Katarzyna Bonda pisze o „przededniu końca świata”. Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to bezczynnie czekać
ADAM JANKOWSKI/REPORTER

Katarzyna Bonda pisze o „przededniu końca świata”. Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to bezczynnie czekać

„Ile mam jeszcze czekać i na co? Kto da sygnał, że świat jest bezpieczny? Czy za kolejny rok, kiedy wszystkich ogarnie już zbiorowa depresja, ktokolwiek będzie miał ochotę czytać jakieś książki?” – zastanawia się pisarka Katarzyna Bonda.
Sylwia Arlak
13.01.2021

Rok 2020 wszystkim pokrzyżował plany, a 2021 zapowiada się niepewnie. Mamy dość zakazów i nakazów, chcemy normalnie żyć. A co, gdybyśmy po prostu pogodzili się z myślą, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej?

Czytaj też: 10 rzeczy, dzięki którym rok 2021 może być naprawdę dobry (albo chociaż lepszy od 2020)

Odetchnij, pokochaj, usłysz siebie. Życzenia na święta i 2021 rok od „Urody Życia”

Katarzyna Bonda o czekaniu

„Podobno wystarczy dziewięćdziesiąt dni, by zmienić ludzką osobowość. Tyle trzeba, by skutecznie rzucić palenie, wyjść z toksycznej relacji, odnaleźć sens życia lub z wojownika uczynić niewolnika. Niebawem minie rok, odkąd zamknęli nas w domach. Pamiętam, że w marcu 2020 pisałam o byciu spokojnym, zanurzeniu się w miłości i oddychaniu, gdyż życie to oddech. Pisałam też o tym, że wirus to nic straszliwego – po prostu przypomina nam o rychłej śmierci. A wszystkich nas to wszak czeka... […] Nikt z nas – cywilów, bo może ludzie ze służb i lepiej poinformowani wiedzieli od razu, że koronawirus na zawsze odmieni świat – nie przypuszczał wtedy, że tyle to potrwa. Teraz problem jest zgoła inny. Nikt nie wie, kiedy to się skończy” – zaczyna swój wpis na Facebooku Katarzyna Bonda.

W dalszej części postu, nazywanego przez niektórych manifestem, pisarka zauważa, że wszyscy czekam na koniec, a jeśli nie na koniec, to chociaż na sygnał, kiedy to wszystko się skończy: „Kto może mnie przekonać, że to już koniec pandemii i spokojnie można kontaktować się z ludzkością? Nikt tego nie może zrobić za nas. Nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Bo takiej gwarancji po prostu nie ma”.

Czytaj też: „Kocha się raz? To wyczerpałam limit 19 żyć!” – Katarzyna Bonda w naszym kwestionariuszu Prousta

Koniec oczekiwania

Autorka kryminałów nie bagatelizuje ryzyka. Zdaje sobie sprawę, że jest ogromne, a ludzie z powodu koronawirusa umierają każdego dnia. „Lecz czy życie samo w sobie nie jest ryzykiem? Pamiętam, jakiś czas temu media informowały o wypadku autobusu o konstrukcji przegubowej. Pasażerowie części, która zwisała z wiaduktu, byli mocno poturbowani. Ci zaś, którzy usiedli z przodu – nie ucierpieli. Do autobusu wsiedli w tym samym momencie, z tego samego przystanku i samodzielnie wybrali sobie miejsca... Co sprawiło, że ci z przodu mieli tzw. szczęście, a pozostali – pecha? Kto o tym zadecydował? […] Są tylko trzy rodzaje spraw: moje, cudze i boskie. Jestem za tym, by zajmować się tylko tymi pierwszymi. Sprawy żniwiarza – koronki pozostawiłabym najwyższemu. Cudze – tym, do kogo one należą” – dodaje Bonda i zastanawia się: „Na co my bowiem czekamy? Na cud? Czego się boimy? Apokalipsy?”.

Zdaniem Katarzyny Bondy straszniejszy od koronawirusa jest lęk, z którym żyjemy od wielu miesięcy. A to właśnie człowiek podszyty lękiem jest najbardziej niebezpieczny. „Tak funkcjonowali ludzie w obozach, systemach totalitarnych, tak żyją ludzie uwięzieni. Zdradzają, są agresywni, nieobliczalni, kłamią, kombinują, krzywdzą... Wszystko po to, by ochronić siebie (oraz swoją rodzinę, bliskich)” – tłumaczy, dodając:

„Widzę wokół zachowania krańcowe. […] Kiedy przyglądam się niektórym, co wyprawiają, przypomina to przygotowania do samobójstwa (rozdawanie rzeczy, ucieczka w nieznane, listy pożegnalne, prośby o wybaczenie win, zakochiwanie się bez pamięci w osobach, których się nigdy nie widziało itd.)”.

Czytaj też: „Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?

Żyć pomimo wszystko

Jak pisze Katarzyna Bonda, najgorszy jest brak kontaktu z innymi ludźmi, bliskości, czułości. Strach, że każdy jest dla nas potencjalnym zagrożeniem. „Czy nie lepiej umrzeć, niż żyć w świecie, który nakazuje niekontaktowanie się z innymi? […] Ile mam jeszcze czekać i na co? Kto da sygnał, że świat jest bezpieczny? Czy za kolejny rok, kiedy wszystkich ogarnie już zbiorowa depresja, ktokolwiek będzie miał ochotę czytać jakieś książki? Ilu ludzi będzie miało siłę za rok po pracy zdalnej (i tak dalej) do tego, by z werwą być przedsiębiorczym, aktywnym...”.

Pisarka przekonuje, żeby brać, co daje los i zaakceptować nową normalność, bez lęku. Żeby nie rezygnować z życia, bo koniec świata może być blisko, a my, ludzie, potrzebujemy innych, żeby przetrwać. „Jesteśmy w przededniu końca świata. Ale sprawa się jeszcze waży. To my decydujemy, czy na ten koniec się zgadzamy. […] Mogę robić cokolwiek, byle odzyskać radość, cieszyć się, że żyję i zaprzestać czekania” – podkreśla, dodając:

„Człowiek jest jednostką społeczną. Jesteśmy całością z innymi. Wymieniamy się energią i czerpiemy od siebie, czy tego chcemy, czy nie. […] Teraz wszyscy zostaliśmy odłączeni od ładowarek. I jeśli tak pozostanie – to będzie tylko kwestia czasu, bo system zacznie padać. Najpierw siądzie nam psychika, dopiero potem przyjdzie głód, nędza i agresja. To będzie ostatni etap apokalipsy […] Jak zwykle przetrwają najsilniejsi. Ci, którzy nie tyle nie boją się mikrobów, ile nie lękają się. Nie boją się żyć ani umrzeć. Zamierzam dołączyć do tego właśnie grona. Choćby miało się to skończyć jakkolwiek”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Efekt pandemii koronawirusa: połowa Polaków ma trudności z seksem

Jak wynika z najnowszych badań, ponad połowa z nas skarżyła się na problemy z seksem w czasie lockdownu. Co czwarty Polak myślał o rozwodzie.
Sylwia Arlak
04.11.2020

Od początku zastanawialiśmy się, jak pandemia koronawirusa i związany z nią lockdown, wpłynie na nasze relacje. Wiele mówiło się o tym, że przymusowe zamknięcie w czterech ścianach skończy się falą rozwodów. Albo wręcz przeciwnie — że czeka nas wielki „baby boom”. Wiele odpowiedzi przynoszą najnowsze badania prof. Zbigniewa Izdebskiego, kierownika Katedry Biomedycznych Podstaw Rozwoju i Seksuologii na Wydziale Pedagogicznym UW. Wynika z nich, że u 22 procent badanych w pandemii związek się wzmocnił, 8 proc. przyznało, że widzą negatywne zmiany, a 66 procent, że ich relacja pozostała bez zmian. Te same badania mówią jednak o tym, że co czwarty Polak myśli o rozwodzie. 8 procent zastanawiało się nad tym jeszcze przed wybuchem pandemii. Dodatkowo wiemy już, że „baby boom” nam nie grozi. Niepewna przyszłość sprawiła, że aż 14 proc. ankietowanych postanowiło wstrzymać się z zakładaniem  lub powiększaniem rodziny. Pandemia i lockdown groźne nie tylko dla singli  Pandemia najbardziej dotknęła młodych ludzi od 18 do 29 roku życia. To im najbardziej doskwierało uczucie samotności i braku bliskich.  Z powodu przymusowego zamknięcia, częściej niż wcześniej (poprzednie badania dotyczące zdrowia i życia seksualnego Polaków ukazały się w 2007 roku) decydowali się na randki za pośrednictwem portali internetowych. Korzystało z nich aż 40 procent wszystkich respondentów. 17 procent szukało znajomości w innych miejscach w Internecie. Seks w czasie pandemii najbardziej cieszył młodych ludzi. U osób w średnim wieku (30-49) zanotowano spadek zainteresowania tymi sprawami, a u seniorów (60 plus) — wzrost. Ale są też złe wiadomości. Okazuje się, że w ostatnich miesiącach aż połowa z nas miała problemy z seksem.  Zmęczeniem tłumaczyło się 22 procent...

Czytaj dalej
iStock

Masz już serdecznie dość wiadomości o koronawirusie i COVID-19? Zobacz, co robić!

Z jednej strony masz już naprawdę dość śledzenia kolejnych wiadomości o koronawirusie, z drugiej chcesz jak najlepiej chronić siebie i swoich bliskich. To stresujące i wyczerpujące.
Sylwia Arlak
04.09.2020

Wszyscy jesteśmy w tym razem. Na bieżąco śledzimy informacje dotyczące koronawirusa. Najchętniej zapomnielibyśmy o pandemii, ale wciąż towarzyszy nam strach o własne zdrowie i zdrowie bliskich. Światowa ekspertka w dziedzinie zdrowia publicznego Allana Shakish w wystąpieniu TED tłumaczy, jak radzić sobie z tym nadmiarem informacji, zachowując bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek. Skup się na najważniejszych informacjach Kiedy docierają do ciebie kolejne wiadomości na temat  COVID-19, zadaj sobie pytanie: „Czy posiadanie tych informacji przyniesie korzyści mojemu życiu? Czy pozwoli mi podejmować bardziej przemyślane decyzje?”. Gromadzenie masy informacji, których nie możesz w żaden sposób wykorzystać, nic ci nie przynosi. Czy naprawdę musisz śledzić postępy poszczególnych badaczy, pracujących nad szczepionką? Chociaż sama myśl o przyszłej szczepionce, może dać ci poczucie nadziei, szczegóły mogą nie być tak ważne. Dla większości z nas najważniejszą informacją, którą należy śledzić, jest sposób przenoszenia wirusa. Tak samo wg lekarzy ważna jest nie sama liczba zarażonych – bo dziś wiemy, że większość z nich przechodzi chorobę w łagodny lub nawet bezobjawowy sposób – ale liczba osób, które z powodu COVID-19 znajdują się w szpitalach, bo dopiero te dane pokazują nam, jak poważna jest sytuacja.  Przeglądaj zaufane źródła COVID-19 jest mocno upolityczniony. Niektóre główne źródła wiadomości opierają swoje treści bardziej na opiniach niż na nauce. Ponadto organizacje medialne i publikacje (nieakademickie i akademickie) są pod ogromną presją. Nie czytaj tekstów napisanych przez samozwańczych analityków  i znawców-celebrytów.  Jeśli naprawdę chcesz pogłębić wiedzę o koronawirusie, czytaj...

Czytaj dalej
Sanna Marin premier Finlandii
East News

Kobiety zwyciężają w walce z pandemią koronawirusa. Przykład? Sanna Marin

34-letnia Sanna Marin dwa miesiące po objęciu stanowiska premier Finlandii musiała zmierzyć się z epidemią koronawirusa. Idzie jej świetnie, podobnie jak innym kobietom u władzy!
Magdalena Żakowska
14.05.2020

Finlandia od lat bije nas na głowę pod względem równouprawnienia. Miała już prezydentkę, premierki i przewodniczące parlamentu. Teraz na czele jedenastu z osiemnastu ministerstw tego kraju stoją kobiety. Najważniejsze z nich, to oprócz 34-letniej premierki Sanny Marin, 32-letnia minister finansów Katri Kulmuni, 35-letnia minister spraw wewnętrznych Maria Ohisalo, 32-letnia minister edukacji Li Andersson i 56-letnia minister sprawiedliwości Anna-Maja Henriksson. W szowinistycznych komentarzach w internecie rząd Sanny Marin nazywany jest „rządem szminki”, co ma sugerować, że tworzą go polityczki, które urodą i wdziękiem próbują zakryć brak doświadczenia. Estoński premier nazwał Sannę Marin „niewykształconą kasjerką, która została premierem” tylko dlatego, że Marin zarabiała jako studentka na kasie w piekarni. Niedoświadczona? Nic podobnego. Wszystkie z wymienionych wyżej ministerek stały wcześniej na czele swoich partii, a Sanna Marin pełniła też funkcję ministra transportu. Zasłynęła z tego, że zrezygnowała z samochodu i przesiadła się do komunikacji miejskiej, żeby bliżej poznać jej wady i zalety. Teraz też zaskakuje. Jako pierwsza premier w historii Finlandii odmówiła przeprowadzki do Kesaranty, XIX-wiecznej willi, która od 1919 roku pełni funkcję rezydencji premiera. Zdecydowała się pozostać w swoim 100-metrowym mieszkaniu w oddalonym o dwie godziny jazdy od stolicy miasteczku Tampere, które dzieli z partnerem i trzyletnią córką Emmą. Fakt, że Sanna Marin ma nieślubne dziecko oraz to, że w dzieciństwie wychowywały ją dwie lesbijki (jej mama po rozstaniu z jej ojcem alkoholikiem związała się z drugą kobietą) nie stanowią jednak dla konserwatystów tak wielkiego problemu, jak jej młody wiek. „Na każdym stanowisku, które do tej pory sprawowałam kwestia mojego wieku...

Czytaj dalej
Adobe Stock

Czy po koronawirusie czeka nas kolejna pandemia – plaga rozwodów?

Znikają codzienne atrakcje – spotkania ze znajomymi, wyjścia na miasto, wspólne zakupy. Izolacja pokazuje jaką relację tworzymy i czy jesteśmy sobie bliscy, kiedy naprawdę musimy być blisko.
Aleksandra Nowakowska
27.03.2020

Czy COVID-19 zbliży nas do siebie czy oddali na zawsze? Pandemia w każdej dziedzinie życia, też relacyjnej, wciąż przynosi więcej niewiadomych niż pewności. Można jednak przypuszczać, że efektem przymusowej domowej izolacji będą rozstania tych par, które straciły przyjemność z przebywania razem, a także ludzi, którzy nie potrafią się wspierać w sytuacji kryzysowej.  Pandemia 2.0 Aleksandra Nowakowska: W chińskich urzędach wprowadzono limit – tylko 10 wniosków rozwodowych dziennie. Czy fala rozwodów – jako konsekwencja izolacji domowej podczas pandemii koronawirusa – dotrze też do Polski? Fala rozwodów będzie dotyczyć wszystkich krajów dotkniętych pandemią. Izolacja społeczna wywołuje konkretne skutki i jednym z nich jest – obserwowana już w Chinach – przyspieszona destrukcja tych związków, które od pewnego czasu mierzyły się z mniej lub bardziej uświadomionym kryzysem. Myślę, że rozstania w pierwszej kolejności dotkną relacji powierzchownych, czyli tych par, które mijały się w pośpieszne poranki, a po późnych powrotach do domu każde wpatrywało się w swój komputer lub telefon. Nie mieli nawet czasu na przemyślenia na temat związku i podjęcie decyzji o rozwodzie. Teraz kiedy będą musieli przez dłuższy czas przebywać ze sobą, prawdopodobnie dojdą do wniosku, że niewiele ich już łączy, ale wcześniej izolacja domowa może okazać się dla nich koszmarem. Przymusowe przebywanie w domu to nie są wakacje ani święta. Mierzymy się z ogromnym stresem – o zdrowie i życie nasze oraz bliskich. Sporo osób boi się o dalszy rozwój kariery i o pieniądze. Stres narasta, niektórzy liczą się z bankructwem, koniecznością zmiany pracy, czy choćby z dłuższym kryzysem finansowym. Większość z nas z niepewnością. Na sesjach...

Czytaj dalej