góruje nad okolicą. Z okien zasłoniętych drewnianymi żaluzjami widać Morze Egejskie. Otoczony starannie zaprojektowanymi starymi odmianami roślin – wielkimi kaktusami, soczystymi agawami i aloesem, potężną kwitnącą na różowo bugenwillą, dającymi cień palmami i sosnami piniowymi, zamknięty bramą na „słowo honoru” – jest zjawiskowy. Architektka zieleni, która kiedyś tu ze mną przyjechała, przez pierwszą godzinę siedziała na stopniach tarasu i patrząc na ogród, pochlipywała. Gdy zapytałam, co się dzieje, odpowiedziała, że to ze wzruszenia pięknem. Potem wzruszeń jest coraz więcej, a z dnia na dzień słychać coraz więcej śmiechu. Olivier, mąż właścicielki miejsca, mówi, że uwielbia, gdy przyjeżdżamy, bo jesteśmy jak kolorowe, radosne ptaki, których śmiech i śpiew niesie się wieczorami po ogrodzie. Bo czasem rzeczywiście śpiewamy, czasem ktoś zagra na starym pianinie, a czasem opowiadamy sobie intymne historie, bo czujemy się tu bardzo bezpiecznie ze sobą. Sam dom ma w sobie coś otulającego i sprzyjającego otwieraniu się. Może to ten minimalizm we wnętrzu, może stare freski, może drewniana nieolejowana podłoga, po której chodzi się boso, a może opieka aniołów, które malowała babcia Christiny – właścicielki o kociej gracji i przenikliwym spojrzeniu. Christina wynajmuje ten dom tylko na warsztaty z rozwojem; sama medytuje, ćwiczy jogę, pisze. Często, kiedy przyjeżdżam, właścicieli nie ma, wędrują po francuskich górach; znamy się już długo, możemy sobie zaufać.

Nie ma tu obsługi. Gotują dwie piękne siostry: pół Greczynki, pół Meksykanki. Po kuchni biega śliczny chłopiec, syn Melisy. Do stołu nakrywamy same, mamy dyżury. Jedzenie jest przepyszne, ze świeżych produktów, organiczne, wegetariańskie. Gdy zasiadamy o 10 rano do śniadania, po dwóch godzinach jogi, długie stoły z piniowych desek uginają się od lokalnych specjałów. Czekają na nas: gęsty jogurt, świeże figi i inne owoce, gęsty i obłędnie pachnący miód tymiankowy, domowe konfitury, granola, sery krowie i owcze, pachnące słońcem pomidory i ogórki, zioła, zielonkawa świeża oliwa. Biesiadujemy godzinę. Nikomu się nie śpieszy. Tak jedzą Grecy. Można się od nich uczyć tej celebry. Knajpki są tu pełne od rana do wieczora. A w weekendy przychodzą całe rodziny: od wnuków po nestorów. Siedzą godzinami. Na stołach mnóstwo przekąsek: małe smażone sardynki, chrupiące krążki kalmarów, zapiekana feta, lśniąca od oliwy sałatka grecka, czosnkowe tzatziki, pasta z bakłażanów, owoce morza. Grecy rozmawiają, śmieją się, skubną a to krewetkę, a to oliwkę, popiją winem, zagrają w grę planszową. Dziecko zaśnie u dziadka na kolanach, przyplącze się kilka kotów na rybkę. Piękne obrazy.

Po wyspie poruszamy się rowerami. Czekamy jedna na drugą. Czasem którejś spadnie łańcuch, czasem któraś chce się odłączyć, to się melduje; pilnujemy się nawzajem.

Jest szał na miasteczko, stolicę wyspy, Eginę. Bo knajpki są boskie, a na XIX-wiecznym targu rybnym najlepsze w okolicy dary morza, do tego butiki z oryginalnymi ciuchami, biżuterią i wszędzie stragany z pistacjami! Pistacje to symbol wyspy i poważna sprawa, gaje przekazywane są z pokolenia na pokolenie, to źródło utrzymania i dumy. Pistacjowe jest tu wszystko – nawet pesto, ale też pyszne likiery, słodycze, orzeszki na słodko i słono, czekoladki z marcepanowo-pistacjowym nadzieniem. Po buszowaniu w miasteczku jest czas na plażę albo zwiedzanie. Wyspa ma sporo do zaoferowania, ale można też odwiedzić pobliskie wysepki. Egina to jedna z archipelagu ośmiu Wysp Sarońskich. Łatwo dostać się na nie promem lub wynajętą łodzią.

Można popłynąć na pobliskie maleńkie Agistri z pięknymi plażami albo na Hydrę, gdzie panuje zakaz ruchu samochodowego, podróżuje się na osłach i koniach. Można, ale nie trzeba, bo każda wyspa zaprasza do tego, żeby na niej dłużej zostać, a nie wpadać w przymus szybkiego zwiedzania. Lepiej kontemplować to, co tu i teraz. Warto wiedzieć, że każda z Wysp Sarońskich jest zupełnie inna. Nie da się ich porównać.

Do naszego domu wracamy przed piątą po południu na relaksującą jogę, którą ćwiczymy na wewnętrznym podwórzu pod palmami. A potem jest kolacja. Stoły znów się uginają, a my jemy więcej, niż nakazuje rozsądek, ale kto by się kierował rozsądkiem, gdy na stole lądują jeden po drugim greckie przysmaki i organiczne wino. Dobrze nam tu. Wytworzyła się bliskość, zaskakująco głęboka więź między duszami. Niekiedy przerodzi się w przyjaźń na lata, niekiedy pozostanie takim chwilowym serdecznym wydarzeniem, które na długo zapada w serce, a choć trwało krótko, to zmienia, grzeje, pociesza, zostawia ślad lub inspiruje. Szkoda się rozstawać. Do zobaczenia w innych kropkach na mapie świata, bo coś mi mówi, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie.

1\8
Kasia Bem, autorka tekstu i joginka
Kasia Bem, autorka tekstu i joginka
Archiwum prywatne

W pozycji trójkąta na jednej z uliczek w Eginie.

2\8
Stragany na wodzie
Stragany na wodzie
Adobe Stock

Na kołyszącym się pokładzie można kupić aromatyczne bakłażany, papryki, pomidory.

3\8
Życie w błękicie
Życie w błękicie
Adobe Stock

 Krajobraz sprawia, że łatwo tu zostać poetą, łatwo się rozmarzyć.

4\8
Całe morze na własność!
Całe morze na własność!
Adobe Stock

Takich dziewiczych, pustych zatoczek jest tu mnóstwo. To jedna z atrakcji Wysp Sarońskich.

5\8
Uczestniczki wyjazdu z Kasią Bem w niewielkim porcie PerdiKa
Uczestniczki wyjazdu z Kasią Bem w niewielkim porcie PerdiKa
Archiwum prywatne

Można zostawić tu rowery, żeby popłynąć taksówką wodną na bezludną wysepkę Moni. P.S. Do roweru obowiązuje zestaw: kapelusz i szal.

6\8
Uliczki Eginy
Uliczki Eginy
Adobe Stock

Kolorowe jak cukierki, zapraszają do zgubienia się chociaż na chwilkę.

7\8
Dom rodziny Karapanou
Dom rodziny Karapanou
Archiwum prywatne

W ogrodzie domu rodziny Karapanou, który góruje nad okolicą, rosną potężne kaktusy, soczyste agawy i aloesy, palmy i sosny piniowe dają cudowny cień, a z okien widać Morze Egejskie.

8\8
Medytacja o poranku
Medytacja o poranku
Archiwum prywatne

Spotkanie na górnym tarasie z widokiem: bezcenne.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Szkocja Wyspa Skye Quiraing
Getty Images

Wyspa Skye, czyli najpiękniejsza wyspa Szkocji – przyjedź i zakochaj się!

Wyspa Skye nazywana jest Szkocją w miniaturze. Połączona z lądem mostem, jest nie tylko najłatwiej dostępną ze szkockich wysp, ale też najbardziej różnorodną: zamki, wrzosowiska, zielone wzgórza, stada owiec oraz doskonałe owoce morza.
Karolina Stępniewska
19.10.2018

Nie bez powodu mówi się o Skye, że to Szkocja w miniaturze, bo ta największa wyspa w archipelagu Hebrydów Wewnętrznych kryje całe bogactwo niezwykle zróżnicowanych krajobrazów – od plaży o bielutkim piasku, przez torfowiska czy wrzosowiska, przez pionowo opadające do morza klify aż po poszarpane góry i wyglądające niczym z innej planety skały Quiraing. Co więcej, Skye jest łatwo dostępna, bo jako jedyna ze szkockich wysp jest połączona z  lądem mostem. Gdy spojrzeć na mapę, jej linia brzegowa jest tak pokręcona i pofalowana, że wygląda jak kleks. Pogoda na wyspie Skye jest tu prawdziwie szkocka! Różnorodność krajobrazów doskonale dopełnia zmienność pogody, która – jak to w Szkocji – jest w kratkę. Jednak lepiej się jej kaprysami nie przejmować, tylko postępować zgodnie z tutejszym porzekadłem, które mówi, że jeżeli nie podoba ci się pogoda to... poczekaj pięć minut – zaraz na pewno się zmieni! Jakby na potwierdzenie tych słów, gdy zaczynam jeść ostrygi, nad Loch Harport świeci piękne słońce, gdzieś przy piątej muszli wiatr przywiewa nagle chmury, które nadają zatoce dramatyzmu, a dziesiątą ostrygę zrasza mi mżawka. Ale kiedy wracam z dokładką, znów się wypogadza. Zmienność podpowiada gaelicka nazwa Skye – Wyspa Mgieł, której nie sposób wymówić w oryginale bez połamania sobie języka: Eilean a’ Cheò. Równie karkołomne i brzmiące jak język elfów nazwy spotkamy tu co krok, bo drogowskazy i nazwy miejscowości są podawane zarówno w języku angielskim, jak i gaelickim, zwanym dla uproszczenia szkockim. Skye - najpiękniejsza wyspa Szkocji Jadę na północ wyspy wśród soczyście zielonych łąk przechodzących nagle w strome, tonące w falach oceanu urwiska. Jednym z najbardziej...

Czytaj dalej