Uprawiasz ogródek, masz większą szansę na szczęście! Tak mówią najnowsze badania
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Uprawiasz ogródek, masz większą szansę na szczęście! Tak mówią najnowsze badania

Ogrodnictwo uszczęśliwia, twierdzą naukowcy z Princeton Environmental Institute. Uprawa roślin, szczególnie tych jadalnych to świetny sposób na poprawę nastroju, ale i pomysł na to, jak przetrwać trudny okres.
Sylwia Arlak
14.05.2020

Brudne ręce i paznokcie, spocone czoło i smuga ziemi na twarzy – naukowcy  przekonują, że właśnie tak wygląda szczęście. Uprawa roślin – i to nie kwiatów, ale pomidorów, ogórków i innych warzyw! – to jedna z aktywności, które najskuteczniej koją nasze  skołatane serca.

Badania, które potwierdzają wpływ ogrodnictwa na nasze poczucie szczęścia, zostały opublikowane w magazynie „Landscape and Urban Planning”. Wzięło w nich udział 370 uczestników, którzy określali, jakie emocje (pozytywne, np. radość, i negatywne, np. strach i ból) budzą w nich codzienne zajęcia. 

Badania wykazały — i to żadna niespodzianka — że najwięcej szczęścia daje nam nasz czas wolny. Najlepiej czujemy się, gdy nie ciążą nad nami żadne obowiązki. Natomiast jeśli chodzi o ulubione sposoby spędzania czasu wolnego, to okazuje się, wśród pięciu najmilszych czynności znalazła się m.in. jazda na rowerze, spacery i zajmowanie się ogrodem. A konkretnie: uprawianie ogródków warzywnych i owocowych. 

truskawki z ogrodu
Unsplash

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
bezpieczeństwo zabiegów
Adobe Stock

Kwas hialuronowy, laser, a może botoks? Wybór zawsze podejmuj świadomie

Chcemy wyglądać pięknie i młodo, ale nie chcemy ryzykować zdrowiem. Ekspertka wyjaśnia, kiedy zabiegi medycyny estetycznej są bezpieczne.
Tomek Kocewiak
13.05.2020

Dlaczego w Polsce rośnie liczba powikłań po nieudanych zabiegach medycyny estetycznej i czy można ich uniknąć, wyjaśnia dermatolog i lekarz medycyny estetycznej dr Iwona Marycz-Langner. Tomek Kocewiak: Skąd tyle powikłań? Przecież zabiegi medycyny estetycznej z założenia powinny być mało inwazyjne i bezpieczniejsze od chirurgii plastycznej? dr Iwona Marycz-Langner:  To rzeczywiście coraz większy problem bezpośrednio dotykający nie tylko poszkodowane osoby, ale także lekarzy, którzy muszą później leczyć bardzo często nie swoich pacjentów. Tutaj trudno generalizować, ale na pewno duża liczba powikłań wiąże się z gwałtownym rozwojem medycyny estetycznej i pojawianiem się na rynku nowych preparatów i urządzeń nieznanych producentów, które w najlepszym wypadku okazują się tylko nieskuteczne. Niestety, mam wrażenie, że wynika to głównie ze względów ekonomicznych, bo preparaty niskiej jakości są tanie. Pacjentki rzadko pytają o nazwę wypełniacza, ale część z nich na pewno kieruje się dumpingową ceną zabiegu powiększania ust, która najczęściej wynika z użycia preparatu nieprzebadanego pod kątem bezpieczeństwa i często niedopuszczonego do obrotu na terenie Unii Europejskiej. Taki stan rzeczy jest bezpośrednio związany z brakiem odpowiednich regulacji prawnych, tak samo jak problem wykonywania zabiegów lekarskich przez osoby bez wykształcenia medycznego, w tym podstawowej znajomości anatomii. Wiosną tego roku w całej Unii Europejskiej ma wreszcie wejść w życie ustawa, która jasno stanowi, że prawo do naruszenia ciągłości tkanek mają tylko lekarze. Oczywiście moim kolegom po fachu też zdarzają się komplikacje pozabiegowe, ale najczęściej wynikają one z prób przekraczania ograniczeń medycyny estetycznej, w tym niechirurgicznego powiększania piersi, co jak wiemy, ma tragiczne...

Czytaj dalej
Magdalena Żakowska, felieton
Na zdjęciu: jedyny sweter, jaki zrobiłam. Miałam 7 lat, lalka nosi go do dziś.

Cześć, dziewczyny! Ile chlebów na zakwasie dziś upiekłyście?

Piecz, gotuj, a nawet haftuj. Ale nie daj się przymusowi bycia fajną.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

W trakcie niespełna trzech miesięcy kwarantanny wyczerpały mi się rozrywki. Na platformach streamingowych odkopuję klasykę kina, bo ile seriali można w siebie wchłonąć? I w ogóle ile można siedzieć przed ekranem? Ani to zdrowe, ani atrakcyjne dla reszty populacji, która powinna podziwiać nasze życie za pośrednictwem social mediów. Zresztą, co to ma za znaczenie, skoro powoli kończą się przestrzenie, na których moglibyśmy jeszcze ze sobą konkurować. Książka wygląda na Instagramie lepiej niż zrzut z ekranu z nowym serialem, szczególnie w towarzystwie filiżanki kawy, albo kubka zielonej herbaty (matcha w wersji top of the top) na tle uroczego ogrodu, ale to jednak wciąż pospolite. Puzzle? Miały swój moment, producenci gier towarzyskich też zacierali ręce licząc prognozowane przychody, ale wtedy wkroczyły influenserki ze zdjęciami robótek ręcznych. Szach mat.  Nie mam nic przeciwko robótkom ręcznym. Niech każdy sobie robi to, co mu najlepiej poprawia samopoczucie i mieści się w granicach prawa. Ale serio?! Czy tylko ja mam wrażenie, że haftowane serwetki i ręcznie wykonywane szaliki podobają się wyłącznie na Instagramie? Czy ktoś naprawdę będzie w tym chodził, albo zmusi do tego swoich najbliższych? I do czego podczas kwarantanny używa się serwetek z własnoręcznie wyhaftowanym kwiatkiem?  Gotowanie jeszcze rozumiem. Sama to robię – czasem kompulsywnie, czasem agresywnie, czasem histerycznie, zawsze czasem z kieliszkiem czerwonego wina pod ręką. Tiramisu Elizy Morawskiej-Kmity , kugel Alison Roman (zrobiłam go już ja i Maggie Gyllenhaal;), lasagne Samin Nosrat , o której niedawno pisałam , paella Gwyneth Paltrow, którą wykonam, jak tylko kupię sobie taki fajny i bardzo drogi garnek, jak ona, ale to nie prędko, bo idzie kryzys . Hashtag: #coronavirusbaking. Nie wiem, jak w waszej okolicy, ale w moim...

Czytaj dalej
galerie handlowe
Unsplash.com

Wiceszef odzieżowego giganta: „Galerie handlowe będą padać”

Sławomir Łoboda, wiceprezes LPP w wywiadzie dla Gazeta.pl przyznaje, że tak trudnej sytuacji na rynku odzieżowym nie było od lat. „Kto kupi odzież bez przymierzania w maseczce na twarzy?”
Sylwia Arlak
12.05.2020

Będą zamykane centra handlowe. Będą padały sieci handlowe” – mówi o skutkach pandemii koronawirusa w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”  Sławomir Łoboda, wiceprezes  firmy odzieżowej LLP, do której należą takie firmy jak Reserved, Mohito, House, Cropp czy Sinsay. Jego zdaniem dzisiejsza sytuacja to dopiero początek kłopotów. „Zamknięto nam sklepy w najlepszym okresie sprzedażowym, czyli w marcu i kwietniu. Wtedy, gdy zwykle sprzedajemy towar z pełną marżą” — podkreśla Łoboda. Przedsiębiorca oszacował, że na skutek pandemii, w magazynach LPP może zalegać niesprzedany towar na kwotę ponad miliarda złotych! Jak przyznaje, tydzień temu w poniedziałek, kiedy na nowo otwarto galerie handlowe, w jednym ze sklepów LPP sprzedano zaledwie… jedną sztukę odzieży.   „Kto  dzisiaj wobec ograniczeń ustawowych dotyczących liczby osób na metr kwadratowy, obowiązku noszenia maseczek, rękawiczek, komunikatów głosowych: „uważaj, uważaj”, chce przyjść do centrum handlowego i czuje się tam bezpiecznie?” – pytał przedsiębiorca retorycznie w wywiadzie. Zamiast galerii handlowych – małe sklepy? Łoboda zwraca uwagę na to, że robienie zakupów, szczególnie ubraniowych, ma być dla nas przyjemnością tymczasem w obecnej sytuacji – kiedy boimy się zachorowania, a w sklepach obowiązują obostrzenia – klienci nie mogą nawet swobodnie korzystać z przymierzalni. Te otwierane są tylko wtedy, gdy pracownicy są w stanie dokonać dezynfekcji. Poza tym zdezynfekowana musi być każda rzecz przymierzona lub pozostawiona przez klienta.   Czy wiceszef LPP spodziewa się bankructw na rynku odzieżowym? Według niego to nieunikniona sytuacja. Co więcej — wydarzy się...

Czytaj dalej