„Komierowo to pałac z duszą, ale bez duchów”, mówią siostry Komierowskie
archiwum prywatne

„Komierowo to pałac z duszą, ale bez duchów”, mówią siostry Komierowskie

Dzięki ich determinacji możemy się o tym przekonać, bo po latach burzliwej historii Anna i Agnieszka odkupiły od państwa Pałac Komierowo, odrestaurowały go i częściowo wynajmują.
Magdalena Felis
20.05.2020

Był w rękach Niemców, przeżył oblężenie Armii Czerwonej, w PRL obrócono go w ruinę. Dzisiaj znów przeżywa czasy świetności. O swoim pałacu, jego burzliwej historii i o szacunku dla rodzinnych korzeni opowiadają siostry Anna i Agnieszka Komierowskie herbu Pomian.

Magdalena Felis: Pamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszałyście, że macie pałac?

Anna Komierowska: Od zawsze o nim wiedziałyśmy. W latach 80. mieszkaliśmy na osiedlu z wielkiej płyty w zwykłym, ciasnym mieszkaniu, ale i tak co niedzielę na obowiązkowym rodzinnym obiedzie przychodził moment, kiedy tata rzucał: „Co robimy z Komierowem?”. To były czasy komuny, więc na odzyskanie pałacu nie było żadnych szans. I nikt nie wierzył, że coś się zmieni. 

Agnieszka Komierowska: Pałac został odebrany rodzinie na początku II wojny światowej i po wojnie przeszedł na skarb państwa. Odzyskanie go stało się trochę rodzinną obsesją. Udało się dopiero w 1997 roku, kiedy był już ruiną.

Zasada minoratu

A kiedy został zbudowany?

Agnieszka: W 1670 roku powstał murowany pałacyk, wokół którego roztaczał się wielki park. To był początek. Drzewa z tamtego okresu rosną do dziś. Neoklasycystyczny kształt nadał pałacowi Tomasz Komierowski – taka była wtedy, w latach 30., moda. Tomasz był też ostatnim prawowitym właścicielem Komierowa przed wojną.

Anna: W naszej rodzinie obowiązywała nietypowa jak na Polskę zasada minoratu: dziedziczył najmłodszy – żeby majątek nie ulegał podziałom. Dzięki temu ziemia, na której stoi pałac, była w rękach rodziny prawie tysiąc lat. Ale potem przyszła wojna i skończył się stary świat. Tomasz zdążył jeszcze 31 sierpnia 1939 roku odesłać syna do Adampola, do rodziny swojej żony, Róży z Zamoyskich. Uratował mu tym życie. Sam został w pałacu. 

Dlaczego?

Anna: Jego 13-letni wtedy syn Andrzej na dworcu w Toruniu prosił go, żeby jechał z nim. Wojna wisiała w powietrzu, a Komierowo leżało 30 kilometrów od ówczesnej granicy z Niemcami. Tomasz powiedział mu wtedy słowa, które nam powtarzano od dziecka: „Komierowski należy do Komierowa i nikt go stamtąd nie ruszy”. I wrócił do pałacu. 

Wizyta Hitlera w Komierowie

Agnieszka: Kilka dni później weszli Niemcy, Tomasz został aresztowany, przewieziony do więzienia w Lipce i rozstrzelany. A 5 września w Komierowie pojawił się Hitler razem z Himmlerem, szefem SS, a później Gestapo.

Skąd to wiadomo?

Agnieszka: Zachowały się zdjęcia z tamtego dnia. Mój szwagier, który pasjonuje się historią i jest researcherem historycznym, znalazł je w internetowych archiwach. Wyobraź sobie, jak się czułyśmy, patrząc na największych zbrodniarzy wojennych na tarasie naszego rodzinnego domu.

Anna: Wszystko wskazuje na to, że przejęcie Komierowa zostało skrupulatnie zaplanowane na mocy dekretu Göringa z 16 października 1939 roku. Do tego stopnia, że natychmiast w księgach wieczystych pojawił się zapis o tym, że majątek należy do III Rzeszy. To zresztą było dodatkową przeszkodą, kiedy po dekadach starań w końcu pojawiła się możliwość odzyskania Komierowa. Bo musieliśmy udowadniać, że ta ziemia jest nasza, a nie III Rzeszy.

A co działo się w Komierowie w trakcie wojny? 

Anna: Prawdopodobnie była tu siedziba dowództwa wojska niemieckiego, a oficerowie, którzy tu zamieszkali, sprowadzili również swoje rodziny. Może też służbę.

Agnieszka: Ta wojenna historia niedawno wtargnęła znów w nasze życie, kiedy już trwał remont Komierowa. Byłam tam na miejscu, gdy nagle ktoś z pracowników powiedział, że jacyś ludzie o mnie pytają. Wyszłam przed pałac, a tam troje przybyszów. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Jedna z kobiet trzymała torbę z albumami, widać, że była zmieszana. Od razu poczułam jakieś napięcie.

To byli Niemcy?

Agnieszka: Tak. Kobieta z albumami przedstawiła się i wyjaśniła, że jest w podróży sentymentalnej i chciała pokazać rodzinie dom, w którym się urodziła.

Czyli wasze Komierowo?

Agnieszka: Ona urodziła się tu już po wejściu Niemców. Wyciągnęła albumy i zaczęła pokazywać mi sielskie zdjęcia swoich rodziców, dziadków. Ci ludzie ze zdjęć i ona, mała dziewczynka, fotografowali się w miejscach, które znałam z naszych rodzinnych zdjęć. Na tarasie, pijąc herbatę. Przed chwilą patrzyłam na zdjęcie małego Andrzeja i jego mamy, a ona pokazywała mi swoje zdjęcia dokładnie w tym samym miejscu. W niemal identycznej pozie. To było wstrząsające. Czyjeś rodzinne szczęście wybudowane na rozpaczy mojej rodziny. 

Kim ona była?

Agnieszka: Powiedziała, że córką zarządcy koni. Choć ciężko uwierzyć, że zarządca koni fotografował się z całą rodziną podczas picia herbaty na tarasie.

Pokazałaś jej pałac?

Agnieszka: Tak. I pokazałam jej nasze rodzinne zdjęcia. Ona też zareagowała emocjonalnie, musiała wyjść na powietrze, napić się wody. Potem po powrocie do Niemiec napisała do mnie długi mail, dziękując i podkreślając, że jej ojciec nie był żołnierzem. I choć nie wiem, jaka jest prawda, za nic jej nie winię. Tylko to spotkanie dwóch światów zabolało. 

Co się stało z Andrzejem po wyjeździe z Komierowa?

Anna: Nie zdawał sobie sprawy z tego, że wtedy na dworcu widzi ojca ostatni raz. Dotarł bezpiecznie do Adampola i tam przeczekał wojnę, planując powrót do Komierowa. Ale Niemcy odeszli, weszło wojsko radzieckie, które zdewastowało pałac, a jeszcze później okazało się, że nowe polskie władze nie zamierzają oddawać majątków ziemskich właścicielom.

Agnieszka: Po wojnie wprowadzono dekret zakazujący prawowitym właścicielom zbliżania się do ich odebranych majątków na 50 kilometrów! Andrzej zrozumiał, że nie ma szansy na odzyskanie domu. Udało mu się jeszcze przenieść ciało ojca na cmentarz w Komierowie, ale musiał to robić w tajemnicy. A potem postanowił ruszyć w świat – najpierw do Szwajcarii, a później aż do RPA. 

Pałac w Komierowie
archiwum prywatne
Agnieszka (zdjęcie powyżej) i Anna Komierowskie (u dołu), tak jak cała rodzina, nigdy nie straciły nadziei na odzyskanie pałacu. Dzisiaj po sześcioletnim remoncie Komierowo to prywatna rezydencja z możliwością wynajmu pokoi.

Pałac w Komierowie
archiwum prywatne

PGR w Pałacu

Jaki był pomysł władzy ludowej na pałac w Komierowie?

Agnieszka: Mieścił się tu m.in. ośrodek pracy dla więźniów z pobliskiego Koronowa, którzy pracowali na roli, przy hodowli zwierząt. Pałac stał się siedzibą PGR-u, w jego części urządzono magazyn. Nikt oczywiście o niego nie dbał: pokoje podzielone na małe klitki, na ścianach lamperie, obskurne boazerie. I coraz większa ruina.

Anna: W końcu upadł komunizm, ale Komierowo, wciąż jako własność skarbu państwa, nie było wystawiane na sprzedaż. Za to pojawiali się kolejni dzierżawcy, jak chociażby firma organizująca wczasy w siodle, na które jeździłam w latach 90.

Ty, Komierowska, jeździłaś do Komierowa na obozy letnie?

Anna: Tak. Z pełną świadomością, że jadę do odebranego nam rodzinnego majątku. Miałam wtedy jakieś 14–15 lat. Pamiętam z tego czasu pałac zdewastowany – okropne komunalne łazienki, ścianki działowe, zapach pleśni. Ale i tak czułam się tam wyjątkowo. Niedaleko, w Sępólnie Krajeńskim, mieszkali już wtedy wuj Andrzej z żoną Janeczką, którzy po obaleniu komunizmu wrócili do Polski z RPA w 1990 roku.

Agnieszka: Wrócili, bo ówczesna minister kultury, Izabela Cywińska, wysłała im oficjalny, opatrzony godłem Polski list, że wchodzi w życie ustawa o zwrocie majątków. Co więcej, obiecała zwrot, zanim wejdzie ustawa reprywatyzacyjna – za symboliczną złotówkę z uwagi na wartość historyczną Komierowa i znaczenie dla dziedzictwa narodowego. Andrzej i Janeczka byli jedynymi spadkobiercami po ostatnim przedwojennym właścicielu Tomaszu Komierowskim. Więc Andrzej i Janeczka po 31 latach w Johannesburgu spakowali, co mogli, resztę sprzedali i wrócili do Polski, żeby odzyskać Komierowo. Postawili wszystko na jedną kartę, a ustawa nigdy nie weszła w życie...

I co zrobili na miejscu?

Agnieszka: Próbowali zamieszkać w pałacu, w dwóch pokojach, które zgodził się im odstąpić zarządca PGR-u. Ale pałac był zniszczony i nieogrzewany, wygoniła ich stamtąd sroga zima. Wtedy przenieśli się do najbliższego miasteczka, czyli do Sępólna Krajeńskiego.

Anna: I stamtąd dalej szukali sposobu na odzyskanie Komierowa – razem z naszym tatą, Piotrem Komierowskim, ich kuzynem, dla którego to również stało się życiowym celem. Dla nich wszystkich powrót do korzeni był wielką wartością. Więc kiedy w 1994 roku Andrzej zmarł bezdzietnie, jego wolą było, by Komierowo wróciło do Komierowskich. I prośbę tę zwrócił właśnie do naszego taty. Dopiero trzy lata później udało się wreszcie odkupić od państwa polskiego nasz rodzinny majątek. W okolicznościach przypominających nieco historyczny thriller.

Agnieszka: Przez kolejne lata tata śledził wszelkie kroki Agencji Rolnej Skarbu Państwa, która robiła wszystko, by majątek Komierowo – nawet za pieniądze – nie wrócił do byłych właścicieli, czyli do naszej rodziny. W pewnym momencie agencja zdecydowała się sprzedać pałac z parkiem, choć nie nagłośniła tej informacji. Jakimś cudem nasz zdeterminowany tata dowiedział się o tym i korzystając z przysługującego prawa pierwokupu dla byłych właścicieli, doprowadził do transakcji. 

1000 lat tradycji 

A jak właściwie znalazło się w rękach waszej rodziny? Jakie to czasy?

Anna: Wszystko zaczyna się od rycerza Sobiesława Bossuty, protoplasty naszego rodu. Prawdopodobnie należał do orszaku czeskiej księżniczki Dobrawy, która w 965 roku przybyła na dwór księcia Mieszka I, aby zostać jego żoną. Bossuta miał się wsławić szczególnymi zasługami na polu walki i za to otrzymał w darze od Mieszka ziemie na skraju Borów Tucholskich, około 1000 hektarów, w tym wieś Komierowo, od której wzięło się nazwisko.

Agnieszka: Pierwsza historyczna wzmianka o rodzinie pojawia się przy zapisie pewnej transakcji z 1376 roku, kiedy to szlachcic Jan z Komierowa sprzedawał cystersom byszewskim wieś o nazwie Nasławia Łąka. Więc już wtedy tak się nazywaliśmy – „z Komierowa”. 

Czujecie za sobą te wieki tradycji?

Agnieszka: U nas historią żyje się na co dzień. Na rodzinnych spotkaniach wyciągamy drzewo genealogiczne, które jest ogromne, nie mieści się na żadnym stole. Trzeba odsuwać meble, rozkładać je na podłodze. Drzewo jest odnawiane, uzupełniane, bo rodzina bardzo się rozrasta. Kiedyś u Komierowskich kobiety rodziły nawet po 18 dzieci, dziś wielu kuzynów ma liczne potomstwo – troje, czworo, a nawet i sześcioro dzieci. Mieszkają w Szwecji, w Kanadzie. Wielki klan.

Anna: A teraz, kiedy Komierowo powróciło do rodziny, mamy w końcu miejsce, które pomieści Komierowskich podczas rodzinnego zjazdu! Ale to zasługa Agnieszki, że pałac odzyskał dawny blask. To ona, najmłodsza z czwórki rodzeństwa, zdecydowała się poprowadzić generalny remont, który ostatecznie trwał aż sześć lat. 

Pałac w Komierowie
archiwum prywatne
Siostry Komierowskie z tatą, Piotrem Marią Komierowskim.

Powrót do domu i wielki remont

W Polsce powrót prawowitych właścicieli często budzi złe emocje.

Agnieszka: To prawda. Kiedy przyjechałam pierwszy raz do Komierowa, miałam wrażenie, że odbieram komuś jego własność. Pałac stał otwarty, nieogrodzony i wydawało się, że należy do wszystkich. 

Czułaś się jak intruz?

Agnieszka: Trochę tak. Dlatego zdecydowałam się zagrać va banque. Najpierw zaczęłam chodzić na msze do miejscowego kościółka, który jest tak mały, że każdy ma tam swoje miejsce w ławce i nie sposób wtopić się w tłum. I za którymś razem po prostu weszłam na ambonę podczas ogłoszeń parafialnych i przedstawiłam się. Powiedziałam, że rozpoczynamy generalny remont pałacu i dla bezpieczeństwa wszystkich musimy cały teren ogrodzić. Ale poprosiłam też, żeby odtąd nasza własność była szanowana, żebyśmy mogli sobie wszyscy ufać, bo jesteśmy sąsiadami. I że na pewno będę potrzebować ludzi do pracy, więc jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę się do mnie zgłosić. I to był mój debiut w tej społeczności

Zaakceptowali cię?

Agnieszka: Tak. Szybko stałam się rozpoznawalna, ludzie zaczęli mówić mi dzień dobry, zagadywać pod sklepem – bo oprócz kościoła, sklep jest drugim najważniejszym punktem we wsi. Stamtąd też często werbowałam pracowników, którzy za dniówkę pomagali przy remoncie i sprzątaniu parku.

I żadnych zgrzytów?

Agnieszka: Zaczęło się bardzo dobrze, wszyscy byli zmotywowani. Potem bywało różnie – jednego dnia, kiedy wyjechałam, ktoś wywiózł całą wywrotkę drewna z pałacu i sprzedał sąsiadowi za płotem. Od razu się oczywiście o tym dowiedziałam, bo w takiej małej miejscowości nic się nie da ukryć. Winowajcy zresztą szybko zostali zatrzymani przez policję i ukarani. A potem przyszli mnie przeprosić i znów chcieli się zatrudnić.

Gdzie mieszkałaś w trakcie remontu?

Agnieszka: Przez pierwsze trzy lata dojeżdżałam z Warszawy, a potem, zamieszkałam w starej oficynie: urządziłam sobie trzy pokoje, ogrzałam elektrycznym piecem. Później okazało się, że pod starą podłogą, której nie ruszałam, miałam wielką kolonię myszy. I tak mieszkałam z nimi przez te pierwsze lata.

Na sześć lat stałam się specjalistą od instalacji sanitarnych, elektronicznych, od konstrukcji. Wszystkiego musiałam się nauczyć, żeby być kompetentna w rozmowach z wykonawcami. Nadzorowałam układanie kilometrów instalacji, inwentaryzowałam cały park, co wymagało zmierzenia wszystkich 2700 drzew na wysokości 130 centymetrów i opisania ich: obwód, rzut korony, gatunek. 

Teraz pałac wygląda imponująco, w środku mieści się ekskluzywny hotel, park zapiera dech w piersi. A co ze stosunkami międzyludzkimi? Sąsiedzi zaakceptowali nowe porządki?

Anna: Agnieszka jest bardzo lubiana w Komierowie, wspiera tamtejszą świetlicę, festyny, pomaga potrzebującym. Jest swoja. To ona przerzuciła most między Komierowskimi a mieszkańcami wsi Komierowo.

Agnieszka: Wiedziałam, że bez społecznej akceptacji nam się nie uda. Że wszystko musi odbyć się w zgodzie, a nie przeciwko. Wiesz, my mamy za sobą wielką historię, nasi przodkowie brali udział w elekcjach królów Augusta II, Stanisława Leszczyńskiego i Stanisława Augusta Poniatowskiego, ale w naszej rodzinie najważniejszą wartością byli ludzie i relacje z nimi. Komierowscy zawsze angażowali się społecznie. Od dziecka pamiętam, że komuś pomagaliśmy, wyciągaliśmy z życiowych kryzysów, choroby, biedy.

Anna: To jest zapisane w naszym herbie Pomian: „dumnym, hardym, biednym brat” – więc jesteśmy tym społecznikowstwem naznaczeni. Roman Komierowski, ojciec Tomasza, wielki patriota, był przewodniczącym polskiego koła w Reichstagu, ostro występował przeciw germanizacji, prowadził nowoczesną gospodarkę. Wdrażał pracę u podstaw, pozwalał ludziom kupować ziemię – to była bardzo nowoczesna postawa. Do dziś otrzymuje pośmiertne odznaczenia. Wydaje się zresztą, że to za jego postawę Tomasz został rozstrzelany.

To jeszcze najważniejsze pytanie, zwłaszcza dla przyszłych gości hotelu Komierowo. Czy tam na pewno nie straszy?

Anna: Nie! Chyba, że ktoś boi się pobyć w ciszy i blisko przyrody.

Agnieszka: Muszę przyznać, że choć nie wierzę w duchy, w pewnym momencie, kiedy jeszcze trwał remont, wybrałam się do kobiety, która widzi więcej. Ciągle przebywałam w tak starym domu i zaczęłam się zastanawiać, czy nie zakłócam tu żadnego porządku. I ta kobieta, która – jak o niej mówią – przeprowadza na drugą stronę, powiedziała mi, że przyszłam do niej z 30 innymi duszami. Ale wszystkie były przyjazne i szczęśliwe, że ktoś zajął się ich dawnym domem.

I przeprowadziła je na drugą stronę?

Agnieszka: Najwyraźniej tak, bo żadna nie daje znaku istnienia (śmiech). Poza tym w Komierowie nie było fundamentów, więc nie było też nigdy lochów czy kazamatów. Jest tylko mała piwniczka, którą trzymam na specjalną okazję.

Anna: Komierowo to pałac z duszą, ale bez duchów. Ma służyć nie tylko naszej rodzinie, ale wszystkim, którzy cenią ciszę, spokój, zdrowie. Nasi goście często mówią, że wyczuwają w Komierowie dobrą, twórczą energię. Że naprawdę odpoczywają. Nasz rodzina należy do długowiecznych i szczęśliwych – niech to będzie dowodem na to, że umiemy zadbać o psychiczno-fizyczną równowagę.

Rozmowa z Anną i Agnieszką Komierowskimi ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olga Kozierowska
mat. prasowe

Olga Kozierowska: „Do zmiany nie jest potrzebna odwaga. Tylko ciekawość”

Założycielka Fundacji Sukces pisany Szminką, dziennikarka i mentorka – właśnie debiutuje w teatrze! Jej spektakl „Wysokie C” ma swoją premierę live 10 maja na Facebooku.
Magdalena Felis
09.05.2020

Olga Kozierowska założyła Fundację Sukces Pisany Szminką i od lat aktywuje kobiety zawodowo, a teraz na podstawie swoich doświadczeń napisała sztukę „Wysokie C”, w której zagra główną rolę. Wyznaje zasadę: nie rezygnujmy z wielkich rzeczy na rzecz przeciętności. Z zmianach w życiu, odwadze, i o tym „co ludzie powiedzą” rozmawia z nią Magdalena Felis. Magdalena Felis: Z czego w życiu zrezygnowałaś, bo bałaś się, co ludzie powiedzą? Ze sztuki. Chciałam śpiewać, tańczyć, zdawać na aktorstwo, ale skończyłam zarządzanie i marketing. Bo to miał być bezpieczniejszy fach.  Po drodze były jeszcze skrzypce. Tak, nawet chciałam zdawać na Akademię Muzyczną, ale okazało się, że mam zwyrodnienie ścięgien i musiałam zrezygnować. Marzyłam, żeby występować w  Gawędzie! Jednak rodzice nie chcieli o  tym słyszeć. Więc poszłam na skrzypce. Ja to nazywam realizacją marzenia pozornego. Niby muzyka, ale nie ta! Też marzyłam o Gawędzie, ale mi zabrakło wiary i odwagi.  Tobie zabrakło albo ktoś ci jej uszczknął. Jako rodzic trójki dzieci uważam, że moją rolą jest służyć dziecku tak, aby wzleciało jak najwyżej. Bo dziecko czuje, w czym mogłoby być najlepsze. Ma odwagę marzyć, że będzie prezydentem, aktorką, akrobatą, naukowcem. Idzie za tym marzeniem, staje na skraju skały, przed którą rozciąga się ocean możliwości, i wie, że ma skrzydła, wierzy, że może polecieć. Tylko się trochę boi. I  właśnie wtedy rodzic powinien dziecko z miłością i czułością „popchnąć”, a nie ściągać w dół z krzykiem: „Uważaj, bo spadniesz! Nie wiadomo, co tam jest! Podetnę ci skrzydła, wtedy będziesz bezpieczne!”.  Poprosiłam ostatnio moją 15-letnią córkę, żeby ścięła mi włosy. Choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Powiedziała:...

Czytaj dalej
Ministerstwo Dobrego Mydła
mat. prasowe

Jak zrobić mydło? Dziewczyny z Ministerstwa Dobrego Mydła wiedzą to najlepiej!

„Tworzenie mydła jest jak wypiekanie chleba. Kiedy włoży się w nie serce i najlepsze składniki, staje się wyjątkowe”, mówią założycielki Ministerstwa Anna i Urszula Bieluń.
Wika Kwiatkowska
13.05.2020

Śliwka, cynamon i rozmaryn. Albo ananas, czekolada, nagietek. A do tego oleje: orzechowy, kokosowy, malinowy, z opuncji… Składniki ciastek? Niekoniecznie. W rękach Ani i Uli Bieluń zamieniają się w obłędnie pachnące mydełka, kule do kąpieli, musy do ciała, olejki i pilingi. Wszystkie na bazie warzyw, owoców i innych naturalnych składników. Kiedy pochodzące z Kamienia Pomorskiego siostry wystartowały ze swoją marką, były jedną z pierwszych rzemieślniczych manufaktur mydlarskich w Polsce. Osiągnęły sukces, o jakim nie marzyły. I przy okazji stały się pionierkami trendu.  Mydlana historia starszej z sióstr, Ani, zaczęła się w liceum. Ekomoda właśnie dotarła do Polski i 15-latka zaczęła szukać w Szczecinie ekologicznych kosmetyków. Były dostępne w jednej drogerii, sprowadzane z Niemiec i horrendalnie drogie. Ania ciułała pieniądze i czasem pozwalała sobie na odrobinę ekoszaleństwa. Na studiach odkryła mydełka krojone z bloku. Ale ponieważ uważnie czytała skład na etykietach, zorientowała się, że to tylko ładnie ubrane zwyczajne kostki myjące z prefabrykatu. Postanowiła działać – wpisała w internetowej wyszukiwarce frazę: jak zrobić mydło. Wyskoczyła raptem jedna strona. Powtórzyła frazę po angielsku – pojawiły się setki zdjęć, blogów, tutoriali. Świetnie pamięta pierwsze własnoręcznie zrobione mydło: zainwestowała w kuchenną wagę i składniki, przygotowała blender, garnek i okulary do pływania. Zmiksowaną masę wylała do kartonu po mleku i odstawiła na noc. – To było superuczucie – wspomina Ania. – Jakbym upiekła swój pierwszy chleb.    Oczywiście zdarzały się spektakularne porażki, np. kiedy postanowiła zrobić mydło z dodatkiem mleka, którego wcześniej nie zamroziła. W połączeniu z ługiem spaliło się i tak...

Czytaj dalej
sesja moda wiosna 2020 trendy angielska sielanka polo, konie
fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Moda w plenerze. Tych stylizacji nie powstydziłaby się Kate Middleton!

Niby klasyczny, ale z poczuciem humoru i dystansem. Angielki mają świetny styl! Bierzemy płaszcz w kratkę, tweedową marynarkę, sukienkę w kwiatki i jedziemy na piknik.
Zuzanna Szustakiewicz
06.05.2020

Krawcy z londyńskiej Savile Row szyją najlepsze garnitury na świecie. Liberty słynie z najpiękniejszych kwiatowych wzorów, a trencz z podszewką w kratkę Burberry każda z nas chciałaby mieć w swojej szafie. To Anglia dała światu Alexandra McQueena, Johna Galliano czy królową estetyki punk Vivienne Westwood. Kochamy styl Kate Middleton z jednej strony i Kate Moss z drugiej strony. Ale i tak, to Królowa Elżbieta II nosi jedwabne apaszki, jak nikt inny! Mając na uwadze to bogate modowe dziedzictwo i te wspaniałe inspiracje zaplanuj dzień za miastem. Na łonie natury, z końmi, a może grając w polo?  Wszyscy teraz potrzebujemy chwil przyjemności. Oderwij się na chwilę i pobaw modą w angielskim stylu. Zdjęcia: Bartek Wieczorek/LAF AM Stylizacja: Agnieszka Ścibior Makijaż: Marianna Yurkiewicz Fryzury: Kacper Rączkowski/Buku Team Modelka: Anna Cholewa/Division Asystentka stylisty: Paulina Tarnowicz Produkcja: Paulina Aleksiejuk Za pomoc w realizacji sesji serdecznie dziękujemy Buksza Polo & Riding Club. Buksza Polo & Riding Club to kolebka polskiego polo od 2002 roku. W sezonie 2018 drużyna klubowa zdobyła po raz trzeci tytuł wicemistrza Polski, a klubowa drużyna kobieca po raz trzeci została mistrzem Polski. W Buksza Polo & Riding Club działają także trzy drużyny juniorów under 18. Sesja ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2018 

Czytaj dalej