„Największą zaletą w każdej miłosnej relacji jest wolność” – mówi Basia Szmydt
Karolina Synowiec

„Największą zaletą w każdej miłosnej relacji jest wolność” – mówi Basia Szmydt

Mama dwóch synów, szczęśliwa żona i kobieta, której codziennie słuchają setki innych kobiet w Polsce. Basia Szmydt, twórczyni internetowa, odpowiada na pytania „Urody Życia” o miłość. 
Sylwia Niemczyk
22.12.2020

Basia jest jedną z naszych ulubionych twórczyń internetowych, bo nieraz zaraża nas swoim spokojem, zachwytem nad światem i nieraz przypomina nam, że to, co się liczy najbardziej w życiu,  to rodzina i miłość. Basia o tych rzeczach pisze i mówi często – bez patosu i wielkich liter, ale za to otwarcie i ze szczerością. 

Sylwia Niemczyk: Czy miłość jest dla ciebie ważna?

Basia Szmydt: Nie tylko dla mnie ważna, ale najważniejsza, i tak było od kiedy tylko pamiętam. Pochodzę z domu, gdzie było bardzo dużo miłości, marzyłam, że tak samo dużo miłości dostanę w związku, i tak się stało. Nie umiem sobie wyobrazić życia bez miłości mojego męża, dzieci i moich rodziców.

Umiesz powiedzieć, co to jest miłość?

Gotowej definicji nie mam, ale kiedyś sobie powiedziałam zdanie, że prawdziwa, dobra miłość jest wtedy, kiedy nie musisz przy tym drugim człowieku niczego udawać, możesz być w stu procentach sobą i dalej się tego zdania trzymam. Kocham moją rodzinę, kocham moją najlepszą przyjaciółkę – i każdego z nich kocham inaczej. Zresztą sama miłość do moich najbliższych też zmieniała się na przestrzeni lat. 

Rozmawiałam kiedyś z prof. Wojciszke, który powiedział, że badać miłość to jak badać naturę wiatru na podstawie tego, co zamknęłyśmy w słoiku.

Tak, miłość jest tak różna, ma tyle różnych wymiarów, że kiedy pytasz mnie, czym wg mnie jest miłość, to nie wiem, czy mam opowiedzieć o tym, co czuję do mojego starszego syna, co do młodszego, jak kocham dziś mojego męża, jak zmieniała się moja miłość do mojej mamy. Czy może mam mówić o miłości do siebie, bo to też jest miłość, być może najważniejsza. Wielką rewolucją w moim postrzeganiu i odczuwaniu miłości było macierzyństwo. Kiedy rodzisz pierwszy raz, to kochasz niepewnie. Inaczej kochasz dziecko, które ząbkuje i płacze całymi nocami – mimo miłości masz momenty skrajne, kiedy chcesz wskoczyć w pociąg i wyjechać jak można najdalej. Potem, gdy dziecko rośnie, dojrzewa – uczysz się mądrej miłości, która polega również na stawianiu granic, co może być bolesne dla obu stron.

A miłość do męża? Jak ona się zmieniała? Jesteście razem od kilkunastu lat.

Na początku było wielkie zauroczenie, namiętność, zakochanie, tęsknota i wyrywanie się z domu, choćby po to, by zobaczyć się na jedną, krótką chwilę. Dzisiaj nasze wspólne życie wypełnione jest często bardziej prozaicznymi sprawami. Kiedy poznałam mojego męża, miałam 21 lat, jesteśmy razem od 15, mamy dwójkę dzieci. Przez te lata zmieniliśmy się nie tylko my sami, ale i relacja, która nas łączy. Kocham i jestem pewna, że kocham, ale jest to już miłość bardziej wymagająca. I bez względu na to, jak bardzo się kochamy, czasem potrzebujemy od siebie oddechu.
Uczymy się dawania sobie nawzajem wolności, przestrzeni. Dzisiaj więcej rzeczy nam w sobie przeszkadza niż na początku, ale uczymy się je akceptować i odpuszczać, bo kochamy. Ta bliskość i namiętność, która towarzyszyła nam 15 lat temu, dziś wygląda zupełnie inaczej. Jest równie piękna, ale inna. I sporo pracy musimy włożyć w to, żeby sobie przypomnieć o tym, że pora wybrać się na randkę, spędzić czas bez dzieci. To bardzo ważne. Dla mnie najważniejsze w związku było uświadomienie sobie, że te emocje i ta miłość na przestrzeni lat się zmieniła, i że to jest zupełnie ok. Że to naturalna kolej rzeczy. Że bez sensu jest mówienie „Och kiedyś to było lepiej”. Kiedyś było inaczej, a dzisiaj inaczej. To zupełnie normalne. 

 

 

Według klasycznej w psychologii definicji miłość dzieli się na namiętność, intymność i zobowiązanie. I najważniejszy jest ten drugi składnik. 

Dla mnie intymność jest wtedy, kiedy mam poczucie, że mój mąż zna mnie najlepiej na świecie, że mogę mu zaufać w pełni. Nigdy nie umiałam zrozumieć takich spotkań kobiet, na których każda po kolei obmawiała swojego partnera, zawsze się dziwiłam, że tak można. Dla mnie to był sygnał nielojalności wobec człowieka, z którym się dzieli życie. 

Powiedziałaś też, że uczyłaś się też miłości do siebie. 

Mam 36 lat i jestem absolutnie teraz skupiona na uczeniu się miłości do siebie. Robię to każdego dnia i mam poczucie, że jestem już gdzieś w połowie drogi. Dojrzewam, poznaję się lepiej, a to też sprawia, że zmieniają się moje relacje z innymi, także z najbliższymi ludźmi. Dziś częściej stawiam siebie na pierwszym miejscu. Częściej potrzebuję wyjechać gdzieś z przyjaciółkami, pobyć sama, bo tego potrzebuję, albo zostawić dzieciaki u babci, by móc wyrwać się na weekend z mężem. Uczę się też spędzać czas ze sobą, uczę się swojego towarzystwa. Uczę się tego, że nie zawsze wszystko trzeba robić wspólnie z mężem, i że największą zaletą w każdej relacji jest wolność i samodzielność. 

Jedną z najtrudniejszych miłości dorosłej kobiety jest jej relacja z mamą. 

Moja mama stworzyła mi cudowny dom, gdy byłam dzieckiem, ale gdy dorosłam, miałam okres, kiedy nie umiałam się odnaleźć w naszej relacji, ścierałam się z mamą bardzo, starałam się zerwać emocjonalną pępowinę, bo wydaje mi się, że w którymś momencie po prostu trzeba to zrobić. To wymagało od nas obu wielkiej pracy, bo jesteśmy bardzo różne, a jednocześnie bardzo zależy nam na sobie. Dzisiaj, jak patrzę do tyłu, widzę, że nie traktowałam nas równo: oczekiwałam, że mama zaakceptuje mnie taką, jaką jestem, a jednocześnie ja nie umiałam zaakceptować jej takiej, jaka jest. W każdej relacji – czy to chodzi o dziecko, czy o rodziców, czy o przyjaciół, czy partnera – jesteśmy wygrani, jeśli zaczniemy traktować się na równi. Jeśli dam przyzwolenie mojej mamie, że może być zmęczona po pracy, jeśli dam mojemu dziecku prawo do okazywania różnych emocji, nie tylko tych dobrych – to wtedy i im, i mi jest łatwiej. W miłości trzeba wyrównywać poziomy. 

Czego ty potrzebujesz, żeby czuć się kochana?

To zależy od kogo. Od mojego męża na pewno nie potrzebuję kwiatów, prezentów, zresztą on nigdy taki nie był. I kiedyś może trochę mi tego brakowało, ale w którymś momencie stwierdziłam, że w porównaniu do tego, co dostaję od niego na co dzień, te kwiaty i pierścionki nie są mi zupełnie potrzebne. 

Od moich rodziców potrzebuję poczucia bezpieczeństwa – nie potrzebuję, żeby rozumieli moje szalone decyzje, możemy się nie zgadzać, a i tak wiem, że jestem przez nich kochana i mogę na nich liczyć, i ich drzwi są zawsze dla mnie otwarte, i że zawsze mogę u mamy i taty schować się przed całym światem.

No dobrze, a zwykłe: „kocham cię”?

Ja jestem przyzwyczajona do dobrego. Słowa „kocham cię” słyszę często i od męża, i od dzieci, i od rodziców. Ale gdybym nie słyszała, to i tak nadal bym wiedziała, kto mnie naprawdę kocha. Nie potrzebuję tych słów, żeby dostrzec czyjąś miłość.

Jeszcze zostały dzieci – od nich nie potrzebuję zupełnie niczego. To jest miłość, którą rozpatruję w zupełnie innych kategoriach, jest zupełnie bezinteresowna. Patrzę na nie, widzę, że są zwieńczeniem tych wszystkich słów, które do nich mówię, przytuleń, usypiań i tyle mi wystarcza.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kasia Sokołowska, Top Model
fot. Marcin Kempski/I like photo

Kasia Sokołowska: „Kocham, jestem kochana, spełniona zawodowo”

Jest reżyserką pokazów mody, jurorką w programie „Top Model” i kobietą biznesu. Nam przyznaje, że dopiero po 40. zaczęła w pełni doceniać życie oraz dawać sobie prawo do odpoczynku (i do błędów).
Katarzyna Olkowicz
03.06.2020

W środowisko mody znana jest od lat jako najlepsza reżyserką pokazów mody w Polsce. Szerszej publiczności dała się poznać w roli jurorki programu „Top Model” (wszystkie sezony show możesz obejrzeć za darmo na platformie VOD Player). Niedawno założyła własną markę butów Emeralds and Crocodiles, którą jeszcze w fazie projektu odsprzedała gigantowi obuwniczemu. Jest ambasadorką marek polskich i zagranicznych i dyrektor kreatywną kompleksu hotelowego Lake Hill Resort & Spa, którego właścicielem jest jej partner, biznesman Artur Kozieja. Czy Kasia Sokołowska kiedyś zwolni? „Codziennie mówię: stop, Kasia, co cię tak gna, zatrzymaj się. Staram się złapać życiowy balans, choć to najtrudniejsze zadanie w moim życiu”. Z Kasią Sokołowską, która ciągle poszukuje nowych pomysłów i wyzwań, rozmawiamy o tym, co oznacza dla niej tryb „slow”, co jej dała dojrzała miłość i dlaczego jest fajnym kompanem.  Katarzyna Olkowicz: O której dziś wstałaś? Kasia Sokołowska: O szóstej, ale obudziłam się o czwartej trzydzieści. Przez półtorej godziny leżałam, medytowałam, myślałam o tym, co dziś będę robić. O szóstej piętnaście usiadłam do komputera i na spokojnie, przy kawie, przejrzałam maile. Ten czas to moje „SLOW”. Daje wytchnienie i napędza do dalszego działania, pozwala potem przeżyć dzień spokojniej, bo nie atakują mnie nieprzeczytane wiadomości, niezałatwione sprawy. O dziewiątej byłam już na pierwszym spotkaniu.  A o której skończysz dzień? Nie wiem, pewnie późno, ale nie narzekam.  Nie narzekasz? Zdarza ci się pracować po kilkanaście godzin dziennie. To brzmi jak harówka, nie „slow”! Kiedy praca cię...

Czytaj dalej
Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”

Rok temu skończyła 70 lat, niedawno razem z byłym prezydentem Polski obchodzili 50. rocznicę ślubu. – Ale małżeństwem z Wałęsą byliśmy tak naprawdę tylko 11 lat – mówi Danuta Wałęsa, Pierwsza Dama wolnej Polski. – Polityka okazała się naszym przekleństwem.
Magdalena Żakowska
31.08.2020

„Czasem zastanawiam się, jak dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona. Długo walczyłam o małżeństwo. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Ale nie udało się. Polityka wciągnęła mojego męża jak narkotyk. Dziś już tylko ze mną mieszka” – mówi I Prezydentowa II RP.  Magdalena Żakowska: Jak pani zapamiętała 1989 rok? Danuta Wałęsa: Nie chcę o nim pamiętać. Nigdy nie lubiłam polityki, chociaż byłam do niej na siłę wciągana. Z dzisiejszej perspektywy Czerwiec '89 to dla mnie gorzkie wspomnienie. Mąż poświęcił się wtedy polityce, moje dzieci nie miały ojca, ja nie miałam męża i mam poczucie, że ta ofiara była po nic. W książce pisała pani, że marzy pani o tym, żeby mąż i ojciec do was wrócił. Spełniło się? Nie. Teoretycznie 8 listopada będziemy obchodzili z mężem 50. rocznicę ślubu, ale tak naprawdę małżeństwem byliśmy tylko 11 lat. Bo od Sierpnia ’80 jego w zasadzie interesowała już tylko polityka. W jakimś sensie ojciec opuścił nasze dzieci i odszedł wtedy od rodziny. Trochę stał się w naszym domu gościem. A jak już był, to nie lubił słuchać o problemach.  Marzyłam o tym, żeby wrócił nie tylko dla siebie, także dla dzieci – żeby poczuły wreszcie, że mają ojca. Ale mąż nie potrafi odciąć się od polityki. Ma swój świat, który wciągnął go jak narkotyk. Moja książka nosi tytuł „Marzenia i tajemnice”. Marzenie się nie spełniło, a tajemnicą pozostaje dla mnie, dlaczego on nie chciał w jakiś sposób podzielić się z nami swoim czasem. Dziś już tylko ze mną mieszka. A przez te 11 lat, zanim polityka wkroczyła w wasze życie, byliście szczęśliwą rodziną? Choć męża co chwilę wyrzucali z pracy, a ja byłam albo w ciąży, albo właśnie urodziłam...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej