Kiritimati – największy na świecie atol koralowy!
fot. Małgorzata Sobońska-Szylińska

Kiritimati – największy na świecie atol koralowy!

Byle cieplej, bardziej dziewiczo, ciekawie. Daleko od cywilizacji. Ale żeby było trochę swojsko. Czy można znaleźć miejsce, które spełnia te kryteria? Tak! To mało znana wyspa Kiritimati.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
15.06.2020

Kiritimati jest największym na świecie atolem koralowym. Należy do państwa Kiribati, które składa się z 33 wysp i wysepek – skrawków lądu rozrzuconych w centralnej części Oceanu Spokojnego. To właśnie Republika Kiribati najwcześniej wita dzień. Każdego roku też, 31 grudnia, jej nazwa powtarzana jest w serwisach informacyjnych na całym świecie, bo jest pierwszym miejscem (obok Wysp Salomona), które świętuje nadejście Nowego Roku. 

Wyspa Kiritimati

Sama wyspa jest łatwa do zlokalizowania, leży bowiem niemal idealnie na przecięciu równika i linii zmiany daty (umownej granicy czasowej, po której przekroczeniu zyskujemy albo tracimy dobę). Nie zmienia to faktu, że aby tam dotrzeć, trzeba się nieźle nakombinować. Większość z nas zapewne nigdy nie słyszała o Wyspie Bożego Narodzenia (bo tak brzmi tłumaczenie mikronezyjskiej nazwy Kiritimati), nie mówiąc o tym, jak niewiele osób do niej kiedykolwiek dotarło. Sam archipelag został rozsławiony przez książkę „Życie seksualne kanibali” J. Marteena Troosta, przez wielu uważaną za najbardziej dowcipną pozycję literatury podróżniczej. Przeczytałam ją i od razu zapragnęłam tam polecieć.

Pióropusz na oceanie

Podróż jest wieloetapowa i zajmuje sporo czasu. Z Warszawy można tam dolecieć z przesiadkami w Singapurze i na Fidżi. Spędziłam w powietrzu 27 godzin, przelatując przy okazji przez różne strefy czasowe. Już samo lądowanie na prowizorycznym lotnisku w Kiritimati dostarcza nieziemskich widoków. Podziurawiony ląd o oczkach wypełnionych różnymi kolorami wody rozciąga się aż po zatopiony w błękicie horyzont. Ziemia tutaj wygląda jak pudełko z farbami, porośnięte pióropuszami wszechobecnych palm kokosowych. Dominuje turkus, ale zdarza się też granat, pomarańcz i róż. Wszystko otacza śnieżnobiały kontur z piasku miałkiego jak mąka. 

Z prymitywnego lotniska mała ciężarówka z otwartą paką zawozi nas do hotelu w miejscowości Banana. Warunki są skromne, ale nie ma co narzekać. Do wyboru jest jeszcze tylko jeden hotel o podobnym standardzie w miejscowości London. Internet, owszem, jest, ale właściwie nie działa. Jesteśmy zatem na prawdziwym końcu świata bez łączności z cywilizacją. Czyli jak w Bieszczadach, tylko bardziej na serio! Samoloty przylatują raz w tygodniu, jedynie z Hawajów i z Fidżi. To jedyny pomost łączący wyspę ze światem. 

Witajcie w Polsce

Wraz z czwórką przyjaciół przylecieliśmy na atol ponurkować, woda jest tutaj krystaliczna, rafy wyjątkowe. Obok oceanicznego wędkarstwa jest to zresztą główny cel odwiedzin turystów. Zanim jednak ruszymy zobaczyć rafę, mamy konkretny plan do zrealizowania. Chcemy odwiedzić osadę o swojskiej nazwie Poland. Na wyspie są tylko cztery miejscowości. Oprócz Poland są: nasza Banana, Tabwakea i London. Kiedyś był też Paris, ale nie wytrzymał konkurencji i upadł. W Poland mieszka tylko 500 osób (10 proc. wszystkich mieszkańców wyspy). Wioska została nazwana na cześć Polaka Stanisława Pełczyńskiego, który przed laty dotarł na wyspę jako mechanik na amerykańskim statku i pomógł lokalnej społeczności w zbudowaniu systemu nawadniającego uprawy palm kokosowych. To właśnie wokół nich od lat kręci się życie mieszkańców Kiritimati. Pozyskuje się tu koprę, czyli miąższ z orzechów kokosa. Kopra wywożona jest z wyspy samolotami, czasem statkiem, jeśli zawinie w te strony. Wykorzystuje się ją do produkcji oleju kokosowego i wiórków. W Poland niemal wszystko nazwane jest na cześć Polaka. Okoliczna laguna nosi imię Świętego Stanisława, tak samo niedawno wybudowany kościółek. 

Droga wiedzie przez pajęczynę kolorowych minilagun, które widzieliśmy z samolotu. Zatrzymujemy się w ich największej plątaninie i wznosimy w powietrze nasze drony. Ileż mamy przy tym radości! Nie mieć ich tutaj byłoby niewybaczalnym grzechem. Zachłannie fotografujemy z góry krajobrazy nie z tego świata. 

Do Poland docieramy w południe. Witają nas swojskie napisy „Welcome to Poland”. Z nieba leje się żar, więc wszyscy, łącznie z dziećmi, które chodzą do szkoły, mają sjestę. Bez trudu znajdujemy nauczycielkę. Dostaje od nas zestawy szkolnych przyborów, puzzle z widokiem polskich Tatr i mnóstwo łakoci, które obiecuje sprawiedliwie rozdzielić wśród uczniów. 

Praca? Dajcie spokój

Wieczorem zaprzyjaźniamy się z Australijczykami i Nowozelandczykiem mieszkającymi w naszym hotelu. Są mili i spragnieni towarzystwa przybyszów z Europy. Brodacz z Nowej Zelandii jest naukowcem. Robi bardzo skomplikowane pomiary elektromagnetyczne. Uczy mieszkańców Kiritimati obsługi urządzeń. Słuchamy anegdoty, o tym, jak jeden z nich został wysłany na szkolenie do Wiednia. To była jego pierwsza podróż poza wyspę. I od razu tak daleko. Na miejsce dotarł z pracownikiem firmy, ale po szkoleniu musiał wrócić sam. Zgubił się w terminalu w Honolulu, tydzień spędził na lotnisku, zanim wsiadł w kolejny samolot. Zupełnie jak Tom Hanks w filmie „Terminal”. 

Australijczycy opowiadają nam o pracy. Choć nieźle płacą, rdzenni mieszkańcy atolu nie chcą u nich pracować. Lepsze perspektywy dają im bowiem zbiory kopry, a ponadto mają zupełnie nietypowe podejście do pracy. Jeśli tylko uda im się odłożyć trochę pieniędzy i kupić sobie wszystkie potrzebne rzeczy, w tym obowiązkowy chiński motor, przestają pracować. Odpoczywają. Korzystają z oszczędności aż do wyczerpania, leżąc w hamaku rozwieszonym pomiędzy palmami i popijając napój będący mieszanką wody i cukru w proporcji pół na pół. A gdy oszczędności się kończą, wracają do pracy. To się nazywa work-life balance! 

Między nami delfiny 

Dwa lata temu zdarzyło się tu nieszczęście. Do wyspy dotarło zjawisko pogodowe El Niño, które spowodowało krótkotrwałe podniesienie temperatury wody powyżej 31 stopni. To wystarczyło, żeby uśmiercić całą rafę koralową. Wszystkie twarde i miękkie korale obumarły. Na posterunku pozostały ryby, a wśród nich wielkie ławice barakud, zaś sama rafa, po ponownym spadku temperatury, zaczęła się odradzać. Ale trzeba będzie poczekać jeszcze kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset lat, żeby wróciła do dawnej świetności. W oceanie nie brakuje jednak ciekawych wraków, w których dom znalazły sobie skrzydlice i żółwie. Często spotyka się też niewielkie manty, które uwielbiają wpływać na płytkie wody, dzięki temu widać ich czarne sylwetki na powierzchni. Codziennie, gdy wracamy z nurkowania, towarzyszą nam stada delfinów. Są bardzo towarzyskie i ambitne. Zawsze muszą wyprzedzić naszą łódź, co nie jest trudne, bo daleko jej do nowoczesnej technologii. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Zanim zaleją nas wody

Jedyne poważne zmartwienie państwa Kiribati to klimat i globalne ocieplenie. Wystarczy jedno tsunami lub niewielkie nawet podniesienie się poziomu wód oceanu, żeby te piękne atole zaczęły znikać z powierzchni Ziemi. Najbardziej zagrożona jest zwłaszcza przeludniona wyspa Tarawa (mieszka tam ponad 60 tysięcy ludzi). Już dzisiaj mówi się, że jej mieszkańcy za 30, 40 lat mogą być pierwszymi na świecie uchodźcami klimatycznymi. Podobno rząd sąsiedniego Fidżi zawarł już umowę z rządem Kiribati. Przyjmie do siebie mieszkańców koralowego archipelagu, gdy sytuacja zrobi się naprawdę groźna. Jeśli więc ktoś chciałby odwiedzić ten największy na świecie atol koralowy, musi się śpieszyć. Bo może on zniknąć w odmętach oceanu.

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2019

1\6
Rafa koralowa
Rafa koralowa
fot. Małgorzata Sobońska-Szylińska

W tutejszej rafie życie dopiero się odradza po tym, jak koralowce zniszczył gorący prąd El Niño, który przegrzał wodę oceanu. Na posterunku zostały jednak ławice pięknych kolorowych ryb, dla których i tak warto się zanurzyć.

2\6
Poland
Poland
fot. Małgorzata Sobońska-Szylińska

Miło zobaczyć swojskie powitanie na końcu świata. We wsi mieszka około 500 osób, nazwano ją tak na cześć Polaka Stanisława Pełczyńskiego, który trafił tu w ubiegłym wieku i pomógł mieszkańcom nawodnić tutejsze ziemie.

3\6
Nurkowanie
Nurkowanie
Getty Images

Jest jedną z atrakcji turystycznych Kiritimati, tym bardziej że wody są tu krystaliczne. A ten, kto lubi plaże, też znajdzie ich tu pod dostatkiem.

4\6
Banana
Banana
fot. Małgorzata Sobońska-Szylińska

Jedna z kilku osad na wyspie. Każdy wschód i zachód słońca jest niepowtarzalnym spektaklem.

5\6
Zagrożenie zmianami klimatycznymi
Zagrożenie zmianami klimatycznymi
BEW

Wyspa Kiritimati, tak jak i inne wyspy atolu, jest w całości nizinna. Dlatego w razie zmian klimatycznych będzie jedną z pierwszych do zalania. Nie ma rzek, więc nie ma naturalnej wody pitnej. Trzeba ją odsalać.

6\6
Słodkie nicnierobienie
Słodkie nicnierobienie
BEW

Pogoda sprzyja dobrym nastrojom: deszcz pada średnio tylko przez cztery dni w roku, a noce nie są chłodne.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Polinezja Francuska
Getty Images

Polinezja Francuska – boskie miejsce na środku Pacyfiku

Błękit jest tutaj tak intensywny, że aż nierzeczywisty. Biel piasku – olśniewająca. Do tego rafy koralowe. Za te cuda natury trzeba słono zapłacić, ale Mooreę czy wyspę Bora-Bora warto chociaż raz odwiedzić.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
01.06.2020

W połowie lat 80. wyczynem było prawie wszystko, co dziś wydaje się normą. Okazją do świętowania było nawet zdobycie paru bananów w sklepie. Pamiętam z dzieciństwa taki dzień, gdy właśnie jadłam tego drogocennego banana i przeglądałam przy tym miesięcznik „Poznaj Świat”. W środku była fotografia bajkowo błękitnego morza z wyłaniającymi się z niego górami, pokrytymi zielonym aksamitem, i domkami na palach. Raj na końcu świata . Od tamtej pory zaczęłam o nim marzyć. Niedługo potem obejrzałam film „Bunt na Bounty”, który nie tylko utrwalił te dziecięce marzenia, ale też prawdopodobnie sprawił, że w dorosłym życiu podróżowanie stało się moją drugą naturą. Kiedy wreszcie wybrałam się w podróż na Polinezję Francuską, przekonałam się, że to rzeczywiście jest najbardziej zachwycające miejsce na świecie. Do dziś jestem pod wrażeniem tej wyprawy i gdy ktoś mnie pyta: „Gdzie jest najpiękniej?”, odpowiadam bez namysłu, że właśnie tam.  Na Polinezję zaprowadziła mnie pasja nurkowa . Słyszałam legendy o ławicach rekinów, majestatycznych mantach i ogromnych rybach napoleonach mieszkających w tamtejszych głębinach – musiałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Odległość od Polski sprawiła, że sama wyprawa na wyspy zabrała nam kilka dni. Ale nawet, gdyby miała trwać dwa tygodnie, warto przynajmniej raz w życiu tam dotrzeć.  Tahiti Paula Gauguina i Moorea Lądowanie na lotnisku w Papeete na wyspie Tahiti nie było jednak obiecujące. Pamiętaliśmy wprawdzie, że uroki Tahiti docenił słynny francuski malarz Paul Gauguin (to tutaj powstał m.in. jego obraz „Kiedy mnie poślubisz?”, który kilka lat temu został sprzedany za astronomiczną cenę 300 mln dolarów, stając się tym samym drugim najdroższym obrazem świata), ale było to w drugiej połowie XIX...

Czytaj dalej
wiosna-lato 2020 moda Women + Waves x H&M surfing ocean sustainability
mat. prasowe

Łap falę z H&M. Kostiumy kąpielowe nie tylko dla surferek!

Od jakiegoś czasu nie marzymy już o roli dziewczyny surfera, ale same chcemy pływać na desce. Nowa kolekcja H&M to stroje kąpielowe, pianki oraz plażowe akcesoria stworzone we współpracy z kolektywem Woman + Waves.
Zuzanna Szustakiewicz
10.06.2020

Styl bycia i kultura surferów fascynują mnie od dawna. Marzę o tym, by znaleźć się na desce i złapać falę. W tym roku postanowiłam się odważyć i wspólnie z przyjaciółkami planujemy wypad na kilkudniowy kurs surfingu. Chcemy poczuć się wolne i silne, jesteśmy przekonane, że właśnie taką moc ma w sobie pływanie na desce. I wierzcie mi lub nie, ale jednym z ważniejszych aspektów i intensywnie omawianych kwestii związanych z naszą dziewczyńską wyprawą na surfing jest outfit. Dziękuję za tę kolekcję, bo teraz już wiem, w czym zacznę realizować swoje surferskie marzenia. Surfing tylko dla dziewczyn! W wieku 16 lat Rachel Murphy poszła na kurs przygotowujący do pracy ratownika. Przez tydzień mieszkała w zdezelowanej przyczepie na plaży w malutkim surferskim miasteczku w Kornwalii. Tak odkryła swoje powołanie. Od tej pory wszystko, co robi w życiu, związane jest z wodą i pływaniem. Rachel przez wiele lat jeździła po świecie i surfowała. Przy okazji zauważyła, jak mało dziewczyn pojawia się w line-upie (czyli czeka w kolejce do fali) i wpadła na pomysł, by w rodzinnej Kornwalii zorganizować surferską społeczności tylko dla dziewczyn. Chodziło o to, by się wspierać i uczyć bez ograniczeń wynikających z wieku czy poziomu umiejętności. I tak w 2017 roku powstało Woman + Waves, które dzisiaj organizuje lekcje, kursy i wyjazdy dla kobiet. „Gdy widzę jak wiele kobiet, dzięki Woman + Waves, zmieniło swoje życie na lepsze, czy to jeśli chodzi o pewność siebie, styl życia czy zdrowie psychiczne to jestem bardzo dumna i szczęśliwa” mówi Rachel. Z miłości do oceanu! Oprócz nauki pływania kolektyw Woman + Waves organizuje akcje czyszczenia plaż i stara się edukować i inspirować innych do dbania o to, by ocean był czysty i bezpieczny. „Czuję, że jako surferzy jesteśmy głosem...

Czytaj dalej
Kuba, podróże, Varadero
Sime/Free

Luksus po kubańsku

W sklepach brakuje wielu rzeczy, samochody są mocno używane, a ceny niepewne, ale każdy, kto choć raz odwiedzi Kubę przyzna, że życie smakuje tu inaczej. Pełniej.
Kamila Morgisz 
14.04.2020

Lubię wracać na Kubę. I zawsze wybieram niewielkie miasteczko Boca de Camarioca. Lubię je ze względu na ludzi. Nie wszystkie przyjazne gesty muszą tu być wymienialną walutą. Codziennie z kubańskimi znajomymi witamy się tak, jak gdybyśmy nie widzieli się rok. Przytulanie, cmokanie, żarty i okrzyki. Fascynuje mnie też różnorodność: rdzenni mieszkańcy Kuby zostali wieki temu wymordowani przez kolonizatorów, ale ci, których spotykam dziś, to niezwykła mieszanka potomków Hiszpanów, Anglików, Amerykanów, Afrykanów, a nawet Słowian. Chcę tu wracać także ze względu na przyjaźń z Anią. To więź, która narodziła się spontanicznie: po wymianie kilku maili i kilkunastogodzinnym locie spotkałam duchową siostrę. Przyjechała po mnie na lotnisko starym chevroletem, w zabójczej kreacji, na szpilkach i z czerwoną szminką na ustach. Jak przystało na Polkę, góralkę z pochodzenia, obywatelkę Kanady, sercem związaną z Kubą. Że będzie tu mieszkać, wymarzyła sobie ponad 30 lat temu. Po kilkunastu latach zaczęła budowę domu i choć takie przedsięwzięcia obwarowane są wieloma skomplikowanymi przepisami, postawiła na swoim. Villa Cubanita jest teraz jednym z najokazalszych domów w okolicy i najbardziej gościnnym. Tu jem najlepszą pod słońcem kwaśnicę i ogórkową. Chcę tu wracać ze względu na ocean. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad samym morzem. Kiedyś to marzenie spełniałam latem w przyczepie nad Zatoką Pucką, teraz na Karaibach. Brzmi luksusowo, ale sporo wysiłku wkładam w to, żeby zorganizować sobie taki wyjazd w cenie wakacji nad Bałtykiem. Kupuję okazyjnie bilety z przesiadkami albo wolne miejsca w czarterach, starając się, aby podróż nie zajęła mi więcej niż 24 godziny. Jadę na dłużej, co najmniej na trzy tygodnie, żeby koszt biletu się zamortyzował. Jeśli nie mieszkam u mojej Ani,...

Czytaj dalej