Kobiety zwyciężają w walce z pandemią koronawirusa. Przykład? Sanna Marin
East News

Kobiety zwyciężają w walce z pandemią koronawirusa. Przykład? Sanna Marin

34-letnia Sanna Marin dwa miesiące po objęciu stanowiska premier Finlandii musiała zmierzyć się z epidemią koronawirusa. Idzie jej świetnie, podobnie jak innym kobietom u władzy!
Magdalena Żakowska
14.05.2020

Finlandia od lat bije nas na głowę pod względem równouprawnienia. Miała już prezydentkę, premierki i przewodniczące parlamentu. Teraz na czele jedenastu z osiemnastu ministerstw tego kraju stoją kobiety. Najważniejsze z nich, to oprócz 34-letniej premierki Sanny Marin, 32-letnia minister finansów Katri Kulmuni, 35-letnia minister spraw wewnętrznych Maria Ohisalo, 32-letnia minister edukacji Li Andersson i 56-letnia minister sprawiedliwości Anna-Maja Henriksson. W szowinistycznych komentarzach w internecie rząd Sanny Marin nazywany jest „rządem szminki”, co ma sugerować, że tworzą go polityczki, które urodą i wdziękiem próbują zakryć brak doświadczenia.

Estoński premier nazwał Sannę Marin „niewykształconą kasjerką, która została premierem” tylko dlatego, że Marin zarabiała jako studentka na kasie w piekarni. Niedoświadczona? Nic podobnego. Wszystkie z wymienionych wyżej ministerek stały wcześniej na czele swoich partii, a Sanna Marin pełniła też funkcję ministra transportu. Zasłynęła z tego, że zrezygnowała z samochodu i przesiadła się do komunikacji miejskiej, żeby bliżej poznać jej wady i zalety.

Teraz też zaskakuje. Jako pierwsza premier w historii Finlandii odmówiła przeprowadzki do Kesaranty, XIX-wiecznej willi, która od 1919 roku pełni funkcję rezydencji premiera. Zdecydowała się pozostać w swoim 100-metrowym mieszkaniu w oddalonym o dwie godziny jazdy od stolicy miasteczku Tampere, które dzieli z partnerem i trzyletnią córką Emmą.

Fakt, że Sanna Marin ma nieślubne dziecko oraz to, że w dzieciństwie wychowywały ją dwie lesbijki (jej mama po rozstaniu z jej ojcem alkoholikiem związała się z drugą kobietą) nie stanowią jednak dla konserwatystów tak wielkiego problemu, jak jej młody wiek. „Na każdym stanowisku, które do tej pory sprawowałam kwestia mojego wieku była problemem. Dla wielu polityków młoda kobieta to ciągle podwójny kłopot – młoda znaczy głupia, kobieta znaczy słabsza” – mówiła w rozmowie z brytyjskim „Vogue”. „Mam nadzieję, że udowodnię, że nie jestem w niczym gorsza od mężczyzny w średnim wieku”. 

Sanna Marin Instagram
instagram.com/sannamarin

Jeśli wejdziecie na jej profil na Instagramie, znajdziecie tam dziesiątki prywatnych zdjęć z jej mieszkania. Wygląda ono dokładnie tak, jak mieszkania setek tysięcy milenialsów na całym świecie – z dużą liczbą roślin doniczkowych i różową sofą włącznie. Na zdjęciach w social mediach Sanna Marin, bez makijażu, w wygodnych dresach, jak każda młoda matka, przytula córeczkę, karmi ją piersią, gotuje. Na swoim profilu na Facebooku wrzuca przetestowane przepisy kulinarne.

Ale oczywiście nie jest „jak każda młoda matka”. W grudniu zeszłego roku, w wieku zaledwie 34 lat, objęła urząd premierki Finlandii stając się najmłodszym premierem w historii tego kraju, a zaledwie dwa miesiące później świat opanowała epidemia COVID-19. Podczas gdy wielu światowych przywódców (mężczyzn) zignorowało pierwsze oznaki epidemii, ona już na początku marca podjęła zdecydowane kroki. Zamknęła granice kraju i zakazała nieuzasadnionych podróży do i z Helsinek (miasta najbardziej zaludnionego, a więc najbardziej zagrożonego pod względem epidemiologicznym). Dzięki temu w Finlandii zanotowano jak dotąd nieco ponad 4 tysiące przypadków zachorowania na COVID-19 i 140 przypadków śmiertelnych, czyli ponad dziesięciokrotnie mniej ofiar niż w sąsiedniej Szwecji. Poparcie dla jej rządu ciągle rośnie. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Kobiety u władzy kontra koronawirus

Od Niemiec, przez Danię i Nową Zelandię, po Islandię, przywódczynie rządów poradziły sobie z epidemią dużo lepiej niż większość przywódców. Na całym świecie zanotowano do dziś (12 maja) ponad 4 mln zachorowań i 300 tysięcy zgonów. W Polsce to 17 tysięcy zachorowań, w tym 850 przypadków śmiertelnych.

Najgorzej z epidemią radzi sobie rząd Donalda Trumpa. Liczba zgonów w USA przekroczyła już 80 tysięcy. Ale nie byłoby tej tragedii, gdyby rząd USA tygodniami nie bagatelizował zagrożenia. Podobnie działo się w rządzonej przez Borisa Johnsona Wielkiej Brytanii (33 tysiące zmarłych) i wielu innych krajach rządzonych przez – jak to ujęła Sanna Marin – „mężczyzn w wieku średnim”. Zamiast jednoczyć rodaków szukali winnych, zamiast koncentrować się na zminimalizowaniu liczby zarażeń, koncentrowali się na gospodarce. Przywódczynie w komunikacji z rodakami postawiły tymczasem na otwartość, szczerość i empatię. 

Premierka Nowej Zelandii, 39-letnia Jacinda Ardern, podobnie jak Sanna Marin, już 14 marca zablokowała granice, zamknęła szkoły i przedszkola, a dwa tygodnie później objęła cały naród kwarantanną. Komunikowała się z rodakami z kanapy we własnym domu za pośrednictwem jej ulubionego medium, Facebooka. Wysyłała emocjonalne filmiki z hasłami typu „Zostań w domu, ratuj życie”, prosiła, aby każdy sprawdził, jak radzą sobie w tych trudnych chwilach sąsiedzi, nawoływała do zbiorowej odpowiedzialności. Podobnie jak Sanna Marin codziennie prowadziła konferencje prasowe, z czego w dwóch uczestniczyły wyłącznie dzieci. Mogły zadać premier każde pytanie. W Nowej Zelandii z powodu koronawirusa zmarło zaledwie 21 osób, a popularność Jacindy Ardern przekroczyła obecnie 80 proc. 

Tymczasem premierka Danii, 42-letnia Mette Frederiksen, zamknęła granice kraju już 13 marca, a kilka dni później objęła cały kraj kwarantanną. Działała radykalnie, ale z humorem. Na Facebooku publikowała filmiki, w których zmywa naczynia śpiewając śmieszne piosenki z lat 80-tych. Jej popularność i akceptacja dla działań rządu od marca podwoiła się i przekroczyła 80 proc. Dania ma do dziś nieco ponad 10 tysięcy potwierdzonych przypadków zachorowań na COVID-19, a 527 Duńczyków zmarło. Ale jej zadanie było trudniejsze niż w przypadku Nowej Zelandii, bo gęstość zaludnienia Danii jest blisko dziesięć razy większa, więc wirus rozprzestrzeniał się znacznie szybciej. Z podobnym problemem musiała zmierzyć się Angela Merkel, która nie tylko w ścisłej współpracy z naukowcami zminimalizowała skutki epidemii w Niemczech, ale też cały czas wspierała w walce inne kraje europejskie. 

Premierka Norwegii, 59-letnia Erna Solberg, po dwóch miesiącach ścisłej kwarantanny zaczęła na początku maja powoli odmrażać gospodarkę i życie społeczne swojego kraju. W rozmowie z CNN Solberg powiedziała, że jej największym sukcesem jest fakt, że na czas epidemii podzieliła się władzą z naukowcami, którym pozwoliła podejmować odważne decyzje dotyczące bezpieczeństwa obywateli. Dodała, że kluczowe okazały się zdecydowanie, szybkie decyzje i ogólnodostępne testy. Podobnie jak Sanna Marin i Jacinda Ardern, podczas ostatnich dwóch miesięcy odpowiadała na pytania nie tylko dziennikarzy, ale także dzieci. Powiedziała im m.in., że to całkowicie normalne, że czują strach i że ona także bardzo tęskni za przytulaniem przyjaciół. 

Na rządzonej przez 42-letnią Katrin Jakobsdóttir Islandii zanotowano zaledwie 1801 przypadków zachorowania na koronawirusa, w tym 10 przypadków śmiertelnych. A wszystko dlatego, że premierka zorganizowała darmowe testy dla wszystkich rodaków, bez względu na to, czy mają symptomy zakażenia. Stworzyła też niezwykle skuteczny system wykrywania i śledzenia przypadków zachorowań, dzięki czemu Islandia jako jeden z niewielu krajów dotkniętych epidemią nie zamknęła nawet szkół i przedszkoli. 

Są oczywiście przywódcy, którzy poradzili sobie równie dobrze, a nawet lepiej niż przywódczynie. Wystarczy przywołać przypadki Wietnamu, Czech, Grecji, czy Australii. Ale niewiele jest przywódczyń, które poradziły sobie równie źle, jak niektórzy przywódcy… 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pademia koronawirusa
Adobe Stock

Akcja #zostanwdomu chroni przed koronawirusem, ale kwarantanna może prowadzić do depresji

Przymusowa izolacja ma wpływ na naszą psychikę.
Aleksandra Nowakowska
13.03.2020

Nie ma wątpliwości: jeśli możesz w najbliższych dniach zostać w domu, to zrób to. A jeśli nie możesz – to zrób wszystko, żeby móc: nie tylko ze względu na swoje bezpieczeństwo, ale też na zdrowie innych. W tej chwili na kwarantannie przebywają np. premier Kanady Justin Truedeau, którego żona jest zakażona koronawirusem, czy Tom Hanks z żoną, którzy zarazili się koronawirusem prawdopodobnie na planie nowego filmu. – Kwarantanna to nie jest czas wolny – podkreśla jednak minister zdrowia, Łukasz Szumowski i jego słowa mają głębsze znaczenie, niż myślimy. W przeciwieństwie do zaplanowanego urlopu, kwarantanna wcale nie jest dla nas korzystna. Przymusowa izolacja, bezczynność, nawet jeśli jest dobra dla naszego zdrowia fizycznego, to jednocześnie nie jest dla nas naturalna i nie sprzyja naszej psychice. Badania wskazują, że osoby, które na skutek choroby zmuszone są na dłuższy czas być oddzielone od bliskich, czują tego negatywne skutki nawet – uwaga! – trzy lata później.  Kwarantanna chroni przed koronawirusem, ale… Celem izolacji jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. I to jest wielki plus: dzięki kwarantannie możemy spowolnić przebieg pandemii i zwiększyć szansę na jej opanowanie. Ale sama kwarantanna też nie jest dla nas obojętna.  Artykuł opublikowany w  „The Lancet” podsumowuje szereg raportów badawczych, przeprowadzonych na grupach ludzi poddanych kwarantannie. Dla większości z nich przyniosła ona negatywne skutki dla zdrowia psychicznego, które trwały długo po jej zakończeniu. Nawet po trzech latach od zakończenia kwarantanny zespół stresu pourazowego występował u tych osób cztery razy częściej niż w grupie, która nie doświadczyła izolacji. Aż 60 proc. osób poddanych kwarantannie zgłosiło objawy...

Czytaj dalej
szczęśliwa starość
iStock

Carl Honoré o starości w radości: „I sport, i seks, i kreatywność – wszystko jest dostępne w starszym wieku”

„Wszyscy się zestarzejemy i żadne zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni. Ważne, by odnaleźć w procesie starzenia się też dobre strony”, wyjaśnia Carl Honoré, jeden z twórców ruchu „slow”, autor wielu książek – najnowsza to „Siła wieku” – w rozmowie z Aleksandrą Pezdą.
Aleksandra Pezda
03.09.2020

Starość to dla wielu osób gorsza perspektywa niż nawet śmierć. Niedołężność, brak samodzielności, samotność – w naszych wyobrażeniach starość wygląda jak pasmo udręki i cierpień. Ale przecież tak wcale nie musi być, przekonuje Carl Honoré, myśliciel i pisarz, w swojej nowej, mądrej i dającej nadzieję książce „Siła wieku”.  Aleksandra Pezda: Jesteśmy w tym samym wieku, nawet urodziliśmy się w tym samym miesiącu… Carl Honoré: W grudniu! Strzelec – świetny znak zodiaku. ...dlatego z niepokojem pytam: czy uważasz, że jesteś stary? Nie, ale dawniej zamartwiałem się swoim wiekiem. Aż zdałem sobie sprawę, że w każdym momencie mojego życia jestem starszy niż w poprzednim roku, a młodszy od siebie za rok. Na razie nikt nie wynalazł metody, żeby to zmienić, dlatego przestałem się przejmować. Zresztą słowo „stary” brzmi dla mnie jakoś sztywno. Gdzie jest ta granica, od której miałbym tak o sobie myśleć? I co – po pięćdziesiątce dojechałem do końcowego peronu i już nic się nie zdarzy? To okropnie dołujący punkt widzenia i zwyczajnie nieprawda.  A jednak – już o 50-latkach mówi się „seniorzy”.  Kiedy po pięćdziesiątce zabierałem się do napisania „Siły wieku”, też o sobie myślałem, że jestem stary. Pamiętam nawet moment, kiedy to się zaczęło – podczas meczu hokeja. Gram od kilkudziesięciu lat, to dla mnie coś więcej niż ulubiony sport czy okazja towarzyska. To również element kanadyjskiej tożsamości, ważny, tym bardziej że żyję poza krajem. Inny argument – ilekroć odbijam piłkę na boisku, czuję się znowu jak nastolatek. Aż do zawodów w Gateshead, w północnej Anglii, jakieś trzy lata temu. W ćwierćfinałach strzeliłem gola, który uratował moją drużynę....

Czytaj dalej
ołowica na Śląsku
Adobe Stock

„Dym zasnuwał wszystko. Nic tam nie rosło, dzieci bawiły się w błocie. Gdy mdlały, myślałam, że z głodu”

„Fakt, że dużo dzieci miało anemię, ale, wie pani, to były bardzo biedne dzieci, zaniedbane, myślałam, że z biedy są niedożywione. Mdlały, były słabe, miały bóle brzucha, biegunki, sczerniałe zęby. Ołowica daje takie objawy jak niedokrwistość. Działa też na centralny system nerwowy, skutkując obniżeniem intelektu – ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Przepisywałam im witaminy.”
Maria Zawała
13.06.2020

Była połowa lat 70-tych, kiedy w małej przychodni na obrzeżach Katowic zaczęła się dziwna choroba dzieci. Mdlały, bolał ich brzuch, miały biegunki. Wyniki krwi – fatalne. Młoda lekarka na początku podejrzewała anemię, niedożywienie. Okazało się, że to o wiele groźniejsza, nawet śmiertelna choroba: ołowica. Zaczęła się walka z czasem – i komunistycznym rządem.  „Ratowanie dzieci to był mój obowiązek. Zupełnie nie wyobrażam sobie, by lekarz mógł się zachować inaczej. Dzieci były chore, więc trzeba było działać”, mówi dziś  dr Jolanta Wadowska-Król.  Z wykształcenia i powołania jest pediatrą, w latach 70-tych uratowała kilka tysięcy katowickich dzieci z ołowicą. I chociaż nie trafiła do więzienia, to za ujawnienie choroby i przeciwstawienie się państwowym władzom zapłaciła wysoką cenę. Jej historia to właściwie gotowy materiał na film o kobiecie, która przeciwstawia się władzy  i lokalnym układom w imię zdrowia dzieci. Choć ona sama uważa, że nic wielkiego nie zrobiła. Maria Zawała: Uratowała pani przed zachorowaniem na ołowicę albo kalectwem czy nawet śmiercią z jej powodu tysiące dzieci z Katowic. Mówili wtedy o pani: „Matka Boska Szopienicka”. Dr Jolanta Wadowska-Król: Ale to było negatywne określenie mojej osoby! W komunie nie wszystkim się podobało, gdy głośno mówiłam, że mieszkańców Szopienic może ocalić tylko zamknięcie 150-letniej wówczas huty i przeoranie gruntu wokół niej. Ktoś mi opowiedział, że ówczesna dyrektorka sanepidu na jednym ze spotkań prychnęła: „Matka Boska Szopienicka się znalazła i miesza ludziom w głowach”. I tak to określenie do mnie przylgnęło. Pani dyrektor była członkiem Plenum KW PZPR, a w PRL-u nagłaśnianie tego, że dzieci masowo chorują na ołowicę, nie...

Czytaj dalej
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej