Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 
Bartosz Mokrzycki

Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek medycyny, przekonuje lekarka z podwrocławskiej kliniki medycyny integracyjnej.
Sylwia Niemczyk
03.01.2019

Preeti Agrawal, doktor nauk medycznych, specjalistka II stopnia z ginekologii i położnictwa oraz medycyny integracyjnej przekonuje, byśmy uważniej wsłuchiwali się w siebie i szanowali swoje ciało. Lekarzom radzi, by nie skupiali się tylko na chorobie, ale na całym człowieku. 

Sylwia Niemczyk: Jak to się stało, że już od 25 lat hinduska lekarka leczy Polki?

Preeti Agrawal: To historia złożona z przypadków, choć mówi się, że w życiu nie ma przypadków, tylko okazje dostrzegane przez osoby z intuicją. Wychowałam się w  tradycyjnej hinduskiej rodzinie, czyli wśród kobiet. Moja mama nigdy nie pracowała, tak samo żadna kobieta w  rodzinie. Nie było potrzeby ani zwyczaju. Ja chciałam realizować swoje pasje, nie odcinając się jednak od ról typowych dla kobiet: bycia żoną, matką. Jako pierwsza kobieta w rodzinie zostałam lekarzem. 

25 lat temu rozpoczęłam praktykę ginekologiczną w Polsce. Wysyłałam wtedy swoje pacjentki do różnych szkół rodzenia, niestety wracały nadal, w moim odczuciu, bez niezbędnej wiedzy o sobie, swojej fizjologii i naturze. Postanowiłam więc sama stworzyć szkołę świadomego rodzicielstwa. W końcu ktoś kiedyś zapytał mnie, czy napiszę książkę. Nie planowałam tego, ale myśl zakiełkowała i po jakimś czasie miałam gotową. Tytuł: „Odkrywam macierzyństwo”. Wysłałam ją do jednej z kobiecych organizacji w  Polsce, ale otrzymałam opinię, że nie jest odkrywcza. Pomyślałam: „Nie jest odkrywcza? A czy w macierzyństwie chodzi o odkrywanie rewolucyjnych metod?”. Z tego mojego buntu narodziła się Fundacja Kobieta i Natura. Już od 11 lat organizujemy konferencje, festiwale. Dla naszych pacjentek, ale też dla personelu medycznego.

Poza Fundacją prowadzi również pani Klinikę Medycyny Integracyjnej pod Wrocławiem.

Tu wszystko dzieje się w dużym tempie. Mamy energię wynikającą z tego, że lubimy to, co robimy. Poza tym robimy to z głębi serca, a pasja i miłość jako motywacja do działania dają świetne efekty. W naszej klinice dbamy nawet o  elementy o najmniejszym, wydawałoby się, znaczeniu, jak muzyka, zapachy…

Terapie, oferowane w klinice, wychodzą zdecydowanie poza klasyczne leczenie.

Na samym początku swojej praktyki lekarskiej zauważyłam, że leczenie wyłącznie na poziomie fizycznym usuwa tylko zewnętrzne symptomy choroby i  pacjenci na nowo wracają z tym samym problemem. Dlatego my proponujemy dodatkowe terapie komplementarne i propozycje warsztatów oraz zajęć ruchowych, które dają szansę na usunięcie przyczyn problemów zdrowotnych. Medycyna zachodnia skupia się na objawach i ich usuwaniu. Medycyna wschodnia traktuje człowieka bardziej całościowo, holistycznie.

Co to znaczy bardziej całościowo? 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek. Przed wiekami medycyna chińska czy ajurweda, czyli hinduskie podejście do kwestii zdrowia, uważały człowieka za całość, której elementy wzajemnie na siebie wpływają. Medycyna stopniowo wyłączała kolejne obszary z człowieka i zajmowała się nimi w izolacji – na zasadzie: jeśli chorują płuca, to leczmy płuca. A tymczasem przyczyna choroby może tkwić w jakiejś nierozwiązanej emocji, zaburzonej pracy innych narządów, stylu życia, złych nawykach itp. Jestem otwarta na potrzeby moich pacjentów i proponuję im to, co sama bym mogła stosować na sobie. Jeśli czegoś nie mogłabym dać sobie lub swojej rodzinie – pacjentom też nie rekomenduję. Dobieram takie terapie, które dają szansę na wyleczenie na poziomie fizycznym, ale również usuwają przyczyny chorób, czyli sięgają na poziom emocji i  duszy. Holistyczne podejście jest nie tylko integralną częścią mojej pracy, ale i osobowości. Tak robiłam przez całe lata jako ginekolog-położnik, później szerzej, bo leczyłam niepłodność, a obecnie takie podejście stosujemy w naszej klinice w leczeniu chorób onkologicznych i przewlekłych.

Co spowodowało, że zaczęła się pani interesować holistyką? 

Nie mogłam znieść tego, że często nie jestem w stanie pomóc moim pacjentkom. Do dzisiaj pamiętam z  początków mojej pracy kobietę, która przez prawie pół roku leżała w naszym szpitalu w zagrożonej ciąży, po siedmiu poronieniach. Zrobiono wszystko, co możliwe, aby mogła urodzić zdrowe dziecko. Jednak dziecko zmarło w  pierwszej dobie po porodzie. Kiedy się o tym dowiedziałam, załamałam się. Myślałam: „Po co to wszystko, skoro leczenie nie przynosi efektów?”. Ta sytuacja sprawiła, że zaczęłam poszukiwać narzędzi spoza medycyny akademickiej. 

Na przykład gdzie?

Wszędzie. Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Pamiętam, jak kiedyś, pod koniec lat 90. byłam z mężem w  Londynie, w księgarni. Już mieliśmy wychodzić, w  ostatniej chwili złapałam z półki książkę, nawet nie zajrzałam do środka. Cegła, prawie 800 stron. Spodobał mi się tytuł, po polsku to zostało przetłumaczone „Ciało kobiety, mądrość kobiety”. W domu okazało się, że autorka, dr  Christiane Northrup, to amerykańska ginekolog. W  książce opisywała swoje poszukiwania dotyczące kobiecego zdrowia i różne alternatywne metody leczenia, jakie stosowała. Plus przedstawiała bardzo głębokie, psychologiczne spojrzenie na kobietę. Jakbym czytała o  sobie! Rozpoczęłam kursy z medycyny chińskiej, ajurwedy, makrobiotyki, psychologii. Czerpałam też wiedzę od moich pacjentek. Słucham ich bardzo uważnie, bo uważam, że pacjent zawsze wie lepiej.

Co się powtarzało w ich historiach?

Każda historia jest niepowtarzalna. Nawet jeśli problem jest taki sam, to przyczyny są inne. Na przykład mięśniaki macicy – wiemy, że bardzo dużą rolę odgrywa dieta, ale nieraz mam w gabinecie pacjentki, które odżywiają się prawidłowo, prowadzą zdrowy styl życia, a mimo to chorują. Dzięki ich historiom dowiedziałam się, jak wielką rolę odgrywają czynniki emocjonalne.

Co jeszcze ma znaczenie, jeśli chodzi o skuteczność leczenia?

Wiedza, czy pacjentka jest gotowa na dane sposoby leczenia. Jeśli ktoś nie ma czasu na picie ziół, to wiem, że nie będzie stosował zaleceń i leczenie będzie nieskuteczne. Właśnie dlatego patrzę nie tylko na chorobę, ale na człowieka jako całość. Rozmawiam z pacjentami o sposobie odżywiania, o  pracy, stanie emocjonalnym. Nasz program leczenia zawiera odżywianie, zioła, suplementy, świadomość emocji, a  także przede wszystkim słuchanie swojego ciała. Często włączamy też wschodnie terapie, jak: akupunktura, refleksoterapia, joga, oddychanie, medytacje.

 

I pacjenci stosują się do pani zaleceń?

Tak, większość się naprawdę stara.

Zapytałam o to, bo według wszystkich badań Polki przodują, jeśli chodzi o zażywanie leków i do lekarzy przychodzą raczej nie po zmianę diety, ale po tabletkę.

Przychodziły i do mnie, przede wszystkim po tabletki antykoncepcyjne. Ileż razy, jeszcze na początku swojej praktyki lekarskiej, słyszałam w przychodni: „Pani doktor, przyszłam tylko po receptę”. Tłumaczyłam: „Recepta zajmuje trzy minuty, a przewidziany czas wizyty to kwadrans. Wykorzystajmy to. Porozmawiajmy”. Pytałam, jak długo już przyjmuje antykoncepcję hormonalną, kiedy robiła ostatnie badania krwi, czy w rodzinie były przypadki raka piersi, czy jest świadoma, że kiedy długo będzie zażywać antykoncepcję, to trzeba uzupełniać kwas foliowy, witaminę B12, probiotyki. Kobiety uważnie słuchały, odpowiadały na pytania. Polecałam, aby dwa razy w roku wykonać badania krwi i  uzupełnić braki witaminowe. 

Albo przychodziły kobiety z mięśniakami macicy tylko na badanie USG zlecone przez innego ginekologa. Akademickie leczenie mięśniaków to monitorowanie tego, czy rosną, a kiedy już urosną, to wycinanie ich. Robiąc badanie USG, pytałam: „Czy wie pani, co robić poza monitorowaniem? Warto podjąć działania profilaktyczne, żeby mięśniaki się nie powiększały”. Dziwiły się: „Tak można?”. W zachodniej medycynie się o tym nie mówi, ale jednak można. Wyjaśniałam, jak wpływa dieta, jakie zioła mogą pomóc.

Wyjaśniałam rolę emocji. Mięśniaki pojawiają się z powodu subtelnych zaburzeń hormonalnych, upraszczając: za dużo w organizmie jest estrogenu i za mało progesteronu. Równowaga hormonalna zależy od prawidłowego działania przysadki mózgowej i  nadnerczy, a  przewlekły stres wpływa na ich funkcje. Pytałam o atmosferę w  pracy, relacje w domu. Uświadamiałam je, że dla zdrowia bardzo ważne jest, by nie tłumić emocji. Moja widoczna intencja pomocy sprawiała, że między mną a moimi pacjentkami zrodziło się zaufanie. Uwierzyły, że mogą sobie pomóc poprzez naturalne sposoby. 

Wielu lekarzy ma jednak inne zdanie.

W środowisku lekarskim nadal panuje duży sceptycyzm wobec alternatywnych metod leczenia. Wiedza o terapiach komplementarnych to taka sama specjalizacja medyczna jak ginekologia, czy onkologia. Kiedy ktoś przychodzi z ostrym bólem, to żaden specjalista medycyny integracyjnej nie powie: „Medytuj i oddychaj”, tylko zleci środki przeciwbólowe, bo potrzebna jest przede wszystkim ulga. Tylko pytanie, co dalej? Co zrobić, żeby ból nie wracał?

Zawsze podkreśla pani rolę prawidłowego odżywiania w leczeniu.

Bo jedzenie to nasze pierwsze lekarstwo. Zawsze też przekazuję pacjentom ajurwedyjskie spojrzenie na jedzenie, że liczy się nie tylko, co jem, ale też to, jak jem. W Indiach dieta zawsze była podstawowym elementem dbania o  zdrowie. To, co wyniosłam z  domu, to troska o to, by posiłki zawsze były świeżo przyrządzone, pachnące, kolorowe. I ciepłe. Zawsze się jadało zgodnie z porami roku. Ludzie szanowali czas jedzenia. Polska w porównaniu z  innymi krajami europejskimi wypada bardzo dobrze, bo jemy tutaj dużo naturalnych rzeczy, kiszonek, które są bardzo zdrowe. Do poprawki na pewno jest systematyczność. Obserwuję, że w Polsce je się za dużo zimnych rzeczy, często prosto z lodówki. A zimne rzeczy je się szybciej. Proszę doświadczyć na sobie, jak się pani czuje, kiedy je pani ciepłe śniadanie. Jak się ciało uspokaja, wycisza. To samo mówię pacjentkom.

Większość z nas, kiedy myśli o jedzeniu, to głównie w kontekście wagi.

Ma pani rację, niestety. Kiedy proponuję: „Porozmawiamy chwilę o  odżywianiu?”, to słyszę: „Tak, dobrze wiem, pani doktor, że powinnam schudnąć”. A  ja nigdy nie mam tego na myśli. Bardziej myślę o  diecie w kontekście zdrowia, lepszej gospodarki hormonalnej, poziomu energii. Proszę kobiety, aby jadły regularnie, żeby ograniczały biały cukier, mięso, produkty z białej mąki, mleko. To wystarczy, żeby jelita zaczęły lepiej pracować, a przecież nasze zdrowie zależy od prawidłowego funkcjonowania jelit.

Pacjenci piszą, że dostają od pani pomoc zarówno lekarską, jak i psychologiczną. A pani skąd czerpie wsparcie?

Kiedyś odczuwałam pustkę: obcy kraj i  kultura. Czerpałam siłę np. z medytacji. Moim przewodnikiem stała się też jedna z hinduskich opowieści: był chłopiec, który chciał się nauczyć strzelania z łuku od najlepszego nauczyciela w Indiach. Poszedł do niego, ale został odrzucony, bo chłopiec był z niskiej kasty. Wrócił więc do domu, poszedł do lasu, wyrzeźbił posąg nauczyciela i przy nim zaczął ćwiczyć strzelanie. Po latach nauczyciel ze swoim bogatym uczniem udali się na polowanie, ale kiedy przymierzali się do strzału, jelenia dosięgła inna strzała. Szukając jej właściciela, znaleźli rzeźbę nauczyciela i chłopca, który kiedyś przyszedł prosić o naukę. Okazało się, że to właśnie on wystrzelił celną strzałę. Nauczyciel zapytał: „Kto cię tego nauczył?”, a chłopiec odpowiedział: „Ty”. To piękna opowieść o tym, że jeśli głęboko pragniesz się czegoś nauczyć, to  nauczyciel zawsze przychodzi do nas, chociaż w różnej formie.

Wywiad z dr Preeti Agrawal ukazał się w„Urodzie Życia” 1/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
orina krajewska
Fot. Wojciech Foit

Orina Krajewska: „Joga to dla mnie niekończąca się podróż”

„Ostatnie dwa lata są dla mnie przełomowe, jeśli chodzi o świadomość ciała. Zrozumiałam, że ciało jest pierwszym krokiem do tego, żeby poruszyć wnętrze” – mówi aktorka i pasjonatka jogi Orina Krajewska.
Magdalena Żakowska
17.12.2020

Orina Krajewska, aktorka, córka Małgorzaty Braunek i prezeska Fundacji „Bądź” znana jest nie tylko jako joginka, ale też promotorka medytacji integralnej, czyli holistycznego podejścia do zdrowia, w którym postrzega się na człowieka jako całość, a nie sumę niezależnych od siebie organów. Na aktorstwo zostaje je niewiele czasu, ale gra w serialu „Barwy szczęścia" i epizodycznie w innych projektach. Magdalena Żakowska: Ćwiczysz czy praktykujesz jogę? Orina Krajewska: Dziś praktykuję, ale zaczynałam od ćwiczenia. Gdybym ćwiczyła i myślała o sobie, że praktykuję, byłoby chyba nie fair. Na czym polega różnica? Na podejściu. Czy traktujesz jogę jako fajny rodzaj fitnessu, czy element stylu życia? Ćwiczyć jogę zaczęłam jakieś osiem lat temu. Przez pierwsze dwa lata to była hatha joga, czyli po prostu zestaw asan, który traktowałam jak szczególny rodzaj gimnastyki. Co było bodźcem? Bezpośrednim? To, że chciałam zachować szczupłą sylwetkę, a nie lubię biegać i nie miałam też innych sportowych zajawek. A niebezpośrednim? Jako nastolatka miałam problem z relacją ze swoim ciałem. Punktowałam wszystko i miałam potworne kompleksy, wydawało mi się, że jestem za gruba, mam za małe piersi i kręcone włosy zamiast prostych. W jodze trzymam się swoich nauczycieli Standard w tym wieku. Chociaż pochodzisz z domu, w którym relacja z ciałem i aktywność fizyczna były chyba ważne. To taki schemat, że skoro buddyści medytują, to na pewno też ćwiczą jogę i są wysportowani. Ale prawda jest taka, że moja mama nie była jakoś szczególnie aktywną fizycznie osobą. Lubiła pływać i jeździć na rowerze, ale robiła to sporadycznie. Nie praktykowała jogi. Rano wykonywała jakieś błyskawiczne, proste ćwiczenia i to był koniec tematu. Stawiała na duchowość. ...

Czytaj dalej
redness
Adobe Stock

Rumieńce może i są urocze, ale mogą też być początkiem problemów z cerą

Zaczyna się od zaróżowienia policzków przy silnych emocjach albo po wypiciu lampki wina, ale rumień napadowy może skończyć się nawet trądzikiem różowatym. Warto działać szybko!
Tomek Kocewiak
17.05.2020

Czerwone policzki są sygnałem, że skóra potrzebuje specjalnego traktowania. Pytamy dermatologa, dr Bartosza Pawlikowskiego, jak pozbyć się popękanych naczynek. Tomek Kocewiak: Jak prawidłowo dbać o cerę naczynkową? dr Bartosz Pawlikowski:  Wszystko zależy od stanu skóry, bo rumień rozwija się etapowo i najczęściej zaczyna się dość niewinnie od skłonności do zaróżowienia skóry na twarzy, np. po wypiciu alkoholu. Przy tendencji do rozszerzonych naczynek warto jak najszybciej umówić się na wizytę u dermatologa, który oceni skalę problemu i zaleci odpowiednią pielęgnację skóry oraz zabiegi laserowe. Oczywiście dobrze jest stosować kosmetyki przeznaczone specjalnie do cery naczynkowej , ale trzeba pamiętać, że nie zastąpią one leczenia i na pewno nie usuną przyczyny problemu. Mechanizm ich działania zazwyczaj polega na łagodzeniu i w pewnym sensie maskowaniu objawów rumienia. Z tego powodu łatwo przegapić moment, kiedy rumień napadowy utrwali się i z czasem może prowadzić nawet do trądziku różowatego. Na pewno bardzo korzystne jest stosowanie delikatnych kosmetyków do demakijażu oraz preparatów nawilżających i natłuszczających, bo jedną z przyczyn rumienia może być przewlekłe przesuszenie i podrażnienie skóry, które zazwyczaj wynika z przebywania w klimatyzowanych pomieszczeniach albo pracy w niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Po czterdziestce samo nawilżanie to chyba za mało. Jak pielęgnować skórę dojrzałą i naczynkową?   Przy skłonności do rumienia można stosować zabiegi czy kosmetyki z peptydami, antyoksydantami czy kwasami owocowymi, ale trzeba pamiętać, że aktywne składniki o działaniu przeciwzmarszczkowym często prowadzą do lekkiego rozszerzania się naczyń krwionośnych i z tego powodu mogą nasilać dolegliwości skóry naczyniowej....

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej
medytacja w pracy
Adobe Stock

Mindfulness to sposób na pełniejsze życie. Zobacz, jak je praktykować

Praktyka uważności, mindfulness, obecność, medytacja – te pojęcia bywają używane zamiennie. Tymczasem mindfulness można uznać za sposób życia.
Aleksandra Nowakowska
01.05.2020

Myjesz rano zęby, ale myślami jesteś już w pracy przed laptopem i odpowiadasz na e-maile. Twoje dziecko ci coś z przejęciem opowiada, a ty niby słuchasz, ale jednocześnie układasz sobie w głowie, co ugotujesz na obiad. Chcesz wreszcie od tego wszystkiego odpocząć, więc wybierasz się do lasu na samotny spacer, przyglądasz się koronom drzew, ale tak naprawdę w umyśle dyskutujesz z mężem na temat podziału domowych obowiązków. Myśli wymykają się spod kontroli, emocje robią z tobą, co chcą. Jesteś w wielu miejscach, ale tak naprawdę nigdzie cię nie ma. Zmęczenie tym stanem rzeczy staje się normą. Znasz to? Mindfulness to praktyka, która może sprawić, że zatrzymasz się i nie będziesz doznawać niczego innego poza chwilą obecną. Definicja mindfulness? To proces psychologiczny koncentrowania uwagi na wewnętrznych i zewnętrznych bodźcach występujących w danej chwili. Minfulness, czyli uważność, można rozwijać dzięki medytacji i innym ćwiczeniom wyciszającym umysł. W tym rozumieniu mindfulness jest częścią wielu starożytnych tradycji buddyjskich. Współczesną popularność praktyce uważności zawdzięczamy amerykańskiemu profesorowi medycyny Jonowi Kabat-Zinnowi. Pierwszy trening Mindfulness Based Stress Reduction (MBSR) opracował w 1979 roku w Klinice Redukcji Stresu przy Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. W Polsce nazywany jest Programem redukcji Stresu Opartej na Uważności. To praktyki kształtujące umiejętność świadomej i nieoceniającej uwagi oraz świadomej zdolności odczuwania emocji. Profesor wprowadził te ćwiczenia do leczenia pacjentów, wobec których tradycyjna medycyna okazała się bezradna. Przeniesienie medytacji na grunt naukowy przyniosło pozytywne rezultaty. Pacjenci cierpiący na depresję zaczęli znacznie mniej dotkliwie odczuwać smutek, przygnębienie czy lęk. Osoby, którym dokuczał chroniczny...

Czytaj dalej