Pies na kozetce u psychologa: w czym może mu (i nam!) pomóc psi behawiorysta?
Unsplash

Pies na kozetce u psychologa: w czym może mu (i nam!) pomóc psi behawiorysta?

„Przychodzą pacjenci i chcą, żeby zwierzak przestał gryźć lub szczekać. Dlaczego nie pytają, co on czuje? Jak funkcjonuje?” – mówi Aneta Awtoniuk, zoopsycholożka.
Paweł Sulik
04.08.2020

Pies albo kot to nie zabawka, którą można włączyć, wyłączyć albo oddać komuś innemu, kiedy już sie nam znudzi. Banał? A jednak wciąż trzeba o nim przypominać. Wychowanie domowego zwierzaka nie zawsze jest łatwe: zdarza się, że kot sika, pies wyje, szczeka, jest agresywny… – w takich sytuacjach pomoże psi behawiorysta. Dużo możemy też od niego dowiedzieć się o sobie samych.

Paweł Sulik: Kim jest behawiorysta? Czy to osoba zajmująca się tresurą zwierząt?

Aneta Awtoniuk: Behawiorysta to specjalista od zachowań. Wie, jakie zachowania są typowe, a jakie odbiegają od normy, potrafi je zmodyfikować. Szkolenie to domena treserów. Nie znoszę jednak tego słowa – treserzy są w cyrkach, wolę nazywać siebie trenerką. Szkolę bowiem nie tylko zwierzę, ale i człowieka. Podobnie w  przypadku terapii behawioralnej moimi pacjentami są zarówno zwierzęta, jak i ich opiekunowie. W 90 procentach kłopoty, których przysparzają zwierzęta, są wynikiem tego, co niewłaściwego w  relacji z  nimi robi człowiek.

Z jakimi problemami styka się pani w pracy najczęściej?

Jesteśmy otoczeni zdjęciami ślicznych piesków i kotków umieszczonymi na portalach społecznościowych, ale moi pacjenci przychodzą naprawdę sfrustrowani. Najczęściej słyszę, że pies gryzie kanapę, kot sika na pościel itd. Zdarza się, że koty są agresywne wobec gości w domu, polują na stopy, kiedy tylko ktoś zdejmie buty. Właściciele wierzą, że istnieje szybka i skuteczna metoda, żeby skorygować uciążliwe zachowania zwierząt. Myślą, że wystarczy sięgnąć po odpowiednią pastylkę, którą ja, behawiorystka zwierzęca, zalecę, a zwierzę momentalnie przestanie sprawiać problemy. Nikt nigdy nie przyszedł do mnie dowiedzieć się, co czuje i jak funkcjonuje jego pies czy kot, zawsze przychodzą pacjenci, którzy chcą, żeby zwierzak przestał gryźć, przestał szczekać albo sikać.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Psi behawiorysta leczy nie tylko psie zachowania

A pani szuka przyczyn zachowań zwierząt przez długą obserwację.

Najczęściej przyglądam się najpierw właścicielowi. Na przykład przychodzi do mnie niezbyt pewna siebie pani, która najbardziej na świecie kocha swojego psa, i z tej miłości pełnej lęku otwiera nad nim ochronny parasol. A kiedy człowiek się boi, to zaczyna inaczej pachnieć. Co prawda na perfumy wydajemy fortunę, ale proszę mi uwierzyć, w porównaniu z psim ludzki węch jest po prostu niepełnosprawny. Nie wiem, czy pan teraz pachnie adrenaliną, czy spokojem, ale pies stwierdza to w kilka sekund.

Wróćmy do pani zatroskanej niebezpieczeństwami czyhającymi na jej psa.

Kiedy nasza przykładowa pani widzi po drugiej stronie ulicy większego psa, natychmiast zapachem „mówi” do swojego zwierzęcia: „Niebezpieczeństwo!”, a ono zaczyna bronić oboje. Wyjście na zewnątrz przestaje być radosnym bieganiem z kolegami po parku, kojarzy się wyłącznie z  napiętą smyczą i wrogą konfrontacją.

Co pani robi w takiej sytuacji? Namawia właścicielkę, żeby zaczęła inaczej pachnieć?

W zasadzie tak. Właścicielka musi dowiedzieć się, w jaki sposób komunikuje psu różne rzeczy w sytuacjach, kiedy ona ma wrażenie, że nic do niego nie „mówi”. Bo przecież milczy! To bardzo często jest zaskoczeniem dla ludzi, którzy dopiero odkrywają, że ich zwierzę ma bogaty świat reakcji na nasze zachowania, a  nawet nastrój. Co oznacza, że zaczynamy zawsze od człowieka i jego codziennej rutyny.

Tego się nie wytrenuje na kozetce w pani gabinecie.

Nie. Jakkolwiek wyzywająco to zabrzmi: ja pracuję na ulicy. Jeśli ktoś ma kota lub psa, który ma problem z zachowaniem w domu, to nic mi nie da zaproszenie takiej pary do gabinetu. Muszę przyjrzeć im się tam, gdzie występuje problemowe zachowanie. Zwierzę przerażone samotnością pod nieobecność właściciela będzie brudziło i niszczyło przedmioty w  domu lub wyło z rozpaczy. W moim gabinecie tak się nie zachowa, bo właściciel jest obok.

Jedzie pani przesiadywać godzinami w  czyimś domu?

Tak. Behawiorysta musi zrozumieć powody niewłaściwych zachowań zwierząt, znaleźć ich źródło. Trochę jak w dobrych kryminałach. Dlaczego zwierzę inaczej zachowuje się w kuchni niż w sypialni? Które przedmioty są dla niego ważne? Co symbolizują? To bardzo indywidualna praca, w której każdy przypadek
jest inny. Często proszę opiekunów o   nagrania, a oni zostawiają włączoną kamerkę, wychodząc z domu. Potem oglądam mnóstwo filmów zoologicznych! Niekiedy są to horrory. Przeprowadzam też testy, szukając typowych reakcji zwierzęcia na konkretne bodźce.

psi behawiorysta
Unsplash

Kociarze kontra psiarze?

Stereotyp jest taki, że szczególnie koty są indywidualistami. Czy pani obserwacje to potwierdzają?

To nie koty, ale właściciele kotów są stereotypowi. Potrafią tolerować różne kocie wybryki latami, przekonani, że te zwierzęta „chodzą własnymi ścieżkami”. To mocny kulturowy dogmat. Nie tresujemy domowych kotów, bo nikt nigdy tego nie robił poza rosyjskimi cyrkami, wierząc, że koty to skończeni i w dodatku krnąbrni indywidualiści. Skoro tak myślimy, to pozostaje nam tylko narzekać, kiedy zwierzę niszczy, przeszkadza i atakuje.

Zapytam zatem inaczej, jacy są psiarze, a jacy kociarze?

Najwyraźniejsza różnica jest w poczuciu władzy i egzekwowaniu posłuszeństwa. W pewnym przerysowaniu – opiekun kota uważa się za służącego, który ma usprawniać świat zwierzęciu, a z kolei opiekun psa wydaje komendy, polecenia, zarządzając jego światem. Nie da się jednak ukryć, że częściowo pokrywa się to z ewolucją obu gatunków. Gdybyśmy my, ludzie, dziś zniknęli z powierzchni ziemi, w niedługim czasie znikną również psy jako zwierzęta całkowicie udomowione, koty zaś doskonale się zaadaptują. Bezdomne psy szukają w śmietnikach pozostałości jedzenia po człowieku, zaś koty zaczynają po prostu polować na inne zwierzęta. Tak więc nasze przekonanie, że opiekun kota nie jest jego całym światem, ma mocne podstawy.

To po co właściciele kotów w ogóle przychodzą do pani?

Ponieważ przeprowadzają się, zawierają małżeństwa, pojawiają się dzieci, czyli zachowania zwierząt dotychczas akceptowalne przestają nimi być. Pracowałam z parą, która miała przez 10 lat kota sikającego na łóżko. Należało określić i  zlikwidować stresor, czyli bodziec, który był dla kota wyzwalaczem napięcia. Okazało się, że zwierzak reagował na nieregularną pracę jednego z partnerów. Sikał w łóżko, gdy obu dwunożnych nie było w nim na noc. Ludzie nie mogli zmienić pracy, ale zaradziliśmy temu inaczej i w tej chwili łóżko nie musi być zasłaniane folią. Zmuszam ludzi do zakwestionowania szkodliwych reguł, które czasem trwają latami.

Proszę o przykład.

Pies w przestrzeni publicznej polskich miast jest zazwyczaj na krótkiej smyczy, czyli jest ubezwłasnowolniony. Przy spotkaniu z innym psem nie może zachować się tak, jakby chciał. Ta smycz wymusza na nim konfrontację. Tymczasem pies bez smyczy najczęściej omija psa, z którym mógłby mieć zatarg. To, co często widzimy, czyli naprężone smycze i szczekające na siebie zwierzęta, to aberracja i pozostawienie zwierzęcia bez możliwości adekwatnej reakcji.

Skąd pani to wszystko wie?

Spędziłam wiele lat na obserwacji zwierząt. Ba! Wciąż to robię. I one naprawdę są inne, niż wydaje się większości ludzi mających przed oczami bajkowy obraz Reksia, który chociaż jest terierem, czyli klasycznym psem myśliwskim, to kooperuje w idealnej harmonii z kurami na jednym podwórku.

Albo Szarik.

Ludzie żyją w przekonaniu, że owczarek niemiecki rodzi się świetnie wyszkolony. Wystarczy rzucić mu odbezpieczony granat ręczny, a on chwyci go w zęby i  zaniesie pod niemiecki czołg. Tymczasem ich piesek po roku wciąż obgryza nogi od  stołu. Wtedy naprawdę rodzi się frustracja. U opiekuna – że coś z jego psem jest nie tak, a u zwierzęcia, bo jest karcone, a  nie wie za co.

Co pani robi ze sfrustrowanym dwunożnym pacjentem?

Zaczynam od ustalenia oczekiwań. Często ktoś w porywie serca bierze psa ze schroniska i jest przekonany, że uratował zwierzę, więc ono powinno być mu wdzięczne, a tymczasem ten pies sika na dywan. Oczekuje się miłości za ocalenie, a pies zostaje tym, kim był w schronisku, czyli po prostu psem. Sika na dywan, bo tak samo sikał na podłoże w schroniskowej klatce. Nie jest niewdzięczny, jest nienauczony. To łatwo zmienić! Warto uświadomić sobie, czego w zasadzie chcemy od psa albo kota, jak sobie wyobrażamy relację i najważniejsze, co takiego jest w nas, że właśnie tego chcemy.

No to jesteśmy jednak na kozetce!

Pytam, jak właściciele reagują w różnych sytuacjach, a gdy przyznają, że bywają zaborczy, odpowiadam: „Tak jak pies”. Ktoś mówi, że jest wycofany, wtedy też mogę powiedzieć, że tak jak pies.
Cała sztuka polega na tym, żeby uświadomić sobie, że budowa relacji z inną istotą jest czasochłonna, pełna zasadzek i porażek i  nie zawsze kończy się happy endem. Nie mamy cudownego leku na konflikty –  ani w życiu, ani w pracy, ani w relacji ze zwierzętami. Potrzeba czasu i cierpliwości, ale najpierw wnikliwej obserwacji. Zwierzę to nie lodówka czy pralka, w  której wystarczy wymienić śrubkę, żeby lepiej działała, to czująca, reagująca istota.

psi behawiorysta
Unsplash

Lodówkę czy pralkę można wyrzucić, kiedy się popsuje.

Psa, niestety, też ludzie potrafią wyrzucić. Nie mam słów na określenie tego, jak dewastująca dla społeczeństwa jest praktyka porzucania zwierząt, które się znudziły albo podrosły i łobuzują. Zwierzę cierpi, także emocjonalnie, może nawet stracić życie, ale rodzina, w  której coś takiego się wydarzyło, będzie już na zawsze naznaczona tym, że zostawiła jednego ze swoich na pastwę losu. Myślę, że rodzice, którzy pokazują dzieciom, że można wyrzucić domownika, powinni liczyć się z tym, że gdy sami się zestarzeją, dzieci pozbędą się ich z  domu tak samo łatwo, jak oni pozbyli się psa.

Ma pani ciężką pracę. Przychodzi do pani właściciel, który chce kontrolować psa, a tymczasem pani mu każe tego psa socjalizować.

Niestety, nie mogę w pierwszym zdaniu powiedzieć, że on nieprawidłowo myśli o swoim zwierzęciu, bo zrażony moją postawą znajdzie sobie jakiegoś pseudotresera, który będzie łamał psa, a raczej jego psychikę, najlepiej w trzy tygodnie. To koszmar, którego muszę uniknąć. Działam małymi krokami, przekonując człowieka, żeby myślał szerzej, bardziej jak pies. W efekcie, znając psie postrzeganie świata, może zaoferować zwierzęciu współpracę, partnerstwo, a  nie komendy, krzyki i przemoc. Moją filozofią na życie ze zwierzętami jest: „Wychowuję, nie tresuję”. To deklaracja wartości.

Często spotykam zwierzęta, które mają zmarnowane życie, co prowadzi do tego, że ludzie mają zmarnowane życie. Istne koło cierpień. Słyszę rzeczy, których ludzie nie mówią nawet psychoterapeutce. A mówią psiej trenerce. Widzę wyraźnie, jakie autowizerunki w sobie pielęgnują, jakie frustracje ich męczą. Bywa, że pies zajmuje mi 20 minut, a z właścicielem o  nim samym rozmawiam trzy godziny. Bo jestem także ludzkim coachem i korzystam z tego, żeby naprawić psio-ludzką relację w domu. Po takich wizytach chciałabym zmieniać prawo, lansować rozwiązania, które – jak wiem – nigdy nie wejdą w życie.

Na przykład jakie?

Obowiązkowe, powszechne testy psychologiczne dla potencjalnych posiadaczy zwierząt, potwierdzające umiejętności niezbędne do życia ze zwierzętami. Takie prawo jazdy dla opiekuna. Niektóre schroniska zaczęły wdrażać tego rodzaju programy. Sprawdzają warunki w  mieszkaniu, długo rozmawiają z potencjalnym właścicielem, pytając, jak sobie wyobraża wspólne życie. Dopiero później zapada decyzja, co nie wyklucza wizyt kontrolnych, kiedy już się weźmie zwierzę ze  schroniska.

Moja znajoma przechodziła taki proces. Ostatecznie nie zdecydowała się wziąć kota ze schroniska!

Będę brutalna: może i dobrze się stało. Czym jest wizyta i rozmowa z wolontariuszką ze schroniska? Przepraszam, ale jeśli dla kogoś to jest za dużo, to zwierzę w domu będzie katastrofą. Powtarzam: zwierzę w naszym życiu oznacza totalną zmianę. Dom przestaje być już tylko nasz. Zaczynamy dzielić go z innym gatunkiem! Możemy mieć problemy, których dziś sobie nawet nie wyobrażamy. Wie pan, dlaczego te rozmowy z  ludźmi ze schronisk są tak szczegółowe i być może zniechęcające? Bo wiele osób przekonanych, że zaopiekuje się zwierzęciem, zgłasza się po jakimś czasie do schroniska, mówiąc: „Ja już dziękuję, weźcie sobie tego potwora z powrotem”. Takie wstępne rozmowy mają skutecznie odsiać tych, którzy poddadzą się na pierwszym zakręcie. Nie przekazujmy zwierząt ze schronisk byle komu, bo od takich ludzi zwierzęta wrócą do tych strasznych miejsc.

Strasznych miejsc? Wszystkie schroniska tak pani ocenia?

Sama instytucja schroniska jest z gruntu złem. Ograniczenie relacji społecznych, skoszarowanie różnych zwierząt, osobowości, historii w tym samym niewielkim miejscu musi przynieść katastrofalne skutki dla psychiki psów czy kotów.

Dlaczego tyle zwierząt jest w schroniskach?

To źle postawione pytanie. Dlaczego tyle zwierząt domowych jest w Polsce? Dlaczego, gdy proponuje się sterylizację, budzi to w Polsce gigantyczny sprzeciw. Obok Rumunii, Węgier i Czech jesteśmy liderami w Europie – mamy ponad siedem milionów psów! I większość ma mieć szczeniaki, bo właściciel wierzy święcie, że gdy sunia nie ma młodych choć raz w życiu, to zwariuje. To, oczywiście, bzdura, ale populacja się powiększa. Ile z tych „chcianych” szczeniąt wyląduje na ulicy, zostanie podrzuconych pod schronisko lub przywiązanych do drzew w lasach? Z tak olbrzymią liczbą zwierząt nie poradzi sobie nawet najlepiej rozwinięta sieć schronisk i tysiące wolontariuszy.

Jak to o nas świadczy?

W każdym człowieku jest potrzeba bycia w bliskiej relacji z jakąś istotą, bez względu na status materialny, pochodzenie, miejsce zamieszkania. W ludzkim mniemaniu łatwiej się dogadać ze zwierzęciem niż z innym człowiekiem. Kiedy pójdziemy dalej i  popatrzymy na „narodowe” rasy psów, to widzimy, że często są odbiciem mentalności społeczeństw, które je tworzyły.

Na przykład?

Japończycy mają rasę akita. Te psy nie lubią się przytulać, często mają bardzo koci charakter, który jest kompletnie inny od charakteru labradora, kontaktowego psa stworzonego przez Anglików. Jest to odbicie różnicy w relacjach społecznych w tych krajach. Angielski, pełny ironii, szybko skracający dystans sposób bycia, różni się od japońskiego, wyniosłego ukrywania emocji.

Ktoś za chwilę kupi psa lub kota. Co pani chciałaby takiej osobie powiedzieć?

Po pierwsze, nie róbmy nigdy zwierzętom tego, czego nie chcielibyśmy, aby robiono nam. Na przykład kupując sztuczne, wymyślone rasy psów czy kotów, napędzamy rynek, którego efektem jest cierpienie zwierząt. Nie dokładajmy się do tego. Po drugie, nigdy, przenigdy nie kupujmy zwierząt z pseudohodowli. To fabryki cierpienia. Pseudohowcy to źli ludzie myślący wyłącznie o zysku kosztem zdrowia zwierząt. Po trzecie, rozważmy wzięcie zwierzęcia ze schroniska. Nie każdy psiak z przytuliska wymaga terapii behawioralnej, a każdemu będzie lepiej w domu niż tam. I ostatnia sprawa, najtrudniejsza: ćwiczmy się w patrzeniu oczami zwierząt na nas samych. Co  i  jak mówię, co i jak robię? Jak to może widzieć i rozumieć zwierzę? Bądźmy bardziej świadomi. Taka regularna autoanaliza na pewno zmieni na lepsze naszą relację ze zwierzęciem.

Aneta Awtoniuk - behawiorystka, zoopsycholożka, specjalistka od zachowań zwierząt, coach umiejętności interpersonalnych, znana jako psia superniania. Inicjatorka kampanii „Wychowuję, nie tresuję”.

*** 

Rozmowa z Anetą Awtoniuk ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot.Weronika Nowokuńska

Zaproś na randkę na Tinderze… bezdomnego psa! Masz szansę na miłość na całe życie

Szukasz wiernego kompana? Kogoś, kto nigdy cię nie zdradzi i zawsze będzie przy tobie? Kogoś, dla kogo będziesz najważniejsza? Wejdź na Tinder i zacznij randki z… bezdomnymi psami.
Sylwia Arlak
31.07.2020

Mamy środek wakacji, ale nie dla wszystkich to czas beztroski, odpoczynku i radości dzielonej z najbliższymi. Bezdomne psy i koty cierpią teraz bardziej niż kiedykolwiek. Pandemia pokrzyżowała plany wielu schroniskom. Wciąż brakuje rąk do pracy. Przystopowały adopcje, kończą się na środki na utrzymanie czworonogów.  Zwierzęta nas potrzebują – Nie wszystkie schroniska zniosły obostrzenia. Nie wszystkie wpuszczają już na swój teren wolontariuszy i innych ludzi. Sytuacja zwierząt wciąż jest więc bardzo trudna – mówi nam pomysłodawczyni ogólnopolskiej akcji „Biegamy z psiakami ze schroniska”, miłośniczka zwierząt, Monika Dąbrowska i dodaje: – Ludzie nie adoptują tak chętnie, jak wcześniej. Wielu ludzi w dalszym ciągu boi się, czy będzie miało pracę, a tym samym pieniądze na utrzymanie zwierzaka. Wielu wciąż boi się koronawirusa i woli siedzieć w domu. Zdają sobie sprawę, że pies potrzebuje się wybiegać, a oni nie mogą im teraz tego zapewnić.    Co w takiej sytuacji możemy zrobić dla cierpiących zwierząt? – Ja w pierwszej kolejności sprawdziłabym, gdzie jest najbliższa placówka, która pomaga czworonogom. Sprawdziłabym, czego im na ten moment najbardziej potrzeba. Mogą to być pieniądze na rehabilitacje, ale też koce i inne rzeczy, które często zalegają w naszych domach. Mogą też prosić o pomoc w wyprowadzaniu psa, bo mają ich coraz więcej, a nie chcą, żeby odzwyczaiły się od kontaktu z ludźmi. Te bezbronne stworzenia nas potrzebują – podkreśla nasza rozmówczyni. Aplikacja, która gwarantuje miłość Monika Dąbrowska od lat wspiera adopciaków na różne sposoby. Ostatnio wpadła na pomysł, żeby szukać domów dla bezdomnych psów za pomocą popularnej aplikacji dla poszukujących miłości, czyli oczywiście...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Psów jest za dużo, mamy dziś modę na psy. I fundujemy im piekło” – mówi Sylwia Najsztub, behawiorystka

„Jest moda na psy. Ale nie patrzymy na ich prawdziwe potrzeby tylko na to, co ktoś pisze na Facebooku, jakie ktoś wstawia zdjęcia, co mówią ludzie na spacerach i to, co ktoś napisze w pierwszej lepszej gazecie” – mówi behawiorystka Sylwia Najsztub, założycielka Fundacji „Duch Leona”.
Sylwia Arlak
27.08.2020

Nie każdy musi mieć psa i nie każdy powinien go mieć — przestrzega w rozmowie z nami Sylwia Najsztub, trenerka, behawiorystka i prezeska Fundacji „Duch Leona”. Wie, co mówi. Od 20 lat zajmuje się pracą z psami, często agresywnymi. Pod opieką ma w tej chwili 40 psów. Sylwia Arlak: Panuje moda na psy? Sylwia Najsztub: Zdecydowanie. Kiedyś ludzie mieli psy, bo je lubili, albo chcieli, żeby odstraszały złodziei. W dzisiejszych czasach żaden pies nie ma szans z wytrawnymi złodziejami. Co najwyżej z pijaczkami. Psów jest dzisiaj o wiele za dużo. Są wszędzie. Właściwie otwierasz lodówkę, a tam pies. I przez to ich życie często jest piekłem. Jest moda, ale i tak nie zawsze wiemy, jak się z nimi obchodzić… Właśnie dlatego, że jest moda. Wszyscy chcemy robić tak jak inni. Nie myślimy samodzielnie, tylko zaczynamy robić to, co mówią inni – znawcy, którzy mieli w życiu jednego albo dwa psy. Niestety jest również problem ze szkoleniowcami, którzy często nie mają żadnej praktyki, ale skończą kurs, pojadą na seminarium i wydaje im się, że już wszystko wiedzą. Nie patrzymy na prawdziwe potrzeby psa, tylko na to, co ktoś pisze na Facebooku, jakie ktoś wstawia zdjęcia, co mówią ludzie na spacerach i to, co ktoś napisze w pierwszej lepszej gazecie. Czytaj też :  Chcesz być szczęśliwsza? Spokojniejsza? Wprowadź do swojego życia więcej zieleni Brakuje nam wiedzy? Przede wszystkim musimy włączyć myślenie. Oczywiście wiedza też jest ważna, ale zdrowy rozsądek jest podstawą. Niestety moda nie wiąże się z tym, że lubimy psa i chcemy z nim być, tylko chcemy go mieć. Chcemy go mieć, bo sąsiad ma, kolega z pracy, rodzina, itd. Ogólnie pasuje do naszego anturażu. A tak naprawdę nie lubimy z nim spędzać czasu, nie chce nam się nim zajmować, wychodzić na...

Czytaj dalej
psy do adopcji
iStock

„To chyba jedyny plus tej pandemii” – mówi Anna Elgert. Coraz więcej adopcji adopciaków w Polsce!

Schroniska są teraz zamknięte, ale serca osób wrażliwych na los zwierząt w ostatnim czasie otworzyły się szeroko. Adopcje zwierzaków są coraz częstsze!
Kamila Geodecka
17.12.2020

Okazuje się, że czas pandemii, tak dokuczliwy dla ludzi, dla psów i kotów okazał się rokiem szansy na lepsze. W ostatnich miesiącach wielu z nas zdecydowało się na adopcję adopciaka. O tym, jak teraz wygląda praca w schronisku i jak wygląda proces adopcyjny zwierzaków, opowiada  Anna Elgert z „OTOZ Animals” oraz zastępczyni kierownika w schronisku „Ciapkowo” w Gdyni. Kamila Geodecka: Mówi się, że w czasie pandemii więcej osób decyduje się na adopcję psa. To prawda? Anna Elgert: Tak, to chyba jedyny plus tej pandemii. Ale chcę zaznaczyć jedną rzecz. Czasami zarzuca się nam, że pozwalamy na adopcję, a po pandemii te psy będą wracały do schroniska. Ale my prowadzimy weryfikację osób, które chcą przygarnąć zwierzaki, żeby takie sytuacje się nie zdarzały. Zawsze pytamy się o to, ile godzin dziennie pies będzie zostawał sam. Ale w normalnym trybie pracy. Pytania dotyczą normalnego trybu życia, nie tylko tego w czasie pandemii. I mogę powiedzieć, że póki co nie mieliśmy żadnych zwrotów z adopcji. Faktycznie na początku była obawa, bo nagle wszyscy zaczęli zgłaszać się po psy. Niektórzy podejrzewali, że to może dlatego, że na początku w czasie lockdownu tylko z psem można było wychodzić na spacery, a inni nie mogli tak spacerować. Ale my naprawdę bardzo mocno weryfikujemy te domy. Starsze psy mają najmniejszą szansę na adopcje?  Tak i kładziemy bardzo duży nacisk na wydanie tych psów. Szczególny problem jest ze starszymi i do tego dużymi psiakami. Wiadomo, że jak przychodzi mały szczeniak, to tych zgłoszeń jest dużo. Ale pieski, które są już po 2-3 lata w schronisku, to często są już starsze zwierzęta. Dla nas adopcja starszego psa to naprawdę cud. My w schronisku staramy się też dbać o te starsze zwierzęta i dajemy im...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Felinoterapia – najmilszy sposób na stres! Spokoju i relaksu uczymy się od kotów

Koty to nasi najlepsi nauczyciele. Pozwalają nam spojrzeć na życie z dystansu i działają antydepresyjnie. Felinoterapia to najmilszy sposób na stres, nerwy i codzienny niedoczas.
Sylwia Arlak
20.08.2020

Koty miauczą, drapią, wskakują na stół i lubią nas budzić nas o nieludzkich (bo kocich!) porach. Ale te, przyznajmy szczerze, drobne niedogodności to nic w porównaniu z korzyściami, jakich doświadczamy, żyjąc z kotem pod jednym dachem. Koty – i to fakt zbadany naukowo, a nie tylko opinia kociarzy i kociar – mają zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Nic dziwnego, że felinoterpia (rodzaj zooterapii, o którym zaczęło się mówić w latach 80. polegający na kontaktach z kotem) wciąż zyskuje na popularności. Opiekunowie kotów żyją dłużej Naukowcy z Uniwersytetu w Minesocie udowodnili, że opiekunowie kotów żyją dłużej. W czasie dziesięcioletnich badań odkryli też, że ci, którzy mają kota, są o ok. 30 proc. mniej narażeni na wystąpienie zawału serca. Zbawienny wpływ ma na nas kocie mruczenie, bo obniża ciśnienie krwi oraz poziom cholesterolu (mruczenie ma niską częstotliwość pomiędzy 25 a 50 Hz, czyli taką samą, która jest wykorzystywana przez ortopedów i rehabilitantów oraz w medycynie sportu w leczeniu urazów kości, mięśni oraz procesie zabliźniania się ran). To właśnie dlatego koty wspomagają osoby niepełnosprawne fizycznie w okresie rehabilitacji.   Pozytywnie wpływają także na nasz stan psychiczny. Pomagają osobom chorym na depresję, z nerwicą, zaburzeniami lękowymi i uzależnionym. Obcując z nimi, relaksujemy się i czujemy spokojniejsi. Właściciele kotów są mniej samotni i bardziej zadowoleni z życia, a nawet...lepiej śpią. Mruczeniu towarzyszy głęboki dźwięk, który uwalnia w organizmie kota serotoninę.   Koty najlepszym przyjacielem człowieka? Istnieje nawet taki termin, jak „mruczoterapia”. Jego pomysłodawcą jest weterynarz z Tuluzy, Jean-Yves Gauchet. Stworzył on 30-minutowe nagranie CD z zarejestrowanym...

Czytaj dalej