Karolina Kuszlewicz: „Gdyby karpie miały głos, ludzie nie skazywaliby na takie męczarnie”
Aleksandra Kuszlewicz

Karolina Kuszlewicz: „Gdyby karpie miały głos, ludzie nie skazywaliby na takie męczarnie”

Wreszcie usłyszałam wyrok po mojej myśli i piękne etycznie uzasadnienie sędzi, że nie możemy kwestionować prawa karpi do odczuwania bólu, że ich naturalnym środowiskiem jest woda i poza nią nie wolno ich trzymać. Stałam w todze i płynęły mi łzy...
Aleksandra Pezda
03.12.2020

Same nie mogły się bronić. Nie mają głosu. Niektórzy uważali, że nic nie czuły, nie cierpiały, gdy żywe były pakowane w torby foliowe, bez wody. Mecenas Karolina Kuszlewicz przez sześć lat walczyła o prawo karpi do oddechu. Wygrała. Teraz została rzecznikiem praw wszystkich zwierząt. Długo czekały na kogoś, kto upomni się o ich prawo do życia bez łańcucha, klatki, o prawo do godnej egzystencji.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Karolina Kuszlewicz w obronie zwierząt

Aleksandra Pezda: Jak zarabia na życie adwokatka zwierząt? Psy i koty nie zapłacą za obronę przed sądem.

Karolina Kuszlewicz: Dlatego prowadzę również inne sprawy, klasycznie adwokackie, głównie z  zakresu spraw gospodarczych. A  w  imieniu zwierząt zwracają się do mnie o pomoc organizacje pozarządowe, aktywiści oraz ludzie, których po prostu obchodzi szczególnie los zwierząt. Już w  dzieciństwie byłam na to wrażliwa. Pamiętam wydarzenie, które mi to uświadomiło. Wychowywałam się w Sieradzu, kiedy dzieci jeszcze swobodnie bawiły się na podwórkach, całe dnie spędzaliśmy w  kontakcie z przyrodą. Ale nie podobało mi się, kiedy koleżanki i koledzy zbierali ślimaki, wkładali je do słoików i zabierali do domów. Oczywiście te zwierzęta się męczyły. Mnie to bolało. Na tamtym etapie rozumiałam tyle, że człowiek nie powinien zabierać słabszego zwierzaka z jego środowiska tylko po to, żeby się nim bawić.

Kto panią w tym wspierał?

Rodzice i babcia, która mnie wychowywała. Dzisiaj babcia ma 78 lat, od zawsze była wegetarianką, co w jej roczniku nie było wcale częste. A przejęła to po swoim ojcu. Też był wegetarianinem, co jeszcze mniej oczywiste, ponieważ był rolnikiem. Rodzinna legenda głosi, że któregoś dnia oświadczył, że nigdy więcej nie zje kurczaków, które hoduje, bo mu „rosną w gardle”. Tak została wychowana moja babcia, więc i ja.

W naszej rodzinie uważaliśmy, że nie wolno brać od zwierząt więcej, niż potrzeba. Nie było żadnych rozmów, moralizowania czy dyskusji. Podglądałyśmy z babcią przyrodę na jej działce i to mi wystarczyło, żeby zrozumieć tę prostą zasadę, że jesteśmy częścią przyrody, a nie jej panami. Babcia miała też psa, wyratowanego spod siekiery. Jego historia była dla mnie kolejną lekcją wychowawczą. Potem sprowadzałam do  domu kolejnych psich staruszków do  odratowania i to z ich powodu poszłam na prawo.

Młodzi ludzie zazwyczaj zostają aktywistami organizacji przyrodniczych.

Może pani wierzyć lub nie, ale ja wybrałam prawo od razu z myślą o  tym, że  będę się zajmować ochroną zwierząt. I  że będę dążyła do tego, aby zadośćuczynić ich krzywdom. Chciałam zdobyć twarde narzędzia interwencyjnej pomocy, żeby działać nieco inaczej niż organizacje aktywistyczne. Oczywiście te organizacje są bardzo potrzebne, ale ja chciałam pokazywać, że ochrona zwierząt jest jedną z najbardziej doniosłych kwestii współczesnego prawa. Chciałam też dążyć do jego zmian, do prawdziwego odrzeczowienia i upodmiotowienia zwierząt.

Co na to wykładowcy?

Że to niepoważne, że temat mało istotny. Że się na tym nie znają i nie czują tego, wreszcie – że prawo jest dla ludzi, nie dla zwierząt. Kiedy więc zdecydowałam, że poświęcę pracę magisterską zwierzętom, długo nie mogłam znaleźć promotora. Ludzie nawykli, że ochroną zwierząt zajmują się aktywiści. Gdybym więc poszła w aktywizm, to by dla wszystkich było normalne. Ale ja chciałam połączyć ochronę zwierząt z  prawem zapisanym w przepisach, a  to uchodzi za bardzo poważny temat, z  początku spotkałam się więc z lekceważeniem. Moim promotorem zgodził się zostać wreszcie profesor Jerzy Menkes, specjalista od prawa międzynarodowego publicznego, który uznał za ciekawe i ważne sprawdzenie, jak zwierzęta chronione są w prawie międzynarodowym i konstytucjach innych państw.

A jak są chronione?

Na przykład Niemcy stawiają prawa zwierząt na ważnym miejscu i wskazują to wprost w konstytucji. Zapisano w  niej, że państwo chroni środowisko naturalne oraz zwierzęta. Austria i Wielka Brytania zakazały hodowli zwierząt na futra. Z kolei konstytucja w  Słowenii chroni zwierzęta przed okrutnym traktowaniem. Nie tylko te zapisy prawne są trafne, ale też skuteczność ich egzekwowania jest wyższa niż u  nas. W Polsce teoretycznie nie można się znęcać nad zwierzętami, ale około 75 procent zgłoszeń policja umarza. Nie  dopatrują się znęcania, kiedy pies jest głodzony, ale nadal żyje.

Czytaj też: Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

O czym stanowi nasza konstytucja?

W Polsce – na razie – wartością konstytucyjną jest jedynie środowisko naturalne, z pominięciem ochrony zwierząt przed cierpieniem. Z tego właśnie powodu kilka lat temu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że ubój rytualny, mimo że skazuje zwierzęta na ogromne cierpienia, jest dozwolony. To dlatego, że nasza konstytucja chroni religię, ale zwierząt nie wymienia. I kiedy trzeba było rozstrzygnąć, która wartość jest ważniejsza: swoboda praktyk religijnych czy ochrona zwierząt przed cierpieniem, wygrała religia – z powodu zapisów w konstytucji.

Zwierzęta powinny mieć prawa konstytucyjne?

Mówi się, że poziom ochrony zwierząt jest odzwierciedleniem rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa. Ja się z tym zgadzam. Powie pani może, że to ludzie tworzą prawo, a zwierzęta nigdy nie będą autorami konstytucji czy kodeksu karnego? To prawda. Jednocześnie tym ludzkim prawem regulujemy życie zwierząt od urodzenia aż do śmierci –  tak jest w przypadku zwierząt hodowlanych. Dlatego to samo prawo musi chronić zwierzęta – i to przed ludźmi. Oto cała złożoność sytuacji.

W Polsce w jednych przypadkach uznajemy, że humanitarna ochrona przed cierpieniem jest wartością nadrzędną – na przykład kiedy chodzi o  zwierzęta towarzyszące, jak psy czy koty. Innym razem, traktujemy zwierzęta jak użyteczny przedmiot – to w  przypadku zwierząt hodowanych na futra. I  pozwalamy na przykład na to, żeby lisy całe życie spędzały w klatkach półmetrowej wysokości. Słowem, stosujemy podwójne standardy. Dla kontrastu: w  Nowej Zelandii przyznano osobowość prawną rzece Whanganui, ponieważ dla rdzennej ludności maoryskiej ta rzeka posiada duszę. Rzece przydzielono urzędowego reprezentanta, który dba o  jej dobrostan, m.in. czystość wód.

Ale jak upodmiotowić zwierzęta, zwłaszcza gdy są przydatne w gospodarce?

Są tacy, którzy próbują. Jak amerykański prawnik Steven M. Wise, który wykłada prawa zwierząt m.in. na Harvardzie. Wise walczy o upodmiotowienie prawne szczególnie szympansów, wykorzystywanych do eksperymentów laboratoryjnych. Prześledził orzecznictwo w USA i  zauważył, że najważniejszą wartością chronioną przez prawo jest samostanowienie jednostki. Wyprowadził z tego wniosek, że skoro uznajemy szympansy za istoty o podobnej strukturze do ludzkiej, powinniśmy również przenieść na nie prawo do samostanowienia. A  gdyby tak się stało, nie moglibyśmy ich trzymać w niewoli. W USA obowiązuje prawo precedensu, zatem gdyby Wise wygrał proces w  imieniu szympansów,  to nie tylko one by na tym zyskały. Wtedy możliwa byłaby sytuacja, żeby – na wzór upodmiotowionych rzek –  praw zwierząt bronili wyznaczeni urzędnicy. Wise ma jednak wielkiego przeciwnika – potężne lobby gospodarcze związane z  hodowlą zwierząt. I jak dotąd żadnego procesu ostatecznie nie wygrał.

Moralność przegrywa z biznesem?

Patrząc realnie, trudno sobie wyobrazić sytuację, w której wyeliminujemy zupełnie eksploatowanie zwierząt przez ludzi. Powinniśmy jednak zdecydowanie rewidować granicę między uzasadnionym interesem człowieka a  ochroną zwierząt. Czy będziemy chronić tylko zwierzęta towarzyszące, jak psy i koty, a pozostałe już nie? Czy i  na ile dopuszczamy, żeby funkcjonował wielki przemysł, w którym zwierzęta są produktem? A jeśli dopuszczamy, to w  jaki sposób chcemy chronić eksploatowane zwierzęta przed cierpieniem? Każdy z  nas w ramach swoich możliwości i swojego sumienia powinien zrobić chociaż krok w kierunku takiej decyzji.

Co się pani udało?

Jestem weganką, mięsa nie jem od dziecka, a jako dorosła zrezygnowałam z innych produktów pochodzenia zwierzęcego. Staram się też nie kupować rzeczy ze skóry. Dysponujemy już nowoczesną technologią, dzięki której nie musimy eksploatować zwierząt, żeby się ubrać, nawet w trudnych warunkach klimatycznych. To są jednak moje wybory. Innych nie oceniam, ale proszę: bądźmy uważni na inne istoty poza naszym gatunkiem.

Czytaj także:Skąd się bierze to, co jesz?” Aleksander Baron, słynny szef kuchni o tym, jak możemy jeść etyczniej

Pani wygrała coś więcej – proces w imieniu karpi o prawo do oddychania. Jak do tego doszło?

Przyszła z tym do mnie Renata Markowska, prezeska Fundacji Noga w Łapę. Publikowałam już artykuły o  ochronie zwierząt, ktoś mnie jej polecił. Pokazała nakręcone w supermarkecie wideo. Żywe karpie leżały w skrzynkach bez wody, sprzedawcy wrzucali je do reklamówki, a ryby, łapiąc z trudem ostatnie hausty powietrza, towarzyszyły ludziom w dalszych zakupach. Zna pani ten widok – reklamówki z trzepoczącym się karpiem wewnątrz? Mną wstrząsnął. Ludzie to robią, bo ryby nie mają głosu – nie krzyczą. Gdyby karpie krzyczały, nie potrafiliby ich skazywać na takie męczarnie.

Policji, prokuratury i sądu to nie ruszyło.

Tak było przez sześć lat. W ustawie o ochronie zwierząt jest zapisane, że transport powodujący cierpienie to znęcanie się, że powodowanie bólu jest znęcaniem. Byłam przekonana, że tę sprawę szybko wygramy. Ale nikt nie chciał uznać cierpienia ryb. Policja i  prokuratury umarzały kolejne zgłoszenia, a kiedy udało się dotrzeć do sądu – przegrywaliśmy. To był bardzo trudny proces. Byłam przekonana, że mam rację, również z prawnego punktu widzenia, ale zwątpiłam w to, czy się przebijemy z  niemym głosem ryb. Jak katarynka powtarzałam przed sądem na kolejnych rozprawach, że to walka o  pryncypia, bo o prawo do oddechu.

Jakie argumenty padały z drugiej strony?

Że karp nie czuje bólu, że może oddychać przez skórę. I rzeczywiście –  w  jakimś zakresie karp może oddychać przez skórę, ale to tylko kilkanaście procent zapotrzebowania. To nie znaczy, że się nie męczy. Podawałam w sądzie przykład, że psa można głodzić przez pięć dni, a na szósty podać pokarm –  nie umrze, ale męczy się okrutnie.

Tłumaczyłam, że czymś innym jest ochrona przed cierpieniem i zbędną krzywdą, a  czymś innym zapewnienie minimalnych warunków do przeżycia. Karpie są w stanie przetrwać w reklamówce, aż zostaną w niej doniesione ze  sklepu do wanny, w której się je zabije. Ale to nie znaczy, że przy tym nie  cierpią.

Kiedy nastąpił przełom?

Wniosłam kasację do Sądu Najwyższego i 13 grudnia 2016 roku stałam w sali rozpraw gotowa na kolejny niekorzystny wyrok. A wtedy usłyszałam wyrok po mojej myśli i piękne etycznie uzasadnienie sędzi, że ustawa o ochronie zwierząt dotyczy również karpi, że nie możemy kwestionować ich zdolności do odczuwania bólu i cierpienia. Że naturalnym środowiskiem karpi jest woda i  poza nią nie wolno ich trzymać. Stałam w todze, płynęły mi łzy, a w duchu sama siebie za to strofowałam. Ale miałam za sobą sześć lat walki bez światełka w tunelu. To był symboliczny wyrok, zapadł tuż przed sezonem na karpie.

Kto pani podziękował?

Największym podziękowaniem byłoby doprowadzenie do tego, żeby ten wyrok był w pełni respektowany. Co prawda już dużo zmienił, wielu sprzedawców go przestrzega – to widać przede wszystkim w supermarketach. Jednak na bazarach nadal bywa źle.

Została pani Rzeczniczką do spraw Ochrony Zwierząt przy Polskim Towarzystwie Etycznym. To nie urząd i nikt nie musi słuchać pani racji.

Ta nominacja ma wymiar symboliczny. Organizacja, która mnie mianowała, złożona jest z wybitnych naukowców, którzy rozważają aspekty etyczne dotyczące zwierząt. Uznajemy, że stosunek człowieka do zwierząt jest jednym z  najważniejszych wyzwań moralnych XXI wieku. Potrzebny jest nam namysł etyczny i prawny nad tym, jak kształtować się będzie świadomość i wrażliwość ludzi w tej dziedzinie. Moja funkcja ma łączyć doświadczenie naukowe z  doświadczeniami praktyki sądowej.

Od czego pani zacznie?

Chciałabym organizować spotkania informacyjne o tym, jak można pomagać zwierzętom. Ludzie często nie znają swoich możliwości prawnych. Pytają mnie: co jest przestępstwem, kiedy można właścicielowi odebrać zwierzę, jeśli jest zaniedbane, jak sobie radzić w  sytuacjach, gdy policja czy straż miejska nie chcą reagować na zgłoszenia o krzywdzie zwierząt? Inna rzecz, że taka funkcja, jak moja, powinna zostać powołana na szczeblu państwowym. Dzisiaj zwierzęta mimo teoretycznej, ustawowej ochrony nie mają swojego instytucjonalnego reprezentanta. Nie będzie nim nigdy ani Ministerstwo Rolnictwa, ani Ministerstwo Środowiska bo ich interesy zawsze będą rozbieżne z  interesami zwierząt.

Ma pani już swoich uczniów?

Mam grupę aplikantów, którzy chcą się skupić na prawnych aspektach ochrony zwierząt. Przychodzą studentki i studenci prawa, żeby się czegoś w tej dziedzinie dowiedzieć. Dzisiaj to jeszcze mało popularne, ale ta specjalizacja jest przyszłościowa, mimo że – jak pani zauważyła – zwierzęta za usługę nie zapłacą.

Prawnicy w ochronie zwierząt są bardzo potrzebni. Są całe grupy wrażliwych na los zwierząt, są organizacje, które wzięły na swoje barki cały ciężar realizowania ustawy o ochronie zwierząt. Finansują ich leczenie, ratują przed opresją, organizują im domy tymczasowe. Chociaż to rola państwa. Nie dziwię się, że na końcu tej drogi nie mają pieniędzy, żeby płacić profesjonalnym prawnikom za wsparcie. W  związku z tym zakładane przez te organizacje sprawy umierają, bo kiedy prokuratura je umorzy, działacze i aktywiści nie potrafią prawidłowo tych decyzji zaskarżyć.

Kolejny proces będzie w imieniu…

...ptaków. Pracuję właśnie nad zawiadomieniem do prokuratury. Niemal we wszystkich blokach ptaki mieszkają obok ludzi. Dlatego przy okazji remontów powinny być wymagane opinie ornitologiczne, żeby nie niszczyć gniazd i lęgów. Tak się nie dzieje. Prezeska Fundacji Nogą w Łapę już wydrapywała spod świeżego tynku żywe pisklęta, które zostały bezmyślnie zamurowane. Analogicznie do procesu w sprawie karpi chciałabym wykazać, że również ptaki muszą być chronione przed cierpieniem, że ustawa o ochronie zwierząt dotyczy również ich.

***

Rozmowa z Karoliną Kuszlewicz ukazała w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wilk w zoo
Unsplash

Ludzie i wilki: o naszym stosunku do dzikich zwierząt mówi Lars Berge, autor książki „Dobry wilk”

„Wilk to wilk. To nie jest nasz kumpel. On nie jest ani dobry, ani zły”, mówi Lars Berge, autor książki o wypadku w szwedzkim zoo, w którym osiem wilków zagryzło swoją opiekunkę.
Anna Maziuk
05.07.2020

Ogrody zoologiczne coraz częściej nie są już parkami rozrywki, ale ostoją dla dzikich zwierząt, które z różnych powodów nie poradziłyby sobie na wolności. Jednak to wciąż nie jest reguła. Tymczasem traktowanie zwierząt jako źródła rozrywki może skończyć się i dla nas, i dla nich tragicznie, czego przykładem jest historia, jaka zdarzyła się w szwedzkim Kolmården, największym zoo w Skandynawii, w którym nie dość, że próbowano dzikość oswajać, to jeszcze na niej dobrze zarobić. Turyści mogli wchodzić do wilczej zagrody i „bawić się” z drapieżnikami. Tak było do momentu, kiedy w 2012 roku jedna z pracownic zoo, 30-letnia Karolina, została zagryziona przez wilki, które wykarmiła od szczeniaka.  Szwedzki dziennikarz Lars Berge postanowił sprawdzić, jak w czasach, kiedy dysponujemy dużą wiedzą o zachowaniach zwierząt i niemal nieograniczonymi możliwościami technologicznymi, doszło do takiej tragedii. Polska premiera książki napisanej po jego dziennikarskim śledztwie niemalże zbiegła się w czasie z akcją ratowania tygrysów w poznańskim zoo i dyskusją o roli tego typu instytucji w Polsce. Anna Maziuk: Dlaczego zająłeś się sprawą ataku wilków z ogrodu zoologicznego na opiekunkę? Lars Berge: W dniu wypadku mówili o tym we wszystkich szwedzkich wiadomościach. Słuchałem radia i usłyszałem, jak dyrektor działu handlowego zoo wyraził smutek i szok w związku z tragedią, ale niemal natychmiast dodał zdanie o konsekwencjach tego zdarzenia dla „marki” wilka, tak jakbyśmy mieli do czynienia z produktem. Uderzyło mnie to. Produktem może być napój gazowany czy płatki śniadaniowe – ale nie zwierzę. Pomyślałem też, że skoro wilk ma swoją markę, to ma też historię założycielską, która...

Czytaj dalej
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej
psi behawiorysta
Unsplash

Pies na kozetce u psychologa: w czym może mu (i nam!) pomóc psi behawiorysta?

„Przychodzą pacjenci i chcą, żeby zwierzak przestał gryźć lub szczekać. Dlaczego nie pytają, co on czuje? Jak funkcjonuje?” – mówi Aneta Awtoniuk, zoopsycholożka.
Paweł Sulik
04.08.2020

Pies albo kot to nie zabawka, którą można włączyć, wyłączyć albo oddać komuś innemu, kiedy już sie nam znudzi. Banał? A jednak wciąż trzeba o nim przypominać. Wychowanie domowego zwierzaka nie zawsze jest łatwe: zdarza się, że kot sika, pies wyje, szczeka, jest agresywny… – w takich sytuacjach pomoże psi behawiorysta. Dużo możemy też od niego dowiedzieć się o sobie samych. Paweł Sulik: Kim jest behawiorysta? Czy to osoba zajmująca się tresurą zwierząt? Aneta Awtoniuk: Behawiorysta to specjalista od zachowań. Wie, jakie zachowania są typowe, a jakie odbiegają od normy, potrafi je zmodyfikować. Szkolenie to domena treserów. Nie znoszę jednak tego słowa – treserzy są w cyrkach, wolę nazywać siebie trenerką. Szkolę bowiem nie tylko zwierzę, ale i człowieka. Podobnie w  przypadku terapii behawioralnej moimi pacjentami są zarówno zwierzęta, jak i ich opiekunowie. W 90 procentach kłopoty, których przysparzają zwierzęta, są wynikiem tego, co niewłaściwego w  relacji z  nimi robi człowiek. Z jakimi problemami styka się pani w pracy najczęściej? Jesteśmy otoczeni zdjęciami ślicznych piesków i kotków umieszczonymi na portalach społecznościowych, ale moi pacjenci przychodzą naprawdę sfrustrowani. Najczęściej słyszę, że pies gryzie kanapę, kot sika na pościel itd. Zdarza się, że koty są agresywne wobec gości w domu, polują na stopy, kiedy tylko ktoś zdejmie buty. Właściciele wierzą, że istnieje szybka i skuteczna metoda, żeby skorygować uciążliwe zachowania zwierząt. Myślą, że wystarczy sięgnąć po odpowiednią pastylkę, którą ja, behawiorystka zwierzęca, zalecę, a zwierzę momentalnie przestanie sprawiać problemy. Nikt nigdy nie przyszedł do mnie dowiedzieć się, co czuje i jak funkcjonuje jego pies czy kot, zawsze przychodzą pacjenci, którzy...

Czytaj dalej
Sharon Stone i Michael Douglas w „Nagim instynkcie” / East News

Od „Nagiego instynktu” po „Lolitę”. 10 filmów ocenzurowanych z powodu seksu

Dlaczego „Nagi instynkt” wzbudził takie protesty? Nie, wcale nie chodziło o to, w jaki sposób Sharon Stone zakłada nogę na nogę, ale o coś zupełnie innego… Oto 10 filmów, które miały kłopoty z cenzurą. Za wyświetlanie niektórych można było trafić do więzienia.
Anna Zaleska
31.07.2020

Chociaż podobno żyjemy w czasach, kiedy wolno pokazać wszystko, a polskie „365 dni”, uznawane przez wielu krytyków za zwykłe porno, święci międzynarodowe triumfy na Netfliksie, cenzura nadal ma się dobrze (i  kto wie, może to nie jest złe?). Zobaczcie 10 wielkich filmów światowego kina, w których „momenty były” – ale niejednokrotnie zostały wycięte.  Nagi instynkt (USA 1992, reż. Paul Verhoeven) Przeciwko filmowi z Sharon Stone protestowali i konserwatyści, i liberałowie. Aktywiści gejowscy już na etapie zdjęć obrzucali plan filmowy torebkami z farbą, dmuchali w gwizdki i namawiali przejeżdżających obok kierowców do naciskania klaksonów. Uważali, że postać lesbijki morderczyni będzie pożywką dla homofobii i nastrojów antygejowskich. W jednej z gazet w San Francisco wykupili nawet całostronnicową reklamę nawołującą, by nie iść na „Nagi instynkt” do kina, z tekstem: „Hollywood konsekwentnie przedstawia nas jako ofiary lub psychopatów. Nie wydawaj swoich pieniędzy, żeby oglądać popisy homofobii i mizoginizmu”.    Organizacje konserwatywne protestowały natomiast, twierdząc, że film podkopuje tradycyjne amerykańskie wartości. Groziło mu przyznanie kategorii NC-17 (zakaz wstępu dla każdego, kto nie ukończył 17 lat), co oznaczałoby o wiele niższe wpływy do budżetu. Ostatecznie zmontowano mniej drastyczną wersję „Nagiego instynktu”, która dostała od komisji kwalifikacyjnej kategorię R (film mogą oglądać nastolatki w towarzystwie osoby dorosłej i może być bez ograniczeń reklamowany w prasie). Ale pewien kardynał wystosował po jego premierze apel, by stworzyć dla filmu i telewizji nowy kodeks moralny, zakazujący nagości, lubieżnych uścisków, brzydkich wyrazów i bluźnierstw. I Bóg stworzył kobietę...

Czytaj dalej