Makrama, czyli sztuka wiązania sznurków może być sposobem na życie
fot. Barbara Bogacka Fotografia

Makrama, czyli sztuka wiązania sznurków może być sposobem na życie

Makramy – piękne dekoracje ze sznurka – Marta Zakrzewska odkryła na urlopie macierzyńskim. Potem wszystko poszło jak po sznurku. Dziś prowadzi warsztaty makramy, a także blog: Marheri Crafts i sklep Fabryka Sznurka.
Aleksandra Szajewska
25.05.2020

Makrama to technika plecenia sznurków bez użycia narzędzi. – Wystarczy znać kilka węzłów, aby wyczarować trwały i mocny wzór – mówi Marta Zakrzewska, która w makramie zakochała się już kilka lat temu. Technika makramy jest prawie tak stara, jak nasza cywilizacja. Inkowie korzystali z pisma węzełkowego. Pierwsi żeglarze pletli łańcuszki – talizmany, które wieszali na czubku masztu. W Europie bogaci mieszczanie ozdabiali makramami wnętrza – wyplatali serwety, narzuty na łoża i fotele. 

Teraz kiedy wszystkie dekoracje możemy kupić, a większość przedmiotów w domu została wyprodukowana w Chinach, jeszcze większą radość daje zrobienie czegoś własnymi rękami. Zdaniem Marty to prostota techniki sprawia, że jest tak popularna. Wystarczy znać na początek dwa węzły! Chociaż jak sama przyznaje,  jej pierwsza makrama powstawała w mękach, przez trzy tygodnie, była krzywa i dziwaczna, to jednak jej tworzenie sprawiło Marcie ogromną radość. 

Aby zacząć przygodę z wyplataniem, trzeba naprawdę niewiele. – Oczywiście najważniejszy jest sznurek, poza tym ostre nożyczki i miarka. Przyda się też odpowiedni stelaż, na którym będziemy tworzyć naszą pracę. W przypadku makramowych dekoracji wystarczy drewniany patyk z lasu lub profil z marketu budowlanego – tłumaczy blogerka. Na pewno warto mieć też sporo cierpliwości, bo efekty wyplatania widać dopiero po kilku godzinach, a nawet dniach pracy. 

Marheri Crafts, makramy
fot. Barbara Bogacka Fotografia

– Staram się pokazywać w mediach społecznościowych i na blogu, że samodzielne tworzenie dekoracji ze sznurka do sypialni czy lampy do salonu to nic trudnego. Wystarczy ciekawość i trochę cierpliwości – zachęca autorka Marheri Crafts. Marta prowadzi warsztaty wyplatania makram. Podczas spotkania, które trwa zazwyczaj około trzech godzin, jest w stanie przekazać uczestnikom całą podstawową wiedzę.

Pozostaje pytanie, jak znaleźć czas na to pracochłonne hobby? – U mnie to działa tak: mam w salonie małe stanowisko do plecenia, sznurki sobie tam wiszą. Gdy tylko mam wolną chwilę, dosłownie jedną ręką mieszając w garnku z zupą, a drugą odpisując na mail, zaplotę w swoim projekcie kilka dodatkowych węzłów. A poza tym najczęściej plotę wieczorami. W szufladzie nocnej szafki mam zawsze schowany jakiś mały projekt, który mogę zaplatać podczas wieczornego oglądania filmu z mężem – mówi twórczyni Marheri Crafts.

Choć do tworzenia makram nie trzeba mieć żadnego przygotowania technicznego ani artystycznego, to Marta przyznaje, że jej inżynierskie oko (jest absolwentką Politechniki Gdańskiej) bardzo się przydaje. Na swoim blogu wyjaśnia między innymi, jakie zastosowanie w tworzeniu makram ma tak zwana złota proporcja, czyli matematyczny wzór na piękno. Tym, którzy nigdy nie byli dobrzy z matematyki, na pewno wystarczy przeczytanie jednej z książek poświęconych makramom, bo w każdej z nich zawarte są instrukcje wykonania podstawowych węzłów. Na swoim blogu Marta poleca przede wszystkim książkę Jadwigi Turskiej „Uczymy się makramy”, która ma już 35 lat i jest kompendium wiedzy o węzłach, pętelkach i pleceniu słupków. Oczywiście to tylko podstawa do dalszej pracy kreatywnej. Można próbować odtwarzać wzory z podręczników lub internetowych tutoriali, ale jak przyznaje blogerka, każdy projekt makramy jest kwestią indywidualną. I dodaje, że cała przyjemność w rękodziele to przecież samodzielne działanie. 

– Podczas nauki próbowałam wyplatać zgodnie z instrukcją, ale nigdy mi się to nie udało. Nauczyłam się niczego nie planować. Po prostu przychodzi mi do głowy pomysł na makramę, odmierzam niezbędną ilość sznurka, a potem zaczynam... I jeszcze mi się nie zdarzyło, aby to, co było na początku w mojej głowie, się ziściło. Ta technika ma nieograniczone możliwości, możemy tworzyć zarówno przedmioty użytkowe do domu, jak i ubrania. Takie wyplatanie bez projektu jest dla mnie magiczne: to tak, jakbym znała kilka zaklęć, ale nigdy nie wiem, co z nich wyczaruję – żartuje Marta. 

Marheri Crafts, makramy
fot. Barbara Bogacka Fotografia
– Lubię zaplatać dekoracje ze sznurka, ale największym wyzwaniem są przedmioty użytkowe. A znając makramowe sploty, można wyczarować dosłownie wszystko! Mam na swoim koncie huśtawki, kwietniki, lampy, ale i renowację krzesła. Mój synek ma w pokoju łóżko z makramą. Ostatnio zrobiłam też dla siebie sandały zdobione splotami. Możliwości są nieograniczone – mówi Marta Zakrzewska.

Ten, kto myśli, że sznurki to eleganckie hobby, któremu można się oddawać przy filiżance herbaty, jest w błędzie. Wyplatanie makram to też krew, pot i łzy. – Moje ręce, szczególnie w okresie zimowym, są całe w rankach. Podczas zaplatania można się nieźle zranić. Niejednokrotnie musiałam obklejać plastrami czy nawet bandażować dłonie, aby nie brudzić projektu krwią – opowiada Zakrzewska i dodaje, że pozostaje jeszcze kwestia kondycji. O ile małe projekty możemy wyplatać w pozycji siedzącej, to już te większe wymagają od nas wielu godzin stania. Mimo wszystko to praca fizyczna, więc warto zadbać o kondycję. 

Zdaniem Marty nic, co w życiu ma jakiś sens, nie przychodzi podane ładnie na tacy. Trzeba się czasem natrudzić, ale efekty to wynagradzają. Marcie Zakrzewskiej wynagrodziły na pewno. W ciągu trzech lat jej pasja stała się sposobem na życie. – Biznes prowadzę tak naprawdę „w kapciach”, więc mam dużo czasu na zwykłe bycie mamą. Nauczyłam się tym samym doceniać szarą rzeczywistość i jestem najzwyczajniej... szczęśliwa – deklaruje blogerka. 

Teraz będzie miała jeszcze więcej powodów do szczęścia, bo niebawem po raz drugi zostanie mamą. A zawodowo lista marzeń do spełnienia jest wciąż długa... – To dążenie do mistrzostwa jest najfajniejsze! Mam zbyt dużą frajdę z wyplatania makram – przyznaje Marta.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mapa marzeń
Adobe Stock

Czym jest mapa marzeń i dlaczego warto ją stworzyć?

Jeśli jeszcze nie słyszałaś o mapie marzeń, na początku może ci się skojarzyć z zabawą dla dzieci, ale mimo jej lekkiej formy, jest ona bardzo skutecznym narzędziem, które psycholodzy i psychiatrzy stosują od lat. Jak działa i jak możesz ją stworzyć?
Karolina Morelowska-Siluk
28.09.2020

Mapa marzeń, czasem nazywana też mapą celów to dla niektórych tylko bezsensowne ćwiczenia czy zabawa dla dzieci, w każdym razie na pewno ukłon w stronę magii, a nie intelektu. Ale są też tacy, którzy swoją mapę marzeń stworzyli i przekonują, że okazała się dla nich początkiem nowego życia, pierwszą skuteczną drogą do celu. Mapa marzeń – kwadrat złożony z pragnień Z narzędzia, jakim jest mapa marzeń, korzystają także psychologowie, trenerzy rozwoju osobistego. Przekonują bowiem, że „solidne”, „uczciwe” myślenie o celach, otwiera naszą głowę na dostrzeganie szans i chwytanie okazji. Niewiele ma to wspólnego z tym, co pewnie większość z nas już przerobiła. Bo kto nie ma na swoim koncie takiej zabawy? Oto zbliża się początek roku, 1 stycznia, a my wręcz podświadomie czujemy, że: „trzeba coś zmienić”. Powstaje więc lista noworocznych postanowień: rzucę palenie, zapiszę się na jogę, zadzwonię do znajomych, do których dawno się nie odzywałam, schudnę przynajmniej 5 kilogramów, itd. Tworzymy listę, z której – jak przyznaje większość z nas – niestety niewiele wynika. Zwykle przygotowujemy ją w pośpiechu, jest dość przypadkowa, nie poprzedza ją wnikliwe przyjrzenie się sobie, swoim prawdziwym potrzebom i oczekiwaniom, nie zawiera też żadnych wskazówek, którędy dostaniemy się do celu. Mam listę, odhaczone i… zazwyczaj zapału, motywacji starcza nam na dłużej niż na  kilka tygodni. Potem, nie wiedzieć kiedy mija rok, a my zasiadamy do kolejnej listy, z każdym kolejnym styczniem bardziej sfrustrowani, że znowu daliśmy ciała. I co? Znowu to samo. Łatwo rezygnujemy z tego typu postanowień, bo przecież zawsze można zacząć: od jutra, za miesiąc, od następnego roku, czy od kolejnych urodzin. Ale czy równie łatwo byłoby...

Czytaj dalej
Merritt Wever w serialu Ucieczka
mat. prasowe

Merritt Wever i syndrom oszustki

Gdy Merritt Wever po raz pierwszy usłyszała od swojej agentki o serialu „Ucieczka”, powiedziała: „Chciałabym w nim zagrać, ale dziewczyny jak ja nie dostają takich ról”.
Anna Zaleska
20.04.2020

Jaką dziewczyną jest Merritt Wever, dobrze było widać, gdy w 2013 roku odbierała pierwszą w życiu nagrodę Emmy za rolę w serialu „Siostra Jackie”. Ze sceny powiedziała – jak wyliczono – dokładnie jedenaście słów. ( Thanks so much, thank you so much, I gonna go, bye / Dziękuję tak bardzo, dziękuję wam tak bardzo, muszę już iść, pa). Publiczność się śmiała, traktując to jak żart. Ale to nie był żart. Merrit była wprost sparaliżowana tremą. Za drugim razem – Emmy za western „Godless” w 2017 roku – nie poszło wcale lepiej. Gdy ze sceny padło jej nazwisko, kamera pokazała totalnie przerażoną aktorkę, która szepcze „fuck” i próbuje wydostać się z fotela, nie posyłając wokół uśmiechów, nie całując sąsiadów, nie robiąc min w stylu: O mój Boże, nie wierzę, naprawdę nie wierzę w to szczęście. Późniejsze spotkanie z dziennikarzami można by uznać już za kompletną katastrofę. Merritt stoi na ściance, przekładając ogromną statuetkę z ręki do ręki, oślepiona światłami, jakby ogłuszona. Próbuje odpowiadać na pytania, ale wyraźnie jej to nie idzie. Zdarza się, że zaczyna zdanie, przerywa w połowie, szepcze sorry, zapada kłopotliwe milczenie. „Wszyscy wiedzą, że jestem neurotyczką”, usprawiedliwiała się w jednym z wywiadów. W innym: „Jestem introwertykiem w zawodzie ekstawertyka”.  Ale jest jeszcze coś: syndrom oszustki, który w jej przypadku daje o sobie znać ze szczególną mocą. Jak pokonać strach Tak zwany impostor syndrom – czyli właśnie syndrom oszustki – to życie w poczuciu, że nie zasługuje się na sukcesy, które się osiąga; że wszystko, co nam się dotąd udało, to skutek jakiegoś nieporozumienia, niedopatrzenia i w każdej chwili możemy zostać zdemaskowani jako...

Czytaj dalej
Schronisko Pięć Stawów
Jan Wierzejski

"Polska Alaska" od lat fascynuje, intryguje i przyciąga. Legendarne miejsce polskich gór!

Historia tego schroniska sięga XIX wieku. Było świadkiem wielu niezwykłych momentów - chwil pełnych szczęścia i ogromnych tragedii. Pięć Stawów, dom bez adresu, oblegane przez turystów od lat wielu schronisko, skrywa mnóstwo tajemnic. Opisała je w swojej najnowszej książce Beata Sabała – Zielińska.
Materiał partnera
30.11.2020

To miejsce to ludzie. To oni stworzyli niepowtarzalny klimat, wyjątkową atmosferę, to oni zarażają miłością do gór. Słynny ród Krzeptowskich od prawie 90 lat prowadzi najwyżej położone schronisko PTTK w polskich Tatrach.   W latach 30. Pięć Stawów przejęli Maria i Andrzej, następnie pieczę na nad nim sprawowali ich synowie: Andrzej i Józef, a teraz schronisko prowadzą córki Andrzeja: Marychna i Marta. To głównie na bazie ich wspomnień powstała pozycja: „Pięć Stawów. Dom bez adresu” . W książce Beaty Sabały – Zielińskiej wypowiadają się także liczni przyjaciele legendarnej „Piątki”, pracownicy (np. pan Mietek związany z tym miejscem od 50 lat!) oraz… seniorka rodu, Maria Krzeptowska, której fragmenty pamiętników świetnie oddają klimat i historię schroniska. A ta jest niezwykła – pełna anegdot i pasji. Nie da się tam dojechać (a bywa, że także dojść), dlatego w Pięciu Stawach spotkamy przede wszystkim ludzi, których góry naprawdę interesują. Tych, jak się okazuje jest całe mnóstwo, bo zrobienie rezerwacji w „Piątce” to nie lada wyzwanie. Na swoją kolejkę poczekać trzeba nawet rok. Teraz i tak jest łatwiej. Kiedyś, żeby zabukować miejsce, trzeba było wysłać tradycyjny list. Do skrzynek wpadały kartki i koperty opisane: "Schronisko w Pięciu Stawach Polskich. Tatry!". Skonsternowani urzędnicy Poczty Polskiej nie mogli się doprosić o nazwę ulicy, numer budynku i kod pocztowy. „To dom bez adresu!”, tłumaczyli oczywistą oczywistość miłośnicy Tatr, rwąc włosy z głowy, że można nie wiedzieć, o jakie miejsce chodzi. "– Magia tego miejsca polega na tym, że tworzą się tu silne relacje między ludźmi. Silniejsze nawet niż te między człowiekiem a przyrodą – mówi Jan...

Czytaj dalej

Powiedz „stop” panice koronawirusa

47 proc. Polaków boi się, że mogą zostać zarażeni COVID-19, ale „indeks paniki” gwałtownie wzrasta, kiedy raportowane są nowe zachorowania.
Aleksandra Nowakowska
27.03.2020

Nie ma wątpliwości, że pandemia koronawirusa odbije się na naszej psychice, być może nawet stanie się przyczyną traumy pokoleniowej. Izolacja społeczna ogranicza naszą wolność, pozbawia poczucia przynależności, narusza wewnętrzne bezpieczeństwo. Przebywamy w domach, ale to nie są wakacje ani świąteczne ferie. Musimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości pracy zdalnej, często kryzysów w związkach i rodzinach, niepewności finansowej. Brak nam zewnętrznych bodźców – zamknięte są nie tylko galerie handlowe, ale też parki, lasy, place zabaw, kawiarnie. Nie możemy odwiedzać rodziców i innych seniorów z rodziny. Emocją, którą obecnie najczęściej odczuwamy, jest lęk. Kodowanie lęku W krótkotrwałych kontrolowanych dawkach lęk jest nam potrzebny, bo ostrzega przed niebezpieczeństwem i mobilizuje do działania. W dłuższej perspektywie natomiast, a na taką – spoglądając na przebieg pandemii w Chinach – trzeba się nastawić, osłabia, dając objawy przewlekłego stresu, a nawet może doprowadzić do bardziej trwałych zaburzeń lękowych. Lęk „zadomawia” się w mózgu bardziej, im dłużej i częściej go odczuwamy. Dzieje się tak dlatego, że połączenia synaptyczne bardziej się na niego kodują i automatyzują. Mózg działa jak wyszukiwarka internetowa – podsuwa treści, po które w przeszłości już sięgnęliśmy. Co ważne, najlepiej zapamiętywane są te wzorce, które wiążą się z silnymi emocjami a obawy, stres, lęk z pewnością do nich należą. Gdy pozwolimy, aby jakaś tendencja się utrwaliła, w pewnym momencie wystarczy jedna myśl o tym, co nas stresuje, a pojawiają się nieprzyjemne objawy napięcia i spirala strachu się nakręca. Jeśli na wydarzenia związane z pandemią koronawirusa często będziemy reagować lękiem, nasz mózg zacznie automatycznie tworzyć...

Czytaj dalej