Miłość i dom potrzebne jak tlen
Fundacja Polki Mogą Wszystko

Miłość i dom potrzebne jak tlen

Edyta i Marcin od zawsze chcieli mieć dużą rodzinę, dać miłość nie tylko swojemu dziecku. Zdecydowali się stworzyć rodzinę dla dzieci, które na starcie życia zamiast miłości dostały bagaż trudnych doświadczeń i chorób. Biologiczni rodzice nie odważyli się z tym zmierzyć.
Katarzyna Pinkosz
17.03.2021

Tekst w ramach kampanii 1% Fundacji Polki Mogą Wszystko.

***

Myśl o tym, żeby pomagać dzieciom, tkwiła w nich od zawsze. Edyta planowała, że zostanie pracownikiem socjalnym, jeszcze w czasie studiów miała praktyki w domu dziecka, była wychowawczynią na koloniach dla dzieci, angażowała się w imprezy mikołajkowe, pomagała robić paczki dla dzieci z ubogich rodzin. Marcin również już na studiach angażował się w akcje charytatywne. Kiedy się poznali, doszli do wniosku, że chcą mieć dużą rodzinę, w której będzie miejsce nie tylko dla ich biologicznych dzieci.

10 lat temu urodził się ich syn Joachim. Mimo że chcieli mieć więcej własnych dzieci, kolejne się nie pojawiało. Coraz częściej myśleli więc, że warto pomóc dzieciom, które nie dostały domu i miłości, stworzyć dla nich rodzinę zastępczą. Zdecydowali, że będą pomagać dzieciom w najtrudniejszej sytuacji, obciążonym zdrowotnie, które zwykle nie mają szans na adopcję. Kupili dom na obrzeżach Krakowa z myślą, że będzie to miejsce, gdzie znajdą one miłość.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Emil: miał szansę poczuć, co to znaczy rodzina

Informacja, że „bardzo chory Książę poszukuje rodziny”, pojawiła się kilka lat temu w wielkanocny poniedziałek na FB Fundacji Gajusz, która prowadzi hospicjum dla dzieci. „Księżniczka”, „Książę” ‒ tak mówi się tu o chorych dzieciach. Edyta potraktowała to jako znak: „A może on szuka właśnie nas?”.

Na pierwsze spotkanie do hospicjum pojechała sama. Okazało się, że Emil przez kilka miesięcy walczył w szpitalu o życie. Rodzice zrzekli się do niego praw. Miał mukowiscydozę, zespół krótkiego jelita, wyłonioną stomię, musiał być żywiony pozajelitowo: przez 18 godzin na dobę dostawał specjalistyczną mieszankę przez cewnik do żyły. ‒ Mąż początkowo uważał, że nie damy sobie rady z dzieckiem, które ma tak wiele problemów zdrowotnych. Powiedziałam jednak, że jak nie my, to kto? Potem były długie rozmowy z lekarzami, psychologami, uczyliśmy się opiekować Emilem. Rozmawialiśmy też z Joachimem, on jednak bardzo szybko zaakceptował nowego brata ‒ opowiada Edyta.

Emil w ich domu odżył. Nauczył się chodzić, jeździć na rowerku, komunikować się, zaczął mówić, jeść. Lekarze byli zdumieni jego postępami. Z cichego chłopca, który nigdy nie płakał (to jeden z objawów choroby sierocej: dziecko uczy się, że jego potrzeby nie są zaspokajane, więc ich nie komunikuje), stał się pełnym radości i energii urwiskiem. Zawsze uśmiechnięty, nigdy się nie skarżył. ‒ Wiedziałam, że dzieciństwo może być jego jedynym okresem życia, dlatego chcieliśmy, by był szczęśliwy. Nie zamykaliśmy się w domu dlatego, że mamy niepełnosprawne dziecko. Staraliśmy się w miarę możliwości jeździć po Polsce, pokazaliśmy mu góry, morze ‒ opowiada Edyta. Joachim pokochał Emila jak młodszego brata, bawił się z nim, opiekował, pilnował, żeby nikt, kto do nich przychodzi w odwiedziny, nie miał infekcji, bo przy mukowiscydozie każda jest niebezpieczna.

W sierpniu 2019 do rodziny dołączył 7-miesięczny Jaś: chłopczyk z zespołem Downa i niewielką wadą serduszka: rodzice również zrzekli się do niego praw. Emilek zaczął rozkwitać w roli starszego brata: stał się opiekuńczy, pomagał karmić. Niestety, wiosną ubiegłego roku Emil zachorował. To był początek lockdownu, kiedy trudno było namówić lekarza na przyjazd. Teleporady nie pomagały. Stan chłopca pogarszał się, z gorączką trafił do szpitala. Rozwinęła się sepsa, trafił na intensywną terapię. ‒ Nie pozwolono nam nawet przyjść do niego na oddział. Miałam rozdarte serce, bo wiedziałam, jak on musi się bać, że go porzuciliśmy: to dziecko już przecież doświadczyło takiej traumy. Pozwolono nam go odwiedzić, dopiero gdy już było wiadomo, że musimy się z nim pożegnać. Odszedł w maju, po miesiącu pobytu w szpitalu, pół godziny po naszym wyjściu z oddziału, jakby czekał, żeby jeszcze raz nas zobaczyć ‒ mówi ze łzami w oczach Edyta.

Czytaj też: Mama Małgosi z zespołem Downa: Nie współczujmy im, nie traktujmy inaczej, bo „takie biedne”

Do dziś się z tym nie pogodziła. Podobnie jak cała rodzina, zwłaszcza Joachim. Początkowo mówił, że to nie może być prawda, że to lekarze musieli się pomylić. Pytał też, po co było walczyć o zdrowie Emila, skoro i tak odszedł. ‒ Mnie też było trudno. Wiem jednak, że przez te 2,5 roku, kiedy był z nami, miał szansę poczuć, co to znaczy być kochanym. Rozkwitł. Pokazał też nam, że można pokochać niby obce dziecko. Dać mu miłość, radość ‒ w głosie Edyty słychać wzruszenie.

W domu bez Emila zrobiło się smutno i pusto.

Edyta i Marcin z dziećmi, podopieczni Fundacji Polki Mogą Wszystko
Fundacja Polki Mogą Wszystko

Mała Księżniczka i śmieszne minki Księcia

Edyta często w myślach rozmawiała z Emilem. Któregoś dnia, gdy pustka po jego odejściu wydawała się większa niż zwykle, powiedziała mu, że jeśli wie, że jest gdzieś dziecko pozbawione miłości rodziców, które ma trafić do placówki opiekuńczej, to niech da im znać. Po dwóch dniach przyszła wiadomość, że w Tuli Luli, ośrodku preadopcyjnym Fundacji Gajusz, na rodzinę czeka kilkumiesięczna Hania. Dziewczynka miała zespół Downa, wadę serca i wyłonioną stomię.

Edyta potraktowała wiadomość jak znak od Emilka. Psychologowie początkowo odradzali tak szybkie przyjęcie do domu kolejnego dziecka z poważnymi problemami zdrowotnymi, jednak ani ona, ani Marcin, nie mieli wątpliwości. Joachim także: to on pierwszy stwierdził kategorycznie, że nie ma na co czekać, a „Hania musi być ich”.

We wrześniu 2020 w domu pojawiła się więc pięciomiesięczna Hania. ‒ To nasze światełko i radość, dar od Emilka. Joachim jest w nią wpatrzony, to jego ukochana Księżniczka ‒ opowiada Edyta.

Dzieci otoczone miłością osiągają postępy, które dla lekarzy wydawały się niemożliwe. Jaś ma dziś ponad dwa lata, zaczyna chodzić, uczy się jeździć na trójkołowym rowerku biegowym, który Emilek otrzymał od Fundacji Polki Mogą Wszystko. Był to ukochany rowerek, z którym się nie rozstawał. Jaś najbardziej lubi piłki z dzwoneczkami i bieganie po całym domu na czworaka. Wszędzie go pełno. Robi śmieszne minki i coraz więcej mówi. 9-miesięczna Hania jak swój „bagaż zdrowotny” także rozwija się dobrze: unosi główkę, przewraca się na brzuszek, gaworzy, reaguje na dźwięki, trzymana za rączki podnosi się do siedzenia, rozgląda się z ciekawością. Lekarze są pod wrażeniem postępów, jakie robi, mimo bardzo poważnej wady serduszka. Pod koniec marca ma mieć operację.

Dla Joachima Jaś i Hania są jak młodsze rodzeństwo. Nie stanowi dla niego żadnego problemu to, że nie są tak sprawne jak inne dzieci.

Edyta i Marcin z dziećmi, podopieczni Fundacji Polki Mogą Wszystko
Fundacja Polki Mogą Wszystko

Dają nam radość życia i wolę walki

Edyta i Marcin są specjalistyczną zawodową rodziną zastępczą, co oznacza, że opiekują się dziećmi obciążonymi zdrowotnie. Zanim taką rodziną zostali, przeszli szereg szkoleń w ośrodku pomocy społecznej, praktyki, badania psychologiczne, zdrowotne, wywiad środowiskowy. Marcin pracuje zawodowo w biurze projektowym (praca jednej osoby to wymóg w rodzinach zastępczych zawodowych), a z dziećmi cały czas jest Edyta (otrzymuje wynagrodzenie dla rodzica zastępczego).

Dzięki rodzinom zastępczym dzieci nie muszą przebywać w placówkach opiekuńczych, mogą doświadczyć miłości i opieki. Jeżeli czekają na adopcję, a mają problemy zdrowotne, często nie znajdują się dla nich rodziny adopcyjne. Wtedy jedyną szansą na miłość i więź w rodzinie jest dla nich właśnie rodzina zastępcza.

Czytaj też: Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi

W placówkach i rodzinach zastępczych dzieci mogą być do ukończenia 25 lat (jeśli się uczą). Najpóźniej w tym wieku muszą się usamodzielnić. Wiele z nich nigdy nie będzie w pełni samodzielne ze względu na swój stan zdrowia. Dlatego z placówek najczęściej trafiają do domu pomocy społecznej. Jeśłi spędziły dzieciństwo pod opieką rodziców zastępczych, często pozostają w ich domu, ale nie dostają już oni na nie wynagrodzenia i innych świadczeń.

‒ Zdarzają się osoby, które myślą, że robimy to dla wynagrodzenia. Dobrze, że ono jest, bo dzieci wymagają dużej pomocy, w tym specjalistycznej medycznej. Jesteśmy z nimi 24 godziny na dobę przez cały rok. Rodziny specjalistyczne zawodowe nie mają tak naprawdę urlopu: jesteśmy zawsze i wszędzie z dziećmi, także przy szpitalnym łóżku. Rzadko mówi się o wysiłku, który wkładamy, dzieci często są po traumach, straciły zaufanie do dorosłych, mają trudności, szereg schorzeń ‒ mówi Edyta. Koszty opieki też nie są małe: Jaś i Hania potrzebują szczególnie troskliwej opieki, wizyt u specjalistów, rehabilitacji, sterylności, by unikać infekcji. ‒ Hania niedługo będzie miała operację serca, dlatego musimy bardzo uważać, żeby niczym się nie zaraziła. Płyny dezynfekcyjne są u nas od kilku lat standardem ‒ opowiada Edyta.

Niezbędna jest też rehabilitacja, a w okresie COVID-19 często jest ona ograniczona, przerywana. Dlatego marzą o stworzeniu w domu małego centrum rehabilitacyjnego dla dzieci. ‒ Już kupiliśmy basen do rehabilitacji, trochę sprzętu. Teraz zbieramy pieniądze na salę doświadczania świata, z huśtawkami, przyrządami do integracji sensorycznej ‒ mówi Edyta. Pieniądze otrzymywane z urzędu na to nie wystarczą, dlatego proszą dobrych ludzi o pomoc.

Nie boją się, że nie dadzą sobie rady z chorobami dzieci. I nie rozumieją, dlaczego nikt ich nie chce. Edyta: ‒ Przy Emilu wiele się nauczyłam, także tego, że trzeba walczyć. Teraz, gdy jestem z Hanią w szpitalu, potrafię powiedzieć, że coś jest nie tak, więcej wymagać od siebie i personelu. My dzieciom dajemy siebie, jednak od nich dostajemy jeszcze więcej: miłość, radość życia, wolę walki.

Dzieciom chorym i z niepełnosprawnością pod opieką rodziców zastępczych, takim jak Jaś i Hania, możesz pomóc, przekazując 1% swojego podatku (KRS 0000074781) lub darowiznę (www.fpmw.pl) za pośrednictwem Fundacji Polki Mogą Wszystko. Możesz także zgłosić się do Centrum Pomocy Rodzinie lub Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i zostać rodzicem zastępczym. Fundacja Polki Mogą Wszystko od ponad 20 lat pomaga dzieciom, a także kobietom. Jej misją jest między innymi podejmowanie działań, aby dzieciństwo było jak najlepsze. W swojej historii pomogła już tysiącom dzieci, także chorych i z niepełnosprawnością. Stara się szczególnie wspierać te spośród nich które zostały pozbawione opieki swoich rodziców lub im odebrane. Fundacja jest organizacją pożytku publicznego utrzymującą się z darowizn.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Martyna Wojciechowska
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska wspiera nieletnie matki. Dlaczego?

„Nie da się zmieniać świata w pojedynkę, ale razem możemy więcej. Moja Fundacja nazywa się UNAWEZA, co w tłumaczeniu z języka suahili oznacza YOU CAN, czyli MOŻESZ” — mówi nam dziennikarka i podróżniczka, Martyna Wojciechowska. Na Allegro wystartowała właśnie wyjątkowa aukcja charytatywna podróżniczki, z której dochód wesprze budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci.
Sylwia Arlak
05.06.2020

Warto pomagać, przekonuje Martyna Wojciechowska. Każdy z nas może wziąć udział w wyjątkowej aukcji charytatywnej, organizowanej przez fundację podróżniczki UNAWEZA, która wspiera kobiety na krańcach świata. Dochód z aukcji wesprze budowę domu dla nieletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci. Żeby wystartować z inwestycją, potrzebne jest 500 tysięcy złotych UNAWEZA — każdy może pomagać – Każdy z nas jest sumą spotkanych ludzi, szans, które dostaliśmy od życia i momentów, w których ktoś w nas uwierzył, kiedy my sami w siebie nie wierzyliśmy. Warto o tym pamiętać i otrzymane od innych dobro puszczać dalej w dobroczynny obieg. A takie akcje są do tego bardzo dobrą okazją — mówi nam Martyna Wojciechowska. Podróżniczka podkreśla, że nie da się zmieniać świata w pojedynkę, ale razem możemy więcej. – Moja Fundacja nazywa się UNAWEZA, co w tłumaczeniu z języka suahili oznacza YOU CAN, czyli MOŻESZ. A dziś przez taką właśnie akcję możesz działać z nami i odmienić los nastoletnich mam oraz ich dzieci — dodaje. Do wylicytowania jest m.in. spotkanie z Martyną Wojciechowską, pamiątkowe koszulki z jej wyprawy na Mount Everest, z Rajdu Dakar, lot z podróżniczką w tunelu aerodynamicznym Flyspot oraz książki z osobistymi dedykacjami, kosmetyki, a także biżuteria. Do aukcji dołączyły także inne gwiazdy. I tak możemy wylicytować lot śmigłowcem nad Warszawą z pilotem i instruktorem Marcinem Szamborskim,  spotkanie z Przemkiem Kossakowskim, sesję fotograficzną dla całej rodziny z fotografką gwiazd Martą Wojtal, gotowanie z Agnieszką Mielczarek. Jest coś także dla fanów Roberta Lewandowskiego — koszulka i książka z autografem piłkarza i jego żony, Ani. – Do wsparcia aukcji zaprosiłam moich znajomych oraz przyjaciół....

Czytaj dalej
Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res). Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech? Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy. Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię. Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych. Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”....

Czytaj dalej
dymna
Fot. Beata Zawrzel/Reporter

Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”

„Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią. My, zdrowi, zapominamy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym przypomnieć”, mówi Anna Dymna.
Magdalena Żakowska
25.06.2020

Anna Dymna jest jedną z najbardziej znanych polskich aktorek, I to nie tylko dlatego, że zagrała popularną Anię Pawlakównę w „Kochaj albo rzuć”, komedii która bawi niezmiennie kolejne pokolenia. Można by jeszcze do tego dorzucić „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” czy film „Znachor” - które w latach 80 przyniosły jej nieprzemijającą populaność. Anna Dymna zagrała też w wielu fantastycznych serialach m.in. „Bożej podszewce”, czy „Siedlisku”. Ale jest  kimś więcej niż aktorką. Od wielu lat prowadzi fundację „Mimo wszystko”, opiekuje się ludźmi z niepełnosprawnościami, oddaje swój czas i siły na pracę dla innych. Magdalena Żakowska: W jakich okolicznościach zastała panią pandemia? Anna Dymna: Jak zwykle w pędzie, w drodze. Tuż przed ogłoszeniem kwarantanny zaczęłam zdjęcia do serialu TVN w reżyserii Bartosza Konopki. Po pierwszym dniu wróciłam już pustawym pociągiem z Warszawy do Krakowa. Potem zdążyłam jeszcze dojechać autem do Gdyni na dokrętki do filmu „Amatorzy” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej, o grupie teatralnej złożonej z aktorów z zespołem Downa. Ostatnim rzutem na taśmę nagraliśmy, co trzeba. Zdążyłam wrócić bezpiecznie do domu i wtedy świat się zatrzymał. Jak się pani odnalazła w tym zatrzymanym świecie? Wstrzymałam oddech i nie dopuszczam do siebie żadnych złych emocji. Siedzę w domu i… pracuję od świtu do nocy, choć niby wszystko stanęło. Ale dziwnie się czuję. Jestem aktorką, 50 lat na scenie, 45 lat w Narodowym Starym Teatrze. Nasz zawód polega na bliskim kontakcie z setkami ludzi w teatrze, telewizji, na planie filmowym. A teraz nie gram, nie mam prób, wszystkie spektakle, nagrania, spotkania, konferencje, koncerty odwołano. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w stanie...

Czytaj dalej
Adobe Stock/zdjęcie ilustracyjne

Mama Małgosi z zespołem Downa: Nie współczujmy im, nie traktujmy inaczej, bo „takie biedne”

Magdalena Skorupa-Grajner przekonuje, że dzieci z zespołem Downa nie potrzebują naszego współczucia. Wspierajmy je i dawajmy powód, by miały po co codziennie wstawać z łóżka.
Sylwia Arlak
03.11.2020

Magdalena Skorupa-Grajner, po tym jak jej córka Małgosia urodziła się z zespołem Downa, wspólnie z mężem Tymoteuszem założyła Niepubliczną Specjalną Szkołę Podstawową „Arka Noego” w Katowicach oraz fundację pod tą samą nazwą. W rozmowie z nami mówi m.in. o tym, jak należy wspierać niepełnosprawne dziecko. Sylwia Arlak: Podstawowej Szkole Specjalnej Arka Noego w Katowicach i fundacji, którą założyła Pani z mężem, przyświeca hasło: „Nie chodzi o celebrowanie niepełnosprawności, a o celebrowanie możliwości”. Jakie możliwości mają w Polsce osoby z zespołem Downa? Czy są traktowane na równi z osobami zdrowymi? Magdalena Skorupa-Grajner: Mogę mówić tylko za siebie. Moim zdaniem, osoby z zespołem Downa mają się coraz lepiej. Stajemy się coraz bardziej tolerancyjni, otwarci na to, co „inne”. Uczniowie Arki Noego wychodzą do kina, teatru, biblioteki czy filharmonii. Korzystają też ze środków komunikacji miejskiej. Wszystko to po to, by kształtować w nich umiejętności społeczne, oswajać i zachęcać do pełnego uczestniczenia także w przestrzeni kultury. Nie chcemy, by nasze dzieci wzbudzały niezdrowe zainteresowanie ze względu na to, że nie wiedzą, jak poruszać się wśród innych ludzi. Byłam wzruszona, gdy Uczniowie Arki podczas przedstawienia w teatrze zachowywali się grzeczniej od zdrowych dzieci. Staramy się uświadamiać dzieci i ich rodziców, że najważniejsze jest to, jak będą odbierane przez społeczeństwo. Jak będą sobie radziły w życiu bez rodziców. Jak istotne jest to, jak wyglądają. Czy potrafią zadbać o swoją higienę osobistą, schludnie się ubrać, samodzielnie skorzystać z toalety. Ważne jest to, by potrafiły się sprawnie komunikować, dzięki czemu będą miały większe poczucie sprawczości i własnej wartości. My zdrowi...

Czytaj dalej