Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”
Rafał Masłow dla „Wysokich Obcasów”

Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”

„Długo żyłam z przekonaniem, że jak pojawia się dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie dzielisz się tym, co czujesz. Zaraz po tej rozmowie mam randkę z mężem”, mówi Justyna Nagłowska, dziennikarka, autorka podcastu „Matka też człowiek”, żona Borysa Szyca.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Justyna Nagłowska i Borys Szyc pobrali się w grudniu zeszłego roku na Balearach. Justyna ma trójkę dzieci: 12-letnią Franię i 10-letnią Stefkę z pierwszego małżeństwa i 4-miesięcznego synka Henryka z Borysem Szycem.

Magdalena Żakowska: Macie z Borysem trójkę dzieci, wszystkie w zasadzie odchowane. Szansa na drugą młodość. Po co kolejne dziecko?

Justyna Nagłowska: Z miłości. Znalazłam mężczyznę mojego życia i chciałam doświadczyć macierzyństwa razem z nim. Dałam mu upragnionego syna. Wspólnie zaczynamy od nowa – bóle pleców, bo non stop nosimy Henia, a zaraz zacznie się chodzenie z nim za rączkę, czyli w zgięciu wpół. Potem bieganie za rowerkiem, te wszystkie przedszkolne przedstawienia i dziesiątki godzin zabaw, kiedy trzeba być tu i teraz. Będzie wspaniale, będzie ciężko, ale będziemy w tym razem. Henio scalił naszą rodzinę. Jesteśmy za niego ogromnie wdzięczni. I ciągle jeszcze nie możemy się na niego napatrzeć. Wiem, że każda matka chwali swoje dziecko, ale on jest naprawdę wyjątkowy. Od urodzenia jest chłopczykiem, nie miał w sobie nic z niemowlaka – takie mądre spojrzenie, dojrzałe rysy. Wykapany tata. 

Urodził się w pandemii.

To był duży stres. Lubię mieć wszystko precyzyjnie zaplanowane, a do końca nie wiedziałam nawet, czy będziemy mieli szansę na rodzinny poród. I świat się zmienił – jestem ciekawa, jak to wpłynie na Henia i jego pokolenie. 

Który z mitów dotyczących macierzyństwa uważasz za najbardziej szkodliwy?

Właśnie nagrywam podcast o tym, jak śpią dzieci. Bardzo szkodliwe wydaje mi się powiedzenie „Śpi jak niemowlę”. To powiedzenie koło niemowlęcia nigdy nie leżało. Nie widziało go nawet na zdjęciu. I kiedy zostajesz po raz pierwszy matką, a twoje dziecko budzi się w nocy co dwie godziny, co jest – umówmy się – normą, wydaje ci się, że to twoja wina, że gdzieś popełniasz błąd. Tych mitów jest zresztą strasznie dużo, nie potrafiłabym wskazać najbardziej szkodliwego. Szkodliwe jest wszystko, co jest zakłamane, a obraz macierzyństwa jest zakłamany totalnie. 

O tym jest twój podcast „Matka też człowiek”.

Chciałam pokazać macierzyństwo bez ściemy. Ale jak zaczynałam go nagrywać, nie sądziłam, że macierzyństwo jest aż tak kontrowersyjnym tematem. Kobiety nie dają sobie prawa do popełniania błędów, często nie próbują nawet wyrobić sobie własnego modelu macierzyństwa, podążają ślepo za tym, co przeczytały. A przecież każda z nas jest inna. Każde dziecko jest inne. I każda kobieta ma prawo czuć się superbohaterką tylko dlatego, że urodziła dziecko. A nikt nam tego nie ułatwia. Popatrz na słownik związany z porodem: schodzący czop, odchody połogowe, obkurczanie macicy, połóg. Koszmar, a przecież rodzi się piękne nowe życie! Fajnie by było to zmienić. Ja właśnie odkrywam własny model dojrzałego macierzyństwa i to genialna przygoda.

Dawaj.

Jestem dla siebie dużo bardziej wyrozumiała. Ciało goi się wolniej – trudno. Na początku trzeba sto procent siebie poświęcić dziecku – nie walczę z tym. I starałam się na nic nie nastawiać, bo zdaję sobie sprawę z tego, że jestem inną osobą w kompletnie innym miejscu z kompletnie innym mężczyzną. 

Kiedy twoje córki były małe, przeszłaś depresję.

Rozwodziłam się, miałam kryzys zawodowy i depresję. Wszystko naraz. Byłam w totalnym rozpadzie, a poczucie własnej wartości miałam w zaniku.

Myślisz, że fakt, że Henio urodził się w momencie, kiedy masz to wszystko już za sobą, jesteś dużo bardziej świadomą kobietą i matką, będzie miało wpływ na to, jakim będzie dzieckiem, człowiekiem?

Tak. Myślałam o tym ostatnio i od razu pojawiła się we mnie potrzeba, żeby ukarać się za to, że dla córek nie byłam wystarczająco dobrą mamą. Ale byłam najlepszą mamą, jaką potrafiłam wtedy być. Nigdy nie zrobiłam nic wbrew swoim dzieciom. 

Powiedziałaś, że każda ciąża jest inna, ale doświadczenie w macierzyństwie jednak jest komfortem.

Pewnie! Nie przespałam jeszcze ani jednej pełnej nocy i czuję, że moje ciało odmawia już posłuszeństwa. Ale w momencie, w którym to mówię, już wiem, że jak nasza rozmowa się ukaże, to pojawią się komentarze o tym, że „Justyna Nagłowska narzeka, że ma jakieś problemy”. 

Nasze matki rodziły w trudniejszych warunkach, babki rodziły w czasie wojny, prababki to w ogóle na polu w kapuście, a ja w eleganckim szpitalu. Miałam cesarkę, więc w ogóle się nie narobiłam, w zasadzie wyjęto ze mnie dziecko. I jeszcze narzekam. 

Myślisz, że z tego wynika nasza potrzeba lukrowania macierzyństwa?

W dużym stopniu. Tyle że dla mnie nie narzekać, kiedy jest mi ciężko, jest równoznaczne z wypierać. Lukrowanie i wypieranie prędzej czy później do nas wróci ze większą siłą, dosięgnie nas. Ja wolę załatwiać to wszystko na bieżąco. Jestem niewyspana i jest mi ciężko. Mam jeszcze dwoje dzieci, wróciłam do pracy, a na razie ze zmęczenia mam kłopot ze sprawnym formułowaniem myśli. Po prostu brakuje mi słów. To nie jest narzekanie, tylko fakt. Zresztą jedno z najczęściej zadawanych mi pytań to: „A jak śpicie?”. 

„Wy” to pierwszy etap. Potem dziecko staje się wszystkim, a matka niepostrzeżenie znika. 

Pierwszym etapem jest ciąża. Jesteśmy ważne, kiedy jesteśmy w ciąży, dopóki nie urodzimy dziecka. A drugim poród, kiedy dzidziuś staje się numerem jeden.

Potem znikamy i wszyscy pytają tylko o to, jak się miewa dzidziuś. Ale nie dotyka mnie to już w tym samym stopniu, co przy dwóch pierwszych córkach, bo dziś sama potrafię o siebie zawalczyć. Niepytana opowiadam, jak się czuję, kiedy mam potrzebę, żeby to zakomunikować. Dzięki temu nie mam pretensji do całego świata. Ale najbardziej boli mnie to, jak kobiety lubią się nawzajem krytykować.

Pamiętam, jak wrzuciłaś na Instagram zdjęcie pokoju dla Henia. Jeden z pierwszych komentarzy był o tym, że nad łóżkiem nie powinno być półki, bo jeszcze coś z niej spadnie. Nie wkurza cię to?

Wkurza. Mam wrażenie, że przez Instagram macierzyństwo stało się trudniejsze, bo chcąc nie chcąc same wystawiamy się na te oceny. Nie zazdroszczę kobietom, które zostały mamami po raz pierwszy i mają konto na Instagramie. Bo każdy uważa, że jego rada jest ci najbardziej potrzebna. Często nie ma w tym złej woli, to taki odruch. Mój kolejny podcast będzie właśnie poświęcony nieproszonym radom. 

Miałaś po porodzie kryzys kobiecości?

Przez chwilę miałam, kiedy kilogramy zbyt wolno spadały. Szykuję podcast na temat ciała kobiety po porodzie. Zaprosiłam do niego lekarkę, chirurg plastyczną, bo być może sama zdecyduję się kiedyś na plastykę brzucha. Ale daję mojemu ciału jeszcze czas – minimum dziewięć miesięcy, czyli tyle, ile się zmieniało podczas ciąży, daję mu teraz na to, żeby się spokojnie zregenerowało. 

Czyli nie jesteś z tych, co z dumą obnoszą blizny i rozstępy?

No nie. Znam tę teorię, że to blizny miłości, ale jakoś tego nie kupuję. Mam jedno życie i chcę się w nim czuć sexy. Wzięłam się za siebie – pływam i chodzę na endermologię, żeby pobudzić bliznę po cesarskim cięciu do gojenia. Na Instagramie natychmiast pojawiły się pytania o to, gdzie w tym czasie jest moje dziecko. Odpowiedź brzmi: ze swoim tatą. Przecież dziecko ma dwoje rodziców i mama tak samo zasługuje na czas tylko dla siebie, kiedy i tak jest on mocno ograniczony przez godziny karmienia.

Czy miłość do trzeciego dziecka różni się czymś od miłości do poprzednich dzieci?

Wydaje mi się, że każde dziecko kocha się na inny sposób. Henia kocham w tej chwili po prostu za to, że jest. Właśnie rozmawialiśmy z Borysem o tym, że już niedługo zaczną się wykształcać cechy jego charakteru. Starsze dzieci mają już te cechy wykształcone, jedne z tych cech lubimy bardziej, inne mniej. Nie lubimy szczególnie tych, które siedzą w nas i wyszły z nas, a teraz widzimy je w lustrzanym odbiciu. Ja też przeglądam się w moich córkach jak w lustrze, co działało często jak płachta na byka. Podczas terapii zrozumiałam, że wychodzę do nich z pozycji dziecka. Były u mnie w domu trzy spierające się ze sobą dziewczynki – ja i moje córki. A potem zorientowałam się, że nie jestem dla nich autorytetem, że jak coś mówię, to nie biorą tego poważnie albo negują. Bardzo dużo czasu zajęło mi ukochanie mojego wewnętrznego dziecka. To jest najtrudniejsze w byciu mamą.

Co to znaczy „ukochać wewnętrzne dziecko”?

Każda z nas ma jakieś traumy z dzieciństwa, to nie musi być od razu przemocowy dom. Tylko coś, co ktoś ci powiedział, czego nikt ci nie wyjaśnił, a co z tobą rosło. Cofnęłam się do mojego dzieciństwa i coraz więcej zaczynałam z siebie samej rozumieć – dlaczego jestem, jaka jestem. I przyszedł taki dzień, który już zawsze będzie ważną datą w moim życiu, w którym poczułam gotowość, żeby to moje wewnętrzne dziecko, małą Justynkę, ukochać. Powiedzieć jej, że dorosłam i żeby się tego nie bała. Tego dnia wzięłam odpowiedzialność za swoje życie i za swoje dzieci. Stało się to całkiem niedawno, jakieś trzy lata temu. Ogromne wyzwanie, chociaż może tak nie brzmi. 

I już tak na zawsze zamknęłaś przed tym wewnętrznym dzieckiem drzwi?

Nie, bardzo często się do niej odwołuję, tyle że świadomie. Wcześniej ta dziewczynka decydowała o mnie i za mnie. A teraz moim celem jest wychować moje dziewczynki na świadome kobiety, które będą potrafiły wyrażać swoje emocje i rozmawiać o nich. Nawet jak mi wprost mówią czasami, że sobie z nimi nie radzą, to postrzegam to za sukces. 

A porażki?

Ocenianie i porównywanie dzieci. Nie wolno porównywać rodzeństwa do siebie. Chodziłam z siostrą do tej samej szkoły, ona była prymuską, a ja miałam dużo ciekawszych zajęć niż nauka. I zawsze słyszałam od nauczycielek: „Bierz przykład z siostry”. W domu też nas porównywano – wiem, że rodzice nie robili tego w złej wierze, kiedyś nie było żadnej wiedzy, jak wychowywać. Uświadomiłam sobie, że zaraz po urodzeniu Henia nie poświęcałam moim córkom tyle uwagi, ile powinnam. Bo byłam w połogu, potrzebowałam ciszy i spokoju. Na początku miałam problemy z laktacją i musiałam spędzać dużo czasu z laktatorem. Wymyśliłam więc, że podczas ściągania pokarmu będę poświęcała uwagę wyłącznie dziewczynkom. Jedna pierś – Stefka, druga pierś – Frania. Zapraszałam na audiencję do mamy i gadałyśmy. 

Masz starszą siostrę. Zawsze chciałaś mieć więcej niż jedno dziecko?

Tak, szybko postarałam się o rodzeństwo dla Frani, ale nigdy nie przypuszczałam, że będę miała aż troje. 

Jak zareagowały twoje córki na wieść o tym, że będą miały rodzeństwo?

Na początku był lekki szok, reakcje były różne, ale byłam na to przygotowana. Zrobiliśmy każdej z córek zdjęcie USG z bratem i krótkim osobistym listem tylko do niej. Najmłodsza od razu się ucieszyła, starszą dotknęło to, że tak długo to przed nimi ukrywaliśmy, a najstarsza powiedziała: „Wiedziałam, że tak będzie”. Potem długo trzymaliśmy tę wiadomość w rodzinie, jak najdłużej się dało. To była nasza pierwsza wspólna tajemnica. 

A koszty macierzyństwa? Boisz się, że Henio zmieni wasz związek z Borysem?

Te koszty zbyt często są przemilczane. Ja też żyłam z przeświadczeniem, że jak się pojawia dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem w momencie, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie rozmawiasz, nie mówisz o tym, co czujesz. Mam dzięki Heniowi zaspokojoną ostatnio potrzebę przytulania. On non stop na mnie leży, karmię go piersią, jesteśmy blisko. Ale za bardzo cenię w sobie kobietę, żeby zrezygnować z tej części siebie. Zaraz po naszej rozmowie jestem z moim mężem umówiona na randkę. Frania i Stefka spędzają teraz czas ze swoim tatą, u Soni nocuje koleżanka, ale wiemy, o której wracają do domu i mamy jeszcze duuużo czasu. Kupiłam z tej okazji nawet nowe body.


***

Rozmowa z Justyną Nagłowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kobieta bez dzieci
Getty Images

„Bezdzietność z wyboru to nie jest egoizm” – mówi psycholożka, Anna Mochnaczewska

Bezdzietne kobiety wciąż budzą potępienie albo współczucie – czemu?
Anna Zych
19.08.2019

Macierzyństwo nie jest już społecznym nakazem, ale wyborem kobiety lub pary. Opowieści o jałowym życiu bez dziecka odchodzą do lamusa, ale powoli. Dlaczego jednak tak wolno? Z psychoterapeutką Anną Mochnaczewską, psycholożką i certyfikowana psychoterapeutką współzałożycielką Centrum Terapii Schematu w  Warszawie, rozmawia dla „Urody Życia” Anna Zych. Anna Zych, „URODA ŻYCIA”: Coraz więcej kobiet nie ma dzieci, bo nie chce ich mieć. Czy możemy mówić już o pewnym stylu życia?  Anna Mochnaczewska: Decyzja, by nie mieć dzieci, to raczej jedna ze składowych stylu życia, gdy chcemy korzystać z możliwości, jakie pojawiają się, kiedy dzieci nie ma. Macierzyństwo było kiedyś „efektem ubocznym” małżeństwa. Dziś wiele kobiet nie chce wychodzić za mąż. Spełniają się w pracy, poświęcają działalności artystycznej, charytatywnej. Macierzyństwo czasem kojarzy im się z ograniczeniami.  Kobiety mają dość bycia matka Polką, poświęcania się dla dobra dzieci?  Dla kobiet z pokolenia 50 plus małżeństwo często oznaczało zmęczenie, stres. Ich córki, patrząc na zmagania matek, często nie decydują się na dzieci, bo nie chcą tak żyć. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to egoistyczne, jednak lepiej być świadomym egoistą, niż za wszelką cenę spełniać normy społeczne, a później unieszczęśliwiać siebie i drugiego człowieka. Budzi się we mnie złość, gdy słyszę, że osoba, która się decyduje na bezdzietność, jest egoistką. Przecież ona nie robi nikomu krzywdy. Tego dziecka nie ma na świecie, nie cierpi przez nią, mimo to często jest społecznie piętnowana. A nikt nie ma prawa źle jej oceniać – to świadomy wybór innej drogi życiowej związanej często z samorealizacją. Część osób odczuwa lęk przed posiadaniem dzieci, bo...

Czytaj dalej
Martyna Wojciechowska
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska w poruszających słowach prosi o wsparcie!

Dokładnie w Dzień Matki znana podróżniczka i dziennikarka Martyna Wojciechowska prosi o wsparcie jej nowego projektu, który realizuje w Polsce.
Sylwia Niemczyk
26.05.2020

Martyna Wojciechowska od lat pomaga kobietom: kiedy kilka lat temu podczas pracy nad programem „Kobieta na krańcach świata” poznała tragicznie okaleczoną albinoską dziewczynkę, Kabulę, nie tylko nagłośniła problem prześladowania albinosów w Tanzanii, lecz także zdecydowała się na o wiele większy krok: zaadoptowała Kabulę i zbudowała bezpieczny dom dla niej i dziewczyn w podobnej sytuacji.  Teraz dziennikarka rozpoczyna budowę kolejnego domu – tym razem dla polskich dziewczyn, które także znajdują się w dramatycznej sytuacji życiowej: „Dzisiaj DZIEŃ MATKI. Myśli biegną do naszych kochanych Mam, którym tak wiele zawdzięczamy… Jednak moje myśli biegną dziś także do młodych dziewczyn, które nie doświadczyły wspierającej obecności rodziny, miłości, troski. Pochodzą z patologicznych rodzin, mieszkają w domach dziecka, w poprawczakach. A teraz same stojąc u progu macierzyństwa, mogą zostać pozbawione takiej szansy wobec swoich dzieci. Te dziewczyny nie mają edukacji seksualnej, czasem nie rozumieją, co się dzieje z ich ciałami, jakie są konsekwencje ich decyzji. A co, kiedy zachodzą w ciążę? Kiedy nastolatka rodzi dziecko, to nie może się nim zająć, bo nie ma władzy rodzicielskiej. A nie zawsze może liczyć na wsparcie rodziny. Wtedy noworodek trafia do rodziny zastępczej, a młoda Mama jest pozostawiona sama sobie. Napiętnowana i odrzucona. Z kolei Dziecko pozbawione jest na starcie tego, czego każdy potrzebuje najbardziej – bliskości i czułości Mamy, której nie zastąpi nic na świecie. Oboje przepadają w bezdusznym systemie. Czuję niesprawiedliwość i żal, że ten świat został przez nas dorosłych tak urządzony. I nie mam na to zgody – pisze Martyna Wojciechowska na Instagramie.  Dramat, o którym pisze dziennikarka, wbrew pozorom nie jest marginalny: według...

Czytaj dalej
Basia Szmydt
Karolina Synowiec

„Największą zaletą w każdej miłosnej relacji jest wolność” – mówi Basia Szmydt

Mama dwóch synów, szczęśliwa żona i kobieta, której codziennie słuchają setki innych kobiet w Polsce. Basia Szmydt, twórczyni internetowa, odpowiada na pytania „Urody Życia” o miłość. 
Sylwia Niemczyk
22.12.2020

Basia jest jedną z naszych ulubionych twórczyń internetowych, bo nieraz zaraża nas swoim spokojem, zachwytem nad światem i nieraz przypomina nam, że to, co się liczy najbardziej w życiu,  to rodzina i miłość. Basia o tych rzeczach pisze i mówi często – bez patosu i wielkich liter, ale za to otwarcie i ze szczerością.  Sylwia Niemczyk: Czy miłość jest dla ciebie ważna? Basia Szmydt: Nie tylko dla mnie ważna, ale najważniejsza, i tak było od kiedy tylko pamiętam. Pochodzę z domu, gdzie było bardzo dużo miłości, marzyłam, że tak samo dużo miłości dostanę w związku, i tak się stało. Nie umiem sobie wyobrazić życia bez miłości mojego męża, dzieci i moich rodziców. Umiesz powiedzieć, co to jest miłość? Gotowej definicji nie mam, ale kiedyś sobie powiedziałam zdanie, że prawdziwa, dobra miłość jest wtedy, kiedy nie musisz przy tym drugim człowieku niczego udawać, możesz być w stu procentach sobą i dalej się tego zdania trzymam. Kocham moją rodzinę, kocham moją najlepszą przyjaciółkę – i każdego z nich kocham inaczej. Zresztą sama miłość do moich najbliższych też zmieniała się na przestrzeni lat.  Rozmawiałam kiedyś z prof. Wojciszke, który powiedział, że badać miłość to jak badać naturę wiatru na podstawie tego, co zamknęłyśmy w słoiku. Tak, miłość jest tak różna, ma tyle różnych wymiarów, że kiedy pytasz mnie, czym wg mnie jest miłość, to nie wiem, czy mam opowiedzieć o tym, co czuję do mojego starszego syna, co do młodszego, jak kocham dziś mojego męża, jak zmieniała się moja miłość do mojej mamy. Czy może mam mówić o miłości do siebie, bo to też jest miłość, być może najważniejsza. Wielką rewolucją w moim postrzeganiu i odczuwaniu miłości było macierzyństwo. Kiedy rodzisz pierwszy raz, to kochasz...

Czytaj dalej
tyszkiewicz
Fot. Wiktoria Bosc

Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"

Beata Tyszkiewicz, wielka aktorka, była żona Andrzeja Wajdy, gwiazda kultowego filmu „Wszystko na sprzedaż” ma ponad 80 lat i wciąż mówi o sobie, że jest uparta i energiczna.
Magdalena Żakowska
14.08.2020

Grała u największych: Wajdy, Hassa, Kieślowskiego. Jej Izabela Łęcka w „Lalce” Jerzego Hassa ( 1968) jest nie podrobienia i nie do powtórzenia. Tworzyła wspaniałe role w filmach kostiumowych („Marysia i Napoleon”). Grała postaci współczesnych kobiet uwikłanych w trudne uczuciowe relacje („Wszystko na sprzedaż”, „Jej powrót”). Bawiła w komediach („Seksmisja”). Ale Beata Tyszkiewicz jest kimś więcej niż aktorką. Jest postacią, lubianą i podziwianą.  Urodziła się 14 sierpnia 1938 roku w Wilanowie, ze względu na arystokratyczne pochodzenie nazywana jest pierwszą damą polskiego filmu. W filmie zadebiutowała jeszcze jako uczennica rolą Klary w „Zemście” w 1957 roku. Jedna z najpiękniejszych polskich aktorek, była żoną Andrzeja Wajdy i Witolda Orzechowskiego. Ma dwie dorosłe córki Karolinę i Wiktorię, jest też babcią. W rozmowie z nami powiedziała: „Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych”. Magdalena Żakowska Ma pani piękny zegarek. To Cartier Baignoire? Beata Tyszkiewicz: Tak. Bardzo dziękuję! Charlotte Gainsbourg dostała identyczny od ojca, Serge’a Gainsbourga. Ja sobie kupiłam sama. 20 lat temu. W życiu trzeba polegać wyłącznie na sobie? Tak mam. Nigdy w życiu nie próbowałam polegać na mężczyznach. Cenię sobie niezależność i samodzielność. Ale czy mężczyźni potrafią to docenić? Mądrzy potrafią. Uważam, że kobiety i mężczyźni mają w życiu różne, nie całkiem zbieżne cele i każde powinno się trzymać swoich. Kobieta bardzo często czuje się spełniona, kiedy urodzi dziecko. Mężczyzna raczej nie. Zna pani chiński horoskop? Uważam, że ludzie powinni się dobierać znakami chińskiego zodiaku. Są takie typy charakterów, takie znaki,...

Czytaj dalej