„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res).

Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech?

Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy.

Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię.

Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych.

Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”. Co dokładnie było dla pani tym piekłem?

Lęk o najbliższych. To jest najgorsza rzecz. W żadnym momencie pandemii nie myślałam o sobie, choć przecież nie jestem najmłodsza i codziennie stykam się z chorymi ludźmi. Bałam się jedynie tego, że przyniosę wirusa do domu. Jednym z bohaterów mojej książki jest Berndt, lekarz i ojciec niepełnosprawnej dziewczynki. Jego postać jest mi bardzo bliska. Jego myśli, jego lęki były takie same, jak moje.

Jestem lekarką, pracuję w poradni rodzinnej, ale jednocześnie jestem też matką niepełnosprawnego syna. Moje dziecko ma przewlekłą niewydolność oddechową, od wielu lat jest na ciągłej tlenoterapii. Koronawirus jest dla niego śmiertelnie niebezpieczny. 

Właśnie ze względu na syna wyjechała pani kiedyś z Polski.

Tak, to był jedyny powód. Nigdy wcześniej nie myślałam o emigracji. Mam trzy specjalizacje lekarskie, studia podyplomowe z promocji zdrowia, ale w pewnym momencie doszło do sytuacji, że mimo tych moich studiów i specjalizacji, mimo tego, że ciągnęłam trzy różne prace, nie byłam w stanie finansowo zapewnić odpowiedniej pomocy mojemu dziecku. Piotruś potrzebował coraz więcej. Oszczędności topniały w oczach. Pomagali nam rodzina i znajomi, ale i tak nie wystarczało. Zaczęło brakować pieniędzy na wszystko. Brakowało na rehabilitację Piotra.

Nie było mnie stać na prywatnie wykonywane badania – a na państwowe musielibyśmy czekać miesiącami. Nasze życie zaczęło się rozbijać o drobiazgi. Na przykład o sondy do karmienia. Piotruś na pewnym etapie rozwoju przestał samodzielnie jeść, zanikł mu odruch połykania, więc wymagał karmienia sondą, ale ich nigdzie nie można było dostać.

Był problem z pampersami – gdy pisałam podania o ich dofinansowanie, to spotykałam się ze zdziwieniem, że są nam potrzebne. Jest mnóstwo rzeczy, które nawet nie przychodzą nam do głowy, kiedy myślimy o opiece nad niepełnosprawnym dzieckiem, a które uniemożliwiają normalne życie jemu i jego rodzinie. 

Z czasem Piotruś zaczął wymagać całodobowej opieki pielęgniarskiej, na którą też nie było nas stać. Frustracja była straszna. Narastała z dnia na dzień. 

Kiedy pani przeprowadziła się do Niemiec?

W 2006 roku, kiedy Piotruś miał cztery lata. Polska była już członkiem Unii Europejskiej, mogliśmy legalnie pracować w krajach Europy Zachodniej. O wiele prościej można było uzyskać prawo wykonywania zawodu i uznanie specjalizacji. Wyjazd do Niemiec to była decyzja podjęta rzutem na taśmę. Jeszcze chwila i na ten wyjazd też byłoby już za późno. Wyjeżdżałam z duszą na ramieniu, pełna wątpliwości i obaw. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Od pierwszych dni pracowałam w swoim zawodzie, a moje dziecko uzyskało pomoc, której nie miało wcześniej. 

Jak wyglądała pomoc, którą pani i pani syn otrzymaliście?

Wyjeżdżając, kompletnie nie znałam niemieckiego systemu opieki zdrowotnej. Przeprowadzałam się tylko z nadzieją, że będę w stanie lepiej zarabiać i dzięki temu sama zapewnię Piotrusiowi odpowiednią opiekę. Tymczasem okazało się, że dużo rzeczy mu się po prostu należy – nagle nie musiałam już prosić, pisać podań, robić składek, zakładać fundacji, nie musiałam liczyć na wsparcie znajomych i nieznajomych. 

Dziś Piotrek ma wszystko, czego potrzebuje do życia. Ma koncentrator tlenu, butlę z tlenem na spacery, urządzenia do odsysania, urządzenie umożliwiające mu odkasływanie, aparat rozszerzający drogi oddechowe, wózek inwalidzki, łóżko pielęgnacyjne, urządzenia do kontroli tętna i ciśnienia, dźwig pomagający nam w podnoszeniu, silnik ułatwiający nam pchanie wózka… Te urządzenia nie są w stanie przywrócić mu sprawności, ale umożliwiają godne życie. Ma całodobową opiekę pielęgniarską.

Tak naprawdę mamy mały szpital w domu, dzięki czemu Piotr może funkcjonować najlepiej, jak to jest możliwe. Jest z nami w domu. I o żadną z tych rzeczy nie musiałam żebrać. Lekarz sam z siebie mówi do mnie: „Mnie się wydaje, że przydałby się wam nowy dźwig, przecież macie do domu dziewięć stopni. Piotr jest coraz większy. Nie dacie rady”. Na początku byłam zaskoczona, zdziwiona, oszołomiona. To wszystko było takie inne. Nagle ktoś w tym moim niepełnosprawnym, pokrzywdzonym przez los dziecku zobaczył człowieka. 

Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

Co zdziwiło panią najbardziej?

Chyba największy szok przeżyłam mniej więcej po dwóch latach pobytu, kiedy zostałam wezwana do jednej z instytucji opiekuńczych i usłyszałam, że Piotruś, owszem, jest niepełnosprawny, ale ma już sześć lat i jest jak najbardziej zdolny do pójścia do szkoły. Dobrze pamiętam, co wtedy pomyślałam: „Ludzie, chyba nie wiecie, co mówicie! On nie połyka, nie potrafi siedzieć, mówić, obracać się, stać, biegać… Żyje we własnym świecie, którego my nigdy nie poznamy i on się według was nadaje do szkoły?!”. Ale dostałam adres i pojechałam na rozmowę z dyrektorem. Weszłam do gabinetu, wyliczam swoje wątpliwości, a on mnie pogania: „Jeśli już pani skończyła, to musimy biec, bo za chwilę nasze dzieci odjeżdżają do domów”. Zaskoczona wybiegłam razem z nim przed budynek i zobaczyłam kilkanaścioro dzieci. Takich samych jak Piotruś. I wszystkie chodziły do tej szkoły. 

I pani synek też poszedł. 

Chodzi tam do dziś, już 12 lat. Wszystko, co jest w tej szkole, stworzono z myślą o niepełnosprawnych dzieciach. Jest trampolina, na której można skakać, siedząc na wózku, jest huśtawka dla dzieci na wózkach inwalidzkich, jest basen z ciepłą wodą, bo tym dzieciom zwykle jest zimniej… Mają rehabilitację, lekcje muzyki, zajęcia z różnych form komunikacji. Jeden nauczyciel przypada na jednego ucznia. Piotruś najbardziej uwielbia lekcje religii, bo tam się dużo śpiewa. Jeździ na zieloną szkołę – z tym swoim tlenem, wózkiem i wieloma innymi urządzeniami, których potrzebuje. Szkoła, której przestraszyłam się tak bardzo, to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które przytrafiły się Piotrusiowi w życiu.

Dla mnie historia Piotrka łączy się z historią pandemii. I tu, i tu widzimy po prostu system, który sprawnie działa. 

Ale tego systemu nie stworzono z dnia na dzień, on był budowany przez dziesiątki lat. Nikt w czasie wojny nie stworzy armii, ona musi istnieć już wcześniej.

Jako lekarka na pewno pani widzi, co konkretnie zadziałało wiosną tego roku.

W Niemczech jest bardzo dobra instytucjonalna opieka nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. To cały system, potężna machina, która działa już od dziesiątek lat. W Niemczech istnieją tzw. pflegediensty, czyli zespoły pielęgniarskie, które opiekują się przebywającymi w domach i wymagającymi pomocy osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Zakres tej pomocy określa lekarz prowadzący. Czasami jest to tylko podanie leków dwa albo trzy razy dziennie, pomoc przy wstaniu z łóżka i porannej toalecie, czasami pacjent potrzebuje tej pomocy o wiele więcej. U wielu moich pacjentów pielęgniarki bywają kilka razy dziennie. Skoro więc już przed pandemią istniały gotowe struktury, to w czasie pandemii nie trzeba było wiele – wystarczyło do obowiązków wykwalifikowanych opiekunek dodać tylko zakupy i przywiezienie obiadu. Chorzy nie musieli wychodzić z domów. Poczuli się bezpieczni. 

To tylko jedna z wielu rzeczy, które pomogły opanować lęk i panikę. Ważna, ale nie najważniejsza, bo myślę, że najważniejsze było jednak zaufanie. Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono też nie powstało samo z siebie. W Polsce byłam przyzwyczajona do tego, że kiedy ktoś usłyszał diagnozę, to szedł na konsultację do drugiego lekarza, czasem do trzeciego, a na koniec bywało, że miał trzy diagnozy, trzy różne recepty i coraz więcej wątpliwości. I z czasem nie ufał już nikomu.

W Niemczech pacjent nie pójdzie na konsultację do drugiego lekarza?

Nie pójdzie m.in. dlatego, że nie ma po co. Nawet jeśliby poszedł, to tutaj są tak ściśle określone standardy medyczne, że najpewniej wyszedłby z dokładnie taką samą receptą. Ale on nie pójdzie przede wszystkim dlatego, że ufa temu pierwszemu, do którego trafił. Wie, że za lekarzem stoją lata studiów, lata specjalizacji, setki szkoleń, wiedza i doświadczenie.

W jaki sposób to zaufanie powstało? 

W dużej mierze zbudowali je sami lekarze. Tu jest nie do pomyślenia, żeby lekarz, oglądając receptę wystawioną przez innego lekarza, powiedział z krytyką: „Kto to panu, pani zapisał?”. Żaden lekarz nie podważa autorytetu innego lekarza. To jest niezgodne z etyką lekarską. Jeśli lekarz ma wątpliwości, to funkcjonuje telefon do kolegi. To jest powszechnie praktykowane – dzwonię i pytam: „Nie rozumiem, proszę mi wytłumaczyć, dlaczego taki lek, dlaczego taka diagnoza?”. I nikt się tutaj nie czuje urażony. Taka przyjacielska rozmowa nie podważa niczyjego autorytetu, ale buduje spójne środowisko lekarskie. 

Tak samo wyniki konsultacji specjalistycznych – są do mnie przesyłane z listem: „Szanowna koleżanko, dziękuję za skierowanie do mnie naszego wspólnego pacjenta. Zbadałem go tego i tego dnia, uzyskałem następujące wyniki badania, postawiłem taką i taką diagnozę, proponuję takie i takie leczenie. Z wyrazami koleżeńskiego szacunku”. Nikt nie wybuduje szacunku i zaufania do środowiska lekarskiego, jeżeli samo środowisko o to nie zadba. 

Pacjent oczywiście ma zawsze prawo do drugiej konsultacji, zwłaszcza w przypadkach, które wymagają podjęcia przez niego ważnej decyzji, na przykład przed poważnymi zabiegami operacyjnymi. Ale on nie idzie potajemnie. Lekarz prowadzący przygotowuje mu pełną dokumentację zawierającą wszystkie wykonane badania i kieruje go na konsultację do specjalisty z wyższego poziomu referencyjnego, najczęściej do placówek klinicznych. Proste zasady dają pacjentom poczucie bezpieczeństwa i budują zaufanie. A ono w relacji lekarza z pacjentem jest najważniejsze. 

Czy właśnie przede wszystkim ono pomogło w pandemii opanować chaos?

Kiedy w Niemczech lawinowo rosła liczba zachorowań, odbierałam mnóstwo telefonów: „Pani doktor, to już koniec!”. Moim zadaniem było przeprowadzić takiego przerażonego pacjenta od paniki do poczucia, że wszystko jest pod kontrolą. Gdyby mi nie ufał, nie byłabym w stanie tego zrobić.

Tuż po wprowadzeniu ograniczeń, gdy zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna, usiadłam, wzięłam telefon i obdzwoniłam wszystkich swoich starszych i niepełnosprawnych pacjentów. Informowałam ich, że nie muszą przychodzić do przychodni, że przyjadę do nich za każdym razem, kiedy będzie taka potrzeba, że moja wizyta w ich domu jest dla nich mniejszym zagrożeniem niż kontakt z innymi pacjentami w przychodni. 

Niemcy byli stawiani za wzór, jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów. 

Powiem pani coś, co mnie samą zaskoczyło. Pacjenci wykazali ogromne zdyscyplinowanie. W naszej placówce, która ma pod opieką około 14 tysięcy pacjentów, do chwili obecnej nie było ani jednej osoby z dodatnim wynikiem testu. Każdy chory z objawami infekcji koronawirusowej, zanim przyszedł do nas, najpierw dzwonił. Dzięki czemu pacjenci, u których zachodziło podejrzenie infekcji dróg oddechowych wywołanej przez koronawirusa, nie byli przyjmowani przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Byli diagnozowani i leczeni w specjalnych ambulatoriach stworzonych przy szpitalach klinicznych. W ten sposób minimalizowano zagrożenie dla innych przychodzących do przychodni pacjentów. 

Dzisiaj, choć pandemia nie mija, to emocje już opadły. Mniej jest strachu. 

Można powiedzieć, że piekło zostało oswojone. Strach o najbliższych pozostał, ale wiemy, jak sobie z nim radzić. Po powrocie z poradni pierwsze kroki kieruję do łazienki. Biorę prysznic, myję włosy, dezynfekuję ręce. Ubrania, które miałam na sobie, wkładam do pralki, piorę je ze specjalnym środkiem dezynfekującym. Potem innym środkiem dezynfekcyjnym przecieram klamkę, której dotknęłam, wchodząc do łazienki, później drugą – do mieszkania, bo przecież też jej dotykałam.

Gdyby ktoś powiedział mi pół roku temu, że tak będę robić, to bym nie uwierzyła. A dziś myślę, że założenie maseczki w sklepie, częste mycie rąk, używanie płynu dezynfekującego, wciskanie guzika w windzie długopisem, a nie palcem, nie jest żadnym wyrzeczeniem. Robię to nie z paraliżującego mnie strachu, tylko ze zdrowego rozsądku. I z miłości. Kocham moich najbliższych, więc chcę ich chronić.

***

Rozmowa z Jolantą Kosowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
ołowica na Śląsku
Adobe Stock

„Dym zasnuwał wszystko. Nic tam nie rosło, dzieci bawiły się w błocie. Gdy mdlały, myślałam, że z głodu”

„Fakt, że dużo dzieci miało anemię, ale, wie pani, to były bardzo biedne dzieci, zaniedbane, myślałam, że z biedy są niedożywione. Mdlały, były słabe, miały bóle brzucha, biegunki, sczerniałe zęby. Ołowica daje takie objawy jak niedokrwistość. Działa też na centralny system nerwowy, skutkując obniżeniem intelektu – ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Przepisywałam im witaminy.”
Maria Zawała
13.06.2020

Była połowa lat 70-tych, kiedy w małej przychodni na obrzeżach Katowic zaczęła się dziwna choroba dzieci. Mdlały, bolał ich brzuch, miały biegunki. Wyniki krwi – fatalne. Młoda lekarka na początku podejrzewała anemię, niedożywienie. Okazało się, że to o wiele groźniejsza, nawet śmiertelna choroba: ołowica. Zaczęła się walka z czasem – i komunistycznym rządem.  „Ratowanie dzieci to był mój obowiązek. Zupełnie nie wyobrażam sobie, by lekarz mógł się zachować inaczej. Dzieci były chore, więc trzeba było działać”, mówi dziś  dr Jolanta Wadowska-Król.  Z wykształcenia i powołania jest pediatrą, w latach 70-tych uratowała kilka tysięcy katowickich dzieci z ołowicą. I chociaż nie trafiła do więzienia, to za ujawnienie choroby i przeciwstawienie się państwowym władzom zapłaciła wysoką cenę. Jej historia to właściwie gotowy materiał na film o kobiecie, która przeciwstawia się władzy  i lokalnym układom w imię zdrowia dzieci. Choć ona sama uważa, że nic wielkiego nie zrobiła. Maria Zawała: Uratowała pani przed zachorowaniem na ołowicę albo kalectwem czy nawet śmiercią z jej powodu tysiące dzieci z Katowic. Mówili wtedy o pani: „Matka Boska Szopienicka”. Dr Jolanta Wadowska-Król: Ale to było negatywne określenie mojej osoby! W komunie nie wszystkim się podobało, gdy głośno mówiłam, że mieszkańców Szopienic może ocalić tylko zamknięcie 150-letniej wówczas huty i przeoranie gruntu wokół niej. Ktoś mi opowiedział, że ówczesna dyrektorka sanepidu na jednym ze spotkań prychnęła: „Matka Boska Szopienicka się znalazła i miesza ludziom w głowach”. I tak to określenie do mnie przylgnęło. Pani dyrektor była członkiem Plenum KW PZPR, a w PRL-u nagłaśnianie tego, że dzieci masowo chorują na ołowicę, nie...

Czytaj dalej
Transplatologia
Getty Images

„Zabieramy nasze narządy do nieba, choć moglibyśmy nimi ratować ludzi” – mówi prof. Magdalena Durlik, transplantolog

Transplantacja to więcej niż zabieg medyczny. To dzielenie się życiem, nawet po śmierci. Ale liczba oczekujących na przeszczep rośnie z roku na rok. Dlaczego tak się dzieje ? Rozmawiamy z prof. Magdaleną Durlik.
Tamara Wilk
01.08.2020

Z badań wynika, że jesteśmy raczej dobrze nastawieni do dzielenia się naszymi organami. Ludziom wierzącym nie zabrania tego religia, nawet Jan Paweł II popierał idee transplantologii. Dlaczego więc czas oczekiwania na przeszczep tak się wydłuża?  Może jest to po prostu światowy trend:  ludzie dłużej żyją i w coraz starszym wieku można im przeszczepiać serce, wątrobę czy nerki. Rośnie więc liczna potrzebujących. A może w naszych warunkach sprawy są jeszcze bardziej skomplikowane? Tamara Wilk: Jest coś takiego, jak „oświadczenie woli”. Podpisując je, godzimy się na pobranie po śmierci naszych narządów. Lekarze nie muszą już pytać krewnych o zgodę. Załóżmy, że rozważam podpisanie takiego dokumentu, jednak się waham. Co by mi pani powiedziała, nie tylko jako transplantolog, ale tak od serca? Magdalena Durlik: Żeby się pani nie wahała. Bo życiem można się podzielić, nawet po śmierci. W niebie te narządy nie będą pani potrzebne, a tu, na ziemi, paru osobom przedłużą albo uratują życie. Ilu? Policzmy: dwie nerki to już dwie osoby. Serce, wątroba, trzustka… kolejne trzy. Czasem jest potrzeba, żeby przeszczepić komuś rękę, więc pani prawą i lewą ręką też ktoś może w życiu jeszcze coś dobrego zdziałać. Ktoś inny może odzyskać wzrok, jeśli da się pobrać od pani rogówkę. A jakbyśmy się uparli, to można by przeszczepić komuś pani twarz. Myślę, że to niemało… Twoje narządy, twoja wola A pani podpisała oświadczenie woli? Nie. Pewnie zapyta pani dlaczego. Dla moich bliskich jest absolutnie oczywiste, jaki jest mój stosunek do tej sprawy. Jeśli jakiś mój organ mógłby komuś pomóc, chciałabym, by tak się stało. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To prawda, że na przeszczep w Polsce czeka dziś więcej osób niż przed 20 laty?...

Czytaj dalej
Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok. Dramat matek wcześniaków Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było? Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy.  U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe. Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości. W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem? Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej. Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka.  Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme… Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło....

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Chorowanie w czasie pandemii? To nie wypada

Sylwia Arlak
11.05.2020

Nie wolno nam wyjechać w daleką podróż, ani nawet – jeszcze – iść do restauracji. Kino i teatr? Nie teraz. Impreza urodzinowa albo wesele ? W żadnym wypadku. Czego jeszcze lepiej nie robić w czasie pandemii? Chorować. O ile nie jest to oczywiście koronawirus. Zaczynasz kaszleć, wszyscy ze współczuciem, ale jednocześnie z widocznym strachem, pytają cię: „Ale to chyba nie koronawirus, co?”. Przypominasz im delikatnie, że w trakcie pandemii Covid-19, inne choroby nie zniknęły w magiczny sposób. Przychodzi kurier, a ty dalej kaszlesz. „O, typowe objawy koronawirusa” — mówi niby żartem od progu, a ty się uśmiechasz, chociaż masz powoli dosyć tego tematu. Naprawdę nie chcesz używać określenia „narodowa histeria”, ale nic nie poradzisz, że właśnie to ciśnie ci się na usta. Nie mamy pani wyników i co nam pani zrobi Do kaszlu dochodzi jeszcze katar, ból gardła, lekka gorączka (i inne objawy, o których już nawet nie chcesz pamiętać). Doraźne środki nie pomagają. Już wiesz, że nie wyleczysz się sama, więc postanawiasz skorzystać z usług specjalisty. Spotkanie z lekarzem online? Ten pomysł wydaje ci się co najmniej dziwny, ale nie masz wyjścia, więc przestajesz marudzić. Lekarz jest wyraźnie znudzony twoim przypadkiem („A może faktycznie niepotrzebnie zabieram mu czas? Przeszkadzam mu?” — zadajesz sobie pytania), ale z drugiej strony, aż tak dużo czasu nie zabierasz, bo konsultacja online jest jeszcze krótsza niż zwykła wizyta w gabinecie. Ale za to na koniec dowiadujesz się, że będą potrzebne badania. Chyba że po raz kolejny chcesz szprycować się lekarstwem „na każdą przypadłość” zwaną antybiotykiem. Zgłaszasz się na zlecone badania, w głębi ducha boisz się jednak, że skoro badania – to jednak dopadło cię coś...

Czytaj dalej