Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”
Weronika Ławniczak

Orina Krajewska: „Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie”

„Bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Staram się być obecna tu i teraz. Nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście”, mówi aktorka Orina Krajewska, córka Małgorzaty Braunek.
Karolina Morelowska-Siluk
10.10.2018

Po śmierci mamy, Małgorzaty Braunek, założyła fundację. Teraz Orina Krajewska, która zawodowo poszła w ślady mamy i także została aktorką, wydała książkę o holistycznym podejściu do zdrowia pt. „Holistyczne ścieżki zdrowia. Bądź” (wyd. Sensus). 

Karolina Morelowska-Siluk: Wydałaś książkę „Holistyczne ścieżki zdrowia". Dlaczego zajęłaś się tym tematem?

Orina Krajewska: To naturalna konsekwencja tego, co stało się ważną częścią mojego życia - razem z rodziną prowadzę Fundację Małgosi Braunek „Bądź". Założyliśmy ją po śmierci mamy, to było w pewnym sensie jej życzenie. Mama chorowała na raka, korzystała oczywiście z medycyny konwencjonalnej, ale starała się robić coś więcej - stosowała rozmaite terapie naturalne, praktyki duchowe. Ważna była dla niej aktywna walka o zdrowie. Chciała mieć poczucie, że robi wszystko, co możliwe. W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że w wielu miejscach na świecie, także tych bliskich Polsce, na przykład w Niemczech, od lat stosuje się terapie zintegrowane, łączące nowoczesne osiągnięcia medycyny naukowej z medycyną komplementarną.

Co to znaczy?

Mówiąc obrazowo, medycyna komplementarna leczy nie tylko chory narząd, ale cały organizm. Wspierając mamę przez rok, na własnej skórze odczuliśmy skutki jednowymiarowego leczenia. Leczenia, które skupia się wyłącznie na zaatakowanym przez chorobę organie. W podejściu komplementarnym wychodzi się z założenia, że wszystko – umysł, ciało i stan ducha – ma na siebie wpływ. Zaniedbanie jednego z tych obszarów może zaburzać cały system. Moja mama, niestety, nie zdążyła pojechać do kliniki, która oferowała taki rodzaj integralnego leczenia, ale jej wolą było utworzenie czegoś na kształt centrum informacji i studiów nad holistycznym podejściem w medycynie.

Nie mogłaś postąpić inaczej.

Mogłam. Zawsze można. Mogłam zamknąć ten etap, zająć się zupełnie innymi rzeczami, wrócić do sposobu funkcjonowania „sprzed” jej choroby. Jednak wygrała we mnie chyba chęć nadania temu doświadczeniu jakiegoś sensu. I wierzę, że była to najlepsza decyzja, jaką w życiu podjęłam. Jestem wdzięczna mamie za tę inspirację.

To, od czego wychodzisz w swojej książce, to tak naprawdę nie jest rewolucyjna wiedza, a jednak w Polsce, w polskich szpitalach i domach, jej nie ma...

Holistyczne podejście do zdrowia nie powinno być żadną rewolucją. Fakt, że ciało, umysł i duch mają na siebie wpływ, że te wszystkie obszary się ze sobą łączą i na siebie wzajemnie oddziałują, jest oczywisty. To powrót do korzeni, do natury. Kiedyś na człowieka patrzyło się całościowo i tak się go również leczyło, tylko gdzieś na przestrzeni lat, w cywilizacyjnym pędzie, zapomnieliśmy się i zaczęliśmy rzeczywistość i siebie samych dzielić na kawałki. A ja głęboko wierzę w moc holistycznego spojrzenia na swoje zdrowie, na życie.

Sprawdziłaś tę moc na sobie?

Tak, staram się wprowadzać w życie wszystko, czego się dowiaduję. Wiele rzeczy testowałam na sobie, na bieżąco, pisząc tę książkę. I nie zawiodłam się.

Co zmieniłaś w swoim życiu?

Na pewno bezpowrotnie zmieniłam dietę, co nie znaczy, że odżywiam się zgodnie z jakimś sztywnym planem. Jem uważnie, to znaczy czytam etykiety, skład tego, co wkładam do koszyka. Poza tym staram się wiedzieć, skąd pochodzi jedzenie, które kupuję – taki banał – jeśli coś podróżuje przez pół kuli ziemskiej, musi być solidnie spryskane chemią, a tym samym nie jest zdrowe. Wsłuchuję się też w to, co podpowiada mi ciało.

Bo ono często wysyła nam dość jasne sygnały, trzeba tylko chcieć zwrócić na nie uwagę. I to są trzy najważniejsze, najcenniejsze rady dotyczące jedzenia. Poza mądrym odżywianiem dbam o zdrowy, regenerujący sen. No i aktywność fizyczna! Ale to wszystko powinno być „uszyte na naszą miarę", do tego trzeba dojść metodą prób i błędów – organizm sam podpowie, co jest dla niego najlepsze. Na przykład dzięki rozmowie z profesorem Tanaką odkryłam potęgę slow joggingu. Choć zawsze uważałam, że bieganie to kompletnie nie moja bajka. Tymczasem okazało się, że to powolne truchtanie jest dla mnie idealne. Przy każdym spadku energii działa jak zastrzyk mocy. No i jest jeszcze jedna arcyważna sprawa – trzeba znaleźć swój sposób na redukowanie stresu.

Miałaś z tym problem?

Zdecydowanie tak. Z natury jestem mało odporna na stres, do tego wciąż wysoko postawiona poprzeczka oraz brak asertywności – rujnująca mieszanka. Często wpadałam w stresowy paraliż. Miałam też ogromny problem, żeby nauczyć się wyłączać, zatrzymywać w biegu. Wydawało mi się, że jeśli przystanę, świat popędzi dalej beze mnie, coś mnie ominie, coś przegapię. Wyłączenie telefonu było dla mnie niewykonalne.

Jedna z rozmów w książce to wywiad z profesorem medycyny chińskiej Li Jie. Mówi w nim o dwóch rodzajach postu w medycynie chińskiej. Jeden z nich to post żywieniowy, drugi to post psychiczny. Współczesny człowiek żyje w smogu informacyjnym. To znaczy, że jesteśmy przesyceni wiadomościami. Jak za dużo zjesz, boli cię brzuch i nie możesz funkcjonować. Z informacjami jest podobnie – jeśli „zjesz" ich za dużo, twoje emocje, twoja psychika cierpią, są przeciążone. A przenoszone przeciążenia mogą przekształcić się w ciągłe poczucie lęku i zagrożenia.

Profesor powiedział, że jednym z lekarstw w medycynie chińskiej jest odosobnienie. W Chinach zapisuje się je „na receptę”. Wydaje mi się, że ten lek to nic innego, jak czas na pobycie ze sobą, skontaktowanie się z tym, co się w nas dzieje. Zaczęłam ten medykament stosować. Pozwoliłam sobie na to, by się od czasu do czasu wyłączać. Ale wyłączać się bez wyrzutów sumienia, bez myśli: „A może ktoś mnie teraz bardzo potrzebuje, dzieje się coś ważnego, a ja o tym nie wiem”. Tego można się nauczyć. Z czasem i praktyką jest coraz łatwiej. Dziś potrafię odciąć się na kilka dni, nie odbierać telefonu, nie odpisywać na maile. To się naprawdę da zorganizować, nawet jeśli pracuje się zawodowo, nawet jeśli ma się dom, rodzinę.

Ciężko jest tak przewrócić swoje życie do góry nogami, wprowadzić całkiem nowe zasady: zacząć zdrowo się odżywiać, dłużej spać, więcej się ruszać, mniej się stresować?

W pierwszej chwili chciałam ci odpowiedzieć: „O, tak, to jest bardzo trudne”. Ale to nie do końca prawda. Ważny jest ten pierwszy krok. Z każdym kolejnym czujesz taką ulgę, że już nie masz ochoty zawracać z tej drogi. To wciąga, motywuje. Mówi się, że najłatwiej i najszybciej wpada się w to, co złe. Nie do końca się z tym zgadzam. To wspomniane poczucie ulgi, kiedy każdego ranka czujesz się coraz lepiej, jesteś silniejsza, widzisz przyszłość w coraz jaśniejszych barwach, też jest uzależniające. Myślę, że najtrudniejszy element zmiany to pożegnanie wzorców, do których jesteśmy przyzwyczajeni, czy w których zostaliśmy wychowani.

Nasze życie ma jakiś kształt – zastany albo nieświadomie, byle jak zbudowany – i ono sobie tak w tym kształcie płynie. Największe wyzwanie to rozpoznać, że te wzorce nam nie służą i raz na zawsze je pożegnać.

Czy zrobiłaś tę rewolucję w swoim życiu, przewartościowałaś je także ze strachu przed tym, co może spotkać cię w przyszłości, jeśli nie zaczniesz o siebie dbać? Czy fakt, że patrzyłaś, jak odchodzi bardzo bliska ci osoba, włączył w tobie lęk o twoje zdrowie, o twoje życie?

Często o tym myślę... Wydaje mi się, że generalnie są dwie ścieżki, którymi możemy pójść po traumatycznym doświadczeniu. Jedna to zamknięcie rozdziału, zamknięcie drzwi i pójście dalej bez oglądania się wstecz. Niektórym ludziom taka droga z pewnością służy. Jednak ja wybrałam tę drugą –wszystko, co robię, ma na celu nadanie jakiegoś sensu temu, co się wydarzyło, temu, że świadkowałam chorobie i śmierci mojej mamy. To pierwsza motywacja, a druga to pewnie w jakimś sensie to, o co zapytałaś. Oczywiście, staram się nie zakotwiczać przy myślach, że ja także mogę podzielić los mamy, ale te myśli są. Pewnie są naturalne, są nie do uniknięcia w takiej sytuacji. W naszej rodzinie choroby nowotworowe występują, niestety, często – chorowali: mój brat, mama, jedna babcia, druga babcia. Więc na pewno moje działanie – zdrowy tryb życia – podyktowane jest także rodzinnym doświadczeniem i chęcią – na ile jest to możliwe – uniknięcia takiego scenariusza.

Mówi się, że towarzysząc bliskiej osobie w odchodzeniu, albo w jakimś sensie oswajamy się z własną śmiertelnością, albo potęguje się w nas lęk z nią związany.

Chyba nigdy nie wiemy, na ile kurczowo przywiązani jesteśmy do życia. To jest najintymniejsza część nas. Moja mama była bardzo zmotywowana do walki i głęboko wierzyła, że to nie jest ten moment, a ja wierzyłam w to razem z nią. Na ile, świadkując temu, oswoiłam swój lęk na takim głębokim poziomie, nie wiem. Bo na tym podstawowym, świadomym, na pewno zmierzyłam się ze sobą. Kiedyś usłyszałam taką bardzo ładną myśl, że kilka razy w życiu spotyka nas szansa, zwykle po doświadczeniu granicznym, by zrzucić skórę i zmienić całkowicie swój system wartości. Myślę, że mnie właśnie coś takiego spotkało. Miałam wrażenie, że ta zmiana dokonuje się wręcz na poziomie komórkowym, że pozbywam się toksyn, stare przyzwyczajenia przestają mieć znaczenie, odchodzą, a ja zaczynam widzieć, że świat wygląda zupełnie inaczej, niż myślałam, coś zupełnie innego z niego wychwytuję. Poszłam za tym. I świadomie, głośno powiedziałam sobie, że nie ma do czego wracać, że do niczego z tamtej siebie nie tęsknię.

To był rodzaj postanowienia?

W jakimś sensie tak. To na pewno był przełomowy moment w moim życiu. Postanowiłam sobie, że chcę być szczęśliwa. Naprawdę. Wiem, jak to brzmi, bo przecież każdy niby chce być szczęśliwy. Ale to wcale nie jest takie oczywiste. Uważam, że wcześniej jakaś część mnie wcale tego szczęścia nie szukała. „Lubiłam” się udręczać, ciągle krytycznie oceniać. Z ulgą zostawiłam te wszystkie małe neurozy, które mi towarzyszyły i urastały w mojej głowie do rangi spraw najważniejszych. Dziś to szczęście znajduję w byciu w zgodzie ze sobą, w zajmowaniu się sprawami naprawdę ważnymi, w pracy w fundacji, ale lubię też czerpać radość z małych rzeczy, nauczyłam się sprawiać sobie przyjemności. Staram się być obecna tu i teraz. I to jest też wielka nauka, która płynie z doświadczenia choroby mamy, z pożegnania z nią, i z tej mojej nowej, holistycznej ścieżki.

Bo kiedyś wciąż wybiegałaś w przyszłość?

Wybiegałam w przyszłość, miałam misternie i gęsto utkany plan na przyszłość, nie było gdzie wbić szpilki. Skończyłam szkołę aktorską w Londynie i wróciłam z konkretnym celem – sukces! To się oczywiście wiązało z dużą presją. Los pokazał zupełnie inną drogę. Cieszę się, że zdecydowałam się nią pójść. I bardzo chciałabym, żeby moja mama poznała mnie dzisiejszą, bo na pewno mocno się zmieniłam. Ale... nie przeszłabym tej przemiany, gdyby nie jej choroba i odejście.

Oczywiste jest, że działanie fundacji jest dla wielu ludzi wsparciem, pomocą. Zdarza się, że dostajesz takie konkretne komunikaty od konkretnych osób, które pokazują, jak wiele dobrego wyniknęło z twojej nowej drogi, twojej przemiany?

Chociaż jako fundacja nie mamy swoich podopiecznych, bo zajmujemy się przede wszystkim edukacją zdrowotną, przekazywaniem wiedzy, szkoleniami, to przez te lata wokół nas zgromadzili się ludzie, także ci chorzy. To są niezwykłe spotkania. Wzruszające. Najcenniejsze. Przygoda z fundacją ma dla mnie wiele wymiarów, to spotkania serce – serce z pacjentami, spotkania z wolontariuszami, z którymi pracuję na co dzień, z prowadzącymi warsztaty, z prelegentami, którzy dzielą się swoją wiedzą. Wszystko to składa się na najcenniejszą lekcję życia i człowieczeństwa. Czuję się wdzięczna za to, jak potoczyło się moje życie. Jest taka piękna, chyba hawajska, praktyka, w której mówi się: kocham, dziękuję, przepraszam, wybaczam. I to zestawienie słów jest mi na dziś bardzo bliskie.

***

Rozmowa z Oriną Krajewską ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
orina krajewska
Fot. Wojciech Foit

Orina Krajewska: „Joga to dla mnie niekończąca się podróż”

„Ostatnie dwa lata są dla mnie przełomowe, jeśli chodzi o świadomość ciała. Zrozumiałam, że ciało jest pierwszym krokiem do tego, żeby poruszyć wnętrze” – mówi aktorka i pasjonatka jogi Orina Krajewska.
Magdalena Żakowska
17.12.2020

Orina Krajewska, aktorka, córka Małgorzaty Braunek i prezeska Fundacji „Bądź” znana jest nie tylko jako joginka, ale też promotorka medytacji integralnej, czyli holistycznego podejścia do zdrowia, w którym postrzega się na człowieka jako całość, a nie sumę niezależnych od siebie organów. Na aktorstwo zostaje je niewiele czasu, ale gra w serialu „Barwy szczęścia" i epizodycznie w innych projektach. Magdalena Żakowska: Ćwiczysz czy praktykujesz jogę? Orina Krajewska: Dziś praktykuję, ale zaczynałam od ćwiczenia. Gdybym ćwiczyła i myślała o sobie, że praktykuję, byłoby chyba nie fair. Na czym polega różnica? Na podejściu. Czy traktujesz jogę jako fajny rodzaj fitnessu, czy element stylu życia? Ćwiczyć jogę zaczęłam jakieś osiem lat temu. Przez pierwsze dwa lata to była hatha joga, czyli po prostu zestaw asan, który traktowałam jak szczególny rodzaj gimnastyki. Co było bodźcem? Bezpośrednim? To, że chciałam zachować szczupłą sylwetkę, a nie lubię biegać i nie miałam też innych sportowych zajawek. A niebezpośrednim? Jako nastolatka miałam problem z relacją ze swoim ciałem. Punktowałam wszystko i miałam potworne kompleksy, wydawało mi się, że jestem za gruba, mam za małe piersi i kręcone włosy zamiast prostych. W jodze trzymam się swoich nauczycieli Standard w tym wieku. Chociaż pochodzisz z domu, w którym relacja z ciałem i aktywność fizyczna były chyba ważne. To taki schemat, że skoro buddyści medytują, to na pewno też ćwiczą jogę i są wysportowani. Ale prawda jest taka, że moja mama nie była jakoś szczególnie aktywną fizycznie osobą. Lubiła pływać i jeździć na rowerze, ale robiła to sporadycznie. Nie praktykowała jogi. Rano wykonywała jakieś błyskawiczne, proste ćwiczenia i to był koniec tematu. Stawiała na duchowość. ...

Czytaj dalej
Orina Krajewska

Inspirujące książki i filmy na jesień, które poleca Orina Krajewska

Nie trzeba jej przedstawiać. Orina Krajewska jest chodzącą reklamą zdrowego i mądrego życia. Oto książki i filmy, które ją ostatnio inspirują.
Magdalena Żakowska
18.10.2020

Chociaż z zawodu jest aktorką, życie pchnęło ją w inną stronę. Po śmierci mamy, Małgorzaty Braunek, zajęła się promocją holistycznego podejścia do zdrowia. Jest prezeską Fundacji „Bądź”, autorką książki „Holistyczne ścieżki zdrowia” i ekspertką w dziedzinie zdrowego życia. Co roku wraz z Fundacją „Bądź” organizuje kongres medycyny integralnej (19 listopada). Prywatnie praktykuje jogę, zgłębia tajniki tradycyjnej medycyny chińskiej i ajurwedy. Ale nie zrezygnowała z aktorstw a – możecie oglądać ją m.in. w serialu „Barwy szczęścia”. W trakcie pandemii wystąpiła w filmie krótkometrażowym swojego brata, Xawerego Żuławskiego, który powstał na zamówienie stacji HBO w ramach antologii „W domu”. Specjalnie dla „Urody Życia” Orina Krajewska poleca najciekawsze książki i filmy, które zachwyciły i zainspirowały ją w tym roku. Ken Wilber „Śmiertelni nieśmiertelni”   Najpiękniejsza opowieść o miłości i głębokim porozumieniu. Świadectwo tego, jak można wspólnie przechodzić przez ciężkie chwile. Jednocześnie to książka-kompendium na tematy związane z rozwojem duchowym. dr Suhas Kshirsagar „Naturalny rytm dobowy”   Książka wyjaśniająca dlaczego, działając w zgodzie z naturalnym rytmem organizmu, będziemy zdrowsi. Bardzo przystępny zestaw wskazówek, co, o jakiej porze i dlaczego. Połączenie perspektywy naukowej i ajurwedyjskiej. Doceniam ze względu na prostotę przekazu. Tę książkę można mieć zawsze przy sobie.  Katarzyna Nosowska „Powrót z Bambuko”   Mądra, bezpośrednia, zabawna. Wszystko w jednym. Każdy felieton Nosowskiej zostawia coś, jakiś ślad. Po każdym musiałam robić przerwę na przemyślenie, jak ten poruszony temat ma się u mnie...

Czytaj dalej
Preeti Agrawal
Bartosz Mokrzycki

Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek medycyny, przekonuje lekarka z podwrocławskiej kliniki medycyny integracyjnej.
Sylwia Niemczyk
03.01.2019

Preeti Agrawal, doktor nauk medycznych, specjalistka II stopnia z ginekologii i położnictwa oraz medycyny integracyjnej przekonuje, byśmy uważniej wsłuchiwali się w siebie i szanowali swoje ciało. Lekarzom radzi, by nie skupiali się tylko na chorobie, ale na całym człowieku.  Sylwia Niemczyk: Jak to się stało, że już od 25 lat hinduska lekarka leczy Polki? Preeti Agrawal:  To historia złożona z przypadków, choć mówi się, że w życiu nie ma przypadków, tylko okazje dostrzegane przez osoby z intuicją. Wychowałam się w  tradycyjnej hinduskiej rodzinie, czyli wśród kobiet. Moja mama nigdy nie pracowała, tak samo żadna kobieta w  rodzinie. Nie było potrzeby ani zwyczaju. Ja chciałam realizować swoje pasje, nie odcinając się jednak od ról typowych dla kobiet: bycia żoną, matką. Jako pierwsza kobieta w rodzinie zostałam lekarzem.  25 lat temu rozpoczęłam praktykę ginekologiczną w Polsce. Wysyłałam wtedy swoje pacjentki do różnych szkół rodzenia, niestety wracały nadal, w moim odczuciu, bez niezbędnej wiedzy o sobie, swojej fizjologii i naturze. Postanowiłam więc sama stworzyć szkołę świadomego rodzicielstwa. W końcu ktoś kiedyś zapytał mnie, czy napiszę książkę. Nie planowałam tego, ale myśl zakiełkowała i po jakimś czasie miałam gotową. Tytuł: „Odkrywam macierzyństwo”. Wysłałam ją do jednej z kobiecych organizacji w  Polsce, ale otrzymałam opinię, że nie jest odkrywcza. Pomyślałam: „Nie jest odkrywcza? A czy w macierzyństwie chodzi o odkrywanie rewolucyjnych metod?” . Z tego mojego buntu narodziła się Fundacja Kobieta i Natura. Już od 11 lat organizujemy konferencje, festiwale. Dla naszych pacjentek, ale też dla personelu medycznego. Poza Fundacją prowadzi również pani Klinikę Medycyny Integracyjnej pod...

Czytaj dalej
lewan bonasz
Fot. Piotr Porebsky/Metaluna

Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski: „Miłość zawsze wymaga troski”

„Na przestrzeni lat scalały nas różne rzeczy. Dziś jesteśmy siebie zupełnie inaczej głodni niż na początku” – mówi aktorska para Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski.
Karolina Morelowska-Siluk
03.07.2020

Poznali się w końcu lat 90. pracując nad spektaklem „Ninoczka” dla sceny „Prezentacje”. Oboje bardzo zdolni i doceniani jako aktorzy. Dorota Landowska, laureatka prestiżowej nagrody aktorskiej im. Schillera,   znana jest choćby z takich filmów, jak „Historia Roja" i seriali : „Kryminalni", „Ojciec Mateusz",  „Na dobre i na złe", „W rytmie serca". Mariusz Bonaszewski zagrał wiele wybitnych ról teatralnych, grał u Wajdy, Pasikowskiego, Trzosa-Rastawieckiego w jego serialu „Marszałek Piłsudski".  Kiedy się spotkali mieli już za sobą inne związki. Do swoich uczuć podchodzili niepewnie, jakby bali się kolejnego rozczarowania. Spotykali się, a potem wycofywali, na miesiąc, dwa. Ślub wzięli w 2014 roku, po 16 latach wspólnego życia. Dziś mówią, że naprawdę trzeba kogoś mocno kochać, by znieść taką emocjonalną huśtawkę. I opowiadają o tym, jak przez lata zmieniała się ich miłość i jak dojrzewał ich związek. O miłości Doroty Landowskiej i Mariusza Bonaszewskiego Karolina Morelowska-Siluk: Może zacznijmy od początku. Najpierw było olśnienie? Dorota Landowska: Najpierw był moment zachłyśnięcia się sobą. Piękny. A potem zaczęło się prawdziwe życie. Ciekawe. Rozumiem, że nie bez przyczyny do tych dwóch etapów dodałaś zupełnie inne przymiotniki? Dorota Landowska: Chyba najtrafniej opisują te dwa stany. Są zupełnie inne. I dobrze. Mariusz Bonaszewski: Nie próbowałbym ich porównywać, wartościować. Minęło kilkanaście lat, oboje zmieniliśmy się. I nie ma możliwości, żeby nas dzisiejszych przenieść w tamto pierwsze spotkanie przepełnione gorączką. To jest zupełnie inny związek. Co nie oznacza, że nie ma w nim temperatury. Nadal są chwile, kiedy czuję się przy Dorocie jak mały, namiętny...

Czytaj dalej