„Wszystko zaczyna się od jednego kwiatu”, mówi Ola Rusak z Kwiaciarni MÁK
fot. MÁK 1904

„Wszystko zaczyna się od jednego kwiatu”, mówi Ola Rusak z Kwiaciarni MÁK

Miksuje tropikalne rośliny z polnymi kwiatkami. Uwielbia aromatyczne zioła i delikatne trawy. Ola Rusak tworzy bajeczne bukiety – niepowtarzalne, zaskakujące, malarskie. Przyznaje, że kwiaty to jej prawdziwa miłość. I dziedzictwo.
Wika Kwiatkowska
10.06.2020

W dniu otwarcia kwiaciarni byłam bardzo spięta – mówi Ola Rusak. – Przy tworzeniu dziesiątego bukietu „wyłączyłam” mózg. Wiem, że najpiękniejsze kompozycje robię właśnie wtedy, kiedy przestaję myśleć. Każdy bukiet jest niepowtarzalny, nie potrafię go odtworzyć.

Zapach bzów i pola tulipanów

Pierwsze wspomnienia: obłędnie pachnące bzy w trzech kolorach przed domem, a za nimi ogromna polana tulipanów. – Pamiętam, jak czekałam na moment, kiedy będę mogła je zerwać. To było niesamowite – mówi Ola Rusak. Później okazało się, że te pierwsze dziewięć lat, które spędziła w domu dziadków na warszawskim Mokotowie, wśród rozległych pól i opustoszałych już szklarni, ukształtowało jej wrażliwość i niezwykle czuły stosunek do kwiatów

Kwiaciarnia MAK, Aleksandra Rusak
fot. MÁK 1904

Kwiaty były w jej rodzinie tradycją. Ich hodowlą zajmowali się już prapradziadkowie – pierwszą reklamę w prasie zamieścili w 1904 roku. To zajęcie kontynuowali pradziadkowie i dziadkowie, którzy sprowadzili do Polski sadzonki storczyków i goździków. Babcia miała w Warszawie trzy kwiaciarnie o nazwie Mak. Ale dla Oli były to tylko historie z przeszłości – kiedy się urodziła na początku lat 90., nie było już ani kwiaciarni, ani storczyków w szklarniach. Przetrwała jedynie miłość do roślin. 

Ola skończyła projektowanie ubioru w poznańskiej School of Form, ale nie chciała zajmować się modą. Interesowały ją same tkaniny – kolory, faktury, struktury. Formowała z nich nieoczywiste, rzeźbiarskie konstrukcje. Po studiach wciąż szukała swojej drogi. Pracowała w marketingu dużej odzieżowej firmy, była brand managerem marki jubilerskiej. A z potrzeby serca robiła wyrafinowane bukiety i obdarowywała nimi bliskich i znajomych. 

MÁK 1904

– Od lat jeżdżę na giełdę kwiatową, kocham to! Uwielbiam wstawać o czwartej, jechać tam, żeby po prostu popatrzeć na kwiaty, nasycić nimi oczy. A jak widzę jakąś nową odmianę, jestem w stanie wydać każde pieniądze – śmieje się. W tym czasie, dla czystej przyjemności, stworzyła dwie kwiatowe instalacje dla znanych warszawskich klubów: jedna, z liści tropikalnych, miała formę kilkumetrowych wiszących łańcuchów. Druga wypełniona była kwiatami w odcieniach różowo-fioletowo-morelowych. Starszy brat Oli, Marcin, absolwent prestiżowej londyńskiej Royal College of Art, powiedział: „To jest piękne – rób to!”. Wspólnie zaprojektowali stronę internetową i wymyślili logo: Mák 1904. To nawiązanie do nazwy kwiaciarni babci, ale pisanej z węgierskim akcentem, ze względu na rodzinne korzenie. Inspiracją dla pierwszej sesji i bukietów, które stały się wizytówką marki, były barokowe holenderskie martwe natury – nasycone, pełne zmysłowości i bogactwa form.

Kwiaciarnia MAK
fot. MÁK 1904
Ola dwa razy w tygodniu o czwartej rano wyrusza na giełdę kwiatową. Nie może się doczekać chwili, kiedy swoje zdobycze umieści w komorach wielkiego stalowego zlewu. Układa tam kwiaty według kolorów – od bieli, poprzez zieleń, róż, żółcie i fiolety.

Kapryśne hortensje

 – Minęły trzy lata i nie używam już niektórych z tych kwiatów, na przykład chryzantem czy róż – zauważa Ola. Te ostatnie uważa za zbyt banalne, pospolite, a ją pociąga wszystko to, co niespotykane i rzadkie. – Uwielbiam hortensje, zwłaszcza te o nieoczywistych kolorach – zgaszonych fioletach i niebieskościach. To moje ukochane kwiaty. Może przez to, że rosły w ogrodzie babci? Mają niezwykle ciekawą strukturę: każdy składa się z mnóstwa kwiatuszków. I są nieprzewidywalne, bardzo kapryśne – z pięciu ciętych kwiatów cztery mogą paść błyskawicznie, a jeden stać dwa tygodnie. 

W zeszłym roku spełniło się jej wielkie marzenie, jeszcze z czasów dzieciństwa: w centrum Warszawy, na ulicy Mokotowskiej, zaledwie trzysta metrów od dawnej kwiaciarni babci, otworzyła własne miejsce pełne kwiatów, delikatnych aromatów i pięknych przedmiotów. Mák 1904, prowadzona wspólnie z mamą Małgorzatą, ma być czymś więcej niż tylko kwiaciarnią – chodzi o to, by ludzie zaglądali tu nie tylko po to, by kupić kwiaty, cięte lub doniczkowe, ale też po prostu aby je podziwiać, porozmawiać o roślinach, obejrzeć wyszukane przez właścicielkę wazony vintage. A również, w niezobowiązującej atmosferze, napić się wśród zieleni aromatycznej herbaty albo kawy. 

Kwiaciarnia MAK, Aleksandra Rusak
fot. MÁK 1904
Aleksandra i jej mama Małgorzata od lat marzyły o tym, by wznowić rodzinną tradycję i otworzyć własną kwiaciarnię. Sprawić, aby ludzie bardziej pokochali kwiaty. A może nawet, by dzięki nim poczuli się szczęśliwsi. Brat Oli, Marcin, podarował jej jeden ze swoich dysków z zatopionymi w żywicy kwiatami – ta niezwykła klamka zaprasza teraz do roślinnego królestwa jego siostry.

Bukiety jak obrazy

Ola, tworząc bukiety, nie lubi czuć presji: – Wszystko zaczyna się od jednego kwiatu: biorę go do ręki, dokładam drugi, jeżeli nie pasuje, zmieniam. Kwiat czasem sam pokazuje kierunek, w jakim ma iść kompozycja. 

Niedawno znalazła rodzinne slajdy, a na nich dwie kwiatowe kompozycje babci: – Były niesamowite, bo w tamtych czasach układano kwiaty w dosyć szablonowy sposób, a bukiety babci były niezwykle tropikalne, rozstrzelone. I sfotografowane jak na Instagram, z przepięknym tłem. Wyglądają jak obrazy. To malarskie podejście jest mi bardzo bliskie.

Nie wyobraża sobie życia bez kwiatów. Uwielbia z nimi rozmawiać i głęboko wierzy w to, że one czują. Na pytanie, czy nie szkoda jej tych ciętych, odpowiada z uśmiechem: – Ten element ulotności jest dla mnie najbardziej fascynujący. Przecież ten kwiat i tak wkrótce przekwitnie, umrze, ale roślina zakwitnie na nowo. To jak z owocem: czy mamy go nie zrywać?

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 9/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Bobbi Brown x Flower Girl NYC
mat. prasowe Bobbi Brown

Limitowana kolekcja makijażu od Bobbi Brown i Flower Girl NYC! 

Flower Girl NYC, czyli Denise Porcaro to kwiatowa guru z Nowego Jorku. Razem z marką Bobbi Brown stworzyła kosmetyki do makijażu, inspirowane zmysłowymi kwiatowymi kompozycjami.
Aleksandra Szajewska
04.06.2020

Koncerny kosmetyczne od lat zapraszają do współpracy gwiazdy: aktorki, supermodelki, sportsmenki i ekspertów: dermatologów, makijażystów, fryzjerów. Coraz częściej też nawiązują relacje z influencerami . I nie chodzi tu tylko o marketing i tzw. klikalność. Bloggerzy i instagramerzy zajmujący się szeroko pojętym lifestyle'em są kreatywni, inspirujący  i multidyscyplinarni. Pokazują, że świat stoi przed nami otworem, wystarczy tylko schować kompleksy do kieszeni i jak mówią Amerykanie – „dream big”.  Płynąc na tej nowej fali marka  Bobbi Brown,  zaskoczyła nas nową limitowaną kolekcją makijażu, która powstała we współpracy z Denise Porcaro, florystyką, właścicielką kultowych nowojorskich kwiaciarni Flower Girl NYC. Denise związana była z branżą filmową, ale szybko odkryła swoją niszę. Zaczęła tworzyć oryginalne aranżacje kwiatowe i wyjątkowe bukiety. Najpierw dla przyjaciół, później dla całego Nowego Jorku. Jej kompozycje są bardzo charakterystyczne: czasem romantyczne, czasem dzikie, zawsze bliskie natury, bujne. Denise nie boi się eksperymentować, do eleganckich bukietów dokłada chwasty, kwiaty polne przeplata rzadkimi okazami roślin z najdalszych zakątków świata.          Wyświetl ten post na Instagramie.                   We're so excited to share the launch of our limited-edition collaboration with @bobbibrown! Inspired by Flower's Girl's signature arrangements of lush florals and whimsical blooms, the collection includes blossoming brights for eyes, lips and cheeks. Link in bio to shop online ✨ Post...

Czytaj dalej
naturalne farbowanie tkanin
fot. Ola Bystry, Dawid Bystry

„To alchemia” – o naturalnym farbowaniu tkanin roślinami mówi artystka, Ola Bystry

W jej życiu przyroda i sztuka przeplatają się w sposób naturalny. Prowadzi bloga „Dzikie barwy”, warsztaty i wydała książkę, bo jak sama mówi „jej celem nie jest tworzenie produktów, tylko dzielenie się wiedzą”.
Wika Kwiatkowska
03.06.2020

Ola bardzo lubi prowadzić zajęcia w plenerze, tak jak to było podczas trzydniowych warsztatów na Podkarpaciu, w dzikim ogrodzie etnobotanika Łukasza Łuczaja. Zawsze bardziej interesował ją świat natury niż popkultury. Uwielbiała wiedzieć, co rośnie dookoła, podróżować na dziko, z plecakiem i namiotem, patrzeć na rozgwieżdżone niebo, chłonąć zapachy lasu, zbierać sok z brzozy. I komponować w domu herbatki z własnoręcznie zebranych ziół. Ale jeszcze kilka lat temu Ola Bystry nie przypuszczała, że jej prywatna, przyrodniczo-zielarska fascynacja wpłynie na to, czym zajmie się na co dzień. Ola Bystry w swojej pracowni w Łodzi. W dłoniach trzyma słoik z mlekiem sojowym własnego wyrobu, którego używa do bejcowania tkanin. Studia na ASP Ola skończyła ASP w Łodzi na Wydziale Tkaniny i Ubioru. Po studiach tworzyła tkaniny artystyczne , ale brakowało jej kontaktu z ludźmi. Dlatego postanowiła poprowadzić warsztaty, podczas których uczestnicy mogli stworzyć własne wzory i poeksperymentować z różnymi materiałami. W ramach przygotowania do kolejnych zajęć zaczęła zgłębiać dawne techniki druku na tkaninach. Wtedy odkryła rośliny barwierskie .  – Kiedyś wszystkie kolory wywodziły się z przyrody , powstawały dzięki naturalnym barwnikom, roślinnym czy mineralnym – mówi. – Zrozumiałam, że pod ręką mamy mnóstwo skarbów, wystarczy po nie sięgnąć.  Na pierwsze zbiory pojechała na rowerze w okolice Lasu Łagiewnickiego – niedaleko Łodzi, gdzie mieszka. Znalazła połacie nawłoci późnej, zbierała też liście drzew. I zaczęła z pasją eksperymentować z farbowaniem. – To jest alchemia, czułam się trochę jak odkrywca – wspomina. – Za każdym razem wychodziło coś nowego.  Ola wciąż eksperymentuje z farbowaniem roślinami....

Czytaj dalej
Chi Chi Ude
Honorata Karapuda

Chi-Chi Ude chce nas ubrać w mocny kolor i odważny wzór

W kontrze do mody na minimalizm deklaruje, że jest maksymalistką. Wnosi do naszej rzeczywistości blask afrykańskiego słońca.
Wika Kwiatkowska
16.05.2020

Nie oddziela prywatności od pracy. Dlatego jej mieszkanie w centrum Warszawy to jednocześnie showroom i pracownia krawiecka. Bajecznie kolorowe żakardowe płaszcze z ostatniej kolekcji witają nas przy wejściu do salonu. Na stole piętrzą się próbki wzorzystych tkanin, a na podłodze – ścinki materiałów we wszystkich kolorach świata.  W tle, zamiast zgiełku miasta, słychać kojącą barokową muzykę i anielski głos Jakuba Józefa Orlińskiego, młodego rozchwytywanego kontratenora i fana wielobarwnych, odważnych garniturów Chi-Chi Ude.  Muzykę i sztukę Chi-Chi kocha od dziecka. Ukończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu, a jej ulubioną książką w podstawówce był album o historii ubiorów. Wycinała z tektury lalki i ubierała je w stroje z różnych epok. Jednocześnie córka lekarzy, Polki i Nigeryjczyka, nosiła w sobie pamięć o soczystych kolorach i afrykańskim słońcu.  W mieście Enugu we wschodniej Nigerii spędziła sześć lat dzieciństwa. Chi-Chi to zdrobnienie od Chinyere, czyli „Dar od boga” w języku ibo.  – To tam wykształciła się moja wrażliwość – mówi. – Pamiętam kolorowe stroje mojej niani, która nosiła mnie na plecach. I przepięknie udrapowane wielobarwne spódnice mojej babci, do której przyjeżdżaliśmy na wieś na święta. Z mamą i młodszą siostrą wróciły do Polski, kiedy Chi-Chi miała osiem lat. – W tym czasie w Opolu, gdzie zamieszkałyśmy, były tylko trzy mulatki. Lekko nie było – wspomina. Odetchnęła dopiero po kilkunastu latach w Paryżu, gdzie dostała stypendium w szkole biznesu. – Przeżyłam tam szok, bo zobaczyłam wokół tysiące takich jak ja. I zrozumiałam, że inność może być atutem. Paryż uwiódł ją też jako stolica mody. Codziennie w drodze do pracy...

Czytaj dalej
moda Kenia Afryka trendy wiosna-lato 2020
fot. Frederic Pinet/Nomad Portugal Production

Kwiaty, pasy, krata... Mieszamy wszystko! Tu nasza wolność jest nieograniczona

Masajowie w strojach plemiennych i mzungu, czyli biała Europejka w eklektycznych, wzorzystych stylizacjach. Estetycznie łączy ich więcej niż dzieli. Bo moda to uniwersalny język!
Zuzanna Szustakiewicz
14.05.2020

W przeciwieństwie do człowieka cywilizacji Zachodu, Masajowie nie przywiązują wagi do dóbr doczesnych . Wynika to głównie z faktu, że są ludem wędrownym. Jednak zasada ta nie dotyczy stroju i biżuterii — bo one świadczą o statusie w plemieniu . Shúkà dla mężczyzn powinna być czerwona, a kanga dla kobiet wzorzysta. Nasze kanony dopuszczają dużo większą różnorodność niż kanony kenijskiego plemienia. Bo choć mamy potrzebę, by należeć do „plemienia”, to na szczęście możemy nosić to, co chcemy. Możemy nawet nosić wszystko na raz. Eksperymentować z kolorami, bawić się warstwami, mieszać odważnie wzory. Turban z ubrania na głowie? Oczywiście, jeśli tylko mamy taką fantazję! Bo liczy się nasz indywidualny mtindo (w suachili styl). Moda to wolność wyrażania siebie. Tej wolności (i innych) nie dajmy sobie odebrać! Zdjęcia: Frederic Pinet/Nomad Portugal Production Stylizacja: Agnieszka Ścibior Modelka: Angelika Maciołek/D’Vision Model Makijaż: Daria Day/D’Vision Talent Fryzury i turbany: Mike Desir/D’Vision Talent Asystent fotografa: Curtis Gibson Asystentka stylistki: Maria Zawarska Produkcja: Nomad Portugal Production, www.nomadportugalproduction.com   Podziękowania dla hotelu Kinondo Kwetu, Kenia, Diani Beach, www.kinondo-kwetu.com   Sesja ukazała się w „Urodzie Życia” 06/2018

Czytaj dalej