Kuchenna rewolucja Samin Nosrat
©Smeeta Mahanti

Kuchenna rewolucja Samin Nosrat

Jak nikomu nieznana pasjonatka gotowania stała się autorką kulinarnego bestsellera i globalną gwiazdą.
Magdalena Żakowska
16.04.2020

Jeśli jeszcze jej nie znacie, to albo nie korzystacie z platformy Netflix, albo nie lubicie gotować. Obok Samin Nosrat trudno przejść obojętnie – jest tak pozytywna, zabawna i pełna  entuzjazmu.  Jej prosta, ale rewolucyjna metoda gotowania inspiruje nowe pokolenie kucharzy i zmienia sposób myślenia o jedzeniu. Ale przebicie się z tym pomysłem zajęło Samin ponad 20 lat. Nie było łatwo, bo startowała z najniższego poziomu – biednej córki emigrantów z najbardziej znienawidzonego w Ameryce kraju, Iranu. Samin odkryła, że gotowanie jest jej przeznaczeniem dość późno, bo dopiero na studiach. Podczas wielu lat praktyki w dobrych restauracjach i kulinarnych podróży do Włoch, Japonii i Meksyku, stworzyła własną koncepcję tego, na czym polega dobra kuchnia – według niej to właściwe posługiwanie się temperaturą, solą, tłuszczem i kwasem. 

Cztery składniki sukcesu

W pierwszej książce „Salt Fat Acid Heat” (po polsku ukazała się pod tytułem „Cztery składniki”) w prosty i zabawny sposób wykłada fundamentalne zasady gotowania oparte o tę koncepcję. Chociaż konkurencja na rynku publikacji kulinarnych jest dziś ogromna, książka Samin w ciągu kilku tygodni trafiła na listę bestsellerów „The New York Times”, a tygodnik „New Yorker” umieścił ją wśród dziesięciu najważniejszych książek kulinarnych XXI wieku. Czytelnicy zakochali się w niej, „The New York Times Magazine” zaoferował Samin swoją kolumnę kulinarną. A Netflix nakręcił z nią czteroodcinkowy dokument w oparciu o książkę. W każdym odcinki zgłębia temat jednego z czterech kuchennych składników: aby pokazać widzom wszystkie właściwości soli podróżuje do Japonii, w Meksyku poznajemy z nią wartość kwaśnych smaków i uczymy się, jak je stosować i łączyć. Temat tłuszczu zgłębiamy we Włoszech, a  temperatury w kuchni Samin w jej domu, w Kalifornii. Kiedy Netflix wyemitował program widzowie z całego świata zakochali się w rozbrajającym uśmiechu Sami, w jej entuzjazmie, zapale, z jakim uczy się razem z widzami o jedzeniu, ale też gotuje i kosztuje przygotowane przez siebie potrawy. Dokument wciela w życie tezę zawartą w jej książce, że w kuchni trzeba zaufać zmysłom i rzeczywiście ogląda się go wszystkimi zmysłami. 

Samin Nosrat
©Smeeta Mahanti

Chociaż w książce Samin znajdziecie proste przepisy pochodzące z różnych kultur, jej specjalnością jest oczywiście kuchnia perska. „Do szkoły chodzisz w Ameryce, ale jak wracasz do domu, jesteś w Iranie” – mawiała jej mama. Samin przekraczając próg domu nie tylko zmieniała język na perski, a w weekendy uczyła się w irańskiej szkole, ale też słuchała z rodzicami wyłącznie klasycznej perskiej muzyki i przestrzegała irańskiego kalendarza świąt. Ale z pewnością najbardziej wyrazistą formą kultywowania tradycji i kultury irańskiej było w jej domu gotowanie. Wszystkiego nauczyła się oczywiście od mamy, z którą gotuje zresztą w ostatnim odcinku serialu dla Netflix. 

Wspólny ogród, sad i koza

Za pieniądze, które zarobiła na serii dokumentalnej dla Netfliksa kupiła wraz z grupą przyjaciół ziemię w Oakland. Wybudowali tam cztery drewniane domki, po jednym dla każdej rodziny. Codziennie zbierają się na wspólnym dziedzińcu, żeby razem gotować, mają też wspólny ogród warzywny, sad i kozę. To taki nowoczesny kibuc, w którym dzieci biegają swobodnie z jednego domu do drugiego, ale każdy ceni sobie jednak swoją własną przestrzeń i prywatność. Szczególnie Samin, która z dnia na dzień stała się sławna, ale odbiera to bardziej jak przekleństwo niż sukces.

„Nie potrafię się w tym odnaleźć. Całe życie byłam praktycznie niewidzialna, a teraz doświadczam tego, co jest przeciwieństwem niewidzialności” – mówiła w rozmowie z „New Yorkerem”. „Byłam brązowym dzieckiem w ultra białym świecie. W drugiej klasie podstawówki usłyszałam, że jestem terrorystą. Od dziecka mam świadomość, że jestem inna, że nie pasuję, że muszę wykonać wysiłek, aby otoczenie mnie zaakceptowało, wnieść coś do społeczności – jakąś wartość, albo produkt – żeby być uznaną za pełnoprawnego członka. A teraz, kiedy już mam ten swój wkład, widzę, że wcale mnie to nie uszczęśliwiło. Całe życie zachowywałam się tak, jak byś prosiła świat, żeby mnie dostrzegł, polubił, a teraz mam ochotę krzyczeć: nie patrz na mnie!”. 

Samin urodziła się w Kalifornii w rodzinie emigrantów z Iranu. Wychowała się na przedmieściach San Diego, dzięki świetnym wynikom w nauce i dobrej znajomości łaciny skończyła jedną z lepszych szkół w mieście, na którą jej rodziców z pewnością nie byłoby stać. Ale nie potrafiła odnaleźć się w środowisku białych dzieci pochodzących z zamożnych rodzin. Żyła rodzinnymi opowieściami o magicznym Iranie, w którym wszystko jest lepsze niż w Ameryce – ludzie są serdeczniejsi, bieda mniej dotkliwa, a jedzenie smakuje lepiej. Kiedy jako czternastolatka odwiedziła Iran, wyobrażenie ziemi obiecanej legło w gruzach. Okazało się, że tam nie pasuje jeszcze bardziej niż w Kalifornii. 

Depresja szefa kuchni

„Zarówno w książce, jak i w programie, chciałam pokazać, że dobre jedzenie jest na całym świecie w gruncie rzeczy dość podobne, że my, ludzie, mamy ze sobą więcej wspólnego, niż myślimy. Wierzę, że poznając czyjąś kuchnię, kulturę kulinarną, stajesz się mu bardziej bliski i masz dla niego więcej empatii” – mówi. „Konflikt irańsko-amerykański pokazał jednak, jak łatwo to zaufanie i empatię zburzyć. Na początku zeszłego roku napisałam artykuł dla „New York Times” poświęcony perskiej kuchni. Reakcje czytelników były entuzjastyczne. A już chwilę później okazało się, że chociaż Amerykanie lubią naszą kuchnię, to równie chętnie chcieliby nas zbombardować”. 

Samin Nosrat
©Smeeta Mahanti

Samin, podobnie jak wielu innych znanych szefów kuchni, od lat cierpi na depresję (wśród nich m.in. Nigella Lawson, Bernard Loiseau, Benoit Violier i nieżyjący już Anthony Bourdain). Od ośmiu lat bierze leki antydepresyjne i chodzi na terapię. Mówi o tym chętnie i często, bo widzi jak bardzo pomogło jej to w życiu i chce się podzielić tym doświadczeniem z tymi, którzy jeszcze nie zdecydowali się sobie pomóc. „Właśnie skończyłam czterdzieści lat. Nigdy nie czułam niepokoju związanego z wiekiem, nie bałam się starości, ale teraz zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Jak chcę spędzić resztę życia? Z kim? A może sama [Samin jest singielką]?” – mówi. „Najważniejsze, czego nauczyłam się w ciągu ostatnich kilu lat, to że nie warto zabiegać o uwagę świata, o to, żeby ktoś cię zaakceptował i polubił. Starać warto się dla siebie samego, żeby być po prostu najlepszą wersją siebie. I dla swoich bliskich. Dziś horyzont moich zainteresowań to moi sąsiedzi i rodzina – czego mogę się od nich nauczyć, czego ja mogę nauczyć ich. O tym będzie też moja nowa książka”.

Weganizm (nie)stosowany

Pod wpływem książki Jonathana Safrana Foera „We Are the Weather” (2019) Samin zdecydowała się ostatnio przejść na weganizm. Na razie ma w tej dziedzinie umiarkowane sukcesy. Nauczyła się już robić wegański cheddar, ale nie może oprzeć się bajglom z serkiem śmietankowym i sałatce z tuńczykiem. „Kiedy przeczytałam poprzednią książkę Foera, „Zjadanie zwierząt”, byłam wściekła. Napisałam do niego emocjonalnego maila, byłam oburzona tym, jak traktuje lokalnych amerykańskich farmerów. Ale później czytałam dużo o zmianach klimatycznych, o tym, jak przemysł mięsny wpływa na globalne ocieplenie, i sięgnęłam po kolejną książkę Foera. Tym razem mnie przekonał. Niestety. Wiem, że muszę to zrobić zrobić, zostać weganką, dla samej siebie i dla naszej planety. Na razie codziennie ponoszę jakąś porażkę, ale się staram!”.

Samin Nosrat
mat. prasowe

Kilka dni temu Samin uruchomiła podcast Home Cooking”, w którym wspólnie z muzykiem i znanym autorem podcastów Hrishikeshem Hirwayem rozmawia ze słuchaczami na temat kryzysu gospodarczego w branży gastronomicznej związanego z epidemią koronawirusa, ale też o prostych przepisach, które sprawdzą się w tych trudnych czasach. Wystarczy wysłać do niej nagranie głosowe (na adres alittlehomecooking@gmail.com) z opisem składników, które zostały wam jeszcze w lodówce, a Samin w podcaście poradzi, co można z tego ugotować, a przy okazji zachęci do kuchennych improwizacji. Jej przepisy są proste i łatwe w wykonaniu. Przekonajcie się same – poniżej przepis na wielofunkcyjny solony sos karmelowy!

 

Solony sos karmelowy (przepis z książki „Cztery składniki”)

6 łyżek stołowych (85 g) niesolonego masła

3/4 szklanki cukru (150 g)

1/2 szklanki śmietany kremówki

1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

sól

W solidnym, głębokim rondelku ustawionym na średnim płomieniu rozpuść masło. Kiedy się roztopi, dodaj cukier. Składniki wymieszaj i zwiększ płomień do poziomu wysokiego. Nie przejmuj się, jeśli mieszanka się rozwarstwi i będzie wyglądać na zwarzoną. Musisz wierzyć w to, że składniki ponownie połączą się w jednolitą całość. Mieszaj do momentu, gdy płyn zacznie wrzeć. Jak tylko zauważysz, że karmel ciemnieje, wykonaj kilka okrężnych ruchów patelnią, aby rozpuszczony cukier mógł równomiernie brązowieć. Gotuj od 10 do 12 minut, do momentu aż karmel zacznie prawie się palić. Od razu po zakończeniu gotowania do karmelu wlej śmietanę. Uważaj! Gorąca mieszanka będzie mocno się pienić i może się rozpryskiwać. Jeżeli w sosie pozostaną większe grudki, całość delikatnie wymieszaj na wolnym ogniu, aby cukier do końca się rozpuścił. 

Sos karmelowy odstaw do lekkiego ostygnięcia. Kiedy będzie już letni, dodaj ekstrakt waniliowy i sól. Gotowe! 

Solony sos karmelowy możesz przechowywać w lodówce do dwóch tygodni. Pasuje do deserów, lodów i owoców.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Meksyk miasto, Día de los Muertos, parada
Getty Images

Miasto Meksyk słynie ze Święta Zmarłych i... z Jamesa Bonda!

Maksykański Día de los Muertos – odpowiednik naszych Zaduszek – obchodzony jest wesoło, hucznie i kolorowo. Chociaż to nie Gwiazdka, świąteczny klimat zachwyca.
Kamila Morgisz 
09.04.2020

Na dworcach, w restauracjach, a nawet w supermarketach wyrastają ołtarzyki dla zmarłych. Najbardziej imponujące można oglądać na głównym placu miasta Zócalo, kolejne – przy deptaku Francisco Madero, a te najsłynniejsze na tutejszym uniwersytecie – UNAM-ie. Szkoły organizują też konkursy na najpiękniejsze ołtarzyki, każda klasa przygotowuje jeden. W piekarniach sprzedaje się pan de muerto, „chleb zmarłego”, czyli słodkie bułeczki drożdżowe. Cukiernie serwują zaś małe, kolorowe czaszki. – Tradycyjne robione były z cukru, teraz coraz częściej odchodzi się w stronę tych czekoladowych – wyjaśnia Sirani, moja meksykańska koleżanka. Sama kupuje kilka, tych z czekolady właśnie.  – Na czole wypisuje się imię członka rodziny, kolegi lub koleżanki, a potem taką czaszeczkę daje się w prezencie w dowód sympatii – opowiada. Miasto Meksyk – parada masek Już na tydzień przed właściwymi obchodami Święta Zmarłych w mieście Meksyk odbywa się z tej okazji parada. Jak na meksykańską historię jest to zwyczaj dość nowy, w tym roku parada odbędzie się dopiero po raz trzeci. Zaczęto ją organizować po kolejnym filmie o Jamesie Bondzie. Taka uroczystość pojawiła się bowiem w „Spectre” i pierwotnie nie miała nic wspólnego z meksykańskimi obchodami Día de los Muertos. – Musieliśmy stworzyć dodatkowe obchody z okazji Dnia Zmarłych, bo po Bondzie turyści zaczęli przyjeżdżać specjalnie na karnawał, jaki widzieli w filmie – powiedział meksykański sekretarz turystyki Enrique de la Madrid Cordero. Parada spodobała się nie tylko turystom, ale i samym Meksykanom. – Jasne, na początku brzmiało to śmiesznie. Ale myślę, że my, Meksykanie, przyjęliśmy tę tradycję jak swoją. To chyba dlatego, że uwielbiamy się bawić. No i uwielbiamy obchodzić Święto Zmarłych. A parada jest...

Czytaj dalej
Ania Kuczyńska polskie marki w walce z koronawirusem
mat.prasowe Ania Kuczyńska

Kupując, pomagasz. Wspieraj polskie szpitale w walce z Covid-19!

Polskie marki modowe zaangażowały się w pomoc polskim szpitalom. Sprawdź, które ubrania i dodatki wybrać, aby włączyć się do akcji.
Zuzanna Szustakiewicz
10.04.2020

Choć firmy modowe dotkliwie odczuwają ekonomiczne skutki aktualne sytuacji w Polsce i na świecie, to jednak solidarnie niosą pomoc polskiej służbie zdrowia. Niektóre, zarówno te małe, jak i te duże, szyją maseczki i zaopatrują w nie szpitale. Inne wspierają placówki medyczne finansowo. Ty kupujesz, a oni przekazują pieniądze szpitalom.  Agnieszka Rosa założycielka biżuteryjnej marki Rosa stworzyła specjalną bransoletkę Love, z której sprzedaży cały dochód przekazuje Dziecięcemu Szpitalowi Klinicznemu im. Józefa Polikarpa Brudzińskiego w Warszawie, który na czas epidemii został przekształcony w szpital zakaźny. Polską służbę zdrowia wesprzesz także, kupując bransoletkę ze specjalnej kolekcji Yes for Love. „Każda z nich ma niezwykłą moc. Nie tylko ze względu na unikalne znaczenie kamieni naturalnych, ale przede wszystkim na historię, którą bransoletki opowiadają. Są wyrazem wdzięczności dla polskich lekarzy, pielęgniarek i ratowników, którzy codziennie walczą o nasze zdrowie i bezpieczeństwo” - czytamy w komunikacie prasowym marki YES. Ania Kuczyńska z kolei w marcu pomagała Centralnemu Szpitalowi Klinicznemu MSWiA, a teraz przeznacza 10% dochodu ze sprzedaży w sklepie online swojej marki na rzecz Wojskowego Instytutu Medycznego na Szaserów w Warszawie. Należące do koncernu LPP Reserved i Mohito przeznaczają 10% dochodu ze sprzedaży swoich kolekcji #EcoAware szpitalom zakaźnym w Gdańsku i Krakowie. CCC przekazuje 10 zł z każdej sprzedanej pary butów marki Lasocki dla Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu. Z kolei 10% dochodu ze sprzedaży kolekcji Basic swojej marki SaintBy Anna Baj przekazuje Szpitalowi Miejskiemu w Siedlcach, swoim rodzinnym mieście. Warto też na bieżąco śledzić na Instagramie #polskiemarkidlasluzbyzdrowia akcję zainicjowaną...

Czytaj dalej