Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”
Rafał Masłow dla „Wysokich Obcasów”

Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”

„Długo żyłam z przekonaniem, że jak pojawia się dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie dzielisz się tym, co czujesz. Zaraz po tej rozmowie mam randkę z mężem”, mówi Justyna Nagłowska, dziennikarka, autorka podcastu „Matka też człowiek”, żona Borysa Szyca.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Justyna Nagłowska i Borys Szyc pobrali się w grudniu zeszłego roku na Balearach. Justyna ma trójkę dzieci: 12-letnią Franię i 10-letnią Stefkę z pierwszego małżeństwa i 4-miesięcznego synka Henryka z Borysem Szycem.

Magdalena Żakowska: Macie z Borysem trójkę dzieci, wszystkie w zasadzie odchowane. Szansa na drugą młodość. Po co kolejne dziecko?

Justyna Nagłowska: Z miłości. Znalazłam mężczyznę mojego życia i chciałam doświadczyć macierzyństwa razem z nim. Dałam mu upragnionego syna. Wspólnie zaczynamy od nowa – bóle pleców, bo non stop nosimy Henia, a zaraz zacznie się chodzenie z nim za rączkę, czyli w zgięciu wpół. Potem bieganie za rowerkiem, te wszystkie przedszkolne przedstawienia i dziesiątki godzin zabaw, kiedy trzeba być tu i teraz. Będzie wspaniale, będzie ciężko, ale będziemy w tym razem. Henio scalił naszą rodzinę. Jesteśmy za niego ogromnie wdzięczni. I ciągle jeszcze nie możemy się na niego napatrzeć. Wiem, że każda matka chwali swoje dziecko, ale on jest naprawdę wyjątkowy. Od urodzenia jest chłopczykiem, nie miał w sobie nic z niemowlaka – takie mądre spojrzenie, dojrzałe rysy. Wykapany tata. 

Urodził się w pandemii.

To był duży stres. Lubię mieć wszystko precyzyjnie zaplanowane, a do końca nie wiedziałam nawet, czy będziemy mieli szansę na rodzinny poród. I świat się zmienił – jestem ciekawa, jak to wpłynie na Henia i jego pokolenie. 

Który z mitów dotyczących macierzyństwa uważasz za najbardziej szkodliwy?

Właśnie nagrywam podcast o tym, jak śpią dzieci. Bardzo szkodliwe wydaje mi się powiedzenie „Śpi jak niemowlę”. To powiedzenie koło niemowlęcia nigdy nie leżało. Nie widziało go nawet na zdjęciu. I kiedy zostajesz po raz pierwszy matką, a twoje dziecko budzi się w nocy co dwie godziny, co jest – umówmy się – normą, wydaje ci się, że to twoja wina, że gdzieś popełniasz błąd. Tych mitów jest zresztą strasznie dużo, nie potrafiłabym wskazać najbardziej szkodliwego. Szkodliwe jest wszystko, co jest zakłamane, a obraz macierzyństwa jest zakłamany totalnie. 

O tym jest twój podcast „Matka też człowiek”.

Chciałam pokazać macierzyństwo bez ściemy. Ale jak zaczynałam go nagrywać, nie sądziłam, że macierzyństwo jest aż tak kontrowersyjnym tematem. Kobiety nie dają sobie prawa do popełniania błędów, często nie próbują nawet wyrobić sobie własnego modelu macierzyństwa, podążają ślepo za tym, co przeczytały. A przecież każda z nas jest inna. Każde dziecko jest inne. I każda kobieta ma prawo czuć się superbohaterką tylko dlatego, że urodziła dziecko. A nikt nam tego nie ułatwia. Popatrz na słownik związany z porodem: schodzący czop, odchody połogowe, obkurczanie macicy, połóg. Koszmar, a przecież rodzi się piękne nowe życie! Fajnie by było to zmienić. Ja właśnie odkrywam własny model dojrzałego macierzyństwa i to genialna przygoda.

Dawaj.

Jestem dla siebie dużo bardziej wyrozumiała. Ciało goi się wolniej – trudno. Na początku trzeba sto procent siebie poświęcić dziecku – nie walczę z tym. I starałam się na nic nie nastawiać, bo zdaję sobie sprawę z tego, że jestem inną osobą w kompletnie innym miejscu z kompletnie innym mężczyzną. 

Kiedy twoje córki były małe, przeszłaś depresję.

Rozwodziłam się, miałam kryzys zawodowy i depresję. Wszystko naraz. Byłam w totalnym rozpadzie, a poczucie własnej wartości miałam w zaniku.

Myślisz, że fakt, że Henio urodził się w momencie, kiedy masz to wszystko już za sobą, jesteś dużo bardziej świadomą kobietą i matką, będzie miało wpływ na to, jakim będzie dzieckiem, człowiekiem?

Tak. Myślałam o tym ostatnio i od razu pojawiła się we mnie potrzeba, żeby ukarać się za to, że dla córek nie byłam wystarczająco dobrą mamą. Ale byłam najlepszą mamą, jaką potrafiłam wtedy być. Nigdy nie zrobiłam nic wbrew swoim dzieciom. 

Powiedziałaś, że każda ciąża jest inna, ale doświadczenie w macierzyństwie jednak jest komfortem.

Pewnie! Nie przespałam jeszcze ani jednej pełnej nocy i czuję, że moje ciało odmawia już posłuszeństwa. Ale w momencie, w którym to mówię, już wiem, że jak nasza rozmowa się ukaże, to pojawią się komentarze o tym, że „Justyna Nagłowska narzeka, że ma jakieś problemy”. 

Nasze matki rodziły w trudniejszych warunkach, babki rodziły w czasie wojny, prababki to w ogóle na polu w kapuście, a ja w eleganckim szpitalu. Miałam cesarkę, więc w ogóle się nie narobiłam, w zasadzie wyjęto ze mnie dziecko. I jeszcze narzekam. 

Myślisz, że z tego wynika nasza potrzeba lukrowania macierzyństwa?

W dużym stopniu. Tyle że dla mnie nie narzekać, kiedy jest mi ciężko, jest równoznaczne z wypierać. Lukrowanie i wypieranie prędzej czy później do nas wróci ze większą siłą, dosięgnie nas. Ja wolę załatwiać to wszystko na bieżąco. Jestem niewyspana i jest mi ciężko. Mam jeszcze dwoje dzieci, wróciłam do pracy, a na razie ze zmęczenia mam kłopot ze sprawnym formułowaniem myśli. Po prostu brakuje mi słów. To nie jest narzekanie, tylko fakt. Zresztą jedno z najczęściej zadawanych mi pytań to: „A jak śpicie?”. 

„Wy” to pierwszy etap. Potem dziecko staje się wszystkim, a matka niepostrzeżenie znika. 

Pierwszym etapem jest ciąża. Jesteśmy ważne, kiedy jesteśmy w ciąży, dopóki nie urodzimy dziecka. A drugim poród, kiedy dzidziuś staje się numerem jeden.

Potem znikamy i wszyscy pytają tylko o to, jak się miewa dzidziuś. Ale nie dotyka mnie to już w tym samym stopniu, co przy dwóch pierwszych córkach, bo dziś sama potrafię o siebie zawalczyć. Niepytana opowiadam, jak się czuję, kiedy mam potrzebę, żeby to zakomunikować. Dzięki temu nie mam pretensji do całego świata. Ale najbardziej boli mnie to, jak kobiety lubią się nawzajem krytykować.

Pamiętam, jak wrzuciłaś na Instagram zdjęcie pokoju dla Henia. Jeden z pierwszych komentarzy był o tym, że nad łóżkiem nie powinno być półki, bo jeszcze coś z niej spadnie. Nie wkurza cię to?

Wkurza. Mam wrażenie, że przez Instagram macierzyństwo stało się trudniejsze, bo chcąc nie chcąc same wystawiamy się na te oceny. Nie zazdroszczę kobietom, które zostały mamami po raz pierwszy i mają konto na Instagramie. Bo każdy uważa, że jego rada jest ci najbardziej potrzebna. Często nie ma w tym złej woli, to taki odruch. Mój kolejny podcast będzie właśnie poświęcony nieproszonym radom. 

Miałaś po porodzie kryzys kobiecości?

Przez chwilę miałam, kiedy kilogramy zbyt wolno spadały. Szykuję podcast na temat ciała kobiety po porodzie. Zaprosiłam do niego lekarkę, chirurg plastyczną, bo być może sama zdecyduję się kiedyś na plastykę brzucha. Ale daję mojemu ciału jeszcze czas – minimum dziewięć miesięcy, czyli tyle, ile się zmieniało podczas ciąży, daję mu teraz na to, żeby się spokojnie zregenerowało. 

Czyli nie jesteś z tych, co z dumą obnoszą blizny i rozstępy?

No nie. Znam tę teorię, że to blizny miłości, ale jakoś tego nie kupuję. Mam jedno życie i chcę się w nim czuć sexy. Wzięłam się za siebie – pływam i chodzę na endermologię, żeby pobudzić bliznę po cesarskim cięciu do gojenia. Na Instagramie natychmiast pojawiły się pytania o to, gdzie w tym czasie jest moje dziecko. Odpowiedź brzmi: ze swoim tatą. Przecież dziecko ma dwoje rodziców i mama tak samo zasługuje na czas tylko dla siebie, kiedy i tak jest on mocno ograniczony przez godziny karmienia.

Czy miłość do trzeciego dziecka różni się czymś od miłości do poprzednich dzieci?

Wydaje mi się, że każde dziecko kocha się na inny sposób. Henia kocham w tej chwili po prostu za to, że jest. Właśnie rozmawialiśmy z Borysem o tym, że już niedługo zaczną się wykształcać cechy jego charakteru. Starsze dzieci mają już te cechy wykształcone, jedne z tych cech lubimy bardziej, inne mniej. Nie lubimy szczególnie tych, które siedzą w nas i wyszły z nas, a teraz widzimy je w lustrzanym odbiciu. Ja też przeglądam się w moich córkach jak w lustrze, co działało często jak płachta na byka. Podczas terapii zrozumiałam, że wychodzę do nich z pozycji dziecka. Były u mnie w domu trzy spierające się ze sobą dziewczynki – ja i moje córki. A potem zorientowałam się, że nie jestem dla nich autorytetem, że jak coś mówię, to nie biorą tego poważnie albo negują. Bardzo dużo czasu zajęło mi ukochanie mojego wewnętrznego dziecka. To jest najtrudniejsze w byciu mamą.

Co to znaczy „ukochać wewnętrzne dziecko”?

Każda z nas ma jakieś traumy z dzieciństwa, to nie musi być od razu przemocowy dom. Tylko coś, co ktoś ci powiedział, czego nikt ci nie wyjaśnił, a co z tobą rosło. Cofnęłam się do mojego dzieciństwa i coraz więcej zaczynałam z siebie samej rozumieć – dlaczego jestem, jaka jestem. I przyszedł taki dzień, który już zawsze będzie ważną datą w moim życiu, w którym poczułam gotowość, żeby to moje wewnętrzne dziecko, małą Justynkę, ukochać. Powiedzieć jej, że dorosłam i żeby się tego nie bała. Tego dnia wzięłam odpowiedzialność za swoje życie i za swoje dzieci. Stało się to całkiem niedawno, jakieś trzy lata temu. Ogromne wyzwanie, chociaż może tak nie brzmi. 

I już tak na zawsze zamknęłaś przed tym wewnętrznym dzieckiem drzwi?

Nie, bardzo często się do niej odwołuję, tyle że świadomie. Wcześniej ta dziewczynka decydowała o mnie i za mnie. A teraz moim celem jest wychować moje dziewczynki na świadome kobiety, które będą potrafiły wyrażać swoje emocje i rozmawiać o nich. Nawet jak mi wprost mówią czasami, że sobie z nimi nie radzą, to postrzegam to za sukces. 

A porażki?

Ocenianie i porównywanie dzieci. Nie wolno porównywać rodzeństwa do siebie. Chodziłam z siostrą do tej samej szkoły, ona była prymuską, a ja miałam dużo ciekawszych zajęć niż nauka. I zawsze słyszałam od nauczycielek: „Bierz przykład z siostry”. W domu też nas porównywano – wiem, że rodzice nie robili tego w złej wierze, kiedyś nie było żadnej wiedzy, jak wychowywać. Uświadomiłam sobie, że zaraz po urodzeniu Henia nie poświęcałam moim córkom tyle uwagi, ile powinnam. Bo byłam w połogu, potrzebowałam ciszy i spokoju. Na początku miałam problemy z laktacją i musiałam spędzać dużo czasu z laktatorem. Wymyśliłam więc, że podczas ściągania pokarmu będę poświęcała uwagę wyłącznie dziewczynkom. Jedna pierś – Stefka, druga pierś – Frania. Zapraszałam na audiencję do mamy i gadałyśmy. 

Masz starszą siostrę. Zawsze chciałaś mieć więcej niż jedno dziecko?

Tak, szybko postarałam się o rodzeństwo dla Frani, ale nigdy nie przypuszczałam, że będę miała aż troje. 

Jak zareagowały twoje córki na wieść o tym, że będą miały rodzeństwo?

Na początku był lekki szok, reakcje były różne, ale byłam na to przygotowana. Zrobiliśmy każdej z córek zdjęcie USG z bratem i krótkim osobistym listem tylko do niej. Najmłodsza od razu się ucieszyła, starszą dotknęło to, że tak długo to przed nimi ukrywaliśmy, a najstarsza powiedziała: „Wiedziałam, że tak będzie”. Potem długo trzymaliśmy tę wiadomość w rodzinie, jak najdłużej się dało. To była nasza pierwsza wspólna tajemnica. 

A koszty macierzyństwa? Boisz się, że Henio zmieni wasz związek z Borysem?

Te koszty zbyt często są przemilczane. Ja też żyłam z przeświadczeniem, że jak się pojawia dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem w momencie, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie rozmawiasz, nie mówisz o tym, co czujesz. Mam dzięki Heniowi zaspokojoną ostatnio potrzebę przytulania. On non stop na mnie leży, karmię go piersią, jesteśmy blisko. Ale za bardzo cenię w sobie kobietę, żeby zrezygnować z tej części siebie. Zaraz po naszej rozmowie jestem z moim mężem umówiona na randkę. Frania i Stefka spędzają teraz czas ze swoim tatą, u Soni nocuje koleżanka, ale wiemy, o której wracają do domu i mamy jeszcze duuużo czasu. Kupiłam z tej okazji nawet nowe body.


***

Rozmowa z Justyną Nagłowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej
szyc
Fot. Robert Baka

Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”

„Kiedy urodziła się Sonia, byłem niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. Taki rolling stone. Zmieniłem się” – mówi Borys Szyc.
Bartosz Janiszewski redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Borys Szyc rzadko opowiada o sobie, jako o ojcu. Nam udało się go namówić. Był wtedy ojcem Soni i przybranym tatą dla Franciszki i Stefanii – córek swojej, wówczas jeszcze partnerki, a dzisiaj już żony Justyny Nagłowskiej, z która ma trzymiesięcznego synka Henia. Borys Szyc zwierza się w tej rozmowie, jak  bardzo czuł się nieprzygotowany do roli ojca. Ale zarazem mówi dużo ciekawych i mądrych rzeczy o wychowaniu Soni. O tym jak ważne jest wspólne spędzanie  czasu i wspólne pasje. O tym, że mama kocha bezwarunkowo, a tata musi nauczyć dziecko, że świat trzeba zdobywać. Podkreśla, że zależało mu, żeby Sonia czytała  i opowiada,  jak w niej rozbudzał tę ciekawość.  Może, gdy jego synek trochę podrośnie, będzie można znowu się spotkać i porozmawiać, jak to jest być tatą dwójki dzieci, które dzieli spora różnica wieku. Bartosz Janiszewski: Pamiętasz jeszcze, co czułeś na samym początku, kiedy zostałeś ojcem? Borys Szyc: Chyba byłem przerażony. Miałem 26 lat i byłem na to wszystko kompletnie nieprzygotowany. Znalazłem niedawno zdjęcie z tamtego czasu. [Borys wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie z kilkumiesięczną Sonią. Rzeczywiście, sam wygląda na nim jak dzieciak]. Wszystko jest na tym zdjęciu. Gigantyczna ilość miłości do tej małej istoty i zero doświadczenia. Same emocje, żadnej wiedzy. Da się na coś takiego przygotować. Pewnie się nie da. Ale ja byłem wtedy niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. W wielkim uderzeniu, momencie największego rozwoju kariery i popularności. Nie sprzyjało to byciu „fajnym tatą”. Ale od samego początku poczułem z córką ogromną więź. Nagle pojawił się na świecie ktoś dużo ważniejszy ode mnie i przestałem się tak bardzo sobą przejmować. Czułem, że w byciu ojcem spełniam...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
Julie Delpy „Moja Zoe”
mat. prasowe

Julie Delpy mówi głośno to, co po cichu myśli wiele matek:  „Mieć dzieci to szaleństwo”

Julie Delpy powraca w filmie o matczynej miłości: „Moja mała Zoe”. To historia, która poruszy wasze serca i zostanie z wami na długo.
Anna Tatarska
21.05.2020

Julie Delpy, eteryczna blondynka z filmu „Przed wschodem słońca”, wraca w mrocznym thrillerze „Moja  mała Zoe”. Grana przez nią Isabelle, mama kilkuletniej Zoe, zajmuje się genetyką. W pracy odnosi kolejne sukcesy, gorzej jest z życiem osobistym: właśnie się rozwodzi i musi dzielić z byłym mężem opiekę nad córką. KIedy Zoe ulega wypadkowi, Isabelle postanawia zrobić wszystko, żeby ich życie wróciło do dawnej normalności. Aktorka przyznaje, że film był dla niej formą terapii po rozwodzie i trudnej walce o dziecko. Czy skuteczną? Anna Tatarska: Film „Moja Zoe” to nie tylko podróż w przyszłość, ale też w mroczne rejony ludzkiej duszy. Co takiego się stało, że postanowiła pani rozstać się z komediami?  Julie Delpy: Pierwszy zalążek pomysłu na ten film pojawił się w mojej głowie już bardzo dawno, bo 25 lat temu. Ale wtedy to były luźne wątki: rodzina, los, sprzeciwianie się przeznaczeniu, rodzicielstwo. Potem wydarzyło się… życie. I wiele obserwacji, które spotkały się ostatecznie w tym projekcie. Po pierwsze, temat straty dziecka. Kilkakrotnie w swoim życiu widziałam rodziców tracących dzieci, także bardzo małe. Twarzy tych ludzi nie jestem w stanie zapomnieć. Ich oczu. Trudno mi wyobrazić sobie trudniejsze doświadczenie, to wręcz nie do zniesienia.  Po drugie, rodzicielstwo. Kiedy sama zostałam mamą, dotarło do mnie, jakim szaleństwem jest posiadanie dzieci. Jest w tym oczywiście coś wspaniałego, niesamowitego, zabawnego, cudownego. Ale wraz z rodzicielstwem w życie człowieka nieodwołalnie wkrada się niepokój. Każda najmniejsza choroba, spóźnienie, nieodebrany telefon, wszystkie te maleńkie rzeczy. Nie wspominając już o naprawdę poważnych kryzysach.  A pani jakim jest rodzicem? Nieustannie towarzyszy mi lęk. Tylko kiedy spędzam...

Czytaj dalej