„Dzięki Wisłockiej szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie”.
getty images
#czytajdlaprzyjemności

„Dzięki Wisłockiej szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie”.

O autorce „Sztuki kochania” mówi seksuolog, prof. Maria Beisert.
Sylwia Niemczyk
28.11.2018
„Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem”. Ile Wisłockiej mamy dziś w naszych domach? Czy książka z lat 60. jest nadal aktualna? Przed laty była sensacją i sprzedała się w 7 milionach egzemplarzy – a jak dzisiaj czytać „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej? I czy w ogóle warto? Z seksuolożką, profesor Marią Beisert*, rozmawia Aleksandra Pezda.
 
*Prof. dr hab. Maria Beisert psycholożka i seksuolożka kliniczna, prawniczka i biegła sądowa. Jest wiceprezeską Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz Podyplomowymi Studiami „Seksuologia Kliniczna Opiniowanie-Edukacja-Terapia” w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
 
Aleksandra Pezda: Zaangażowała się pani w seksuologię w 1977 roku – wtedy, kiedy wyszła „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej. Kupiła ją pani?
Profesor Maria Beisert: Kupiłam. Na bazarze, z kartonu ustawionego gdzieś między marchewką a ziemniakami. I to za jakąś gigantyczną cenę, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, pożyczyłam komuś ten egzemplarz i już do mnie nie wrócił. Z kolegami z Akademii Medycznej w Poznaniu bardzo na tę książkę czekaliśmy. Michalina Wisłocka była już znaną postacią, jej artykuły czytaliśmy w tygodnikach.
 
„Dzięki Wisłockiej praczka, szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie” – powiedział seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski. Jakie były jej największe zasługi?
Wisłocka jako pierwsza w naszym kraju zaczęła mówić o tym, o czym dotąd mówiło się tylko po cichu w sypialniach: że seks nie jest wyłącznie dla reprodukcji, ale dla przyjemności. Podobnie jak dobre jedzenie czy sztuka. Przecież nie dlatego potrafimy godzinami gapić się w zarysowany kawałek płótna w muzeum, bo jest nam to potrzebne do przetrwania, ale dlatego, że pobudza nasze zmysły i prowadzi do przyjemności. Wtedy głównym zadaniem seksuologa było zajmowanie się problemami, patologią i zaburzeniami. Przełom, po którym zaczęliśmy zajmować się również zdrową seksualnością, zawdzięczamy w Polsce właśnie Wisłockiej. Pamiętam jej artykuł pod tytułem „Radosna zabawa we dwoje”. Na tej idei zresztą opiera się filozofia książki. To było niesłychane wtedy w taki sposób mówić o seksie.
 
To dlatego 10 recenzentów negatywnie oceniło książkę? Pozytywnie napisał o niej tylko prof. Andrzej Jaczewski. Wspominał potem, że koledzy go ostrzegali przed kompromitacją.
Nie znam tamtych recenzji, ale podejrzewam, że oceniały naukową wartość pracy. A proszę pamiętać, że „Sztuka kochania” nie jest pracą naukową. Jest świetnie napisaną i bardzo dobrą pracą, ale popularyzatorską. Dlaczego akurat prof. Andrzej Jaczewski udzielił Wisłockiej wsparcia? Sądzę, że oboje mieli ogromną odwagę i gotowość do przeciwstawiania się powszechnemu nurtowi. To nie jest częsta cecha.
 
Recenzenci uważali, że Wisłocka „wyprzedza zainteresowania ludzi”. Dlatego decyzją rządu „Sztuka kochania” przeleżała kilka lat na półkach.
Zarzucano Wisłockiej, a włączył się w to także i Kościół, że odziera seksualność człowieka z uczuciowości, że mówi o „tych sprawach” nazbyt wprost. Jakby mówienie wprost o przyjemności czy mechanizmach biologicznych, które kierują ludźmi, było czymś uwłaczającym. Trzeba pamiętać, że seksuologia była wtedy objęta znacznie większym tabu niż dzisiaj. Mówienie o seksie otwarcie było odbierane jako niewłaściwe. Podobnie jak mówienie na głos o powszechnych, ale nieakceptowanych zachowaniach, na przykład seksie nastolatków. To Wisłocka wreszcie zaproponowała, żebyśmy przestali na to przymykać oczy. I to m.in. dlatego jej książkę władza przez lata uważała za niemoralną i nie pozwalała wydać.
 
Dlaczego u Wisłockiej dziewczynki są tak schematycznie przedstawione – jako uczuciowe i romantyczne, a chłopcy jakby im chodziło wyłącznie o spółkowanie?
To wrażenie bierze się stąd, że Wisłocka – chociaż cytuje wnioski z różnych badań i to wówczas najnowszych, na przykład słynnego duetu Masters i Johnson – nie powołuje się na żadną konkretną koncepcję rozwoju seksualnego. Przeciwnie, często podkreśla, że opiera się na własnych spostrzeżeniach, pisze „moje obserwacje z gabinetu” itp. Gdyby jednak Wisłocką odczytać poprzez nowoczesne psychodynamiczne teorie rozwoju seksualnego, okazałoby się, że jej obserwacje są całkiem na miejscu. Okres nastoletni określa się dzisiaj – na przykład w teorii Ottona F. Kernberga – jako okres dezintegracji seksualnej. Chodzi o to, że w rozwoju seksualnym każdego człowieka, niezależnie od płci, obecne są dwa aspekty: pożądania i uczuciowości, jednak w dzieciństwie i dorastaniu niezintegrowane. Celem rozwoju seksualnego jest ich integracja. Seksualność dojrzałego człowieka miałaby się opierać na obu tych aspektach, skierowanych wobec jednego partnera.
Gdyby „przełożyć” Wisłocką na język tej teorii, byłoby tak: z przyczyn przede wszystkim biologicznych, ale i kulturowych, aspekt seksualności jest u dziewczynek nastolatek bardziej wycofany przy dominancie aspektu uczuciowości, u chłopców zaś odwrotnie – dominuje aspekt pożądania, wycofany jest aspekt uczuciowości.
 
Co znaczy, że różnica między chłopcami a dziewczynkami istnieje.
Jednak i pożądanie, i uczuciowość występują przez cały czas u obu płci. Zwracam też uwagę, że dziś – po latach od wydania książki Michaliny Wisłockiej – seksualność nastolatek manifestuje się odmiennie. Istnieje większe społeczne przyzwolenie na otwartość i śmiałość dziewcząt w ujawnianiu pragnień seksualnych, co budzi zgrozę tych środowisk, które kobiecość chciałyby nadal łączyć ze skromnością i wstydliwością.
 
„W moim przekonaniu w kobiecych rękach leży kształt miłości i kultura życia uczuciowego rodziny” – pisze Wisłocka. To wyzwolenie kobiet czy ustawianie w roli strażniczek ogniska domowego?
Czytając dziś „Sztukę kochania”, trzeba pamiętać, że Wisłocka zaczęła publikować pod koniec lat 60. poprzedniego wieku. Pozycja kobiety w ówczesnym społeczeństwie patriarchalnym była zdecydowanie inna od tej, którą osiągnęłyśmy dziś, również dzięki edukacji seksualnej. Wizja Wisłockiej była więc próbą kompensacji niższej społecznie roli kobiety. Możemy się z tym obrazem zgadzać albo nie. Jednak faktem jest, że to Wisłocka wywalczyła dla kobiet prawo do przeżyć, które wtedy przysługiwały wyłącznie mężczyznom. Przed naszą rozmową porównałam „Sztukę kochania” z „Małżeństwem doskonałym” Theodoora Hendrika van de Velde’a – bardzo popularną pozycją również z tamtego okresu. Obie odegrały dużą rolę w moim życiu prywatnym i zawodowym. Obraz kobiety w „Małżeństwie...” dopiero by panią oburzył. A był zupełnie inny niż ten u Wisłockiej. Dla van de Velde’a kobieta, zwłaszcza młoda, była niesamodzielną i nierozgarniętą istotą, która potrzebowała mężczyzny w roli przewodnika. Ten On, mądrzejszy i bardziej doświadczony, wprowadzał ją – naiwną – na ścieżkę życia seksualnego. Całe pokolenia na tym wychowywano.
 
A ojcowie prowadzili chłopców do domów publicznych, żeby tam zdobywali seksualne doświadczenie.
Zastanawiało mnie to już, kiedy czytałam jako dziewczynka „Małżeństwo doskonałe”: gdzie chłopcy nabierają doświadczenia? Jak to jest, że dziewczynki są takie naiwne, a ich rówieśnicy nie? Ta podwójna moralność ogromnie mi się nie podobała. Podobnie jak fakt, że seksualność tylko w ograniczonym wymiarze miała być dostępna kobietom. Właśnie takiemu nastawieniu dała odpór Wisłocka. Jednak to, co proponowała w zamian, dzisiaj jest już nie do przyjęcia. Ze „Sztuki kochania” przebija obraz kobiety, która, owszem, oddaje się seksualnym igraszkom, ale prowadzi pewnego rodzaju nadzór nad „rozbrykanym” chłopcem – mężczyzną. Nadzór nad jego zachowaniami, jego moralnością i jego seksualnością. Prowadzi go jak na smyczy i ma wybaczać wieczne niepohamowanie. To odbiera mężczyźnie walory istoty dojrzałej, a związkowi kobiety i mężczyzny – walor równości. A przecież to równość jest tym, co uważamy za istotę i wartość w związkach. Czego nie należy mylić z jednakowością. Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem.
 
„Onanizm to następny grzech, którego się czepiali recenzenci, że jest taki strasznie szkodliwy. Odpisałam: »Gdyby był tak szkodliwy, wszyscy byliby bardzo uszkodzeni«”.
Oto i kolejny powód do wyrażania uznania dla Wisłockiej. Wisłocka pisała w czasach, gdy onanizm powszechnie uważany był za synonim choroby czy zaburzenia. Seksuolodzy dopiero przebijali się z poglądem, że masturbacja to nie patologia, tylko normalne zachowanie. Ona ten pogląd forsowała. Proszę tylko pomyśleć, jaką musiała mieć odwagę! Wtedy do poradni zgłaszało się wielu rodziców z problemem masturbacji dziecięcej. Z lękiem, że to zboczenie, które uniemożliwi ich dzieciom normalną inicjację seksualną, a w przyszłości współżycie. Była też duża grupa dorosłych pacjentów z problemami seksualnymi, które wiązali często z wcześniejszą masturbacją. Dzisiaj jeden z największych autorytetów seksuologii, John Bancroft, traktuje masturbację jako oznakę zdrowia. Oczywiście poza wyjątkami: jeśli masturbacja zawiera praktyki, które ewidentnie szkodzą zdrowiu psychicznemu lub fizycznemu albo wykorzystuje schematy, które nie będą możliwe do zaadaptowania w działaniach par – wtedy jest patologią. Dotyczy to również działań nałogowych. W gabinetach psychologicznych ten problem pojawia się znacznie rzadziej, bo dorosło pokolenie rodziców, psychologów i nauczycieli, którzy wiedzą, że masturbacja dziecięca jest problemem rozwojowym.
 
Rozdział o antykoncepcji też był krytykowany. Ale na spotkania autorskie z Wisłocką przychodziły tłumy kobiet, bo często rozdawała kapturki i krążki dopochwowe zdobyte za granicą.
To następny krok milowy, który dla nas zrobiła. Propagowała najnowocześniejsze wtedy metody: kapturki, krążki, środki plemnikobójcze, prezerwatywy i spirale, ale nie zapominała o klasycznych metodach, jak kalendarzyk, pisała też o stosunku przerywanym. I to oburzało. Podobnie jak całkiem niedawno jeszcze niektórych rodziców oburzało, że edukatorzy seksualni uczą młodzież zakładać prezerwatywę. Według mnie techniczna wiedza o tym, jak zapobiegać ciąży, to akurat bardzo ważny element wychowania seksualnego. Najgorzej jest pozostawić dzieci w niewiedzy. A przecież kontakty seksualne są nieodłącznie związane z możliwością zapłodnienia. Człowiek ma na to wpływ i może świadomie takie decyzje podejmować. Oczywiście dzisiaj musielibyśmy do książki dołożyć rozdział o tabletkach antykoncepcyjnych i innych nowościach.
 
„Nie ma co oddzielać seksu od miłości – seks to początek, potem jest miłość”. Anachroniczne?
Jeśli potraktujemy to literalnie i hasłowo, być może zabrzmi anachronicznie. Ale wróćmy do naszej koncepcji rozwoju seksualnego – przypominam, dwa aspekty: pożądanie i uczuciowość w dojrzałej relacji występują razem.
 
„W naszym społeczeństwie kultura pieszczot jest zaledwie w zarodku, a niejednokrotnie wcale jej nie ma” – ubolewa Wisłocka i nakazuje narodowi przystąpić do pettingu i neckingu.
I znowu coś dobrego dostaliśmy w spadku po Wisłockiej. Uznała walory pieszczot pozagenitalnych. Kiedy o tym pisała, uważało się je wyłącznie za pieszczoty wstępne, koniecznie prowadzące do pełnego stosunku. Dzisiaj myślimy o tym inaczej. Mówimy o zachowaniach genitalnych, które prowadzą do zetknięcia narządów płciowych, czyli do stosunku, oraz o zachowaniach pozagenitalnych – takich, które dążą do przyjemności, ale nie są kontaktem w postaci stosunku. Kanonem normy w tej chwili nie jest więc wyłącznie stosunek z penetracją. Zakładamy, że istnieje spory arsenał zachowań seksualnych, które obejmują całe ciało, nie tylko genitalia, a forma kontaktu seksualnego zależy od pary, jej upodobań i wyborów. W książce Wisłockiej przewija się też wątek, który dziś jest już wiodący – że forma zachowań seksualnych zależy od etapu rozwoju człowieka. W dzieciństwie występuje przewaga zachowań pozapenetracyjnych, u człowieka dojrzałego na te zachowania nakłada się stosunek. Nie zastępuje niczego jednak, jak się uważało w czasach Wisłockiej, ale uzupełnia zachowania seksualne. Na starość znowu wraca przewaga zachowań pozapenetracyjnych. To też zauważyła Wisłocka, proszę spojrzeć, w jaki świeży i nowoczesny sposób pisze o starości.
 
Na pewno nie zestarzały się słynne pozycje, które Wisłockiej kazano zmniejszyć do rozmiaru znaczka pocztowego, jak sama barwnie opowiadała.
Kiedyś rozmawiałam z czeską seksuolożką Evą Šipową, której książka ukazała się w tym samym czasie, a przeszła to samo – rysunki musiały być czarno-białe i schematyczne. Żeby się tylko ludzie nie podniecili podczas czytania.
 
Ale podniecali się. Niektórzy zaglądali do „Sztuki kochania” dla tych obrazków.
I bardzo dobrze, bo może przy okazji oglądania obrazków przeczytali coś więcej. A nawet jeśli nie – i tak skorzystali, bo nauczyli się, że życie seksualne nie polega na powtarzaniu jednego wzorca, ale daje wiele różnych możliwości. Ważne, czy wzrósł ich potencjał do osiągania przyjemności. Zresztą szczegóły techniczne też są ważne.
 
„Widownię, która daje nam poczucie bezpieczeństwa i ogromnej wartości wszelkich osiągnięć naszego życia, stwarza i stworzyć może tylko kochający człowiek obok nas”. Tak Wisłocka kończy „Sztukę kochania”. Jak to dzisiaj czytać?
Dzisiaj to oczywiste, że człowiek jest wartością samą w sobie. Krzywdziłby nas pogląd, że tyle jesteśmy warci, ile warte są nasze związki. Z drugiej strony związek z drugim człowiekiem jest ogromną wartością, a dążenie do bliskości jednym z celów i pragnień dorosłego człowieka. Pewnie to Wisłocka miała na myśli. Pyta pani, jak ją dzisiaj czytać. Aktywnie. To nadal dobra lektura i można w niej coś dla siebie znaleźć. Ale warto też czytać po to, żeby dostrzec, jak bardzo kultura kształtuje podejście do seksualności oraz ile wysiłku kosztowało ukształtowanie tak otwartego podejścia, jakim się dzisiaj cieszymy. Mamy to dzięki takim ludziom jak Michalina Wisłocka. Od kilkunastu lat w ramach studiów podyplomowych, którymi kieruję na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, przyszłym seksuologom zalecam lekturę "Sztuki kochania" nie tylko z powodów historycznych. To wartościowa książka, która wskazuje, że walka o edukację seksualną była zawsze elementem naszego zawodu i że to przynosi ogromne efekty.
 
Rozmowa z prof. dr hab. Marią Beisert ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2017
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Michalina Wisłocka wyzwoliła kobiety z seksualnych tabu i kiepskiego seksu

Zrewolucjonizowała życie seksualne w niejednej sypialni, a sama przeżyła swój pierwszy orgazm dopiero przed czterdziestką. Dopóki Michalina Wisłocka nie poznała Jerzego, miłości swojego życia, seks mógł dla niej nie istnieć.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Życie w trójkącie to był jej pomysł. Kochała męża, ale w łóżku nigdy im się nie układało. Nie dla niej były też te wszystkie obowiązki pani domu. Zamiast prania, prasowania koszul i codziennych obiadków, wolała siedzieć z nosem w książkach. Michalina Wisłocka przyszła na świat w 1921 roku w Łodzi, jako Michalina Anna Braun. Jej ojcem był kierownik szkoły powszechnej, Jan Braun, matką — gospodyni domowa, Anna Braun. W szkole mała Michalina miała garstkę przyjaciół. Cała reszta nie mogła pogodzić się z jej wycofaniem, a co gorsza bezpośredniością (która sugeruje dzisiejszym psychologom, że pierwsza polska seksuolożka mogła cierpieć na zespół Aspergera). Michalina, Stanisław i Wanda Przyszłego męża, Stanisława Wisłockiego poznała już, jako dwunastolatka. Poślubiła go zaledwie pięć lat później. Mężczyzna miał sprecyzowany plan na ich życie. Uważał, że po skończeniu szkoły żona zostanie jego asystentką, a przede wszystkim, że zajmie się domem. Tymczasem Michalina ma inne ambicje. Chciała się rozwijać. Ukończyła studia medyczne: dyplomem lekarza mogła pochwalić się w 1952 roku, a specjalizacją z ginekologii siedem lat później. Chciała zatrzymać przy sobie męża, ale nie wyobrażała już sobie życie bez medycyny. Poza tym ktoś musiał zaspokajać jego potrzeby seksualne, a ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Wszelkie łóżkowe próby kończyły się jedynie rozczarowaniem ich obojga. Michalina Wisłocka stworzyła więc trójkąt miłosny z przyjaciółką, Wandą, która sprawdzała się w roli pani domu i kochanki. Żyli w tym układzie przez wiele lat.   Było to jednak dla niej trudniejsze, niż przypuszczała. Niejednokrotnie w kłótniach – a tych nie brakowało – Stanisław groził, że odejdzie. Izolował...

Czytaj dalej
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Aleksandra Pezda
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej
Julia Roberts jako Erin Brokovich / fot. materiały prasowe

Najlepsze filmowe biografie kobiet. „Erin Brokovich”, „Frida”, „Sztuka kochania”…

Najlepsze filmowe biografie kobiet uczą, jak znaleźć w sobie pasję, siłę i determinację, by żyć w zgodzie z samą sobą. A przy tym życie innych uczynić lepszym, bogatszym, piękniejszym.
Anna Zaleska
01.11.2020

Lista kobiet, które nie tylko wpływają na życie innych kobiet, ale na zawsze zmieniają świat – jest naprawdę długa. Od Erin Brokovich po Michalinę Wisłocką. Od królowej Elżbiety I po Fridę Kahlo.  Ich historie bywają skomplikowane, często dramatyczne, ale wytrwałość, z jaką pokonują przeszkody, jest imponująca. To prawdziwie superbohaterskie kino bez superbohaterskiego sztafażu. „Erin Brokovich”, reż. Steven Soderberg (2000) Jeden z tych filmów, które pokazują, że kobieta może skutecznie przeciwstawić się złu, niesprawiedliwości i nieprzyzwoitości. Nawet samotnie, a co dopiero gdy ma wokół siebie setki tysięcy innych kobiet. Oparty na faktach film opowiada historię Erin Brockovich (genialna w tej roli Julia Roberts), dwukrotnej rozwódki samotnie wychowującej trójkę dzieci, kobiety bez pieniędzy, wykształcenia i szansy na pracę. Tylko dzięki swojej bezczelności i determinacji zostaje zatrudniona do pomocy w kancelarii wziętego adwokata. Porządkując akta, przypadkowo odkrywa, że potężny koncern, doprowadzając do zanieczyszczenia wody w małym miasteczku, może być odpowiedzialny za ciężkie choroby mieszkających tam ludzi. Z pomocą swojego szefa, przekonując do sprawy początkowo bardzo nieufne rodziny, kieruje sprawę do sądu. Odszkodowanie w wysokości 333 milionów dolarów, które wywalczyła, do dziś pozostaje największym w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. „Elizabeth”, Shakhar Kapur (1998) Anglia, połowa XVI wieku. Gdy królowa Maria I, zagorzała katoliczka, umiera bezpotomnie, na tronie zasiada Elżbieta (Cate Blanchett). W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, to kobieta pełna energii i radości życia. Jako protestantka od początku ma jednak wielu wrogów. Kryzys związany z podziałami religijnymi, pustoszejący skarbiec, dworskie intrygi,...

Czytaj dalej
Kobieta i manekin
magnum photo/photo power

Polka u seksuologa: czy jesteśmy tak wyzwolone, jak nam się wydaje?

Seks to dla Polek „rzecz do odhaczenia” – często jesteśmy zbyt zmęczone, aby cieszyć się bliskością i kontaktem cielesnym. Dają znać o sobie też nasze kompleksy i pruderyjność… większa niż u naszych babek!
Aleksandra Pezda
30.01.2020

Czy ja jestem nienormalna?” – tak zaczynamy zwykle rozmowę u seksuologa, niezależnie od tego, jaki mamy problem. O nowej seksualności kobiet i wstydzie, który wciąż nas pęta, z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki”, rozmawia Aleksandra Pezda. Aleksandra Pezda: Po książce „Seksuolożki” spodziewałam się raczej wyznań, jak ciężko kobietom uprawiać ten zawód, chociaż minęły lata od przełomu Michaliny Wisłockiej. A tu mamy rozmowy o seksie i seksualności. Marta Szarejko: Opowiadam historie seksuolożek, tylko schowałam je między wierszami. Najstarsza z moich rozmówczyń to prof. Maria Beisert, ma ponad 70 lat i mówi o sobie, że jest stara. Jednocześnie kipi energią, mądrością i ma naprawdę wiele do zaoferowania nauce i światu. Opowiedziała mi o trudnych początkach – kiedy ponad 40 lat temu zaczynała pracę, była w grupie kilku kobiet zainteresowanych seksuologią. Sama – prawniczka, pozostałe – psycholożki. Nie było w Polsce takiego kierunku studiów, jeździła więc na kursy do Czech. Jako pierwsze materiały edukacyjne musiały jej służyć zdobywane za granicą kolorowe pisma pornograficzne – to na nich pokazywała klientom pozycje seksualne i uczyła budowy części intymnych. Oprócz prof. Beisert jest kilka seksuolożek lekarek w podobnym wieku, następnie długa pokoleniowa luka. Wysyp – jeśli w ogóle mogę tak nazwać grupę kobiet uprawiających ten zawód w 40-milionowym kraju – mamy dopiero w ostatnich latach.  To dowód na co?  Na to, że sprawy dotyczące zdrowia seksualnego są u nas traktowane niepoważnie, a w odniesieniu do kobiet jest jeszcze gorzej. To pokłosie dominującego jeszcze do niedawna podejścia rodem z patriarchalnej kultury, że sprawy seksu należy zostawić mężczyznom. Co zresztą było powodem, dla...

Czytaj dalej