Magda Gessler: „Jeśli warto za czymś w życiu gonić, to za miłością”
fot. Marta Wojtal

Magda Gessler: „Jeśli warto za czymś w życiu gonić, to za miłością”

„W perspektywie jednego życia, które mamy, trzeba zawsze próbować wszystkiego, aby pojednać się z ludźmi. Walczyć o miłość, troszczyć się o przyjaciół. Mieć w sobie empatię i miłość do świata” – mówi Magda Gessler.
Magdalena Żakowska
11.08.2020

Najsłynniejsza polska restauratorka ma rozmach, fantazję i cięty język. Fani programu „Kuchenne rewolucje”, który dzięki jej osobowości stał się telewizyjnym hitem, powtarzają sobie jej powiedzenia typu: „karta dań wygląda jak akt zgonu”, czy „żadne danie nie jest jadalne prócz herbaty”. Świat bez niej byłby na pewno mniej kolorowy – i ciekawy. Ale w rozmowie z nami mówi o kameralnych relacjach, bliskich uczuciach i tym, że dzisiaj, w tych dziwnych czasach lepiej gonić za miłością niż za jakimikolwiek dobrami materialnymi.

Magdalena Żakowska: Gdybyś miała teraz zamknąć oczy i przenieść się w wymarzone miejsce sprzed epidemii, to gdzie by to było?

Magda Gessler: Floryda lat 60. Jadę obłędnym kabrioletem, włosy schowane pod jedwabnym szalem w kolorze lodów malinowych. Morelowa sukienka na prawdziwej halce, z bawełnianej satyny, wcięta w talii, z głębokim dekoltem, bardotka. Koralowe usta. Skośne, kocie okulary dopełniają całość. Za mną unosi się woń perfum o zapachu gardenii. Niebieskie niebo, mocne słońce i orzeźwiająca bryza znad oceanu. W radiu Sinatra.

Sama tak jedziesz?

No co ty?! Oczywiście z mężczyzną. I wyglądam jak hollywoodzka gwiazda! Ale to wszystko dlatego, że oglądałam ostatnio film z lat 60. z Rockiem Hudsonem, którego kocham. To pierwszy aktor, który zmarł na AIDS, był homoseksualistą, ale jak wszyscy wtedy musiał to ukrywać. Żył w fikcyjnych związkach, prowadził fikcyjne życie na pokaz. Tragiczna postać.

Jeśli miałabym zinterpretować to marzenie, obstawiałabym, że tęsknisz za mężczyzną.

Waldek [Kozerawski, partner Magdy Gessler – red.] jest w Kanadzie, ja w Polsce. Miałam lecieć do niego w sobotę 14 marca ostatnim samolotem. Ale poczułam odpowiedzialność i ciężar tego, kim jestem i co się z tym wiąże. Poza tym paniczny strach przed zamkniętą przestrzenią, w której znajdują się nieznane, niewidzialne, groźne wirusy. Co jednak najważniejsze, nie chciałam zostawić w Warszawie najbliższych – Lary, Tadeusza, mojego taty. Nie wiadomo, kiedy zobaczylibyśmy się znowu. Dylematy nie tylko moje, ale milionów na świecie.

Magda Gessler o miłości i rozłące podczas pandemii

Z Waldkiem jesteście przyzwyczajeni do rozłąki.

Ale nie na tak długo i nie w tak dramatycznych dla wszystkich okolicznościach. Boję się o niego, jest lekarzem, a lekarze to grupa szczególnie narażona na zarażenie koronawirusem. Codziennie rozmawiamy, po kilka godzin. Dzielę się z nim wszystkim, a on potrafi fantastycznie słuchać, chociaż, jak się domyślasz, w czasie kwarantanny nie są to jakieś sensacyjne opowieści pełne zwrotów akcji. Mam wrażenie, że ten trudny czas nas do siebie zbliżył. Jesteśmy z różnych światów, bardzo dużo nas różni, stosunek do życia, poglądy polityczne, ale zawsze mogliśmy na sobie polegać. Nigdy siebie nie zawiedliśmy.

Waldek jest konserwatystą. Ty odwrotnie – postępowa w każdym sensie.

Teraz nie rozmawiamy o polityce. Omijamy tematy, które mogłyby nas poróżnić, bo dziś najważniejsze jest, żeby się wspierać i dawać sobie siłę. Potrafię bezbłędnie ocenić po jego głosie, jaki ma nastrój, czego ode mnie potrzebuje. Czasem potrafię rozmawiać z nim do piątej rano – u niego jest wtedy dwudziesta trzecia i kładzie się spać. Żyję czasem polskim i kanadyjskim od lat. Jestem do tego przyzwyczajona.

Nie wiem, czy związek na odległość nie byłby dziś dla wielu par wybawieniem. Znaleźć się nagle podczas kwarantanny pod jednym dachem z partnerem i dziećmi, z którymi na co dzień spędzało się mniej czasu niż w pracy, może być trudne.

Mam wrażenie, że przed kwarantanną wielu parom tylko wydawało się, że żyją razem. Każdy miał swoją pracę, one jogę, oni bieganie, a wieczorem każdy swój serial w Netfliksie. Żyli pod jednym dachem, ale tak naprawdę nie mieli pojęcia, co się u nich nawzajem dzieje. Ich codzienne życie zbudowane było z powtarzających się czynności, które wcale ich do siebie nie zbliżały.

A co zbliża?

Wspólny posiłek, podczas którego wkładamy sobie łyżeczkami do ust nie tylko smak i zapach, ale również uczucia, emocje, pragnienia. Wspólne oglądanie seriali może być przyjemne, ale nie da nam tego, co głębokie spojrzenie prosto w oczy, długie rozmowy i mówienie sobie tego, co czujemy. Opowiadanie o tym, co rzeczywiste, o tym, co nas w tej nowej sytuacji cieszy, a co przeraża.

Ciebie bardziej cieszy czy przeraża?

Nie przeraża mnie wcale. Mój dziadek Leon, który wychowywał mnie do piątego roku życia, nauczył mnie, że wszystko jest w życiu możliwe. Miał stwardnienie rozsiane, paraliż lewej ręki i ciężki niedowład prawej nogi, ale gotował, sprzątał, pisał wiersze, uczył mnie pisać i czytać. Uczył dyscypliny i szacunku. Całej masy dobrych uczuć, miłości do samej siebie, a także miłości do przyrody. Nasze niekończące się spacery to były opowieści nie tylko o gatunkach grzybów, ptaków, ale i bliskie poznanie natury w każdym jej aspekcie – duchowym również.

Nauczyłam się wsłuchiwać w ciszę. Wiem, kiedy zwiastuje coś niepokojącego, a kiedy niesie spokój. Z czasem, przez chorobę dziadka, te wspólne spacery były coraz krótsze, aż w końcu zamknęły się w obrębie naszego domu w Komorowie. Dziadek zajmował się mną najczulej na świecie. Nikt nigdy mnie już chyba tak bezwarunkowo nie kochał. Pokazał mi, że nie ma rzeczy niemożliwych – potrafił nawet uczesać mnie jedną ręką w kok, co było dodatkowo skomplikowane, bo w tamtym czasie miałam głowę pełną blond loków.

Z kolei moja pierwsza teściowa, Anna Maria, mama mojego zmarłego męża [Volkharta Müllera, niemieckiego korespondenta magazynu „Der Spiegel” w Madrycie, który zmarł w 1987 roku – red.] nauczyła mnie, by zawsze szukać w sobie siły. Człowiek ma jej bowiem niezliczoną ilość. Kolejna nauka: z każdej sytuacji, nawet najtragiczniejszej, powinniśmy wynieść coś dobrego. Tylko takie podejście da nam szansę, aby po burzy ujrzeć słońce.

Taka luterańska zasadnicza szkoła?

Dziadek Volkharta był biskupem protestanckim na Dolnym Śląsku. W czasie wojny mój teść został zmobilizowany do armii, a moja teściowa trafiła po wojnie do obozu pracy, pracowała jako pomoc w gospodarstwie u Polaków, chociaż przedtem to jej usługiwano. Ale nigdy nie narzekała. Aby ocalić dzieci, młodszą trójkę wysłała do sierocińca na Zachód, nie wiedząc dokładnie gdzie. Wiedziała tylko, że zachód jest bezpieczniejszy niż nadchodzący front sowiecki. Starsze dzieci pracowały jako siła robocza na wsi. Po wojnie odnalazła je wszystkie, pracowała i sama je wychowywała. Mój teść wrócił z Syberii dopiero w 1956 roku. Przy tamtych losach po obu stronach, także tej niemieckiej, nasza kwarantanna to przydługie wakacje.

Twój mąż też wyznawał tę samą filozofię?

Nie miał w sobie tej surowości, co matka, był niebywale otwarty, tolerancyjny, ale był minimalistą. Każdy przejaw bogactwa był dla niego grzechem. Nosił w sobie niekończący się ból za drugą wojnę światową i mimo że nie ponosił odpowiedzialności za zbrodnie swojego kraju, cierpiał z powodu tego, co się stało. Z biegiem czasu ból przerodził się w czynne działanie przeciwko przeszłości. Dziennikarska pasja stała się dla niego pewnego rodzaju odkupieniem win jego nacji. I tak rozpoczął poszukiwania hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Wielu z nich znalazł na południu Hiszpanii. Miał najwyższe cele i prowadził niezwykle skromne życie.

To on nauczył mnie skromności, żeby więcej dawać niż brać, cieszyć się z tego, co się ma, nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań. Minimum pragnień materialnych i całkowity duchowy rozwój. Czerpać radość z małych rzeczy. Nie przystawałby do dzisiejszego świata, z tym konsumpcyjnym rozpasaniem, kredytami na dom, samochód, telewizor i wakacje.

gessler
fot. Marta Wojtal

Gwiazda „Kuchennych rewolucji” zwalnia tempo

Zdaje się, że my też będziemy musieli od tego świata odwyknąć.

Ma to swoje plusy. Z „Kuchennymi rewolucjami” dużo jeżdżę po Polsce i widzę, jakie skutki w ludziach wywołuje to gonienie za światem z reklamy. Te kredyty, karty debetowe, długi, które spędzają potem sen z powiek i wcale nie przynoszą szczęścia. A dziś? W tym kryzysie? Po co to nowe auto kupione w leasingu, skoro teraz stoi i obrasta kurzem? Może większość z nas zda sobie sprawę, że tym, za czym powinniśmy gonić, jest drugi człowiek, rodzina, miłość, przyjaźń, szacunek. Jest tak wiele małych rzeczy, które dają wielkie szczęście. Myślę, że po tej izolacji wielu z nas to dostrzeże.

Mówisz tak, ale sama masz piękny dom w Łomiankach, z pięknym ogrodem.

Ale ja na to wszystko zapracowałam, nie szłam na skróty. Całe swoje życie poświęciłam pracy. Oczywiście mam to szczęście, że to również moja pasja. Mam tyle, ile potrzebuję. Ani więcej, ani mniej. Umiem docenić każdy drobiazg, choćby świeże powietrze o poranku, telefon od moich dzieci: Lary czy Tadka, zapach koszonej trawy. Wiesz, jak spędzam czas na kwarantannie, poza tym, że nareszcie zaprzyjaźniłam się ze swoim psem?

Zaprzyjaźniłam się z sobą. Wsłuchałam się w siebie jeszcze troskliwiej i bardziej cierpliwie niż wcześniej. Jestem szczęśliwa, pogodzona z teraźniejszością, wdzięczna za przeszłość i niezwykle ciekawa przyszłości. Czasami siedzę w mojej sypialni, która jest żółto-różowa. Kolory potrafią zmienić postrzeganie świata. Potrafią do ciebie przemówić. Wpatruję się w wazon forsycji i to daje mi taką radość i tyle dobrej energii, jak wielu osobom zakup złotego zegarka od Cartiera. A to taka mała rzecz.

Co jeszcze robisz podczas kwarantanny?

Dużo czytam. Wróciłam do literatury egzystencjalnej, do mojej ukochanej Simone de Beauvoir. Wróciłam do malowania – mojej wielkiej pasji, na którą nie miałam ostatnio czasu, do postimpresjonimu. Kocham malować lekko graficznie, używać całej palety barw, tworzyć dzieła metodą kolażu.

Gotuję, ale najczęściej proste, szybkie dania. Takie, które można zrobić z trzech składników i nie wymagają długiego czasu. Prowadzę długie rozmowy przez telefon z Larą i Tadeuszem, a także z moimi przyjaciółmi. Uczę się pozytywnego myślenia. Nie przyjmuję czarnych scenariuszy.

„Trzeba walczyć o miłość”

Na co dzień gnasz przez życie – nagrywasz trzy programy telewizyjne, prowadzisz restauracje, kursujesz między Polską a Kanadą.

Taki mam charakter. Chyba po tacie, który mimo wieku jest cały czas aktywny zawodowo. Ja mam też wielkie szczęście, że na co dzień robię to, co kocham. I mam przy sobie fantastycznych ludzi, którzy bardzo mnie inspirują i motywują do życia!

Zawsze wydawałaś mi się hedonistką.

Bo nią jestem! Kocham życie, jedzenie, muzykę, sztukę, ale kochać to niekoniecznie znaczy: mieć. Volkhart był patologicznie oszczędny. Kiedy jego stary samochód kompletnie się rozkraczył, z zażenowaniem kupił nowy, ale odłamał znaczek marki. Jak mówiłam mu, że chcę kupić nową bluzkę, to odpowiadał: „Po co? Przecież jedną już masz”. Luteranin. Pokłóciliśmy się w życiu chyba tylko dwa razy: jak wybrałam dla nas za drogi hotel w Sintrze i jak kupiłam dwie sukienki – jedną na ślub, a drugą na wesele. Dla mnie to było oczywiste, a on dostał szału.

Dziś bardziej niż wtedy rozumiem jego punkt widzenia. Myślę, że to kierunek, w którym wszyscy powinniśmy teraz pójść. Ograniczyć potrzebę posiadania, zastanowić się, co jest konieczne, a z czego możemy zrezygnować. Ten kryzys dotknął nas wszystkich, restauratorów także. Przecież my żyjemy z tej ludzkiej potrzeby społecznej bliskości, która dziś zniknęła, została ograniczona, i nikt z nas nie wie, kiedy i w jakiej formie powróci.

Owszem, mam dom z ogrodem, ale mam też pracowników, którym muszę zapłacić, restauracje, które muszę jakoś przeprowadzić przez ten trudny czas. Każdy z nas ma teraz swoje zmartwienia. Ważne, żebyśmy w tych trudnych czasach nie skakali sobie do gardeł, nie próbowali wykorzystać sytuacji dla swoich niskich celów. To czas, kiedy musimy nauczyć się zaradności i troski o innych. Aby nikomu wokół nas nie stała się krzywda.

Troszczysz się i dbasz też o swoje dzieci, choć oboje są już dorosłymi ludźmi.

Nie tylko o nie. Staram się robić wszystko, żeby być potrzebna. Nie wierzę w teorię, że ile dasz z siebie światu, tyle od świata dostaniesz. Ja daję i nie liczę na zwrot. I nie ma w tym żadnej brawury. Po prostu tak jest lepiej – nie rozczarujesz się, a najwyżej mile zaskoczysz.

Pamiętam, jak kiedyś przyszłaś do mnie na kolację i powiedziałaś, że nikt od dawna nie zaprosił cię do domu, nie ugotował dla ciebie kolacji.

Bo bardzo długo tak było. Ludzie przyzwyczaili się, że jestem panią z telewizji od gotowania, mam restauracje, więc to ja powinnam zapraszać. A może bali się dla mnie gotować? Dziś kulinarnie rozpieszczają mnie Tadeusz i Lara. Tadek jest synem, którego nie potrafiłabym sobie wymyślić. Czuły, mądry, uważny – to jedyny człowiek na świecie, który potrafi mnie jeszcze w kuchni czymś zaskoczyć, czegoś nauczyć. Imponuje mi jego nutritarianizm.

Staram się czerpać z tej wiedzy. Natomiast Lara zawsze widzi światełko w tunelu. Jest niezwykle ufna i dobra. Nie boi się eksperymentować w kuchni, co w niej ubóstwiam! Zawsze sprzeda mi jakiś patent do wykorzystania. W tej chwili Tadeusz, Lara i Waldemar to najbliżsi mi ludzie.

Nie zawsze tak było.

Z obojgiem dzieci przeszłam wyboistą drogę, ale dziś już wiem, że jeśli cokolwiek było między nami, to z mojej winy. I to wbrew pozorom uwalniające uczucie – pozwolić sobie przyznać się do błędów, braków. I procentuje. Dziś nikt i nic nie stoi już między nami.

Da się naprawić błędy z przeszłości, zmienić wspomnienia, uczucia?

Jestem zdania, że w perspektywie jednego życia, które mamy, trzeba zawsze próbować wszystkiego, aby pojednać się z ludźmi, którzy są dla ciebie najważniejsi. Trzeba walczyć o miłość, nawet tę, która wydaje się nie do osiągnięcia. Troszczyć się o przyjaciół, nawet tych, którzy dawno nie zadzwonili. Mieć w sobie empatię i miłość do świata. Tylko w ten sposób przeżyjemy życie w szczęściu. I jeszcze jedna rzecz: trzeba żyć w zgodzie ze sobą. Ta relacja z sobą samym i poczucie komfortu jest niezwykle ważne i daje nam spełnienie.

Dzieci to lekarstwo na epidemię?

Dzieci to lekarstwo na wszystko. Gdybyśmy zastanawiali się codziennie, jaki świat im zostawimy, myśleli o nich, o ich dzieciach, nie doprowadzilibyśmy Ziemi na skraj katastrofy. Mój tata całe życie przejmował się światem, jego kondycją. Był korespondentem PAP-u w Europie, Afryce, Ameryce Łacińskiej. W tym roku skończy 90 lat, ale wciąż pracuje w PAP-ie – obecnie zdalnie. Zna wybitnie języki romańskie, więc podlega mu w pracy obecnie cała Ameryka Łacińska. Strasznie mi tym imponuje.

Parę miesięcy temu wszyscy mówiliśmy o problemach klimatycznych, o tym, że nie uchronimy Ziemi przed katastrofą. A teraz okazuje się, że w jakimś sensie Ziemia broni się sama. Napisałaś na Instagramie: „Ziemia oddycha, bo człowiek się zatrzymał. Czujecie jej tętno?”.

Zdewastowaliśmy naszą planetę. Od lat podróżujemy z Waldkiem w poszukiwaniu nieskażonych przez człowieka skrawków czystej dziewiczej natury. Kilka lat temu polecieliśmy na Kostarykę, wynajęliśmy dżipa i ruszyliśmy przed siebie na skraj cypla graniczącego z Panamą. Nawet tam wszystko podporządkowane jest już człowiekowi: z plaż zniknęły papugi, małpy schowały się głęboko w lesie, uciążliwe dla człowieka owady poddano eksterminacji. A ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy ludzie i zwierzęta żyli razem, kiedy raj był na wyciągnięcie ręki.

Na Kubie?

Stamtąd pochodzą moje najpiękniejsze wspomnienia, jeśli chodzi o przyrodę. Były lata 60., mój tata odziedziczył samochód, warszawę, po poprzednim korespondencie PAP-u Leopoldzie Ungerze. W weekendy jeździliśmy nią zbierać dziko rosnące mandarynki. Na wsi pełno było biegających wolno po polach świń. Mogłam godzinami przyglądać się, jak jedzą te mandarynki – brały je do pyska, wyciskały sok i wypluwały skórę. Genialne! Lubiliśmy zwiedzać najbardziej dzikie miejsca na Kubie. Jednym z nich był rejon Cienaga de Zapata, gdzie mieszkaliśmy w domku na wodzie. W krystalicznym oceanie nieopodal naszego domku pływały setki gatunków ryb, homary, rozgwiazdy, w ogrodzie łaziły ślimaki we wszystkich możliwych kolorach. Nie ma już takiego świata. Zniszczyliśmy go.

W Kanadzie mieszkamy z Waldkiem w Mississaudze, w domu nieopodal jeziora. Tam jeszcze się zdarza, że nad ranem do ogrodu przychodzą jelenie, szopy pracze, przylatują rzadkie ptaki. Tam przyroda jest chroniona, a ona to bardzo docenia…

Widziałaś zdjęcia jeleni, które krążą dziś po małych angielskich wyludnionych miasteczkach?

Wierzę, że przyroda odrodzi się, jeśli tylko damy jej możliwość. Może powinniśmy spróbować potraktować tego wirusa jako szansę, a nie tylko przekleństwo?

***

Rozmowa z Magdą Gessler ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Lara Gessler
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?  Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że… Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz? Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów? Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.  Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?  Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu...

Czytaj dalej
Magda Gessler
mateusz stankiewicz

Magda Gessler wiele zawdzięcza dziadkowi: „Dziękuję mu, na pewno mnie słyszy”

Chociaż nieraz Magda Gessler opowiadała o tym, jak ważni dla niej byli i są: pierwszy mąż, obecny partner, syn – to jednak w ramach akcji #DZIĘKUJĘ zdecydowała się podziękować przede wszystkim innemu mężczyźnie: dziadziusiowi.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

Gotował zupy mleczne, ucierał kogiel-mogiel i przede wszystkim: uczył malutką Madzię radości życia! Magda Gessler wczesne lata dzieciństwa spędziła w domu dziadków, w podwarszawskim Komorowie i tamten okres wspomina jako jeden z najszczęśliwszych w swoim życiu.  – Byłam otoczona miłością, zanurzona wręcz w niej – wspomina. – Dziadek nauczył mnie, że z niczego zawsze można robić coś. Że nie trzeba mieć pieniędzy, by robić piękne rzeczy i by okazywać miłość. Rodzinny dom zaszczepił w Magdzie Gessler radość życia Do dzisiaj Magda Gessler pamięta poczucie bezpieczeństwa, jakie towarzyszyło jej w rodzinnym domu. Chociaż dorastała w trudnych latach 60. i jej rodzina żyła bardzo skromnie, to jednak nie brak pieniędzy, ale poczucie radości życia, jakie zaszczepili jej rodzice i dziadkowie, jest jej najwyraźniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.  – Dziadek pisał dla mnie wiersze, robił dla mnie zabawki na choinkę z pudełek od zapałek, obklejał je kolorowym papierem, chował do środka jakieś drobiazgi, cukierki, dzięki czemu ta biedna PRL-owska choinka stawała się jedną wielką cudowną niespodzianką. Myślę, że mam wielkie szczęście, że zdążyłam mojemu dziadziowi i babci podziękować za to, jakie dzieciństwo mi stworzyli, że umiałam wyrazić im swoją wdzięczność i miłość. Magda Gessler była w dzieciństwie niejadkiem  Do zasług babci i dziadka Magdy Gessler należy także to, że… nauczyli ją, że jedzenie może być wyrazem troski, miłości i przyjemności!  – Byłam niejadkiem i dziadek potrafił ugotować dla mnie 10 różnych zup mlecznych, bo żadna mi nie smakowała. Godzinami stał przy kuchni tylko po to, żeby jego mała wnuczka – nieznośna zresztą! – zjadła coś zdrowego. I, mimo że odsuwałam talerz albo waliłam łyżką w zupę, to on...

Czytaj dalej
Magdalena Żakowska Uroda Życia

Jedz, pij i korzystaj z dodatkowego chromosomu X!

Jakie wyjdziemy z tej kwarantanny? Spokojniejsze, mądrzejsze, a może tylko szersze?
Magdalena Żakowska
24.04.2020

Dzisiaj po raz pierwszy w życiu obcięłam sobie sama włosy. Minęły dwa miesiące odkąd ostatni raz miałam na sobie jeansy. Nie tęsknię, tym bardziej, że zmienił mi się rozmiar. Normalnie nie noszę butów na obcasie, ale nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze przez osiem tygodni z rzędu chodzić w tych samych Birkenstockach i ciepłych skarpetach (te piorę!). Tusz do rzęs? Nieee. Nawet stanik okazał się podczas kwarantanny zbędnym narzędziem. Słucham podcastu Kasi Bem o 10 sposobach na minimalizm i z satysfakcją rejestruję, że co najmniej połowę tych wysiłków mam już za sobą dzięki epidemii. Dom wysprzątałam na wszystkie strony, z nudów odchudziłam szafki, wyrzuciłam stare gazety, nie kupuję ciuchów, bo dresy już mam. A kto wie, jaki rozmiar osiągnę, kiedy to odosobnienie się wreszcie skończy?!  Kwarantanna zmieniła nasze podejście do życia. W skrócie: z dnia na dzień nasze oczekiwania względem siebie i świata maleją. W zasadzie co takiego strasznego się stanie, jeśli zjem dodatkową kolację do serialu po północy, skoro wstanę jutro po południu i ominę śniadanie? I co z tego, że nie pojadę w tym roku na zagraniczne wakacje, skoro nikt nie pojedzie?! Śmierć FOMO [Fear of Missing Out] jest jednym ze skutków ubocznych epidemii. Bo niby gdzie miałybyśmy teraz być?! Z Instagrama zniknęły zdjęcia egzotycznych wakacji, fantastycznych imprez, na których wszyscy bawili się taaak dobrze, że zajęli się robieniem zdjęć, koncertów, premier, czy modnych ostatnio zdjęć z manifestacji. Teraz możemy wszyscy pogrążyć się w JOLGO [Joy of Letting Go], w połączeniu z radosną świadomością JOLO [You Only Live Once]. To dobrze, czy źle? Ciągle zadaję sobie to pytanie, a odpowiedź za każdym razem mam inną. Odpowiedź nr 1: To świetnie! FOMO to przecież nic innego, jak absurdalny żal za imprezami, w których się...

Czytaj dalej
kulinar pod choink
Fot. iStock

Prezenty pod choinkę: książki kucharskie, które przeczytasz ze smakiem!

Jedzenie to świetny temat do rozmowy. A książki o jedzeniu to inspirujący podarunek na Gwiazdkę. Wybraliśmy dla was 7 wspaniałych tytułów.
Agnieszka Dajbor
14.12.2020

Książki kulinarne cieszą się od lat, nie tylko u nas, wielkim powodzeniem. Szukamy w nich nie tylko praktycznych przepisów, ale też inspiracji, podziwiamy kulinarną inwencję i kulturę jedzenia, zachwycamy się umiejętnością opowiadania o jedzeniowych przygodach. Wybraliśmy dla was 7 kulinarnych nowości, które mogą być wspaniałym prezentem pod choinkę „Dietojarska kuchnia żydowska” Wydanie tej książki było na całym świecie wydarzeniem. Fania Lewando prowadziła przed wojną w Wilnie słynną „Dietojarską Jadłodajnię”. Serwowała w niej warzywne dania z tradycji Żydów aszkenazyjskich. Miała fantastyczny smak, więc restauracja szybko zyskała rozgłos, daleko przekraczający Wileńszczyznę, a kulinarny talent Fani podziwiał m.in. Marc Chagall. W latach 1936–39 była szefową kuchni na ekskluzywnym MS Batorym odbywającym rejsy do Ameryki. Fania Lewando była też aktywistką i popularyzatorką zdrowej warzywnej kuchni (bez mięsa i ryb), jak na swoje czasy rewolucyjnej. 1938 roku wydała pierwszą w Europie wegetariańską książkę kulinarną w języku jidisz. Co stało się z Fanią Lewando podczas wojny, nie wiadomo. Zaginęła w 1941 roku. Na lata zaginęła też jej książka, odnaleziona przez przypadek parę lat temu na targach antykwarycznych. Oprócz opowieści o nieistniejącym już świecie i smakach przedwojenengo Wilna, znajdziecie tu przepisy m.in. na chałkę, czulent, latkes, sznycle z marchewki i groszku albo z kapusty, pierożki. Jest też bigos robiony z białej kapusty, grzybów, ale z dodatkiem cytryny i uwaga: zapiekany! Fania Lewando, „Dietojarska kuchnia żydowska”, wyd. Znak Literanova, Kraków, 2020. „Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami” Autor tej książki Michał Korkosz myśli, marzy i fantazjuje o jedzeniu. Sam mówi, że jedzenie jest dla niego...

Czytaj dalej