Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt.

Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych.

Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali.

Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi.

Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele hodowli odnoszą się z szacunkiem do zwierząt. Ale wciąż jest ogrom pracy do zrobienia, edukowania i uwrażliwiania ludzi.

Dorociński dał twarz zwierzętom

Nie śmieją się, że Marcin Dorociński dał twarz zwierzętom?

A czy coś jest śmiesznego lub niemęskiego w pochyleniu się nad słabszym? Nie wydaje mi się. Nie zapomnę dwójki psiaków ze schroniska w Korabiewicach: niewidomy Oczek i ledwo chodząca Gwiazdka zostały oddane do adopcji i pojechały do Anglii. Widziałem te bidy przed wyjazdem, a po kilku miesiącach nowi właściciele wrzucili filmiki z nimi do internetu. Nie do wiary! Na aksamitach i atłasach Oczek szalał tak, jakby wszystko widział, a Gwiazdka – jakby nigdy nie doznała kontuzji. I oczywiście nie atłasu to zasługa, lecz miłości, jaką psiaki dostały od opiekunów. Wtedy zapaliliśmy się z menedżerką i z moją rodziną do idei szerszego działania w tym zakresie. Postanowiliśmy wykorzystać moją popularność do pomocy potrzebującym. I właśnie tak zostałem „twarzą zwierząt”. Ale nie ograniczam się tylko do zwierząt. Staram się również mocno działać w sprawach ekologii i zmian klimatycznych, prócz tego działam jako wolontariusz w szpitalach na oddziałach dziecięcych i w stowarzyszeniach, które aktywizują seniorów. Tak zostałem wychowany, ojciec mówił, że słabszym trzeba pomagać. I to nie jest wyuczona formułka, ja tak czuję. Ja i moi bliscy. Nie chodzi nam o poklask, choć oczywiście miło dostawać wiadomości od przyjaciół, niewidzianych od lat, którzy wysyłają zdjęcie z psem czy kotem i podpis: „Dziękujemy”.

Fajnie było stanąć oko w oko z żubrem w puszczy?

Oj, tak. Dwa lata temu pojechałem do Puszczy Białowieskiej na zaproszenie Adama Wajraka. Najpierw widzieliśmy z dziećmi żubry w parku, za siatką, z bliska. Potem poszliśmy z Adamem w las. Pojawiły się żubry, wyszły na odległość 50 metrów. Ich wielkość i majestat były uderzające. „Większe się wydają, nie?” – mówię. Myślałem, że przez to, że są dzikie. „Nie są większe, tylko nie ma siatki” – uzmysłowił mi Adam.

dorociński pion
Szymon Szcześniak/laf

Tym, co są za siatką, trudniej pomagać?

W każdym przypadku jest jedna reguła: przede wszystkim nie szkodzić. Powstrzymać się od ingerowania w ich naturalny świat, od zabijania przez myśliwych, od topienia niechcianych zwierzaków domowych, co kiedyś było rozwiązaniem nagminnie stosowanym, a co przypomniał Marek Koterski w sekwencji scen w „7 uczuciach”. Od wyrzucania psów z samochodów, od przywiązywania do drzew, od znęcania się w imię chorej tresury... I tak samo jeśli chodzi o środowisko – powstrzymajmy się od zaśmiecania Ziemi, zatruwania powietrza i wód, od wycinania drzew. Wystarczy odłożyć te piły. I pomyśleć nie tylko o sobie. Przecież jak Wajrak chodzi po puszczy i płacze, to nie dlatego, że to jemu ten las wycięli. Stało się coś nieodwracalnego w skali kilku pokoleń. Nie mówię tego przeciwko komuś, lecz w obronie czegoś, co powinno być ponad podziałami, ponad polityką i biznesem.

Nie tylko zwierząt.

Nie tylko. Człowiek okazał się największym drapieżnikiem wobec innych istot oraz barbarzyńcą, który zdewastował własny dom. Jestem rozemocjonowany udziałem w szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach i wiem, co stało się ostatnio najpilniejsze. Zatrzymanie zmian klimatycznych, Ziemia, którą trzeba ratować, byśmy sami przetrwali.

Mocne.

Nie namawiam nikogo do zbawiania całego świata, ale zachęcam, żeby zaczął od siebie. I niech jeden „zaraża” drugiego, będzie nam się łatwiej i milej żyło, wzrośnie też świadomość, co jeszcze możemy poprawić. Trzeba segregować śmieci, unikać plastikowych przedmiotów jednorazowego użytku, można ograniczyć spożywanie mięsa, kierując się wyrzutami sumienia nie tylko wobec zwierząt, lecz także wobec środowiska, które potwornie zatruwa hodowla przemysłowa zwierząt, ich odchody. A tych hodowli jest stanowczo za dużo. Niepotrzebna jest ta nadprodukcja żywności. Zresztą dużo jej idzie na marne. Od naszych wyborów w sklepie zależy, czy odkręcimy te zgubne procesy. Trzeba tylko zwracać większą uwagę na to, co robimy odruchowo. Ja już mam ten nawyk, że chodzę i gaszę po wszystkich światło czy zakręcam wodę. I do znudzenia przypominam o tym dzieciom.

Miłosierdzie nie przytłacza

Jest pan pełen entuzjazmu, ale usłyszałam kiedyś od dobroczyniących, że stali się zakładnikami miłosierdzia. Czy taka działalność może przytłaczać, kolidować z życiem rodzinnym?

Rodzinnym nie. Moja żona i dzieci są wrażliwcami, mam w nich tylko wsparcie. Razem płaczemy i śmiejemy się na filmach takich, jak „Był sobie pies”. Szczególnie z córką ryczymy na raz, dwa, trzy. I ona wtedy pyta: „Już płaczesz?”. Polecam ten film. Całe kino płacze i śmieje się na przemian – bezcenne! A wracając do pytania: miewam w natłoku pracy momenty, kiedy opadam z sił. Wtedy Anka przywraca mi właściwą proporcję, mówiąc, czym jest chwila mojego znużenia wobec pomocy, jaką możemy uruchomić dla potrzebujących.

Pan kibicuje w życiu naszym czy słabszym?

Lubię być dumny z naszych, ale kibicuję tym, których los jakoś dotknął. Kibicuję Robertowi Kubicy i Karolowi Bieleckiemu, który wrócił na boisko mimo utraty oka. Tacy są często moi filmowi bohaterowie: postawiono na nich krzyżyk, a oni pokazują, że są niezłomni i wierni postanowieniom. I kibicuję zwykłym ludziom stawiającym czoło trudnościom losu. Bardzo szanuję wszelkiej maści wolontariuszy. Lubię i cenię ludzi z zasadami, skromnych, oddanych sprawie.

Spotkał pan wolontariuszy niosących pomoc, miłość. A spotkał pan oprawcę?

Nie, zapamiętałbym to. On pewnie też.

Gdyby przeżył?

Przeżyłby. Jestem spokojnym człowiekiem. Wierzę w siłę rozmowy i argumentów, a nie pięści.

Rozmowa z Marcinem Dorocińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Łąki zamiast trawnika: tak polskie miasta walczą z suszą i… kleszczami

Pomagają walczyć z suszą i upałami. Są schronieniem dla pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. No i wyglądają pięknie. Łąki kwietne pojawiły się w Warszawie, Krakowie i Łodzi, a my mamy nadzieję, że to dopiero początek ekorewolucji w Polsce.
Sylwia Arlak
21.05.2020

Świat przygotowuje się do zmian klimatycznych – miasta szukają skutecznych sposobów, aby ograniczyć smog (nie tylko ten zimowy, pochodzący z kominów, ale też tzw. kalifornijski, powstający w upalne dni w centach miast), zmniejszyć upał i zatrzymać wodę. Przykładem zdecydowanych działań może być Wiedeń, który w ostatnich tygodniach zerwał asfalt z jednej z głównych ulic: Trunnerstraße. Na jej miejscu już jesienią powstanie Else Feldman Park: zostaną zasadzone drzewa, trawa i krzewy, które lepiej niż miejska ulica chłoną ciepło i zmniejszają upał. Zburzono też 50-metrowy mur wzdłuż ulicy, który nie pozwalał na swobodną cyrkulację powietrza. Ekologicznie i... ekonomicznie Inny – i łatwiejszy – sposób na to, aby żyło nam się w miastach trochę lepiej, to wysiewanie kwietnych łąk z makami, rumiankami i koniczyną. Chociaż esteci kręcą nosem na „chwasty”, to ekolodzy przekonują, że kwietna łąka w porównaniu z trawnikiem to: mniejszy upał, mniej smogu i mniej kleszczy – za  to więcej wody, pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. Na stronie Fundacji Łąka czytamy, że rośliny łąkowe mają nawet 25 razy dłuższe korzenie niż trawniki, dzięki czemu nie potrzebują tak częstego podlewania. Poza tym kwietną łąkę w sezonie kosi się maksymalnie dwa razy (po okresie kwitnienia) – gdy trawnik wymaga koszenia około 20 razy. Rachunek jest prosty –  łąka to mniej spalin z kosiarek i mniej miejskiego hałasu, poza tym łąkowe rośliny lepiej niż trawa wyłapują zanieczyszczenia z powietrza. Dodatkowo  niektóre rośliny łąkowe, np. jaskry czy lawenda zawierają olejki eteryczne odstraszające kleszcze. Warszawskie władze już od czterech lat wysiewają kwietne łąki,...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej
Zbigniew Wodecki
Albert Zawada

Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Zbigniew Wodecki – wielki artysta, pełen uroku mężczyzna, wspaniały przyjaciel. „Był to człowiek nieskazitelny. Był przyjacielem wszystkich”, mówił o nim Krzysztof Materna. 22 maja mija trzecia rocznica śmierci artysty.
Anna Zaleska
22.05.2020

Maj był zawsze jego ulubionym miesiącem. Cieszył się słońcem, spacerami, spotkaniami, jazdą z otwartym oknem w aucie. W maju najłatwiej kochać życie – a Zbigniew Wodecki na pewno je kochał i umiał je doceniać. W jednej ze swoich piosenek śpiewał: „Co było, przeszło, nie wróci/Wczorajszy smutek niech już nie smuci/Więc zostaw, zostaw wszystko…”. W wielu wywiadach powtarzał, że liczy się tylko to, co jest teraz, że warto chwytać dzień, nie oglądać się za siebie, nie żałować tego, co przeszło.  Do siebie miał dużo dystansu i traktował siebie z humorem. Na koncertach opowiadał nieraz dowcip o samym sobie: „Zbigniew Wodecki czołga się przez pustynię i jęczy: wody… W końcu spotyka karawanę i dostaje wodę – Wodecki nalewa odrobinę w dłonie i… poprawia włosy”. Żartował też, że kiedy umrze, to jego imponująca grzywa nie zmieści się w trumnie…  Jego piosenki, jego głos i jego lwią grzywę znał w Polsce każdy. Na ulicy zagadywali do niego i starsi ludzie, i małe dzieci. Prosili o autografy, a on żartował, że dzień bez autografu to dzień stracony. Każdy jednak miał w głowie trochę innego Zbigniewa Wodeckiego. Dla jednych był wykonawcą przebojów, które stały się klasyką polskiej piosenki: „Z tobą chcę oglądać świat”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”… Innym kojarzył się z hitami „Chałupy” i „Pszczółka Maja”. Przez lata cieszył się popularnością jako najsympatyczniejszy juror w „Tańcu z gwiazdami”. Wydawało się, że jest już skazany tylko na rolę szanowanego seniora, kiedy w 2013 roku wydarzyła się rzecz niezwykła. Do 63-letniego artysty przyszli muzycy z Mitch & Mitch z propozycją wspólnego nagrania jego debiutanckiego albumu „1976”. Dzięki...

Czytaj dalej