Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara? 

Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że…

Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz?

Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów?

Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty. 

Za co najbardziej jesteś im wdzięczna? 

Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu w podróży. Zawsze na długie śniadanie ubieraliśmy się ładnie – dla siebie wzajemnie, potem odkrywaliśmy galerie, restauracyjki, chłonęliśmy ludzi, jedzenie, sztukę i kulturę każdego z miejsc. Rodzice postawili na wielopoziomową edukację, jakiej w szkole bym nie zdobyła. Wyszło to naturalnie, bo byli tak pochłonięci kreatywnym życiem, że nie mieli głowy do nauki ze mną, pilnowania ocen, wywiadówek.

Mama powtarzała mi, że „trójkowicze” najlepiej radzą sobie w życiu. A ja te tróje i tak miałam dzięki wiecznym korepetycjom. Nauka w podstawówce była dla mnie gehenną. Wkuwać tablicę Mendelejewa? Po co, gdy wokół działo się tyle fascynujących rzeczy?! Lata 90. były bardzo kolorowe. Jestem świadoma, że takie życie, jak wtedy, nie wróci. W Fukierze byli niesamowici goście, niezwykłe menu, dyskusje i zabawa do świtu. Dla mnie to była planeta cudów.

Planeta dla bogaczy. I snobów?

Raczej dla socjety – artystów, twórców, pewnie też ludzi majętnych. W tamtych czasach rozwarstwienie społeczne było znacznie większe niż dziś. I można zażartować, że rodzice byli takimi polskimi Carringtonami. 

A twoje dzieciństwo – musujące jak szampan?

Wychowali mnie w poczuciu, że wartością jest piękno życia. Nie było mowy o tym, że jesteśmy lepsi. Zero snobizmu. Równie fajne były wyjazdy do butikowego hotelu za granicą, jak jeżdżenie na sianie na wsi i przeprowadzanie krów na pastwisko. Nie widziałam wyższości anchois nad ziemniakami z kwaśnym mlekiem. Wszystko było równie atrakcyjnie, fascynujące, dynamiczne. Nawet za bardzo. 

Dużo bodźców. A dziecko czasem potrzebuje nudy.

Podświadomie szuka stabilizacji i paradoksalnie nuda dobrze mu robi. Fajne było szalone życie, goście, wyjazdy, imprezy, ale taka duża nieregularność była też dla mnie jak turbulencje. 

Bo brakowało „niedzielnego obiadu”? 

Zdarzał się, ale w codzienności ciężko było doszukać się rytmu. Mama miała więcej pomysłów niż minut w dobie. Rano mówiła: „Róbmy to, to, to i tamto, a wieczorem o 22 przyjadą do nas supergoście, więc gotujemy!”. Oczywiście, urzekała mnie jej fantazja. Pamiętam, jak przed imprezą karnawałową z przyrodnim bratem, Mikołajem, trzy godziny darliśmy gazety, bo mama wymyśliła, że cały dom pokryjemy strzępkami papieru. Była inna od wszystkich mam, była zjawiskiem. Torpedą pełną pasji. 

Córki powielają często wzorzec matki. 

Mama była dla mnie tak idealna, tak kreatywna, uzdolniona, że w dzieciństwie nie śmiałam jej naśladować. Bałam się jej oceny. Pamiętam, że jako mała dziewczynka chciałam malować jak ona. Spojrzała na mój obraz i pogłaskała mnie. „Nie maluj, bo ci to nie wychodzi”. Myślę, że jestem miksem rodziców. I na pewno – córeczką tatusia. On od zawsze szanował moje wybory. Przenigdy nie oceniał. Bezkrytycznie zaakceptował mój pierwszy związek z dwa razy starszym ode mnie mężczyzną. „Jesteś szczęśliwa, to dobry człowiek dla ciebie? OK”. Tata opowiadał bajki, pilnował kąpieli, kładł spać. Miał czas na te z pozoru zwykłe rzeczy. Ale czynił je nienudnymi. Spacery z rozmowami o architekturze. Wyprawy na targ antyków, gdzie opowiadał mi o starociach. Miał i ma nadal cichą magię w sobie.

Do dziś słyszę, że w dzieciństwie „oblepiałam” tatę, wciąż się przytulałam, wspinałam po nim. Mama była zbyt ruchliwa. A tata jest oazą spokoju. Skałą. Do krzty dobrym człowiekiem, moim drugim sumieniem. Może nie jest najbardziej przedsiębiorczą osobą, może na wielu rzeczach się nie zna, może nie ma czasami inicjatywy, którą według wielu powinien mieć… 

 Nie jest samcem alfa…

Dla mnie jako dziecka nie miało to znaczenia. Podświadomie szukałam odrobiny spokoju, rytmu. W tym naszym dynamicznym życiu tata uczył mnie olbrzymiego szacunku do codziennych rytuałów. Pierwszy rano schodził do kuchni, szykował śniadanie, pilnował, żebym zabrała do szkoły coś do jedzenia. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo taka rutyna jest mi potrzebna. Choć pamiętam, że jako ośmiolatka wymyśliłam, że chcę uczyć się w podstawówce z internatem. Nic z tego nie wyszło, ale podświadomie szukałam większej dyscypliny, stabilności. Może paradoksalnie to zabrzmi, ale poniekąd uratowało mnie rozstanie rodziców. 

Ile miałaś lat, gdy się rozeszli? 

Dziewięć. Bałam się, że będę musiała wskazywać, z kim chcę być, ale tak się nie stało. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama przekierowała swoje życie w inną stronę.

Wybrała innego mężczyznę? 

Również. Ale przede wszystkim bardzo skupiła się na pracy. Myślę, że chyba wiedziała, co jest dla mnie lepsze. 

Szczerze mówisz o rodzinnych turbulencjach. Zapłaciłaś za nie cenę?

Myślę, że kilkanaście lat temu podświadomie, choć w ekstremalny sposób, chciałam uporządkować sobie świat. Dostałam bzika na punkcie odpowiedniego jedzenia. Nadmiernie uważałam na to, co jem, jak i kiedy. Wszystko musiało być dokładnie tak, jak zaplanowałam. W dbałości o posiłki nie chodziło mi o wygląd, szczupłość, tylko o zdrowie i obsesyjną kontrolę nad nim. To się nazywa ortoreksja. 

Kiedy zorientowałaś się, że chorujesz?

Przyjaciółki z liceum wepchnęły mnie na wagę. Niepokoiły się, że jestem strasznie chuda. Zanim zaczął się ten bzik, ważyłam 58 kilogramów, tamtego dnia na wadze zobaczyłam 45, co przy wzroście 173 cm jest, delikatnie mówiąc, przesadą. Mama gotowa była porwać cały świat do interwencji. Ale wiadomo – ortoreksja to zaburzenie psychiczne, więc jeśli ktoś z zewnątrz próbuje ingerować, reagujesz agresją. Powiedziałam: „Zostawcie mnie na dwa miesiące”. 

Wydreptałam z tego stanu po swojemu. Jadłam jak dotąd, ale dołączyłam jeden lód w czekoladzie dziennie, z czasem przesterowałam się na sport. Zawsze był dla mnie ważny – wcześniej wspinałam się, uprawiałam taekwondo, lekkoatletykę, tenis. Ćwiczenia okazały się najlepszym psychologiem. Opanowałam całkowicie sytuację. Myślę, że zaburzenie było konsekwencją niedoboru stabilizacji w dzieciństwie – rodzajem kompensacji. Zresztą w różny sposób szukałam jakiejś poręczy i oparcia w życiu. Niezależnego od ludzi. 

Gdzie znalazłaś? 

W liceum ja, dziewczyna we flanelowej koszuli i glanach, szukałam tego, czego mi brakowało. Z nauczycielem geografii jeździliśmy na wycieczki, odkryłam, jak ważna jest dla mnie przyroda. Dołączałam do akcji Greenpeace’u, jeździłam na protesty w Dolinie Rospudy. Szukałam ideologii, która mnie nie zawiedzie, bo nie ma w niej czynnika ludzkiego. A ludzie zawodzą, tak po prostu jest. Potrzebowałam czegoś, co jest mocniejsze od człowieka. Da stabilizację, pomoże poukładać i powartościować świat. Kolejnym krokiem była niezależność. Poczułam, że nikt za mnie nic nie zrobi. Ruszyłam z kopyta z nauką w liceum. Wyprowadziłam się rok przed maturą na pięterko w dawnym domu dziadka. Brakowało tam lodówki, kuchenki, ptaki wydziobywały mi jajka z balkonu, ale nigdy w życiu nie prosiłam: „Mamo, przelej mi kasę”. Utrzymywałam się sama. Pracowałam w kawiarni, w klubie, bywało, że o siódmej kończyłam czyścić toalety i szłam na wykłady. Widziałam siebie w strefie prospołecznej, dlatego wybrałam socjologię. Byłam prymusem, współtworzyłam uniwersytet trzeciego wieku przy Collegium Civitas, myślałam nawet, żeby zostać i wykładać na uczelni.

Czekam na opowieść o tym, kiedy uruchomił się w tobie gen kulinarny Gesslerów?

Na imprezach składkowych w czasie studiów frajdę sprawiało mi gotowanie dla innych. Kiedyś koleżanka zapytała: „Nie zrobiłabyś dla mojej rodziny mazurków?”. „Jak chcesz moje, to OK”. Słodkości wychodziły mi najlepiej, w końcu uczył mnie tata – cukiernik. Z czasem pojawiły się kolejne zamówienia. Kruche ciasta, torty piekłam w domowej minipracowni. Kiełkowała we mnie ta gastronomia. Pod koniec studiów dotarło do mnie: „Boże, czy na pewno potrzeba socjologów, jest ich przecież aż nadto”. Nie chciałam marnotrawić tego, co wyniosłam z domu – dobrego smaku, chęci upiększania życia. To był mój atut i choć kochałam socjologię, czułam, że w gotowaniu mogę być inna niż wszyscy. 

Pierwszy sukces?

Nie od razu byłam gotowa na ciężar rodzinnego nazwiska, czułam, że nie mam prawa do błędu. Postanowiłam zobaczyć jednak, jak ludzie reagują na moje kulinarne pomysły. Na targach polskiego designu i mody była część gastronomiczna. Wystawiłam się pod nazwą Kradnę łyżki. Z pestek, nasion, orzechów, wędzonych śliwek zaproponowałam nietuzinkowe desery. Po dwóch godzinach sprzedałam wszystko. Szok. Uskrzydliło mnie to, że ludziom szczerze smakują moje produkty. Potem, w dniu obrony licencjatu, otworzyłam w warszawskiej Królikarni kameralną knajpkę – piknikową kawiarnię dla rodzin z dzieciakami. Robiliśmy tematyczne imprezy urodzinowe. Animatorzy wymyślali scenariusz, na przykład „W pustyni i puszczy”, a ja szykowałam ucztę pod ten motyw. Zimą jednak nie było mnie stać na utrzymanie kawiarenki. Postanowiłam dalej się kształcić. Przez trzy miesiące trenowałam dekorację tortów. 

Skąd wziął się pomysł wyjazdu do pracy w Londynie?

Wymyśliłam, że spróbuję tam sił, sprawdzę, czy dostanę pracę dzięki moim kulinarnym umiejętnościom. Tam nikt nie znał mojego nazwiska. Spakowałam portfolio i listę wymarzonych restauracji hotelowych. Bo hotele kocham. Chodziłam od kuchni do kuchni, pytając, czy mnie przyjmą. Drugiego dnia w  restauracji z gwiazdką Michelina, w Saint James’s Hotel and Club, porozmawiał ze mną William Drabble, następca Gordona Ramseya. „Hmm... cukiernictwo? – dziwił się. – Przyjdź jutro”. Pracowałam sześć dni w tygodniu od rana do późnego wieczora. Gwiazdkowe restauracje płacą niewiele. Liczy się prestiż. Po zapłaceniu czynszu, kupnie biletu miesięcznego, na życie zostawało mi 10 funtów na dzień. Ale nie to było najtrudniejszą lekcją. William Drabble przejął po Gordonie Ramseyu styl zarządzania. Zaszczuwał ludzi, wyzywał, rzucał patelniami. 

Trafiłaś do piekielnej kuchni…

Nie raz ryczałam, bo czułam się tak upodlona, zajechana psychicznie, ale się nie poddałam. Gdy dostałam propozycję z innego „gwiazdkowego” hotelu, nie wahałam się ani chwili. Zasuwałam jeszcze więcej, ale w fajnej atmosferze. Nauczyłam się superorganizacji i dyscypliny. I kiedy właśnie ze wspólniczką zamierzałam wynająć w Londynie miejsce na maleńką kawiarnię z minigalerią, zadzwoniła mama. Potrzebowała mnie w Warszawie. 

Wróciłaś.

Bo mama była zdeterminowana, nie dawała rady kontrolować swoich restauracji i jednocześnie pracować tak dużo w telewizji. Zajęłam się Fukierem i Słodkim... Słonym. 

Twoja mama publicznie mówi, że uspokajasz ją, sprowadzasz na ziemię. Jak zmieniła się wraz z twoim dojrzewaniem wasza relacja? 

Faktycznie, jestem dla mamy oparciem. Mój dystans, stanowczość, poukładanie i dyscyplina ją uspokajają. Czyli jest tak, jak powinno być w dzieciństwie z jej strony. Kiedyś to ja potrzebowałam, żeby sprowadzała mnie na ziemię, dawała poczucie bezpieczeństwa. 

Teraz ja daję to mamie, gdy jej busola wariuje. Nic mnie to nie kosztuje. Uwielbiam naszą wspólną pracę, rozumiem pasję gotowania dla ludzi, sprawiania im przyjemności, opowiadania przez potrawy o rdzennej kulturze. To zarazem najpiękniejszy i najprostszy sposób na bycie razem. 

Jednak także pasja, która wymaga zaangażowania, czasu. Łatwo popaść w pracoholizm. 

To pejoratywne określenie, nie ma nic wspólnego z pasją. Wiem, że nie postawię jej ponad swoje największe pragnienie – domu i rodziny.

Wierzysz w związek z Pawłem na zawsze? W inny wzorzec, niż dała ci mama? 

Jestem przekonana, że budowanie i dbałość o dobro domu, rodziny są nadrzędne względem popędów, pasji, zarabiania. Paweł myśli tak samo. Zna charakterystykę tego biznesu, bo przez lata pracował w nocnej, „rozrywkowej” gastronomii. Teraz współpracuje z ciekawym miejscem, już tylko w ciągu dnia. Rozumiemy się bez kłótni – nie tylko w tej kwestii. 

Dlaczego właśnie Paweł?

Bo to jeden z najlepszych ludzi, jakich znam. Bardzo wrażliwy, dobry, taka czysta dusza. Mój mężczyzna był wcześniej podręcznikowym singlem. Nie zamierzał się wiązać. Zaczęliśmy się spotykać dwa i pół roku temu, choć znamy się od lat. Początkowo byliśmy ze sobą dość niezobowiązująco. Paweł zamierzał wtedy wyjechać na stałe i pracować w Azji. Poleciał na Filipiny z biletem w jedną stronę. Miałam go odwiedzić po trzech miesiącach, ale wylądowałam u niego po czterech tygodniach. Miesiąc później wróciliśmy do Polski, odtąd mieszkamy razem. Po roku Paweł się oświadczył, po kolejnych 12 miesiącach wzięliśmy ślub. Nie dla formalności, ale z potrzeby bycia jeszcze bliżej. 

Mama polubiła zięcia?

Śmieję się, że jeszcze nie urodził się taki kandydat dla mnie, który pasowałby jej w stu procentach. Są w superkomitywie. Zresztą cała nasza rodzinna układanka działa dziś świetnie. Mimo perturbacji w przeszłości. Jestem nadal bardzo blisko z tatą. Relacje między moimi rodzicami są całkowicie zdrowe. Uwielbiamy się z Waldkiem, mężem mamy. W święta mieliśmy rodzinnie spędzić wspólnie tylko dzień i rozjechać się w różne strony. Tymczasem zostaliśmy razem do sylwestra. Mama odwołała egzotyczną podróż i wybraliśmy się we czwórkę – z Pawłem i Waldkiem – na Mazury. Było świetnie, rodzinnie, bez szaleństwa – normalnie.

Będziesz wychowywała dziecko inaczej niż twoja mama?

Większość młodych ludzi myśli, że inaczej niż ich rodzice zajmie się swoim potomstwem. I mnie wydaje się, że będę wersją 2.0 własnej matki. Modelem ulepszonym i usprawnionym w porównaniu do poprzedniego. Ale gen Gesslerów – gen szczęścia, kreatywności i apetytu na życie – na pewno chciałabym przekazać moim dzieciom.

***

Wywiad z Larą Gessler ukazał się w „Urodzie Życia” 4/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magda Gessler
mateusz stankiewicz

Magda Gessler wiele zawdzięcza dziadkowi: „Dziękuję mu, na pewno mnie słyszy”

Chociaż nieraz Magda Gessler opowiadała o tym, jak ważni dla niej byli i są: pierwszy mąż, obecny partner, syn – to jednak w ramach akcji #DZIĘKUJĘ zdecydowała się podziękować przede wszystkim innemu mężczyźnie: dziadziusiowi.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

Gotował zupy mleczne, ucierał kogiel-mogiel i przede wszystkim: uczył malutką Madzię radości życia! Magda Gessler wczesne lata dzieciństwa spędziła w domu dziadków, w podwarszawskim Komorowie i tamten okres wspomina jako jeden z najszczęśliwszych w swoim życiu.  – Byłam otoczona miłością, zanurzona wręcz w niej – wspomina. – Dziadek nauczył mnie, że z niczego zawsze można robić coś. Że nie trzeba mieć pieniędzy, by robić piękne rzeczy i by okazywać miłość. Rodzinny dom zaszczepił w Magdzie Gessler radość życia Do dzisiaj Magda Gessler pamięta poczucie bezpieczeństwa, jakie towarzyszyło jej w rodzinnym domu. Chociaż dorastała w trudnych latach 60. i jej rodzina żyła bardzo skromnie, to jednak nie brak pieniędzy, ale poczucie radości życia, jakie zaszczepili jej rodzice i dziadkowie, jest jej najwyraźniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.  – Dziadek pisał dla mnie wiersze, robił dla mnie zabawki na choinkę z pudełek od zapałek, obklejał je kolorowym papierem, chował do środka jakieś drobiazgi, cukierki, dzięki czemu ta biedna PRL-owska choinka stawała się jedną wielką cudowną niespodzianką. Myślę, że mam wielkie szczęście, że zdążyłam mojemu dziadziowi i babci podziękować za to, jakie dzieciństwo mi stworzyli, że umiałam wyrazić im swoją wdzięczność i miłość. Magda Gessler była w dzieciństwie niejadkiem  Do zasług babci i dziadka Magdy Gessler należy także to, że… nauczyli ją, że jedzenie może być wyrazem troski, miłości i przyjemności!  – Byłam niejadkiem i dziadek potrafił ugotować dla mnie 10 różnych zup mlecznych, bo żadna mi nie smakowała. Godzinami stał przy kuchni tylko po to, żeby jego mała wnuczka – nieznośna zresztą! – zjadła coś zdrowego. I, mimo że odsuwałam talerz albo waliłam łyżką w zupę, to on...

Czytaj dalej
Agnieszka Grochowska jako Laura Goldsztajn w serialu Netflixa „W głębi lasu” / Fot. materiały promocyjne

Agnieszka Grochowska opowiada o serialu „W głębi lasu” i Harlanie Cobenie

O pracy w serialu Netflixa „W głębi lasu”, niezwykłym spotkaniu z Harlanem Cobenem i nieustającym dążeniu w życiu do wolności – wywiad z Agnieszką Grochowską.
Anna Zaleska
10.06.2020

Serial „W głębi lasu” to kolejna produkcja Netflixa rozgrywająca się w Polsce, a zarazem trzeci wspólny projekt z Harlanem Cobenem. Sześcioodcinkowy serial kryminalny zapowiada się na hit. Ciekawie zapętlona akcja, bogate psychologicznie postaci, mroczny klimat, spora doza nostalgii, polskie realia, a do tego świetna obsada, między innymi Agnieszka Grochowska, Grzegorz Damięcki, Jacek Koman, Ewa Skibińska i Arkadiusz Jakubik. Za kamerami też znakomite nazwiska – za reżyserię odpowiadają Leszek Dawid i Bartosz Konopka, za zdjęcia Paweł Flis. Z odtwórczynią głównej roli kobiecej Agnieszką Grochowską rozmawiam dwa dni przed premierą, zapowiadaną na 12 czerwca. Agnieszka gra Laurę Goldsztajn, wykładowczynię uniwersytecką. Wątek jej i prokuratora Kopińskiego (Grzegorz Damięcki) rozgrywa się we współczesnej Polsce. Ich nastoletnie odpowiedniki zagrali Wiktoria Filus i Hubert Miłkowski. Agnieszka wielokrotnie pracowała w międzynarodowych produkcjach, ale po raz pierwszy wystąpiła w serialu Netflixa. Opowiada mi o nietypowym spotkaniu z Harlanem Cobenem, kulisach pracy dla streamingowego giganta i o tym, jak pod wpływem „W głębi lasu” zaczęła wspominać własną młodość i zastanawiać się, czym jest dla niej wolność. Anna Zaleska: Po obejrzeniu pierwszych odcinków „W głębi lasu” jestem pod wrażeniem. Naprawdę świetny serial! Agnieszka Grochowska: Mnie też tak się wydaje. Dobre jest to, że powstał na podstawie konkretnej rzeczy – powieści Harlana Cobena pod tym samym tytułem. A to pisarz, który świetnie zaplata akcję, ciekawie buduje postaci, pogłębia je psychologicznie. Mając taki scenariusz, tak silną bazę, można zawędrować w ciekawe rejony. Polski serial na Netfliksie wg książki Harlana Cobena Dla polskiej ekipy to chyba ekscytujące zagrać w serialu według...

Czytaj dalej
aga maciąg
Robert Wolański

„Nie idź na kulinarny kompromis” – Agnieszka Maciąg poleca swoje 7 superskładników

„Nasze ciało chce być w pełni zdrowe i sprawne, nie utrudniajmy mu tego, nie grzeszmy kulinarnie” – namawia Agnieszka Maciąg w swojej nowej książce „Smak wiecznej młodości” (wyd. Otwarte).
Agnieszka Maciąg Agnieszka Dajbor
10.06.2020

Agnieszka Maciąg od lat jest autorytetem w dziedzinie mądrego odżywiania. Gotuje zdrowo i pysznie, ma prawdziwy talent, nie tylko do doboru składników, ale też do przyprawiania dań i nadawania im smaku. Jej kulinarne wskazówki odnoszą się jednak bardziej do stylu życia niż jakiejkolwiek diety cud. „Nadszedł czas, abyś uhonorowała, nagrodziła i w pełni ukochała siebie – istotę, którą jesteś. Dotyczy to wszystkich aspektów twojego życia, ale zmiana życia zwykle zaczyna się... na talerzu” – pisze w nowej książce „Smak wiecznej młodości” (wyd. Otwarte). I tłumaczy: „Kobiety często idą na kulinarne kompromisy: ponad własne potrzeby przedkładają preferencje męża, partnera, dzieci. Tymczasem menopauza dokonuje niezbędnej korekty. To my musimy znaleźć się w centrum naszego świata – jak słońce, które opromienia wszystko wokół. Aby było to możliwe, musimy dobrze się czuć i cieszyć się zdrowiem. Musimy o siebie zadbać”. Menopauza to temat także innej książki Agnieszki Maciąg:  „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości". Autorka pisze w niej: „To od nas zależy, jaki będzie czas naszej dojrzałości, czy będziemy nosić koronę złotą, czy cierniową”. Produkty, które poleca Agnieszka Maciąg, mogą wydać się czasem niepozorne, jak np. kiełki. Ale warto uświadomić sobie ich moc, by z jedzenia korzystać, jako z dodatkowej, łagodnej terapii. 7 superfoods Agnieszki Maciąg Kasze i ryż. Kasze i ryż kupuję pełnoziarniste – tłumaczy Agnieszka Maciąg. „W wielu „dietach cud” są zupełnie zabronione, ponieważ uważa się, że zawierają dużo kalorii. Jest to niezwykle szkodliwy mit, ponieważ te kalorie mają bardzo wysoką wartość odżywczą. Karmią nas i zapewniają...

Czytaj dalej