Ordynatorka SOR-u: „Kiedy ląduje helikopter, czas u nas przestaje płynąć” – rozmowa z dr Agnieszką Szadryn
Rafał Masłow

Ordynatorka SOR-u: „Kiedy ląduje helikopter, czas u nas przestaje płynąć” – rozmowa z dr Agnieszką Szadryn

Agnieszka Szadryn to najmłodsza w Polsce ordynatorka SOR-u, laureatka tegorocznej edycji plebiscytu Warszawianka Roku. Pracuje w warszawskim Szpitalu Bródnowskim, który od marca zmaga się z pandemią koronawirusa.
Sylwia Niemczyk
30.10.2020

Szpitalny Oddział Ratunkowy to miejsce, gdzie spotykają się wszystkie choroby świata. Nieszcześliwe wypadki, zawały, udary, wszelkiego rodzaju bóle brzucha, krwawienia. Dla drobnej blondynki, Agnieszki Szadryn to chleb powszedni. W tym roku doszedł COVID-19, ale nie odeszło nic z poprzednich lat. Praca stała się jeszcze trudniejsza. Jeszcze szybciej trzeba diagnozować, podejmować jeszcze trudniejsze decyzje. Ona w takich warunkach pracuje już 11 lat. Nie umie inaczej. 

Sylwia Niemczyk: Jesteś jedynym lekarzem w rodzinie?

Agnieszka Szadryn: Tak, miałam chyba siedem lat, kiedy powiedziałam rodzicom po raz pierwszy, że będę lekarzem i będę pracować w szpitalu. W dzieciństwie poważnie zachorowałam, przez dwa lata nie mogłam chodzić – i wtedy zakochałam się w szpitalach. To był trudny okres w moim życiu, ale mnie ukształtował. 

Co się stało?

Kiedy byłam w pierwszej klasie, zrobiłam akrobację na trzepaku i z wysokości może metra spadłam na ziemię. Niby nic strasznego, każde dziecko zalicza tysiące takich upadków, ale ja już nie wstałam. Mama zaniosła mnie do domu i zaczęła się kilkuletnia droga przez diagnostykę, poszukiwania przyczyny mojej choroby. Zanim wykryto, że chodzi o nieprawidłowe kostnienie, leżałam przez dwa lata. Pamiętam, że to był ciągły ból. Kiedy mama głaskała mnie po głowie, to bałam się, że mnie niechcący poruszy i będzie wtedy bolało jeszcze mocniej. Pamiętam, że niektórzy lekarze nie wierzyli, że tak bardzo mnie boli. Ale jednocześnie pamiętam, jak personel stawał na głowie, żeby umilić mi czas. Panie pielęgniarki plotły mi z przewodów od kroplówek pajączki, które potem wisiały nad moim łóżkiem. Pajączki i rybki. Zdobycie oczka do rybki – dziś wiem, że tym oczkiem była zakrętka do kroplówki – to było szczęście! Kiedy w końcu wyszłam ze szpitala, to już wiedziałam, że będę lekarzem i będę szukać właściwych diagnoz. 

Ale dlaczego z wszystkich miejsc w szpitalu zdecydowałaś się akurat na SOR?

Bo SOR łączy różne specjalizacje po trochu, tu jest wszystko, a ja lubię takie wyzwania. Choć oczywiście mam swoje „ulubione” przypadki – jestem internistką i kardiologiem, więc jak przyjeżdżają pacjenci z częstoskurczami, zaburzeniami rytmu serca, to zawsze lecę pierwsza.

A jakie są te najmniej ulubione?

Najbardziej nie lubię krwawień, bo to często jest sytuacja nie do opanowania. Najgorsze są krwotoki z płuc, jest ich bardzo mało, ale to widok, który zostaje na bardzo długo. 

Pamiętam pacjenta, który przyjechał ze „zwykłym” krwiopluciem, ale już u nas dostał bardzo intensywnego krwotoku z dróg oddechowych, a chwilę później przestał oddychać. Zaczęła się reanimacja, ale właściwie nie można było nic zrobić. Pozostaje wtedy rozmowa z rodziną, której trzeba wytłumaczyć, że pacjent, który przyjechał o własnych siłach, nagle umarł. Często są w szoku, a ja słyszę od nich: „Nigdy na nic się nie skarżył, prawie zdrowy pojechał do szpitala”. Jak to wytłumaczyć komuś, kto nie rozumie mechanizmu tej choroby? 

Co to jest konkretnie za choroba? 

Najczęściej nowotwór płuc. Ludzie bagatelizują jego objawy. Nie badają się, nie diagnozują, nie chodzą do lekarza, dopiero gdy jest za późno, jadą na SOR. 

Chociaż oczywiście krwawienia są różne. I co gorsza, nie zawsze je widać. Inny pacjent – też przyszedł na własnych nogach, mój rówieśnik – spawał na stacji paliw pojemnik, który miał być oczyszczony i suchy. Los chciał, że jednak pozostały w nim jakieś opary. Poszła iskra, wybuch, pojemnik uderzył go w nogi. Kiedy pacjent do nas przyjechał, był przytomny, rozmawiał ze mną. Miał bardzo spuchnięte nogi, ale na początku wydawało nam się, że mamy kontrolę nad sytuacją. Wszystko, co mieliśmy zrobić, zostało zrobione w tzw. złotej godzinie. I nagle się zatrzymał. Przestał oddychać. I kolejna godzina walki nad nim, wciskania ręcznie krwi w niego, wszyscy tam byliśmy, anestezjolodzy, ortopedzi, chirurdzy, i myśleliśmy, co jeszcze możemy zrobić, by go uratować. A on miał zmiażdżone mięśnie nóg i krwawił. Nie udało się nam. Bywa i tak. To nigdy nie jest równa walka. 

Agnieszka Szadryn
Rafał Masłow

Boisz się błędu?

Bardzo. W mojej pracy wystarczy jeden błąd, jedna zła decyzja i właściwie już jest koniec, zabierają mi dyplom i przestaję być lekarzem. Mój zawód opiera się na wierze, że będę nieomylna – a przecież nie ma takich ludzi. I nie liczy się to, że uratowałam tysiące ludzi – bo tylu już ich na pewno będzie. Liczy się ta jedna śmierć, a SOR to miejsce, gdzie nieraz muszę w sekundę podejmować trudne decyzje, które zaważają na dalszym losie chorego. 

Jakiego rodzaju to może być błąd?

Niezdiagnozowanie czegoś na czas, podanie leku, którego działania nie mogę odwrócić. Albo taka sytuacja: przyjeżdża na SOR starsza kobieta, która ledwo pamięta, jakie leki na co dzień przyjmuje. I ma duszności. Podaję jej leki, które według wszelkich wskazań powinny jej pomóc – a ona na jeden z nich jest uczulona. Ta decyzja mogłaby spowodować, że pacjentka umiera, a wtedy ja mogę iść do więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci. Bo skoro podałam lek, to powinnam wiedzieć, czy jest na niego uczulona, czy nie. Tylko skąd? 

Bardzo trudne są rozmowy z bliskimi. Ja to rozumiem – to nie oni pracują na SOR-ze, nie widzieli tyle, co ja, nie są medykami. Nie zawsze są świadomi, że czasami się po prostu nie da kogoś uratować. Na pewno dzięki swojej wiedzy i pomocy moich kolegów jestem w stanie uratować wielu ludzi, ale nie wszystkich. Bywa, że serce nie ruszy, choćbym robiła wszystko, co mogę. Wyjaśniam rodzinie, że np. to był zaawansowany wiek, poważne choroby, że zrobiliśmy wszystko, ale serce już nie miało sił ruszyć – i słyszę: „To pani wina”. 

Co wtedy odpowiadasz?

Mówię, że współczuję straty. Mówię też, że zrobiliśmy wszystko, by ich bliski nie cierpiał – bo jeśli nie mogę kogoś uratować, dokładam wszelkich starań, by nie odebrać mu pod koniec życia godności. Staram się, żeby przynajmniej nie bolało, by człowiek odchodził w spokoju.

Chciałabym, żeby ktoś, gdy ja trafię do szpitala w stanie terminalnym, potraktował mnie z szacunkiem, nie ratował mnie za wszelką cenę, wsadzając tysiące rurek w moje ciało, tylko wiedział, kiedy powinien odpuścić. I przestać walczyć z naturą. Uporczywa terapia to określenie znane w medycynie, ale raczej mało rozpowszechnione poza nią. Jako społeczeństwo raczej mamy podejście: „róbmy wszystko i za wszelką cenę”, ale to często jest tortura, która nie ratuje życia, tylko przedłuża agonię. To jest bardzo trudny temat i jeszcze wiele lat upłynie, zanim go zrozumiemy. 

Jest coś takiego jak rytm SOR-u? Wieczorem armagedon, nad ranem – cisza?

Są kluczowe godziny, wiadomo, że najwięcej pacjentów będzie około siódmej wieczorem i o siódmej rano, ale taki ścisły dobowy rytm nie istnieje. O każdej porze może wylądować helikopter, mogą przyjechać jednocześnie trzy karetki z wypadków. 

Widzę inne zależności, np. jak jest pełnia, to wiadomo, że będą awantury na oddziale, będzie więcej osób pobudzonych, więcej agresji. Nie wiem, jak to działa, ale tak jest zawsze. Wiadomo, że doktor psychiatra będzie do nas schodził częściej, a cały zespół SOR-u będzie miał trudniejszy dyżur. Jest też większe ryzyko, że karetki będą przywozić samobójców. Z kolei w wietrzne dni dominują udary, zawały i migotanie przedsionków.

W soboty przyjeżdżają wypadki, wtedy zawsze jest najwięcej pracy po stronie „czerwonej”, czyli chirurgicznej. W niedzielę podobnie: ranek jest jeszcze spokojny, ale od południa karetki przywożą osoby z wypadków albo domowych majsterkowiczów. 

W wakacje zawsze na SOR-ach jest dużo pijanych, szczególnie w piątki. W zimie za to bardzo dużo bezdomnych, którzy zamarzają na ulicach. Latem prawie w ogóle się u nas nie pojawiają.

Pół roku temu doszli nowi pacjenci. 

Tak, praktycznie codziennie przyjmujemy chorych z podejrzeniem zakażenia COVID-19. 

Boisz się, jak to będzie?

Boję, ale po marcu jestem już zaprawiona w boju. Najbardziej boję się tego, że nie damy rady fizycznie. Praca na SOR-ze wymaga dużego wysiłku, a od pół roku jesteśmy cały czas na nogach. Widzę i po sobie, i po swoim zespole, że już jesteśmy wykończeni, a przecież przed nami jeszcze jesień, zima, kolejny rok takiej pracy, bo nie myślę, żeby to się mogło skończyć wcześniej.

Szpital Bródnowski, w którym pracujesz, już w marcu był dużym ogniskiem zakażeń.

Kiedy zaczęła się pandemia i dotarła do nas pierwsza osoba podejrzana, to się okazało, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani. Jak zresztą cały świat. Według ustawy powinnam mieć izolatkę dla pacjenta zakaźnego – i taką miałam. Jedną. A jeśli pojawi się dwóch pacjentów z COVID-19, to co wtedy? Ustawa była pisana na inne czasy, nie na pandemię. Nie miałam śluz, przyłbic, kombinezonów. Kiedy w naszym szpitalu wybuchło ognisko koronawirusa, spadł na nas hejt, powiem szczerze, dla mnie niezrozumiały. Ludzie obwiniali nas, że mamy zarażony personel – a to był czas, kiedy dopiero uczyliśmy się, jak sobie radzić. Do marca nikt nie zdawał sobie sprawy, że błaha infekcja może okazać się zakażeniem koronawirusem. Czy ktoś z nas nie chodzi do pracy tylko dlatego, że ma katar? 

Ty bardzo szybko zaczęłaś działać.

Razem z mężem, Sebastianem, który jest moim powiernikiem, a przy tym, jak się szczęśliwie składa, architektem, któregoś dnia obejrzeliśmy program o szpitalu w Neapolu, gdzie wprowadzono podział na strefy „czyste” i „brudne” – i nagle tam zakażenia spadły. No to skoro oni, to my też możemy! Mój mąż zapalił się do pomysłu, zaprojektował śluzy, komory izolacyjne, ja w międzyczasie od mojej dyrekcji wyprosiłam część poradni ortopedycznej, gdzie mogłam zrobić nasze izolatorium. 

I zaczęłam pukać do różnych drzwi, bo pomysł to jedno, a trzeba jeszcze znaleźć wykonawców, materiały. Zaczęliśmy dzwonić do rodziny, znajomych, moi ratownicy tak samo szukali pomysłów, jak zrobić coś z niczego. Miałam niecałe trzy tysiące złotych, socjalnych, takich, za które się kupuje na oddział kawę, cukier czy inne potrzebne rzeczy, pomyślałam, że może na coś nam to wystarczy. Zadzwoniłam do Castoramy…

Ty dzwoniłaś? Ordynatorka SOR-u?

Tak i mówię: „Mam trzy tysiące, chcę zrobić oddział izolacyjny, bo mamy problem z koronawirusem”. A pan w słuchawce, żebym schowała te swoje pieniądze, bo oni pomogą nam i bez nich, dadzą nam materiały za darmo. Zrobił się nam ruch społeczny, budował mój mąż z przyjacielem Michałem, potem doszedł brat Michała, ktoś inny zaoferował, że przywiezie przyłbice, ktoś maseczki. Nasz sąsiad, jak się dowiedział, co robimy, powiedział, że nie umie budować, ale pozamiata. Jak było trochę spokojniej na oddziale, to kto mógł w zespole – ratownicy, pielęgniarki – łapał się za farbę i malował ściany. Bo to też jest ważne: pacjent naprawdę lepiej się czuje, kiedy jest w ładnym, miłym miejscu. 

Jak to teraz wygląda? 

Najprościej jest, kiedy pacjent ma kliniczne objawy, gorączkę, kaszel, wtedy od pierwszego słowa kwalifikuje się go do oddziału izolacyjnego, żeby nie miał kontaktu z innymi chorymi. Wchodzimy do niego w pełnym zabezpieczeniu i mamy 15 minut, żeby zrobić przy nim wszystko: zebrać wywiad, zbadać, podać leki. Wykonujemy test w kierunku COVID-19, chociaż zakażenie wychodzi nam nieraz już na tomografii. Są charakterystyczne zmiany: zamiast pięknej, gąbczastej struktury, jaką mają zdrowe płuca, mamy zgniecioną, porwaną, przypaloną gąbkę. Wtedy test tylko potwierdza to, co i tak już wiemy. 

Najgorzej jest, kiedy pojawia się osoba bezobjawowa, powiedzmy: z bólem kręgosłupa albo kłopotami z krążeniem. Wtedy trafia na tzw. czysty SOR, gdzie pacjenci czekają na przyjęcie do szpitala. Wszyscy są oczywiście wymazywani w kierunku COVID-19 – to jest teraz standard, bez testu nikt nie zostanie przyjęty na żaden oddział. I jeśli się okaże, że wśród takich pacjentów jeden jest dodatni, to musimy wszystkich z kontaktu z tym chorym kierować na kwarantannę. 

Co byś powiedziała tym, którzy „nie wierzą w koronawirusa”?

Żeby przyszli do mnie na staż. COVID-19 to naprawdę nie jest taka „trochę inna grypa” i nie mówię tu nawet o tych przypadkach, które wymagają respiratora. Widziałam ludzi w kwiecie wieku, którzy po wyzdrowieniu nie mieli sił, by wejść na pierwsze piętro albo nawet podnieść ręki. Nie mam wątpliwości, że to jest poważna choroba, bo widziałam ją na własne oczy.

A tym, którzy się skarżą, że na SOR-ze czeka się godzinami na przyjęcie?

To jest prawda, czasem rzeczywiście czeka się długo. Ale żeby to zrozumieć, trzeba też spojrzeć z naszej strony – medyków. Kiedy wiemy, że za chwilę u nas wyląduje helikopter i będzie potrzebna reanimacja, to czas na SOR-ze się zatrzymuje. Cały zespół przygotowuje się dla tego jednego pacjenta z helikoptera. Wtedy rzeczywiście poczekalnia puchnie, czasami taka pauza w przyjęciach trwa godzinę albo dwie. Pacjenci tego nie rozumieją, bo nie widzą, co się dzieje za ścianą, w części „erkowej”. Ale my wtedy naprawdę nie jesteśmy na kawie ani nie śpimy. 

Nieraz podczas jakiejś akcji ratowania życia muszę przebiec przez poczekalnię na inny oddział, bo np. zabraknie nam jakiegoś leku, i słyszę: „O, chodzą tam i z powrotem i nic nie robią”. A najgłośniej krzyczą, najwięcej się skarżą ci, którzy wcale na SOR-ze nie powinni się znaleźć.

Czyli kto?

Pacjenci, którzy nie wymagają nagłej pomocy, ale nie chcą stać w kolejce np. do USG z innymi pacjentami czy czekać kilka tygodni na jakieś badanie albo specjalistę. Niektórzy przychodzą i rozbrajająco mówią: „Przyszedłem, bo tu o pierwszej w nocy nie ma kolejki, a chciałbym zrobić sobie USG, bo od miesiąca boli mnie brzuch”. To jest bardzo deprymujące i wypalające dla mnie jako medyka. Przede wszystkim dlatego, że tacy chorzy zajmują miejsce ludziom, którzy naprawdę potrzebują mojego skupienia i moich sił. Dla takich chorych są przychodnie, a nie SOR-y. 

Agnieszka Szadryn
Rafał Masłow

Przychodzą do ciebie pacjenci, którym uratowałaś życie?

Raczej rzadko. Ale miałam niedawno pacjenta, który przyjechał w strasznym zamieszaniu, wtedy chyba ze cztery karetki przywiozły jednocześnie na „erkę” pacjentów z różnymi schorzeniami, urazami, a on przyjechał z dusznością i po zasłabnięciu. Bladziutki, trochę spocony. Młody i bez obciążeń, ale coś mi podszepnęło, że to jednak może być zatorowość płucna. I chociaż w tle trwało zamieszanie z tymi karetkami, pomyślałam: „Ech, w trzy sekundy zrobię mu echo serca, przyłożę tę sondę, zobaczę to serce”. Przyłożyłam i zamarłam. Skrzeplina w tętnicy płucnej sięgała prawie do serca. Aż krzyknęłam: „Niech się pan nie rusza, jest pan jak jajko w skorupce!” – potem miałam straszne wyrzuty, że tak go przestraszyłam, ale taki skrzep to tykająca bomba... 

Jak to? 

Zatorowość płucna to taka choroba, gdzie dochodzi do wykrzepiania w tętnicach płucnych. Jak wykrzepną, zrobi się w nich coś w rodzaju strupa, zatoru. Wtedy nie ma możliwości, żeby krew z serca swobodnie toczyła się do płuc i tam się natlenowała. Dlatego on był taki blady, bo niedotleniony. Jak taki skrzep się urwie, to w sekundę jest po człowieku. Jego serce się zatrzyma i nie wyjdzie z tego nawet po reanimacji. A ten mój pacjent był niedużo po czterdziestce, żartował, nie był świadomy swojego stanu. Jeszcze była przy nim żona, nie wyobrażam sobie, jak ona by to zniosła, gdyby na jej oczach rozegrała się tragedia. 

Ale w tym przypadku wyszedł bardzo fajny łańcuch przeżycia. Po pierwsze, pacjent nie czekał z dusznościami, tylko przyjechał na SOR, potem udało się na czas wykryć zatorowość, następnie szybko wydzwoniłam inny szpital i umówiłam przeniesienie do ośrodka, gdzie można było tę skrzeplinę wyjąć mechanicznie – była za duża, żeby ją rozpuścić lekami, a u nas nie ma możliwości takiego zabiegu. Po prostu niewiarygodny łańcuch szczęścia, tym bardziej że nieraz mi się zdarza wisieć cztery godziny na telefonie, próbując znaleźć miejsce dla mojego pacjenta. 

Jak wyjeżdżał od nas, machałam mu i mówiłam, że czekam, aż wróci zdrowy. Trzy tygodnie później przyszła do mnie jego żona – ale na szczęście z dobrą wiadomością: mąż przeżył, nie mógł przyjść, bo miał rehabilitację. Przyniosła mi od niego „telegram czekoladkowy”. Otwieram, a tam napis: „Dziękuję za uratowanie życia jajka w skorupce”. Jak ja się wtedy rozkleiłam! Nadal samo wspomnienie tej chwili mnie rozczula. Musiałam na chwilę zamknąć się w gabinecie, bo zwykle to ja jestem tym twardym, a nie płaczącym doktorem. Ale wtedy naprawdę mnie to poruszyło. To była taka wspaniała historia, tak niewiele dzieliło mojego pacjenta od śmierci, a udało się jej uniknąć. 

Często płaczesz tak jak wtedy? 

Rzadko, tamte podziękowania wyjątkowo mnie wzruszyły. Zresztą już samo to, że ktoś podziękował, było wyjątkowe. Na SOR-ze nie jesteśmy raczej lubiani. Ale to mi nie przeszkadza, moim celem nie jest zdobywanie sympatii, ale ratowanie życia i zdrowia, chcę w swoim sumieniu wiedzieć, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, by pomóc. Pacjent, wychodząc z SOR-u, może być mniej lub bardziej zadowolony, a ja się i tak cieszę, że on żyje.

***

Rozmowa z dr Agnieszką Szadryn ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Szczerbowska
archiwum rodzinne

„Chciałabym odkleić od schizofrenii stereotypy i mity” – mówi Katarzyna Szczerbowska, asystentka zdrowienia 

„Wszystkiego się bałam. Źle reagowałam na mamę, która chciała mnie uczesać, a kiedy próbowała mnie kąpać, oblewałam ją wodą z prysznica” – mówi o swoim doświadczeniu psychozy Katarzyna Szczerbowska.
Kamila Geodecka
17.12.2020

Człowiek w kryzysie psychicznym krzyczy o pomoc, ale często pomocną rękę odrzuca. Jest wykończony, nieufny, nie ma w nim nadziei na to, że wyzdrowienie jest możliwe. Wszyscy dookoła też tak myślą: „Choroba psychiczna to już jest na zawsze, z taką chorobą nie da sie pracować” – krążą mity. Stereotypów jest jeszcze więcej, a stygmatyzacja  tych osób wciąż jest żywa. Dla osób w kryzysie psychicznym pomocą mogą być lekarze, psychoterapeuci, ale także asystenci zdrowienia. Jedną z takich asystentek jest Katarzyna Szczerbowska, która sama przeszła przez kryzys psychiczny połączony z diagnozą schizofrenii. Obecnie jest rzeczniczką Biura do spraw Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, rzeczniczką Kongresu Zdrowia Psychicznego, asystentką zdrowienia oraz działaczką  w Fundacji eFkropka. Kamila Geodecka: Jesteś jedną z osób, które głośno mówią o swojej chorobie. Katarzyna Szczerbowska: Zaburzeniom psychicznym towarzyszy mnóstwo stereotypów. Opowiadam o tym, żeby zamienić je w wiedzę, żeby pokazać prawdziwe oblicze tego doświadczenia. Jeden z największych mitów dotyczący zaburzeń psychicznych mówi o tym, że to choroby na całe życie, tymczasem zawsze jest szansa na to, żeby żyć w zdrowiu. Pierwszej psychozy doświadczyłam, kiedy miałam 38 lat. To taki stan przypominający sen. Człowiek zatapia się w świecie iluzji, absurdalnych myśli. Może mu się wydawać na przykład, że wszyscy są w spisku. Słyszy, widzi rzeczy, które nie istnieją, czuje zapachy, których nie ma. Moja choroba miała dramatyczny przebieg. Nie poznawałam bliskich, nie pamiętałam kim jestem, nie chciałam jeść, miałam pampersa, bo zapomniałam o potrzebach fizjologicznych. Dużo czasu spędzałam w pasach przypięta nimi do łóżka,...

Czytaj dalej
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej
Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res). Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech? Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy. Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię. Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych. Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”....

Czytaj dalej