Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”
Weronika Ławniczak

Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”

„Bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Staram się być obecna tu i teraz. Nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście”, mówi aktorka Orina Krajewska, córka Małgorzaty Braunek.
Karolina Morelowska-Siluk
10.10.2018

Po śmierci mamy, Małgorzaty Braunek, założyła fundację. Teraz Orina Krajewska, która zawodowo poszła w ślady mamy i także została aktorką, wydała książkę o holistycznym podejściu do zdrowia pt. „Holistyczne ścieżki zdrowia. Bądź” (wyd. Sensus). 

Karolina Morelowska-Siluk: Wydałaś książkę „Holistyczne ścieżki zdrowia". Dlaczego zajęłaś się tym tematem?

Orina Krajewska: To naturalna konsekwencja tego, co stało się ważną częścią mojego życia - razem z rodziną prowadzę Fundację Małgosi Braunek „Bądź". Założyliśmy ją po śmierci mamy, to było w pewnym sensie jej życzenie. Mama chorowała na raka, korzystała oczywiście z medycyny konwencjonalnej, ale starała się robić coś więcej - stosowała rozmaite terapie naturalne, praktyki duchowe. Ważna była dla niej aktywna walka o zdrowie. Chciała mieć poczucie, że robi wszystko, co możliwe. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że w wielu miejscach na świecie, także tych bliskich Polsce, na przykład w Niemczech, od lat stosuje się terapie zintegrowane, łączące nowoczesne osiągnięcia medycyny naukowej z medycyną komplementarną.

Co to znaczy?

Mówiąc obrazowo, medycyna komplementarna leczy nie tylko chory narząd, ale cały organizm. Wspierając mamę przez rok, na własnej skórze odczuliśmy skutki jednowymiarowego leczenia. Leczenia, które skupia się wyłącznie na zaatakowanym przez chorobę organie. W podejściu komplementarnym wychodzi się z założenia, że wszystko – umysł, ciało i stan ducha – ma na siebie wpływ. Zaniedbanie jednego z tych obszarów może zaburzać cały system. Moja mama, niestety, nie zdążyła pojechać do kliniki, która oferowała taki rodzaj integralnego leczenia, ale jej wolą było utworzenie czegoś na kształt centrum informacji i studiów nad holistycznym podejściem w medycynie.

Nie mogłaś postąpić inaczej.

Mogłam. Zawsze można. Mogłam zamknąć ten etap, zająć się zupełnie innymi rzeczami, wrócić do sposobu funkcjonowania „sprzed” jej choroby. Jednak wygrała we mnie chyba chęć nadania temu doświadczeniu jakiegoś sensu. I wierzę, że była to najlepsza decyzja, jaką w życiu podjęłam. Jestem wdzięczna mamie za tę inspirację.

To, od czego wychodzisz w swojej książce, to tak naprawdę nie jest rewolucyjna wiedza, a jednak w Polsce, w polskich szpitalach i domach, jej nie ma...

Holistyczne podejście do zdrowia nie powinno być żadną rewolucją. Fakt, że ciało, umysł i duch mają na siebie wpływ, że te wszystkie obszary się ze sobą łączą i na siebie wzajemnie oddziałują, jest oczywisty. To powrót do korzeni, do natury. Kiedyś na człowieka patrzyło się całościowo i tak się go również leczyło, tylko gdzieś na przestrzeni lat, w cywilizacyjnym pędzie, zapomnieliśmy się i zaczęliśmy rzeczywistość i siebie samych dzielić na kawałki. A ja głęboko wierzę w moc holistycznego spojrzenia na swoje zdrowie, na życie.

Sprawdziłaś tę moc na sobie?

Tak, staram się wprowadzać w życie wszystko, czego się dowiaduję. Wiele rzeczy testowałam na sobie, na bieżąco, pisząc tę książkę. I nie zawiodłam się.

Co zmieniłaś w swoim życiu?

Na pewno bezpowrotnie zmieniłam dietę, co nie znaczy, że odżywiam się zgodnie z jakimś sztywnym planem. Jem uważnie, to znaczy czytam etykiety, skład tego, co wkładam do koszyka. Poza tym staram się wiedzieć, skąd pochodzi jedzenie, które kupuję – taki banał – jeśli coś podróżuje przez pół kuli ziemskiej, musi być solidnie spryskane chemią, a tym samym nie jest zdrowe. Wsłuchuję się też w to, co podpowiada mi ciało.

Bo ono często wysyła nam dość jasne sygnały, trzeba tylko chcieć zwrócić na nie uwagę. I to są trzy najważniejsze, najcenniejsze rady dotyczące jedzenia. Poza mądrym odżywianiem dbam o zdrowy, regenerujący sen. No i aktywność fizyczna! Ale to wszystko powinno być „uszyte na naszą miarę", do tego trzeba dojść metodą prób i błędów – organizm sam podpowie, co jest dla niego najlepsze. Na przykład dzięki rozmowie z profesorem Tanaką odkryłam potęgę slow joggingu. Choć zawsze uważałam, że bieganie to kompletnie nie moja bajka. Tymczasem okazało się, że to powolne truchtanie jest dla mnie idealne. Przy każdym spadku energii działa jak zastrzyk mocy. No i jest jeszcze jedna arcyważna sprawa – trzeba znaleźć swój sposób na redukowanie stresu.

Miałaś z tym problem?

Zdecydowanie tak. Z natury jestem mało odporna na stres, do tego wciąż wysoko postawiona poprzeczka oraz brak asertywności – rujnująca mieszanka. Często wpadałam w stresowy paraliż. Miałam też ogromny problem, żeby nauczyć się wyłączać, zatrzymywać w biegu. Wydawało mi się, że jeśli przystanę, świat popędzi dalej beze mnie, coś mnie ominie, coś przegapię. Wyłączenie telefonu było dla mnie niewykonalne.

Jedna z rozmów w książce to wywiad z profesorem medycyny chińskiej Li Jie. Mówi w nim o dwóch rodzajach postu w medycynie chińskiej. Jeden z nich to post żywieniowy, drugi to post psychiczny. Współczesny człowiek żyje w smogu informacyjnym. To znaczy, że jesteśmy przesyceni wiadomościami. Jak za dużo zjesz, boli cię brzuch i nie możesz funkcjonować. Z informacjami jest podobnie – jeśli „zjesz" ich za dużo, twoje emocje, twoja psychika cierpią, są przeciążone. A przenoszone przeciążenia mogą przekształcić się w ciągłe poczucie lęku i zagrożenia.

Profesor powiedział, że jednym z lekarstw w medycynie chińskiej jest odosobnienie. W Chinach zapisuje się je „na receptę”. Wydaje mi się, że ten lek to nic innego, jak czas na pobycie ze sobą, skontaktowanie się z tym, co się w nas dzieje. Zaczęłam ten medykament stosować. Pozwoliłam sobie na to, by się od czasu do czasu wyłączać. Ale wyłączać się bez wyrzutów sumienia, bez myśli: „A może ktoś mnie teraz bardzo potrzebuje, dzieje się coś ważnego, a ja o tym nie wiem”. Tego można się nauczyć. Z czasem i praktyką jest coraz łatwiej. Dziś potrafię odciąć się na kilka dni, nie odbierać telefonu, nie odpisywać na maile. To się naprawdę da zorganizować, nawet jeśli pracuje się zawodowo, nawet jeśli ma się dom, rodzinę.

Ciężko jest tak przewrócić swoje życie do góry nogami, wprowadzić całkiem nowe zasady: zacząć zdrowo się odżywiać, dłużej spać, więcej się ruszać, mniej się stresować?

W pierwszej chwili chciałam ci odpowiedzieć: „O, tak, to jest bardzo trudne”. Ale to nie do końca prawda. Ważny jest ten pierwszy krok. Z każdym kolejnym czujesz taką ulgę, że już nie masz ochoty zawracać z tej drogi. To wciąga, motywuje. Mówi się, że najłatwiej i najszybciej wpada się w to, co złe. Nie do końca się z tym zgadzam. To wspomniane poczucie ulgi, kiedy każdego ranka czujesz się coraz lepiej, jesteś silniejsza, widzisz przyszłość w coraz jaśniejszych barwach, też jest uzależniające. Myślę, że najtrudniejszy element zmiany to pożegnanie wzorców, do których jesteśmy przyzwyczajeni, czy w których zostaliśmy wychowani.

Nasze życie ma jakiś kształt – zastany albo nieświadomie, byle jak zbudowany – i ono sobie tak w tym kształcie płynie. Największe wyzwanie to rozpoznać, że te wzorce nam nie służą i raz na zawsze je pożegnać.

Czy zrobiłaś tę rewolucję w swoim życiu, przewartościowałaś je także ze strachu przed tym, co może spotkać cię w przyszłości, jeśli nie zaczniesz o siebie dbać? Czy fakt, że patrzyłaś, jak odchodzi bardzo bliska ci osoba, włączył w tobie lęk o twoje zdrowie, o twoje życie?

Często o tym myślę... Wydaje mi się, że generalnie są dwie ścieżki, którymi możemy pójść po traumatycznym doświadczeniu. Jedna to zamknięcie rozdziału, zamknięcie drzwi i pójście dalej bez oglądania się wstecz. Niektórym ludziom taka droga z pewnością służy. Jednak ja wybrałam tę drugą –wszystko, co robię, ma na celu nadanie jakiegoś sensu temu, co się wydarzyło, temu, że świadkowałam chorobie i śmierci mojej mamy. To pierwsza motywacja, a druga to pewnie w jakimś sensie to, o co zapytałaś. Oczywiście, staram się nie zakotwiczać przy myślach, że ja także mogę podzielić los mamy, ale te myśli są. Pewnie są naturalne, są nie do uniknięcia w takiej sytuacji. W naszej rodzinie choroby nowotworowe występują, niestety, często – chorowali: mój brat, mama, jedna babcia, druga babcia. Więc na pewno moje działanie – zdrowy tryb życia – podyktowane jest także rodzinnym doświadczeniem i chęcią – na ile jest to możliwe – uniknięcia takiego scenariusza.

Mówi się, że towarzysząc bliskiej osobie w odchodzeniu, albo w jakimś sensie oswajamy się z własną śmiertelnością, albo potęguje się w nas lęk z nią związany.

Chyba nigdy nie wiemy, na ile kurczowo przywiązani jesteśmy do życia. To jest najintymniejsza część nas. Moja mama była bardzo zmotywowana do walki i głęboko wierzyła, że to nie jest ten moment, a ja wierzyłam w to razem z nią. Na ile, świadkując temu, oswoiłam swój lęk na takim głębokim poziomie, nie wiem. Bo na tym podstawowym, świadomym, na pewno zmierzyłam się ze sobą. Kiedyś usłyszałam taką bardzo ładną myśl, że kilka razy w życiu spotyka nas szansa, zwykle po doświadczeniu granicznym, by zrzucić skórę i zmienić całkowicie swój system wartości. Myślę, że mnie właśnie coś takiego spotkało. Miałam wrażenie, że ta zmiana dokonuje się wręcz na poziomie komórkowym, że pozbywam się toksyn, stare przyzwyczajenia przestają mieć znaczenie, odchodzą, a ja zaczynam widzieć, że świat wygląda zupełnie inaczej, niż myślałam, coś zupełnie innego z niego wychwytuję. Poszłam za tym. I świadomie, głośno powiedziałam sobie, że nie ma do czego wracać, że do niczego z tamtej siebie nie tęsknię.

To był rodzaj postanowienia?

W jakimś sensie tak. To na pewno był przełomowy moment w moim życiu. Postanowiłam sobie, że chcę być szczęśliwa. Naprawdę. Wiem, jak to brzmi, bo przecież każdy niby chce być szczęśliwy. Ale to wcale nie jest takie oczywiste. Uważam, że wcześniej jakaś część mnie wcale tego szczęścia nie szukała. „Lubiłam” się udręczać, ciągle krytycznie oceniać. Z ulgą zostawiłam te wszystkie małe neurozy, które mi towarzyszyły i urastały w mojej głowie do rangi spraw najważniejszych. Dziś to szczęście znajduję w byciu w zgodzie ze sobą, w zajmowaniu się sprawami naprawdę ważnymi, w pracy w fundacji, ale lubię też czerpać radość z małych rzeczy, nauczyłam się sprawiać sobie przyjemności. Staram się być obecna tu i teraz. I to jest też wielka nauka, która płynie z doświadczenia choroby mamy, z pożegnania z nią, i z tej mojej nowej, holistycznej ścieżki.

Bo kiedyś wciąż wybiegałaś w przyszłość?

Wybiegałam w przyszłość, miałam misternie i gęsto utkany plan na przyszłość, nie było gdzie wbić szpilki. Skończyłam szkołę aktorską w Londynie i wróciłam z konkretnym celem – sukces! To się oczywiście wiązało z dużą presją. Los pokazał zupełnie inną drogę. Cieszę się, że zdecydowałam się nią pójść. I bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Ale... nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście.

Oczywiste jest, że działanie fundacji jest dla wielu ludzi wsparciem, pomocą. Zdarza się, że dostajesz takie konkretne komunikaty od konkretnych osób, które pokazują, jak wiele dobrego wyniknęło z twojej nowej drogi, twojej przemiany?

Chociaż jako fundacja nie mamy swoich podopiecznych, bo zajmujemy się przede wszystkim edukacją zdrowotną, przekazywaniem wiedzy, szkoleniami, to przez te lata wokół nas zgromadzili się ludzie, także ci chorzy. To są niezwykłe spotkania. Wzruszające. Najcenniejsze. Przygoda z fundacją ma dla mnie wiele wymiarów, to spotkania serce – serce z pacjentami, spotkania z wolontariuszami, z którymi pracuję na co dzień, z prowadzącymi warsztaty, z prelegentami, którzy dzielą się swoją wiedzą. Wszystko to składa się na najcenniejszą lekcję życia i człowieczeństwa. Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie. Jest taka piękna, chyba hawajska, praktyka, w której mówi się: kocham, dziękuję, przepraszam, wybaczam. I to zestawienie słów jest mi na dziś bardzo bliskie.

***

Rozmowa z Oriną Krajewską ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
choroby psychiczne
Adobe Stock

Psychiatra prof. Jacek Wciórka: „Kryzys psychiczny może przytrafić się dokładnie każdemu”

Joanna Rachoń
21.06.2020

Kryzysu psychicznego nie przeżywa się w chmurce nad głową, przeżywa się go w całym ciele, w sercu i umyśle. Ludzie czują się zagubieni, wykluczeni. Czy Centra Zdrowia Psychicznego, nowoczesne ośrodki to wreszcie rewolucja w polskiej psychiatrii? Wyjaśnia  prof. Jacek Wciórka, psychiatra, pracujący w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie Joanna Rachoń: Czy w polskiej psychiatrii właśnie zaczął się przewrót? Prof. Jacek Wciórka: Jestem ostrożny z takimi określeniami, ale istotnie w gronie entuzjastów zmian, które od kilku miesięcy w praktyce wprowadzamy, lubimy myśleć, że one wywołają lawinę. Lawinę pozytywnych działań korzystnych dla osób wymagających pomocy w tej dziedzinie. To znaczy, że stanie się ona łatwiej dostępna, bardziej skuteczna i bliższa człowiekowi. Co się zmienia? Mamy nadzieję, że zmiany organizacyjne, jakościowe i systemowe doprowadzą także do zmiany w podejściu wielu ludzi do zdrowia psychicznego. Zresztą coraz popularniejsze jest skupianie się na zdrowiu właśnie, a nie na chorobie. Na dbaniu o siebie, o swój odpoczynek, sen. To są bardzo pozytywne tendencje. Liczę na to, że za jakiś czas przestanie też być wstydem przyznanie się do depresji czy innego rodzaju kryzysu psychicznego, bo będziemy rozumieli, że problem dotyczy nie „wariatów” i „zaburzonych” – lista takich pejoratywnych określeń jest długa – ale że może przytrafić się każdemu. Każdemu? W tym sensie, że nie do końca wiadomo, dlaczego na podobne sytuacje niektórzy reagują kryzysem, a inni nie. Przyczyny są bardzo indywidualne i bardzo złożone. Wiadomo jednak, że co czwarta osoba w Polsce w ciągu swojego życia przeżywa problem wymagający pomocy terapeutycznej. Badania sondażowe, w których pytano o potrzeby ludzi w zakresie zdrowia...

Czytaj dalej
Trening mindfulness
Getty Images

„Zakotwicz umysł w chwili, w której jesteś tu i teraz” – pisze Kasia Bem, joginka i nauczycielka medytacji

„Uważność inaczej mindfulness, to znakomite praktyczne narzędzie, które sprawia, że nasze życie staje się TOTALNE, czyli inaczej pełne, przeżyte, doświadczone, świadome, zaangażowane”
Kasia Bem
20.06.2020

Uważność ułatwia życie, ale sama w sobie nie jest łatwa. Przynajmniej na początku. Jesteśmy przyzwyczajeni, aby wybiegać myślą do przodu, planować, pisać scenariusze. Albo odwrotnie – wracamy myślami do tego, co już było, roztrząsamy, analizujemy. Lekceważymy chwilę, w której jesteśmy, nie skupiamy się na tym, co mamy tu i teraz.  Joginka i nauczycielka medytacji, Kasia Bem  podpowiada, dlaczego warto praktykować uważność i w jaki sposób możemy to robić.  Inspiracja: „Człowiek, który jest ciągle świadomy, człowiek, który jest w pełni obecny w każdej chwili, to jest mistrz” – Anthony de Mello W ośrodku medytacyjnym stworzonym przez Thich Nhat Hanha, wielkiego mistrza uważnego życia, co 15 minut dzwoni dzwonek. Wszyscy wtedy na chwilę nieruchomieją. Ten moment zatrzymania służy próbie wglądu w tu i teraz, przyjrzeniu się, jaka jest ta zamrożona w ułamku sekundy chwila. Im więcej takich świadomie zauważanych momentów, tym więcej w życiu refleksji, radości i zachwytu. A także zadziwienia z czasem przeradzającego się w pewność, że nie ma dwóch takich samych chwil.  Sprowadzanie świadomości do chwili obecnej nazywa się uważnością. To stan umysłu zakotwiczony w tu i teraz. Uważność inaczej mindfulness, przytomność, bycie w chwili obecnej to znakomite praktyczne narzędzie, które regularnie trenowane przynosi niezwykłe rezultaty. Sprawia, że nasze życie staje się TOTALNE, czyli inaczej pełne, przeżyte, doświadczone, świadome, zaangażowane. Kto choć raz mył totalnie podłogę, dobrze wie, o czym mówię. Totalnie sprzątać, totalnie zmywać, totalnie wąchać kwiaty – to droga do życiowej pełni. Nie ma czynności mniej lub bardziej ważnych, mniej lub bardziej wartych uwagi. Z punktu widzenia uważności najistotniejszy jest ten moment,...

Czytaj dalej
Agnieszka Maciąg
Robert Wolański

Agnieszka Maciąg apeluje do kobiet: „Pomyślcie wreszcie o sobie!”

Była supermodelka, joginka, autorka książek dla kobiet, Agnieszka Maciąg, przeszła długą drogę do punktu, w którym dziś jest.
Magdalena Żakowska
30.12.2019

Książki Agnieszki Maciąg rozchodzą się w kiludziesięciotysięcznych nakładach. Na organizowane przez nią warsztaty ustawia się wielomiesięczna kolejka. Była modelka, dzisiaj joginka i autorka książek pomaga kobietom w odnalezieniu tego, co w ich życiu najważniejsze.  Magdalena Żakowska: Trzy lata temu wywiad na łamach „Urody Życia” zakończyłaś słowami: „Najważniejsze jest to, żebyśmy najpierw nakarmiły siebie, swoją duszę. Wtedy możemy szczodrze rozsiewać dary wokół siebie. Z wyschniętej studni nikt się nie napije”. Agnieszka Maciąg: W teorii to wydaje się oczywiste, ale w praktyce wymaga systematycznej pracy, ponieważ nieustannie się zmieniamy. Relacja ze sobą wymaga troski i zaangażowania, tak jak każda inna relacja w życiu. Wiem, że kochanie siebie jest trudne dla wielu kobiet. Moja nowa książka „Miłość. Ścieżki do wolności” jest właśnie o tym. O naszej miłości do nas samych. O twojej drodze do pełnej samoakceptacji. Chociaż wiele lat żyłam w ekstrawaganckim świecie, byłam modelką, to przeżywałam te same kryzysy, które dotyczą nas wszystkich. Nasza wewnętrzna droga jest podobna, niezależnie od tego, jaki wykonujemy zawód. Możesz już powiedzieć, że kochasz siebie? To nie jest tak, że powiemy sobie kilka razy: „Kocham siebie” i sprawa załatwiona. To jest głęboki, wewnętrzny proces, zdejmowanie z siebie ograniczających przekonań i wzorców. Ja zaczęłam kochać siebie w pełni dopiero jako dojrzała kobieta. Kiedy miałam 37 lat, całkowicie przewartościowałam i zmieniłam siebie i swoje życie. Zaczęłam ćwiczyć jogę, medytować, inaczej myśleć, zaczęłam pisać książki i blog. Ale proces trwa cały czas. Co zmieniłaś już w tym procesie? Na początku to był mój stosunek do ciała. Byłam modelką, ale zaczęłam odczuwać upływ czasu,...

Czytaj dalej