„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res).

Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech?

Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy.

Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię.

Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych.

Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”. Co dokładnie było dla pani tym piekłem?

Lęk o najbliższych. To jest najgorsza rzecz. W żadnym momencie pandemii nie myślałam o sobie, choć przecież nie jestem najmłodsza i codziennie stykam się z chorymi ludźmi. Bałam się jedynie tego, że przyniosę wirusa do domu. Jednym z bohaterów mojej książki jest Berndt, lekarz i ojciec niepełnosprawnej dziewczynki. Jego postać jest mi bardzo bliska. Jego myśli, jego lęki były takie same, jak moje.

Jestem lekarką, pracuję w poradni rodzinnej, ale jednocześnie jestem też matką niepełnosprawnego syna. Moje dziecko ma przewlekłą niewydolność oddechową, od wielu lat jest na ciągłej tlenoterapii. Koronawirus jest dla niego śmiertelnie niebezpieczny. 

Właśnie ze względu na syna wyjechała pani kiedyś z Polski.

Tak, to był jedyny powód. Nigdy wcześniej nie myślałam o emigracji. Mam trzy specjalizacje lekarskie, studia podyplomowe z promocji zdrowia, ale w pewnym momencie doszło do sytuacji, że mimo tych moich studiów i specjalizacji, mimo tego, że ciągnęłam trzy różne prace, nie byłam w stanie finansowo zapewnić odpowiedniej pomocy mojemu dziecku. Piotruś potrzebował coraz więcej. Oszczędności topniały w oczach. Pomagali nam rodzina i znajomi, ale i tak nie wystarczało. Zaczęło brakować pieniędzy na wszystko. Brakowało na rehabilitację Piotra.

Nie było mnie stać na prywatnie wykonywane badania – a na państwowe musielibyśmy czekać miesiącami. Nasze życie zaczęło się rozbijać o drobiazgi. Na przykład o sondy do karmienia. Piotruś na pewnym etapie rozwoju przestał samodzielnie jeść, zanikł mu odruch połykania, więc wymagał karmienia sondą, ale ich nigdzie nie można było dostać.

Był problem z pampersami – gdy pisałam podania o ich dofinansowanie, to spotykałam się ze zdziwieniem, że są nam potrzebne. Jest mnóstwo rzeczy, które nawet nie przychodzą nam do głowy, kiedy myślimy o opiece nad niepełnosprawnym dzieckiem, a które uniemożliwiają normalne życie jemu i jego rodzinie. 

Z czasem Piotruś zaczął wymagać całodobowej opieki pielęgniarskiej, na którą też nie było nas stać. Frustracja była straszna. Narastała z dnia na dzień. 

Kiedy pani przeprowadziła się do Niemiec?

W 2006 roku, kiedy Piotruś miał cztery lata. Polska była już członkiem Unii Europejskiej, mogliśmy legalnie pracować w krajach Europy Zachodniej. O wiele prościej można było uzyskać prawo wykonywania zawodu i uznanie specjalizacji. Wyjazd do Niemiec to była decyzja podjęta rzutem na taśmę. Jeszcze chwila i na ten wyjazd też byłoby już za późno. Wyjeżdżałam z duszą na ramieniu, pełna wątpliwości i obaw. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Od pierwszych dni pracowałam w swoim zawodzie, a moje dziecko uzyskało pomoc, której nie miało wcześniej. 

Jak wyglądała pomoc, którą pani i pani syn otrzymaliście?

Wyjeżdżając, kompletnie nie znałam niemieckiego systemu opieki zdrowotnej. Przeprowadzałam się tylko z nadzieją, że będę w stanie lepiej zarabiać i dzięki temu sama zapewnię Piotrusiowi odpowiednią opiekę. Tymczasem okazało się, że dużo rzeczy mu się po prostu należy – nagle nie musiałam już prosić, pisać podań, robić składek, zakładać fundacji, nie musiałam liczyć na wsparcie znajomych i nieznajomych. 

Dziś Piotrek ma wszystko, czego potrzebuje do życia. Ma koncentrator tlenu, butlę z tlenem na spacery, urządzenia do odsysania, urządzenie umożliwiające mu odkasływanie, aparat rozszerzający drogi oddechowe, wózek inwalidzki, łóżko pielęgnacyjne, urządzenia do kontroli tętna i ciśnienia, dźwig pomagający nam w podnoszeniu, silnik ułatwiający nam pchanie wózka… Te urządzenia nie są w stanie przywrócić mu sprawności, ale umożliwiają godne życie. Ma całodobową opiekę pielęgniarską.

Tak naprawdę mamy mały szpital w domu, dzięki czemu Piotr może funkcjonować najlepiej, jak to jest możliwe. Jest z nami w domu. I o żadną z tych rzeczy nie musiałam żebrać. Lekarz sam z siebie mówi do mnie: „Mnie się wydaje, że przydałby się wam nowy dźwig, przecież macie do domu dziewięć stopni. Piotr jest coraz większy. Nie dacie rady”. Na początku byłam zaskoczona, zdziwiona, oszołomiona. To wszystko było takie inne. Nagle ktoś w tym moim niepełnosprawnym, pokrzywdzonym przez los dziecku zobaczył człowieka. 

Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

Co zdziwiło panią najbardziej?

Chyba największy szok przeżyłam mniej więcej po dwóch latach pobytu, kiedy zostałam wezwana do jednej z instytucji opiekuńczych i usłyszałam, że Piotruś, owszem, jest niepełnosprawny, ale ma już sześć lat i jest jak najbardziej zdolny do pójścia do szkoły. Dobrze pamiętam, co wtedy pomyślałam: „Ludzie, chyba nie wiecie, co mówicie! On nie połyka, nie potrafi siedzieć, mówić, obracać się, stać, biegać… Żyje we własnym świecie, którego my nigdy nie poznamy i on się według was nadaje do szkoły?!”. Ale dostałam adres i pojechałam na rozmowę z dyrektorem. Weszłam do gabinetu, wyliczam swoje wątpliwości, a on mnie pogania: „Jeśli już pani skończyła, to musimy biec, bo za chwilę nasze dzieci odjeżdżają do domów”. Zaskoczona wybiegłam razem z nim przed budynek i zobaczyłam kilkanaścioro dzieci. Takich samych jak Piotruś. I wszystkie chodziły do tej szkoły. 

I pani synek też poszedł. 

Chodzi tam do dziś, już 12 lat. Wszystko, co jest w tej szkole, stworzono z myślą o niepełnosprawnych dzieciach. Jest trampolina, na której można skakać, siedząc na wózku, jest huśtawka dla dzieci na wózkach inwalidzkich, jest basen z ciepłą wodą, bo tym dzieciom zwykle jest zimniej… Mają rehabilitację, lekcje muzyki, zajęcia z różnych form komunikacji. Jeden nauczyciel przypada na jednego ucznia. Piotruś najbardziej uwielbia lekcje religii, bo tam się dużo śpiewa. Jeździ na zieloną szkołę – z tym swoim tlenem, wózkiem i wieloma innymi urządzeniami, których potrzebuje. Szkoła, której przestraszyłam się tak bardzo, to jedna z najpiękniejszych rzeczy, które przytrafiły się Piotrusiowi w życiu.

Dla mnie historia Piotrka łączy się z historią pandemii. I tu, i tu widzimy po prostu system, który sprawnie działa. 

Ale tego systemu nie stworzono z dnia na dzień, on był budowany przez dziesiątki lat. Nikt w czasie wojny nie stworzy armii, ona musi istnieć już wcześniej.

Jako lekarka na pewno pani widzi, co konkretnie zadziałało wiosną tego roku.

W Niemczech jest bardzo dobra instytucjonalna opieka nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. To cały system, potężna machina, która działa już od dziesiątek lat. W Niemczech istnieją tzw. pflegediensty, czyli zespoły pielęgniarskie, które opiekują się przebywającymi w domach i wymagającymi pomocy osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Zakres tej pomocy określa lekarz prowadzący. Czasami jest to tylko podanie leków dwa albo trzy razy dziennie, pomoc przy wstaniu z łóżka i porannej toalecie, czasami pacjent potrzebuje tej pomocy o wiele więcej. U wielu moich pacjentów pielęgniarki bywają kilka razy dziennie. Skoro więc już przed pandemią istniały gotowe struktury, to w czasie pandemii nie trzeba było wiele – wystarczyło do obowiązków wykwalifikowanych opiekunek dodać tylko zakupy i przywiezienie obiadu. Chorzy nie musieli wychodzić z domów. Poczuli się bezpieczni. 

To tylko jedna z wielu rzeczy, które pomogły opanować lęk i panikę. Ważna, ale nie najważniejsza, bo myślę, że najważniejsze było jednak zaufanie. Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono też nie powstało samo z siebie. W Polsce byłam przyzwyczajona do tego, że kiedy ktoś usłyszał diagnozę, to szedł na konsultację do drugiego lekarza, czasem do trzeciego, a na koniec bywało, że miał trzy diagnozy, trzy różne recepty i coraz więcej wątpliwości. I z czasem nie ufał już nikomu.

W Niemczech pacjent nie pójdzie na konsultację do drugiego lekarza?

Nie pójdzie m.in. dlatego, że nie ma po co. Nawet jeśliby poszedł, to tutaj są tak ściśle określone standardy medyczne, że najpewniej wyszedłby z dokładnie taką samą receptą. Ale on nie pójdzie przede wszystkim dlatego, że ufa temu pierwszemu, do którego trafił. Wie, że za lekarzem stoją lata studiów, lata specjalizacji, setki szkoleń, wiedza i doświadczenie.

W jaki sposób to zaufanie powstało? 

W dużej mierze zbudowali je sami lekarze. Tu jest nie do pomyślenia, żeby lekarz, oglądając receptę wystawioną przez innego lekarza, powiedział z krytyką: „Kto to panu, pani zapisał?”. Żaden lekarz nie podważa autorytetu innego lekarza. To jest niezgodne z etyką lekarską. Jeśli lekarz ma wątpliwości, to funkcjonuje telefon do kolegi. To jest powszechnie praktykowane – dzwonię i pytam: „Nie rozumiem, proszę mi wytłumaczyć, dlaczego taki lek, dlaczego taka diagnoza?”. I nikt się tutaj nie czuje urażony. Taka przyjacielska rozmowa nie podważa niczyjego autorytetu, ale buduje spójne środowisko lekarskie. 

Tak samo wyniki konsultacji specjalistycznych – są do mnie przesyłane z listem: „Szanowna koleżanko, dziękuję za skierowanie do mnie naszego wspólnego pacjenta. Zbadałem go tego i tego dnia, uzyskałem następujące wyniki badania, postawiłem taką i taką diagnozę, proponuję takie i takie leczenie. Z wyrazami koleżeńskiego szacunku”. Nikt nie wybuduje szacunku i zaufania do środowiska lekarskiego, jeżeli samo środowisko o to nie zadba. 

Pacjent oczywiście ma zawsze prawo do drugiej konsultacji, zwłaszcza w przypadkach, które wymagają podjęcia przez niego ważnej decyzji, na przykład przed poważnymi zabiegami operacyjnymi. Ale on nie idzie potajemnie. Lekarz prowadzący przygotowuje mu pełną dokumentację zawierającą wszystkie wykonane badania i kieruje go na konsultację do specjalisty z wyższego poziomu referencyjnego, najczęściej do placówek klinicznych. Proste zasady dają pacjentom poczucie bezpieczeństwa i budują zaufanie. A ono w relacji lekarza z pacjentem jest najważniejsze. 

Czy właśnie przede wszystkim ono pomogło w pandemii opanować chaos?

Kiedy w Niemczech lawinowo rosła liczba zachorowań, odbierałam mnóstwo telefonów: „Pani doktor, to już koniec!”. Moim zadaniem było przeprowadzić takiego przerażonego pacjenta od paniki do poczucia, że wszystko jest pod kontrolą. Gdyby mi nie ufał, nie byłabym w stanie tego zrobić.

Tuż po wprowadzeniu ograniczeń, gdy zrozumieliśmy, że sytuacja jest poważna, usiadłam, wzięłam telefon i obdzwoniłam wszystkich swoich starszych i niepełnosprawnych pacjentów. Informowałam ich, że nie muszą przychodzić do przychodni, że przyjadę do nich za każdym razem, kiedy będzie taka potrzeba, że moja wizyta w ich domu jest dla nich mniejszym zagrożeniem niż kontakt z innymi pacjentami w przychodni. 

Niemcy byli stawiani za wzór, jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów. 

Powiem pani coś, co mnie samą zaskoczyło. Pacjenci wykazali ogromne zdyscyplinowanie. W naszej placówce, która ma pod opieką około 14 tysięcy pacjentów, do chwili obecnej nie było ani jednej osoby z dodatnim wynikiem testu. Każdy chory z objawami infekcji koronawirusowej, zanim przyszedł do nas, najpierw dzwonił. Dzięki czemu pacjenci, u których zachodziło podejrzenie infekcji dróg oddechowych wywołanej przez koronawirusa, nie byli przyjmowani przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Byli diagnozowani i leczeni w specjalnych ambulatoriach stworzonych przy szpitalach klinicznych. W ten sposób minimalizowano zagrożenie dla innych przychodzących do przychodni pacjentów. 

Dzisiaj, choć pandemia nie mija, to emocje już opadły. Mniej jest strachu. 

Można powiedzieć, że piekło zostało oswojone. Strach o najbliższych pozostał, ale wiemy, jak sobie z nim radzić. Po powrocie z poradni pierwsze kroki kieruję do łazienki. Biorę prysznic, myję włosy, dezynfekuję ręce. Ubrania, które miałam na sobie, wkładam do pralki, piorę je ze specjalnym środkiem dezynfekującym. Potem innym środkiem dezynfekcyjnym przecieram klamkę, której dotknęłam, wchodząc do łazienki, później drugą – do mieszkania, bo przecież też jej dotykałam.

Gdyby ktoś powiedział mi pół roku temu, że tak będę robić, to bym nie uwierzyła. A dziś myślę, że założenie maseczki w sklepie, częste mycie rąk, używanie płynu dezynfekującego, wciskanie guzika w windzie długopisem, a nie palcem, nie jest żadnym wyrzeczeniem. Robię to nie z paraliżującego mnie strachu, tylko ze zdrowego rozsądku. I z miłości. Kocham moich najbliższych, więc chcę ich chronić.

***

Rozmowa z Jolantą Kosowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku… Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”. Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów? Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności.  A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i miłości.  Co złego jest w...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Bliskość w dobie koronawirusa. Zdjęcie „Time” mówi wszystko o tych dziwnych czasach

Magazyn „Time” opublikował zdjęcie, które poruszyło świat. Stęsknione za sobą wnuczka i babcia spotkały się po wielu dniach rozłąki. Przez panującą pandemię, kobiety nie mogły się dotknąć. Ale wpadły na genialny pomysł.
Sylwia Arlak
28.05.2020

Czy możemy być ze sobą blisko w czasie pandemii koronawirusa? Rodzina Sileo z Wantagh w Nowym Jorku udowodniła, że tak. Jej członkowie postanowili spotkać się z okazji Memorial Day. Amerykańskie święto państwowe upamiętnia obywateli USA, którzy zginęli w trakcie odbywania służby wojskowej. To ważna data dla każdego obywatela tego kraju. Babcia i wnuczka wzruszyły świat Tego dnia rodzina Sileo spotkała się po raz pierwszy od czasu wybuchu pandemii. Choć tęsknota była ogromna, jej członkowie nie zapomnieli o zachowaniu wszelkich środków ostrożności. Sytuacja jest poważna — najwięcej zachorowań na COVID-19 odnotowano właśnie Stanach Zjednoczonych. Zachorowało tam już ponad 1,7 miliona osób. Rodzina wpadła na niecodzienny, ale genialny pomysł. Dotykali się i przytulali przez dużą plastikową folię. Wzruszające zdjęcie Olivii Grant, która wtula się w swoją babcię, Mary Grace Sileo możemy zobaczyć na profilu instagramowym magazynu  „Time”.         Wyświetl ten post na Instagramie.                   Olivia Grant, right, hugs her grandmother, Mary Grace Sileo, through a plastic barrier hung from a homemade clothes line in Wantagh, N.Y., on May 24. It was the first time they had contact of any kind since the lockdown due to the #coronavirus pandemic began. Photograph by @albello55—@gettyimages Post udostępniony przez TIME (@time) Maj 26, 2020 o 10:55 PDT Bliżej siebie Pandemia zmieniła nasze relacje. Jak wpłynęła na życie Polaków? Z raportu marki VOX wynika, że mamy więcej czasu dla najbliższych. Blisko co trzeci badany podkreśla, że podczas izolacji poprawiły się jego relacje z domownikami....

Czytaj dalej
tłumy we Władysławowie
iStock

„Na plaży koronawirusa nie ma!” Dlaczego już nie boimy się pandemii – mówi psycholog, Katarzyna Kucewicz

Jeszcze niedawno wszyscy z powodu pandemii siedzieliśmy w domach, a teraz tłumnie wyszliśmy na plaże i tworzymy kilometrowe kolejki na górskich szlakach. O co chodzi? Czy nie boimy się już koronawirusa?
Sylwia Arlak
07.08.2020

Zdjęcie Kacpra Kowalskiego z tegorocznych wakacji we Władysławowie: dziki tłum, człowiek na człowieku, prawie nikt w maseczce. Nie lepiej jest w górach i na Mazurach. Każdego dnia rośnie liczba zarażonych koronawirusem, ale jakoś – przestaliśmy się go już bać. Dlaczego tak się dzieje? Psycholożka Katarzyna Kucewicz wśród przyczyn wskazuje… wakacje! Pandemiczne carpe diem!  Ludzie zachowują się na wakacjach, tak, jakby epidemii nie było. Jak to możliwe? – Na wakacjach świat wygląda inaczej, to znany mechanizm psychologiczny. Wydaje nam się, że przenosimy się w inną rzeczywistość. Żyjemy tak, jakby jutra miało nie być. Sądzimy, że skoro jesteśmy na wakacjach, nic złego nas się nie stanie, więc nie musimy się kontrolować. Wakacje kojarzą nam się z czymś, lekkim, zabawnym i przyjemnym. Myślimy, że skoro mamy słońce, plaże, czas na zabawę, alkohol, dobry humor to musi być pięknie. Często wyłącza nam się racjonale myślenie i oddajemy się typowo emocjonalnym uciechom. Stąd co roku tyle wypadków i bezmyślnych śmierci w okresie wakacyjnym — mówi nam psycholożka z  gabinetu Inner Garden, Katarzyna Kucewicz i dodaje:   – Plażowicze we Władysławowie, których widzimy na słynnym zdjęciu, również zaklinali rzeczywistość.  Wyłączyła im się ostrożność, którą mają w miejscu zamieszkania. W domach pryskamy ręce środkami antybakteryjnymi, nosimy maski. Ale wydaje nam się, że na wakacjach obowiązują nas inne zasady, bo i my się inaczej czujemy. A może jest tak, że tłumy nas demotywują? Myślimy sobie, że skoro inni nie muszą być ostrożni, to ja też nie? – To dotyczy osób, które żyją według zewnętrznych zakazów i nakazów, a nie wewnętrznych. Traktują obostrzenia, jako coś, przeciw czemu trzeba się...

Czytaj dalej
iStock

Masz już serdecznie dość wiadomości o koronawirusie i COVID-19? Zobacz, co robić!

Z jednej strony masz już naprawdę dość śledzenia kolejnych wiadomości o koronawirusie, z drugiej chcesz jak najlepiej chronić siebie i swoich bliskich. To stresujące i wyczerpujące.
Sylwia Arlak
04.09.2020

Wszyscy jesteśmy w tym razem. Na bieżąco śledzimy informacje dotyczące koronawirusa. Najchętniej zapomnielibyśmy o pandemii, ale wciąż towarzyszy nam strach o własne zdrowie i zdrowie bliskich. Światowa ekspertka w dziedzinie zdrowia publicznego Allana Shakish w wystąpieniu TED tłumaczy, jak radzić sobie z tym nadmiarem informacji, zachowując bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek. Skup się na najważniejszych informacjach Kiedy docierają do ciebie kolejne wiadomości na temat  COVID-19, zadaj sobie pytanie: „Czy posiadanie tych informacji przyniesie korzyści mojemu życiu? Czy pozwoli mi podejmować bardziej przemyślane decyzje?”. Gromadzenie masy informacji, których nie możesz w żaden sposób wykorzystać, nic ci nie przynosi. Czy naprawdę musisz śledzić postępy poszczególnych badaczy, pracujących nad szczepionką? Chociaż sama myśl o przyszłej szczepionce, może dać ci poczucie nadziei, szczegóły mogą nie być tak ważne. Dla większości z nas najważniejszą informacją, którą należy śledzić, jest sposób przenoszenia wirusa. Tak samo wg lekarzy ważna jest nie sama liczba zarażonych – bo dziś wiemy, że większość z nich przechodzi chorobę w łagodny lub nawet bezobjawowy sposób – ale liczba osób, które z powodu COVID-19 znajdują się w szpitalach, bo dopiero te dane pokazują nam, jak poważna jest sytuacja.  Przeglądaj zaufane źródła COVID-19 jest mocno upolityczniony. Niektóre główne źródła wiadomości opierają swoje treści bardziej na opiniach niż na nauce. Ponadto organizacje medialne i publikacje (nieakademickie i akademickie) są pod ogromną presją. Nie czytaj tekstów napisanych przez samozwańczych analityków  i znawców-celebrytów.  Jeśli naprawdę chcesz pogłębić wiedzę o koronawirusie, czytaj...

Czytaj dalej