Luksus po kubańsku
Sime/Free

Luksus po kubańsku

W sklepach brakuje wielu rzeczy, samochody są mocno używane, a ceny niepewne, ale każdy, kto choć raz odwiedzi Kubę przyzna, że życie smakuje tu inaczej. Pełniej.
Katarzyna Montgomery
14.04.2020

Lubię wracać na Kubę. I zawsze wybieram niewielkie miasteczko Boca de Camarioca. Lubię je ze względu na ludzi. Nie wszystkie przyjazne gesty muszą tu być wymienialną walutą. Codziennie z kubańskimi znajomymi witamy się tak, jak gdybyśmy nie widzieli się rok. Przytulanie, cmokanie, żarty i okrzyki. Fascynuje mnie też różnorodność: rdzenni mieszkańcy Kuby zostali wieki temu wymordowani przez kolonizatorów, ale ci, których spotykam dziś, to niezwykła mieszanka potomków Hiszpanów, Anglików, Amerykanów, Afrykanów, a nawet Słowian.

Chcę tu wracać także ze względu na przyjaźń z Anią. To więź, która narodziła się spontanicznie: po wymianie kilku maili i kilkunastogodzinnym locie spotkałam duchową siostrę. Przyjechała po mnie na lotnisko starym chevroletem, w zabójczej kreacji, na szpilkach i z czerwoną szminką na ustach. Jak przystało na Polkę, góralkę z pochodzenia, obywatelkę Kanady, sercem związaną z Kubą. Że będzie tu mieszkać, wymarzyła sobie ponad 30 lat temu. Po kilkunastu latach zaczęła budowę domu i choć takie przedsięwzięcia obwarowane są wieloma skomplikowanymi przepisami, postawiła na swoim. Villa Cubanita jest teraz jednym z najokazalszych domów w okolicy i najbardziej gościnnym. Tu jem najlepszą pod słońcem kwaśnicę i ogórkową.

Chcę tu wracać ze względu na ocean. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać nad samym morzem. Kiedyś to marzenie spełniałam latem w przyczepie nad Zatoką Pucką, teraz na Karaibach. Brzmi luksusowo, ale sporo wysiłku wkładam w to, żeby zorganizować sobie taki wyjazd w cenie wakacji nad Bałtykiem. Kupuję okazyjnie bilety z przesiadkami albo wolne miejsca w czarterach, starając się, aby podróż nie zajęła mi więcej niż 24 godziny. Jadę na dłużej, co najmniej na trzy tygodnie, żeby koszt biletu się zamortyzował. Jeśli nie mieszkam u mojej Ani, wyszukuję oferty przez Airbnb – od niedawna to jest możliwe. Korzystam z lokalnego transportu – albo publicznego, albo dla obcokrajowców. Jem to, co akurat udało mi się kupić w handlu obwoźnym lub dostać od znajomych rybaków. Poza tym, zawsze można coś „zdobyć” w sklepach komercyjnych. Tylko na Kubie zaczynam dzień od kilku kubków kawy. Mogę jeść ananasy, zagryzając jajkiem, czasem z awokado, najczęściej z pomidorem, i ucieszyć się z kawałka żółtego sera przyniesionego przez sąsiadkę. Nigdy nie rezygnuję z czystości, dostępu do indywidualnej łazienki z ciepłą wodą i jestem wymagająca, jeśli chodzi o podstawowy komfort ze względu na niepełnosprawność. Poza tym kocham widoki, więc rezerwuję miejsca, które je zapewniają.

Dla mnie prawdziwym luksusem jest wpatrywanie się w ocean ponad daszkami skleconych z byle czego garaży. Jak się zresztą okazało podczas ostatniego huraganu Irma, stanowiły one skuteczną zaporę dla napierających na ląd mas wody. Wpatruję się i piszę. A kiedy potrzebuję dłuższej przerwy, mam na wyciągnięcie ręki piaszczysto-kamienistą małą plażę, właściwie prywatną, bo w zimowych miesiącach pojawia się tu tylko kudłaty psiak, który zażywa kąpieli trzy razy dziennie. Czasem na plaży spotykają się młode pary, niekiedy ze stromej części brzegu rybak łowi coś na żyłkę. To, co dla mnie tu najważniejsze, to spokój i wciąż zmieniający się Ocean Atlantycki. W Boca moim luksusem jest też codzienne przekomarzanie się na migi z 70-letnim Miguelem, emerytowanym mechanikiem, który o ósmej rano otwiera garaż i razem z psem Pluto rasy myśliwskiej obserwuje uliczkę, pogwizdując przy tym jazzowe standardy. Miguel lubi pokazywać mi zdjęcia z młodości, chwali się, że żonę ma tę samą od lat (to tutaj rzadkość) i specjalnie dla mnie uruchamia silnik swojego auta. Kiedyś to był stylowy ford z lat 50., teraz dodge, młodszy, ale też wiekowy egzemplarz. Poza tym Miguel wie wszystko. Wieczorem w lokalnym barze informuje mojego znajomego, że „escritora periodista”, czyli „pisarka dziennikarka”, jak mnie tu nazywają, pojechała do Varadero i chyba nie może wrócić, bo słyszał, że autobus się zepsuł.

Varadero leży na półwyspie de Hicacos (18 kilometrów długości, szerokość od 500 metrów do dwóch i pół kilometra) i jak w typowym polskim kurorcie na każdym straganie znajdziecie te same pamiątki, zgiełk, naciągaczy i wszystko to, co wiąże się z turystycznym biznesem. W tej oazie all inclusive są restauracje, dyskoteki, banki, kursy nurkowania, ale trudno tam o autentyczną Kubę. Nawet w pochodzie pierwszomajowym, który miałam okazję raz obserwować, idą… pracownicy hoteli. Jednak warto się wybrać do Varadero dla zapierających dech w piersiach widoków – wspaniała panorama otwiera się tu przed zbudowaną z kamienia koralowego La Casa de Al, czyli letnią rezydencją Ala Capone, choć nie jest wcale pewne, czy naprawdę tu bywał. Dziś działa tam restauracja, można popatrzeć na pelikany, które przysiadają na murku. Kolejne miejsce, do którego warto zajrzeć, to okazała i pięknie położona rezydencja jednego z członków rodziny du Pont, która wzbogaciła się w czasie I wojny światowej na produkcji prochu. Jej właściciel Irénée du Pont miał kupić rajskie 500 hektarów półwyspu za śmieszne kilka centów za metr. W jego rezydencji (w lutym była remontowana), mieszczą się teraz restauracja, hotel, klub golfowy. Na parterze budynku można podziwiać mahoniowe balustrady i sufity, włoskie marmurowe podłogi. Jednak ja jeżdżę do Varadero z tęsknoty za takim morzem, którego nigdzie indziej nie znalazłam. Prowadzi do niego droga przypominająca tę na moim ukochanym Półwyspie Helskim. A na miejscu niezmiennie wita mnie lazurowa woda. Z falami jak na Bałtyku, tylko przyjemnie ciepłymi.

Miguel ma rację – awaria, o której mówi, wydarzyła się, kiedy pewnego bardzo wietrznego zimowego dnia (temperatura wynosiła 16 stopni) wybrałam się do Varadero na zakupy i w celach sentymentalnych. Chciałam chwilę posiedzieć na plaży, na którą pierwszy raz przyjechałam 20 lat temu. Kilka dni później Miguel wie też, że byłam w pobliskim Matanzas, nazywanym miastem mostów, bo przepływają przez nie trzy rzeki. Pojechałam tam typowym blaszakiem – ciężarówką przerobioną na autobus, żeby zobaczyć wreszcie słynne jaskinie Las Cuevas de Bellemar. Można tam podziwiać kompozycje ze stalagmitów i stalaktytów, które rosły po dwa centymetry na 100 lat, jednak te najpiękniejsze miejsca zarezerwowane są dla grotołazów. Wilgotność wynosi tu około 98 procent i jest piekielnie ślisko. Matanzas przez kilka dni na ulicznych potańcówkach świętowało zwycięstwo drużyny Krokodyli w bejsbolowych mistrzostwach Kuby. To bardzo popularny tutaj sport. Na każdej ulicy można spotkać dzieci trenujące rzuty piłką, obok mężczyźni grają w domino przy wystawionych przed domy stolikach. I nikt tak jak Kubańczycy nie bawi się z powodu byle okazji, a jeszcze lepiej bez. Wieczorami tańce na ulicach są zwyczajnym widokiem i wtedy można poznać gorący temperament mieszkańców Kuby.

Choć za dnia życie toczy się tu leniwie, to zaczyna się już przed świtem. Sprzedawczyni bułek, która specjalnym wózkomotorkiem objeżdża okolice, sygnalizuje swoje przybycie świdrującym gwizdkiem. Gospodynie z wyższych pięter spuszczają jej wiaderka z pieniędzmi i wciągają z powrotem chleb. Około siódmej rano, kiedy robi się jasno, sprzedawca cebuli nawołuje chętnych do kupienia splecionych warkoczy. Pojawia się sprzedawca chloru do prania, a także pan od szczotek. Szybko uczę się słów, które śpiewnie wykrzykiwane są wokół domów. Nasłuchuję, czy nie idzie pan z taczką sałaty albo czy nie przejeżdża wóz z pomidorami. Tuż przed wieczorem pojawia się oświetlony jak cyrkowy wóz pojazd z ciastkami, a sąsiad wpada z wiadomością, że w naszym sklepiku będą jutro sprzedawali masło. W tym kraju wciąż obowiązują kartki i są to całe książeczki nazywane „libreta”. W sklepach z kartkowymi towarami półki świecą pustkami tak jak w Polsce w latach 80. Zawsze jednak można dostać ryż i fasolę, czyli bazę do najpopularniejszych dań. Są też stoiska uliczne z wieprzowiną oraz z warzywami i owocami. Z tymi ostatnimi jednak należy nastawić się na loterię. Ceny jak w Polsce – jeśli wiemy, jak kupować, inaczej bywa nawet drożej.

Po co się tyle trudzić? Kuba daje taką radość i energię, że pod koniec dnia od uśmiechu bolą mnie mięśnie twarzy. A nawet, gdy znajdzie się powód do zmartwień, to rozwieją go: wiatr, słońce i ludzie. Na Kubie rozsmakowuję się w życiu.

1\6
Kubańskie symbole
Kubańskie symbole
Sime/Free

Kobieta na zdjęciu trzyma cygaro – jeden z symboli Kuby. Pozostałe to m.in.: rum, palma królewska i ptaszek pilik czerwonodzioby.

2\6
Okolica słynnej rezydencji Xanadu
Okolica słynnej rezydencji Xanadu
Sime/Free

Plaże Varadero są uważane za najpiękniejsze na Karaibach.

3\6
Uliczka w Matanzas
Uliczka w Matanzas
Janusz Szyszkow

W połowie XIX wieku port był kulturalnym centrum Kuby. Tu miała narodzić się rumba.

4\6
Pasją Kubańczyków jest gra w domino
Pasją Kubańczyków jest gra w domino
East News

To również okazja do wieczornego towarzyskiego spotkania przy stoliku wyniesionym z domu.

5\6
Jedna z jaskiń Las Cuevas de Bellemar
Jedna z jaskiń Las Cuevas de Bellemar
Be&W

W gorszą pogodę warto wybrać się do słynnych jaskiń Las Cuevas de Bellemar, żeby podziwiać niezwykłe kompozycje ze stalagmitów i stalaktytów.

6\6
Uliczni artyści
Uliczni artyści
Getty Images

Mówi się, że Kuba to jedna wielka scena, na której występują tysiące muzyków – zawodowych i amatorów.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
ruiny katedry Zwartnoc Armenia
getty images (6), sime/free

Kierunek na wakacje? Armenia! Nie uwierzycie, jak tam pięknie!

Wiosną, gdy ze stoków Araratu znika śnieg, a jeszcze nie nadchodzą mordercze upały, Armenia jest rajem. Wszystko dzieje się tu w duchu slow life: nikt się nie spieszy, nie ma tłumów, ludzie są gościnni i życzliwi, biesiady bogate i pyszne. A widoki...
Karolina Stępniewska
26.10.2018

Powiedzmy sobie szczerze: Armenia nie przyciąga turystów złotymi plażami, luksusowymi hotelami, bogatą ofertą kulturalną czy intensywnym życiem w  nocnych klubach. Tak naprawdę turystów tu prawie nie ma. To o tyle niezwykłe, że kraj jest olśniewająco piękny, ma porywające ślady historii, fantastyczne jedzenie (i  trunki), a przede wszystkim gościnnych ludzi, którzy dużo więcej wiedzą o nas niż my o nich. Najwyższy czas to zmienić. Stolica Armenii Lądujemy w stolicy, Erywaniu. Miasto kojarzy się z dowcipami, takimi jak ten. Słuchacz: „Droga redakcjo, czemu nie opowiadacie dowcipów politycznych?”. Radio Erewań (taka pisownia obowiązywała w  czasach ZSRR): „Drogi słuchaczu, wolimy jeść biały chleb nad Morzem Czarnym niż odwrotnie”. Rozsławionej przez dowcipy rozgłośni o takiej nazwie nigdy nie było. Za to Erywań to  najlepszy punkt wypadowy do zwiedzania kraju. Stąd jest blisko do najciekawszych atrakcji: nad jezioro Sewan, do klasztoru Chor Wirap pod Araratem czy do Eczmiadzynu – wielkiego kompleksu religijnego, zwanego „ormiańskim Watykanem”. Śródmieście Erywania przypomina architekturą warszawskie MDM, z tą jednak różnicą, że kamienice są wyciosane z różowego wulkanicznego tufu. Samo centrum jest ostentacyjnie europejskie. Szyldy i nazwy pisane są alfabetem łacińskim. W  przeciwieństwie do Tbilisi, stolicy Gruzji, tutaj daje się odczuć bardzo mocną fascynację kulturą Zachodu. A może ma to związek z pogmatwaną historią Armenii i jej położeniem geograficznym? W końcu są całkiem mocne dowody na to, że kraje leżące na południowy zachód od głównego grzbietu Kaukazu należą geograficznie do Azji. Ormianie wolą interpretację kulturową, według której granice kontynentu wyznacza zasięg opartej na...

Czytaj dalej
Meksyk miasto, Día de los Muertos, parada
Getty Images

Miasto Meksyk słynie ze Święta Zmarłych i... z Jamesa Bonda!

Maksykański Día de los Muertos – odpowiednik naszych Zaduszek – obchodzony jest wesoło, hucznie i kolorowo. Chociaż to nie Gwiazdka, świąteczny klimat zachwyca.
Kamila Morgisz 
09.04.2020

Na dworcach, w restauracjach, a nawet w supermarketach wyrastają ołtarzyki dla zmarłych. Najbardziej imponujące można oglądać na głównym placu miasta Zócalo, kolejne – przy deptaku Francisco Madero, a te najsłynniejsze na tutejszym uniwersytecie – UNAM-ie. Szkoły organizują też konkursy na najpiękniejsze ołtarzyki, każda klasa przygotowuje jeden. W piekarniach sprzedaje się pan de muerto, „chleb zmarłego”, czyli słodkie bułeczki drożdżowe. Cukiernie serwują zaś małe, kolorowe czaszki. – Tradycyjne robione były z cukru, teraz coraz częściej odchodzi się w stronę tych czekoladowych – wyjaśnia Sirani, moja meksykańska koleżanka. Sama kupuje kilka, tych z czekolady właśnie.  – Na czole wypisuje się imię członka rodziny, kolegi lub koleżanki, a potem taką czaszeczkę daje się w prezencie w dowód sympatii – opowiada. Miasto Meksyk – parada masek Już na tydzień przed właściwymi obchodami Święta Zmarłych w mieście Meksyk odbywa się z tej okazji parada. Jak na meksykańską historię jest to zwyczaj dość nowy, w tym roku parada odbędzie się dopiero po raz trzeci. Zaczęto ją organizować po kolejnym filmie o Jamesie Bondzie. Taka uroczystość pojawiła się bowiem w „Spectre” i pierwotnie nie miała nic wspólnego z meksykańskimi obchodami Día de los Muertos. – Musieliśmy stworzyć dodatkowe obchody z okazji Dnia Zmarłych, bo po Bondzie turyści zaczęli przyjeżdżać specjalnie na karnawał, jaki widzieli w filmie – powiedział meksykański sekretarz turystyki Enrique de la Madrid Cordero. Parada spodobała się nie tylko turystom, ale i samym Meksykanom. – Jasne, na początku brzmiało to śmiesznie. Ale myślę, że my, Meksykanie, przyjęliśmy tę tradycję jak swoją. To chyba dlatego, że uwielbiamy się bawić. No i uwielbiamy obchodzić Święto Zmarłych. A parada jest...

Czytaj dalej