Kwietna łąka to miododajny mikrokosmos – mówi Dave Goulson, biolog i pisarz
sime/free

Kwietna łąka to miododajny mikrokosmos – mówi Dave Goulson, biolog i pisarz

Mały żuk może być kluczowy dla wielkiego ekosystemu. Pamiętajmy o tym. O ludziach, największych szkodnikach na Ziemi, i owadach, które zbawiają świat, mówi Dave Goulson, brytyjski biolog i szczęśliwy właściciel trzynastu hektarów łąki.
Wika Kwiatkowska
07.06.2020

Zadbane, zielone trawniki są ładne, schludne, ale nudne. Na dodatek bezużyteczne dla pszczół, trzmieli czy motyli. Dlatego zamiast sadzić kolejny rząd tuj, zróbmy w naszych ogródkach (albo na trawniku przed domem) miejsce dla miododajnej, kwietnej łąki. Gdy położymy się już na łące w jakiś czerwcowy, ciepły dzień, odwdzięczy się nie tylko symfonią barw – chabrów, maków, rumianków czy łubinów – ale i dźwięków. Trzeba tylko nastroić ucho na delikatne bzyczenia, brzęczenia i trzepotania skrzydełek. A nuż uda nam się zrozumieć, o czym śpiewają owady? O fascynującym łąkowym świecie opowiada Dave Goulson, brytyjski biolog specjalizujący się w ochronie trzmieli autor m.in. książki „Łąka” (wyd. Marginesy)

Wika Kwiatkowska: Jak jest pan w stanie zapamiętać nazwy setek stworzeń, o których pan pisze? Dla mnie wyzwaniem jest już wbicie sobie do głowy nazw kilku motyli, takich jak: przestrojnik jurtina, przeplatka cinsia czy wielena plamowstęg. 

Dave Goulson: Nie pamiętam imion ludzi, ale jakimś cudem nazwy owadów zapamiętuję. Nie potrafię tego wyjaśnić!

Bliżsi są panu ludzie czy owady? 

Muszę przyznać, że swoją rodzinę kocham bardziej niż owady. Ale wstydzę się tego, że należę do ludzkości jako takiej, bo jesteśmy spektakularnymi szkodnikami, skrajnie nieodpowiedzialnymi wobec naszej planety. Oczywiście, że kocham owady. Zawsze uważałem je za fascynujące i piękne.

15 lat temu kupił pan zaniedbane 13-hektarowe gospodarstwo na francuskiej wsi i postanowił zamienić je w swoisty rezerwat dla motyli, traszek i trzmieli. To pański prywatny raj?

Przesiadywanie na mojej łące jest dla mnie bardzo ważne. Bzyczące, terkoczące i ćwierkające owady, różnorodne gatunki kwiatów i motyli, odgłosy skowronków i kukułek, zapach ziół – wszystko to sprawia, że ogarnia mnie głęboki spokój i poczucie, że jestem u siebie. 

Kwietna łąka to mikrokosmos

Pamięta pan film „Mikrokosmos”? 

„Mikrokosmos” był cudowny. I byłoby wspaniale, gdyby nauka o przyrodzie i środowisku naturalnym była wpleciona w lekcje szkolne dla dzieci w każdym wieku. Fajnie się ogląda film, ale zabranie dzieci na dwór, by na czworakach przyglądały się kwiatom, owadom i innym stworzonkom, jest o wiele lepsze. Dziś wielu z nas dorasta w miastach – martwi mnie to, że dzieci wychowują się w oderwaniu od natury. Nastolatkowie często boją się wszystkiego, co bzyczy, i od razu próbują to pacnąć. To bardzo smutne. Jeśli nasze dzieci zapomną o przyrodzie, nie zauważą, kiedy zniknie. Zachęca pan do tego, żebyśmy już jako dorośli, poważni ludzie, siadali pośród traw i jak dzieci przyglądali się życiu owadów?

Zdecydowanie tak! Jestem przekonany, że kontakt z przyrodą ma na nas korzystny, kojący i uspokajający wpływ. Współczesny świat komputerów, biur i zakorkowanych miast jest tak nerwowy, że każdemu świetnie zrobiłaby ucieczka w jakieś ciche miejsce, nawet jeśli jest to miejski park z wysoką trawą, i wsłuchanie się w odgłosy przyrody.

My, laicy, odkrywcami czujemy się dopiero w egzotycznych miejscach – w dżungli, na sawannie. Łąka nie jest aż tak atrakcyjna: muchy i osy, a pod wieczór zaczynają ciąć komary.

Owszem, na europejskiej łące nie ma tygrysów ani żyraf, ale jest mnóstwo równie pięknych mniejszych stworzeń, które wiodą skomplikowane życie – polują, uwodzą, tworzą pary, dbają o potomstwo. Proszę poobserwować konika polnego, jak siedzi przed swoją zmyślnie skonstruowaną norką, pocierając skrzydełkami, by przyciągnąć partnerkę i odstraszyć rywali. Albo samca modliszki, uwodzącego tańcem godowym dużo większą i silniejszą samicę, która może go pożreć, jeśli nie zrobi na niej odpowiedniego wrażenia. To wszystko dzieje się pod naszym nosem, wystarczy tylko popatrzeć. Codziennie badam trzmiele i inne owady, odkryłem wiele nowych rzeczy, po prostu obserwując. Na przykład nikt nie wiedział, że trzmiele wąchają kwiaty w poszukiwaniu ulotnego śladu poprzedniego gościa – jeśli go wyczują, lecą dalej, bo wiedzą, że już nie znajdą tu nektaru. Co do komarów – na szczęście na łące ich nie ma. Nie są stworzeniami łąkowymi. Ale nawet one mają swoje zastosowanie jako przysmak nietoperzy, jaskółek czy jerzyków. 

Dla mnie odkryciem było to, że chrząszcze, muchy, ćmy i osy to cztery najliczniejsze gatunkowo grupy zwierząt na Ziemi. 

Dla wielu ludzi owady to tylko irytujące bzyczące, gryzące, żądlące stworzenia. Naturalnie, bywają i takie, ale owady są też szalenie ważne. Bez zapylających pszczół i innych owadów przepadłaby większość naszych upraw, kwiaty polne również. Bez owadów padłyby z głodu ptaki, nietoperze, jaszczurki i płazy, a gleby uległyby degradacji. Życie, jakie znamy, nie mogłoby trwać.

Chrońmy pszczoły, chrząszcze, żuki…

To dlaczego tak rzadko myślimy o ochronie tych stworzeń? Przecież potrafimy być pełni empatii wobec losu pand, słoni czy nosorożców. 

Są takie małe chrząszcze ryjkowcowate, o długich, wygiętych ryjkach, które bardzo przypominają słonie. Są przeurocze. Ale nas, ludzi, wielkookie, futrzane i pierzaste stworzenia rozczulają o wiele bardziej. Nie ma w tym większego sensu. Większość owadów, pająków, dżdżownic, gąsienic obchodzi nas niewiele lub wcale – są za małe i wyglądają zbyt kosmicznie, byśmy mogli się z nimi utożsamić. A te małe stworzonka są szalenie ważne, często dużo ważniejsze niż tak drogie naszym sercom duże zwierzęta. 

Cytuje pan najsłynniejszego współczesnego entomologa E.O. Wilsona: „Gdyby zniknęła cała ludzkość, świat zregenerowałby się i wrócił do stanu bujnej równowagi sprzed 10 tysięcy lat. Gdyby zniknęły owady, przyroda pogrążyłaby się w chaosie”. Mocne słowa.

Wielu ludzi najwyraźniej uważa, że ma prawo robić z planetą, co im się żywnie podoba. Idea, że człowiek stanowi ukoronowanie stworzenia, wynika, jak sądzę, z religii. Biblia mówi, że Bóg dał nam „panowanie nad rybami w morzu, ptakami na niebie i wszystkimi żywymi istotami”. Nie wierzę w Boga, ale gdyby istniał, to nie sądzę, by życzył sobie, żebyśmy wytępili całe jego stworzenie. Raczej oczekiwałby, że się o nie zatroszczymy. Jeśli o mnie chodzi, ludzie są tylko szczególnie niszczycielskim gatunkiem małpy.

I największymi szkodnikami na Ziemi? 

To jasne, że jesteśmy najbardziej niebezpiecznym gatunkiem, jaki kiedykolwiek wyewoluował na Ziemi. Gatunki zawsze wymierały – każdy trwa średnio przez milion lat, oczywiście jedne dłużej, inne krócej. Dziś tempo wymierania jest od stu do tysiąca razy większe od historycznej średniej i przyśpiesza, wyłącznie przez działalność człowieka. Dotychczas doszło do pięciu przypadków „masowego wymierania gatunków” – jednym było wyginięcie dinozaurów w wyniku uderzenia meteorytu. Żaden nie został wywołany przez organizm, a dziś wywołujemy własne, szóste, masowe wymieranie. Według prawdopodobnych szacunków do końca stulecia zniknie ponad połowa gatunków, a być może nawet dwie trzecie. Kiedy już przestaniemy bruździć, życie na planecie znów rozkwitnie, trzeba mu tylko dać kilka milionów lat. Po erze dinozaurów nastąpiła epoka wielkich ssaków. Kto wie, czyja będzie następna? 

powrót do natury
mat. prasowe

Najnowsza książka „Łąka” (Wydawnictwo Marginesy) Dave'a Goulsona to fascynująca opowieść o pełnym tajemnic i odkryć życiu na łące.

Z jednej strony zalewa nas technologia, z drugiej – w miastach na dachach stawia się pasieki, młodzi ludzie sadzą kwiaty na zaniedbanych rabatkach i miejskich działkach. Mieszczuchy lgną do natury? 

Wspaniała jest ta fala entuzjazmu dla przywracania natury w naszych ogrodach. W Wielkiej Brytanii powierzchnia ogrodów jest większa niż wszystkich rezerwatów przyrody, dlatego gdyby wszystkie stały się przyjazne dla fauny, byłoby to szalenie korzystne dla przyrody. Poza tym ma to ten plus, że przybliża ludzi do natury, pozwalając miejskim dzieciom bezpośrednio poznawać pszczoły i motyle. 

Kibicuje pan owadom, żeby przechytrzyły ludzi? 

Nigdy nie wytępimy wszystkich owadów. Paradoksalnie, niszczymy te, które kochamy, czyli motyle, ważki, pszczoły. Natomiast te, które usiłujemy wytępić, mają się świetnie. Szkodniki upraw, takie jak mszyce, czy szkodniki domowe, jak muchy i karaluchy, roznosiciele chorób jak komary – wszystkie one są dziś odporne na nasze pestycydy. I być może to one odziedziczą Ziemię, kiedy nas już nie będzie. 

Zachwyciło mnie jeszcze jedno zdanie E.O. Wilsona: „Marks miał rację, socjalizm działa; po prostu sprawdzaliśmy go na niewłaściwym gatunku”. 

Naturalnie miał na myśli sukces owadów społecznych, takich jak pszczoły, osy, mrówki i termity. Sukces mrówek jest szczególnie imponujący – to najliczniejszy gatunek na Ziemi, nie licząc mikrobów. Tajemnica tego sukcesu kryje się w ich społecznym stylu życia – królowa produkuje potomstwo, robotnice specjalizują się w poszczególnych zadaniach. Na kolonię składają się miliony jednostek, które pracują razem, niemal jako jeden superorganizm. To niesamowite stworzenia, jestem przekonany, że one również będą tu jeszcze długo po nas. 

Dopiero zaczynamy rozumieć skomplikowaną sieć międzygatunkowej interakcji, nie nazwaliśmy 90 proc. żyjących na Ziemi organizmów – powinniśmy uderzyć się w pierś i powiedzieć: wiem, że nic nie wiem?

W życiu ekologa być może najbardziej ekscytujące jest to ciągłe przypominanie, że prawie nic nie wiemy – tak wiele jest jeszcze do odkrycia. Około 10 milionów gatunków nie zostało jeszcze nazwanych, nie mówiąc o ich zbadaniu. Kto wie, jaką mogą odgrywać rolę? Oczywiście, smutne jest to, że wiele z owych gatunków zniknie, zanim zdołamy je nazwać. Jak powiedział Aldo Leopold [amerykański leśnik, prekursor filozofii ekologicznej – przyp. red.]: „Pierwszą zasadą inteligentnego majsterkowania jest zachowanie wszystkich zębatek i śrubek”. Znikające gatunki mogą okazać się ważne. Mamy bardzo blade pojęcie o tym, jak funkcjonują złożone ekosystemy. Nie potrafimy przewidzieć konsekwencji naszych działań i utraty niektórych gatunków. Nieznany żuk może okazać się istotnym zapylaczem albo pożeraczem szkodnika czy kluczowym roślinożercą, powstrzymującym plenienie się jakiegoś chwastu. 

Możemy pozwolić sobie na bezczynność czy musimy działać, żeby uratować świat i ekosystem?

Niedawne badanie w Niemczech wykazało, że w ciągu ostatnich 26 lat straciliśmy 76 proc. latających owadów. Nasze dzieci odziedziczą uboższy świat, w dużym stopniu pozbawiony naturalnego piękna, ogołocony z zasobów naturalnych. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ograniczyć straty.

Co możemy robić na co dzień?

Wyrządzane przez ludzkość szkody są sumą drobnych grzeszków każdego z nas. Myślę, że z grubsza wiemy, jak uratować planetę. Jeść mało mięsa (zwłaszcza czerwonego), kupować organiczne, lokalne, sezonowe produkty. Recyklingować i unikać opakowań. Nie marnować jedzenia. Tworzyć dzikie ogrody, kompostować, nie używać pestycydów, głosować na polityków, którym zależy na środowisku. 

Chce pan zbawić świat? 

Tak. Właśnie tak. Mam dzieci i chcę, by odziedziczyły zdrową planetę. Z pewnością nie ma nic ważniejszego od troski o nasz świat i cudowne życie, jakie się na nim toczy. 

Czego pana synów uczy kontakt z naturą? 

Moje dzieci są szczęściarzami – mamy duży, dziki ogród na wsi, hodujemy mnóstwo biowarzyw, a nawet własnego indyka na Boże Narodzenie. Wiedzą, skąd bierze się jedzenie, i potrafią docenić to, że stanowimy część środowiska naturalnego. Nie mam pojęcia, co zrobią ze swoim życiem, ale jestem pewien, że zawsze będą się troszczyć o naszą planetę.
 

powrót do natury
mat. prasowe

Dave Goulson od lat obserwuje życie owadów, a szczególnym uczuciem darzy trzmiele, które uwielbiają kwiaty lawendy. Entomologiczna pasja zaczęła się od dziecięcej fascynacji kijankami, m.in aksolotlem (na zdjęciu).

 

powrót do natury
mat. prasowe

Modliszka zwyczajna: odgadywanie nastrojów partnerki to dla samca sprawa życia i śmierci.

 

powrót do natury
mat. prasowe

Dave Goulson – brytyjski biolog specjalizujący się w ochronie trzmieli. W 2015 roku trafił na listę „Bohaterów Ochrony Przyrody”, stworzoną przez „BBC Wildlife Magazine”. Profesor na Uniwersytecie w Stirling, autor ponad 230 artykułów oraz czterech książek popularnonaukowych. Po polsku wyszły „Żądła rządzą” i najnowsza, „Łąka” (Wydawnictwo Marginesy).

***

Rozmowa z Davem Goulsonem ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Kruszewicz
archiwum prywatne

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo o sekretnym życiu zwierząt

Chociaż Andrzej Kruszewicz jest dyrektorem warszawskiego zoo już od ponad 10 lat, nadal nie nudzi go obserwowanie mieszkających tutaj zwierząt. Z tych obserwacji powstała książka „Sekretne życie zwierząt” – piękny przewodnik po świecie zwierzęcych uczuć i podręcznik dla tych, którzy chcą nie tylko oglądać małpy, słonie i pingwiny, ale też naprawdę je poznać.
Marta Strzelecka
07.06.2020

Miłość jest sprytniejszym sposobem działania od agresji, choćby dlatego, że nie przysparza wrogów. Proste prawda? Jesteśmy ssakami, jednak nie potrafimy przyjąć tej zasady za coś pewnego, tak jak goryle„ – mówi Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Właśnie ukazała się jego książka „Sekretne życie zwierząt”. Marta Strzelecka: To prawda, że zwierzęta w zoo przyglądają się panu ostatnio bardzo uważnie?  Andrzej G. Kruszewicz: Kiedy nie było zwiedzających, były mną zainteresowane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może zobaczyły mnie zupełnie na nowo? Ja też miałem więcej czasu, żeby im się przyjrzeć. Więcej też byłó słychać, śpiew ptaków głośniej brzmi.  I co pan dostrzegł?  Małpy na przykład nudzą się bez ludzi, nie mają się z kogo śmiać. Zwykle kręcą się przy ogrodzeniu, przedrzeźniają zwiedzających. A teraz nie widują nikogo poza opiekunami, pracownikami zoo. Dlatego, żeby umilić im życie, chowamy na ich wybiegach różnego rodzaju frykasy, a one szukają. Dostają też od nas plastikowe butelki z kompotem, które zamiast wyrzucać po wypiciu napoju, przynoszą do opiekunów, żeby dostać za to daktyle. Ale wydry na przykład, które bardzo lubią publiczność, nie zmieniły się. Dla nich na pierwszym miejscu zawsze była zabawa i wciąż tak jest. Oglądamy szczęśliwe grupy bawiących się samotnych matek z małymi, bo panowie wydry raczej nie interesują się ani potomstwem, ani ukochanymi. U gibonów zawsze jest ruch, niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje. A ja uwielbiam na nie patrzeć, nie przestaje mnie zadziwiać, jakie są sprawne, jakie potrafią robić wygibasy. Wszystkie zwierzęta w zoo korzystają teraz ze swoich przestrzeni w większym stopniu niż kiedyś. Mieliśmy niedawno kilka porodów, gepardzica urodziła na...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Łąki zamiast trawnika: tak polskie miasta walczą z suszą i… kleszczami

Pomagają walczyć z suszą i upałami. Są schronieniem dla pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. No i wyglądają pięknie. Łąki kwietne pojawiły się w Warszawie, Krakowie i Łodzi, a my mamy nadzieję, że to dopiero początek ekorewolucji w Polsce.
Sylwia Arlak
21.05.2020

Świat przygotowuje się do zmian klimatycznych – miasta szukają skutecznych sposobów, aby ograniczyć smog (nie tylko ten zimowy, pochodzący z kominów, ale też tzw. kalifornijski, powstający w upalne dni w centach miast), zmniejszyć upał i zatrzymać wodę. Przykładem zdecydowanych działań może być Wiedeń, który w ostatnich tygodniach zerwał asfalt z jednej z głównych ulic: Trunnerstraße. Na jej miejscu już jesienią powstanie Else Feldman Park: zostaną zasadzone drzewa, trawa i krzewy, które lepiej niż miejska ulica chłoną ciepło i zmniejszają upał. Zburzono też 50-metrowy mur wzdłuż ulicy, który nie pozwalał na swobodną cyrkulację powietrza. Ekologicznie i... ekonomicznie Inny – i łatwiejszy – sposób na to, aby żyło nam się w miastach trochę lepiej, to wysiewanie kwietnych łąk z makami, rumiankami i koniczyną. Chociaż esteci kręcą nosem na „chwasty”, to ekolodzy przekonują, że kwietna łąka w porównaniu z trawnikiem to: mniejszy upał, mniej smogu i mniej kleszczy – za  to więcej wody, pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. Na stronie Fundacji Łąka czytamy, że rośliny łąkowe mają nawet 25 razy dłuższe korzenie niż trawniki, dzięki czemu nie potrzebują tak częstego podlewania. Poza tym kwietną łąkę w sezonie kosi się maksymalnie dwa razy (po okresie kwitnienia) – gdy trawnik wymaga koszenia około 20 razy. Rachunek jest prosty –  łąka to mniej spalin z kosiarek i mniej miejskiego hałasu, poza tym łąkowe rośliny lepiej niż trawa wyłapują zanieczyszczenia z powietrza. Dodatkowo  niektóre rośliny łąkowe, np. jaskry czy lawenda zawierają olejki eteryczne odstraszające kleszcze. Warszawskie władze już od czterech lat wysiewają kwietne łąki,...

Czytaj dalej