Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat Janusz Józefowicz dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie.

Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz.

Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze?

Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie.

Po co suszy pan konwalie?

Na serce, to jest cudowne zioło.

Nie trucizna?

Trzeba uważać. Ale trucizną są też glistnik czy jaskółcze ziele, które zbieramy, wrotycz. Wszystko jest trucizną i nic nie jest, jak mawiał Hipokrates. To kwestia proporcji, ilości.

O jakiej porze dnia pan zbiera?

Najlepiej około południa w słoneczny dzień. Im bardziej nasłonecznione zioło, tym łatwiej suszyć. Mam taki stryszek, na którym utrzymuje się odpowiednia temperatura, tam wszystko doskonale schnie. Niektóre rośliny zawiązuję sznurkiem, inne rozkładam na podłodze. Robię z tego mieszanki, herbatki ziołowe, wyciągi olejowe. 

Żywokost na przykład przydaje się w naszym zawodzie – tancerzy, ludzi pracujących na scenie. Jest doskonały na kontuzje, stłuczenia, skręcenia. Przygotowuję okłady z żywokostu. Z pokrzywy biorę wszystko: i korzeń, i ziele, i nasiona. Wyciskamy sok, zamrażamy na zimę, dodajemy do herbatek. 

Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Janusz Józefowicz na przystosowanym na suszarnię ziół strychu.

Zioła, które leczą

I tak od ilu lat?

Pięciu albo sześciu. Właśnie tyle upłynęło od naszego wyjazdu do Ameryki Południowej. Byliśmy z Nataszą w delcie Orinoko, przez dżunglę prowadził nas indiański przewodnik, który opowiadał o roślinach dookoła. Mówił: „Jak boli cię ząb, tym musisz posmarować, a jak brzuch, to zastosować. To jest świetne na wątrobę. A tu są pyszne robaczki”. Patrzyłem na niego z podziwem. Kiedy wróciliśmy do siebie, do Emilina, zdałem sobie sprawę, że kompletnie nic nie wiem o środowisku, w którym żyjemy. Wyszedłem na łąkę, rozejrzałem się dookoła i nie wiedziałem nic. Mieliśmy wtedy ten kawałek ziemi już od kilku lat, różne rzeczy rosły na naszych łąkach, drzewach, a ja żyłem, nie korzystając z tego bogactwa. Zacząłem się interesować, kupować zielniki, książki. I powoli odkrywałem: czym jest ta fioletowo kwitnąca roślina czy inna cudownie ukwiecona albo tak żółta, że oczy bolą. Zorientowałem się – co jest wspaniałą nowiną dla wszystkich – że wszystko, co rośnie, może być pożyteczne.

Kogoś pan wyleczył?

Żeby zioła zadziałały, trzeba je stosować co najmniej miesiąc albo dwa. Znachorem nie jestem, ale doradzam proste rzeczy. Przyjechał kiedyś do mnie kolega, którego córeczka miała kurzajki. Ani lekarstwa z apteki, ani zamrożenia nie pomagały. A tu u mnie rośnie glistnik. Wyrwałem z korzeniami, pokazałem, jak smarować. Zadzwonił po jakimś czasie i powiedział, że zadziałało. Inny z moich znajomych jest bardzo zestresowany, pracuje w korporacji, więc daję mu moją nalewkę dziurawcową. Przed snem polecam pół kieliszeczka. 

Każda roślina jest ciekawa. I nie wszystkie są rozszyfrowane, nazwane. To jest niesamowite! Co roku odkrywam nowe zioła. Mniej więcej wiemy już, co u nas rośnie, więc jeździmy nad Pilicę, tam są czyste tereny, idealne miejsce do kolejnych zielarskich odkryć. W ubiegłym roku poznałem kocankę piaskową i dziewannę wielokwiatową, które w Emilinie nie rosną. 

Jeździ pan na łąki, żeby wśród traw zobaczyć coś, czego nigdy nie widział?

Tak. Natasza śmieje się ze mnie czasami, kiedy jedziemy gdzieś samochodem, do konkretnego celu, a ja nagle mówię: „Zatrzymaj się, tam rośnie coś, czego nie znam”. Podczas podróży pociągiem wyglądam przez okno, zaglądam do rowów, dostrzegam, że rośnie coś fajnego, i myślę sobie: „Miło byłoby to zerwać, obejrzeć”. Wiązówka błotna na przykład – coś takiego odkryłem – kwitnie na biało, różowo, żółto, jest dosyć wysoka. 

Wiązówka błotna to pięknie brzmi.

A przytulia czepna? Proszę sobie wyobrazić! Uwiodła mnie, cudowne zioło. Jest chwastem, a nazwę ma poetycką i wspaniałe właściwości.

Skąd ma pan na czas na zajmowanie się ziołami?

Znajduję. Nalewki na przykład najlepiej zlewa się nocami, kiedy wszyscy śpią, a ja przynoszę do kuchni moje słoje, butle, karafki. Trzeba robić opisy, żeby pamiętać o kolejnych etapach działania. Naklejam więc nalepki z informacjami, datami zlania, wskazówkami, co i kiedy trzeba dodać. Zaczynałem skromnie, ale w ubiegłym roku zrobiłem kilkadziesiąt litrów nalewek. 

Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Janusz Józefowicz z jednym ze zwierząt mieszkających w Emilinie – kozą Łatką.

I gdzie to wszystko jest?

Wypite. Mamy tutaj piwniczkę, od wiosny znosimy do niej przetwory, późną jesienią jest pełna, a potem pustoszeje powoli. Testujemy różne smaki, każdy znajduje swój ulubiony i pijemy. Wybór jest duży, kilkanaście rodzajów, jeśli nie więcej. Są nalewki wieloletnie, ale i takie, które trzeba pić w miarę sprawnie. Na przykład czereśniowa – z dzikich czereśni. Cudowna, ale tylko przez trzy, cztery miesiące, potem zmienia smak. 

Są też zimowe: z malin, aronii, derenia. Przeciwzawałowa z głogu – mówiło się kiedyś, że jeśli panna kocha kawalera, powinna zrobić dla niego nalewkę właśnie z głogu. Żeby długo żył. 

Emilin i córki Piłsudzkiego

Emilin to dużo więcej niż łąka, ogród. Spore gospodarstwo. Ile hektarów?

Dziewięć, ale przed wojną do tego majątku należało 230, więc można powiedzieć, że teraz nie jest dużo. Największą wartość ma nasz starodrzew. Jest bezcenny. Ten modrzew za nami ma jakieś 150 lat, świerk dożywa swoich dni, dąb kilka metrów dalej też jest staruszkiem. Wiele z tych drzew zostało posadzonych przy okazji budowy domu, a on powstał w okolicach 1850 roku. Te piękne lipy kandelabrowe, klony, kasztany, akacje, jabłonki z zapomnianymi już gatunkami owoców. Imponujące drzewa, niektórym nadajemy imiona. Tu stoi piękny Jurij, na cześć naszego przyjaciela, poety rosyjskiego, który przyjeżdża do nas latem, przesiaduje godzinami pod drzewami, pisze. Nad stawem rośnie piękna, wybujała wierzba Galina. Gala, żona Jurija, lubi wodę, większość czasu spędza tam, więc tam ma swoje drzewo. Mamy też Kalinowy Las, który posadziliśmy, kiedy urodziła się nasza Kalina. Razem z nią rosną modrzewie, świerki, brzozy, klony, robinie. 

A to drzewo za panem jak ma na imię?

Nie ma już więcej imion w naszym ogrodzie. Nie szalejemy, nie jest tak łatwo dostać u nas swoje drzewo. 

Kalina Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Kalina z jednym z najmłodszych kurcząt.

Kalina ma tu wspaniałe dzieciństwo.

Może czasami brakuje jej towarzystwa, ale mamy dużo zwierząt, które uwielbia, zaprzyjaźnia się z nimi, nazywa. Te nazwane mają u nas dożywocie. Poznała pani owcę Politę? Jest też kogut Clark, tak bardzo zaliczany do naszej rodziny, że Kalinka zabrała go kiedyś na wakacje nad morze, wzbudzając sensację na plaży. Najmłodsze kurczęta, wśród nich Iskierkę, wychowywała, karmiła. Nawet Puszkin, jeden z naszych psów, bawi się z kurczakami. Mamy kozę, barany, koty, a nawet zaprzyjaźnione motyle.

W zaprzyjaźnione motyle nie wierzę.

Wydaje nam się, że przylatują do nas wciąż te same. Dają się głaskać. Również dla owadów zostawiamy spore kawałki nieużytków. Ale i dlatego, żeby mogły u nas mieszkać kuropatwy, bażanty, rodzina zajęcza. 

Przypomina panu to wszystko młodzieńcze lata na Lubelszczyźnie?

Miałem 11 lat, kiedy przyjechaliśmy z Tatą na lubelską wieś z Pomorza, gdzie się urodziłem. Do końca podstawówki byłem na Lubelszczyźnie. Czytałem „Chłopów” i odkrywałem polską wieś, której nie znałem wcześniej zupełnie. Tata, lekarz, prowadził ośrodek zdrowia na prowincji. Pamiętam obiady, jakich przedtem nie znałem: zsiadłe mleko, ziemniaki, jajka sadzone. Zapach lasu, łąki, rzek. Ale wtedy nie analizowałem tego, co mnie otaczało. Dobrze wspominam niezwykłe wiosny, kiedy żyliśmy tam jak w XIX wieku, bez możliwości wydostania się do miasta albo dokądkolwiek. Tamtejsza gleba o nazwie rędzina jest na podłożu wapiennym. Podczas wiosennych roztopów ziemia przyklejała się do kół, nie można było nigdzie wyjechać, nawet traktorem. Byliśmy odcięci od świata, co wydawało mi się zupełnie niesamowite. Ale nasz Emilin nie przypomina mi tej wsi. Jestem tu wśród natury, jednak w starym dworku, czuję historię tego domu. 

Janusz Józefowicz, Natasza Urbańska i córka Kalina
fot. Grzegorz Korzeniowski
Natasza Urbańska, Janusz Józefowicz i ich córka Kalina przed domem w Emilinie. Na schodach po lewej: Kropka i Puszkin.

Wybudowany został jako wiano dla panny?

W połowie XIX wieku przez żołnierza, który był porucznikiem, potem kapitanem 6 Pułku Piechoty wojsk napoleońskich. Za pieniądze zarobione w wojsku kupił swojej córce Emilce ten dom jako wiano. Mam zdjęcia z tamtego czasu z miejsca, w którym siedzimy. Też stał tu taras, choć konstrukcja była inna. Tu odbył się ślub, na którym druhnami były córki Piłsudskiego, tu przy drzwiach stała żona marszałka z córkami. Przyjaciel, który mieszka od pokoleń w naszej wsi, mówił mi, że marszałek podobno do Emilina przyjechał. Bo chłopi kładli snopki na dziurawych drogach, żeby można było jakoś dojechać. 

Wyobrażacie sobie, jak to wszystko wyglądało, kiedy Emilia tu mieszkała?

Myślę, że mniej więcej tak samo, tylko kostiumy były inne. Wystarczy pójść na spacer aleją grabową, żeby zagubić się w czasie.

Była kiedyś w pana rodzinie posiadłość ziemska?

Mieliśmy na kresach spory kawałek ziemi, rozparcelowany po wojnie. Ale z wujostwem doświadczyłem jeszcze ziemiańskiego życia. Wuj był hodowcą koni, dziś w encyklopediach można znaleźć jego zdjęcia ze wspaniałymi zwierzętami z jego hodowli, ogierami. Jeździłem do niego na wakacje. Podczas żniw albo zbioru truskawek do pracy przychodzili ludzie z całej wsi. Ja też pomagałem. W południe kobiety przynosiły na pole jedzenie, żebyśmy nie przerywali pracy. A wieczorem przychodziło się do domu, rozstawiane były ogromne stoły, dla 30, 40 osób, z piwnic wyjmowano nalewki, podawano pieczone kurczaki, ziemniaki, wujek wyjmował akordeon. Sielsko. Kiedyś do stawu wuja wpadł łoś. Przybiegli ludzie ze wsi, wyciągnęli go drągiem. Wyszedł taki piękny, otrząsnął się, pobiegł szczęśliwy przed siebie. Pamiętam ten obraz.

I przez lata w Warszawie nie tęsknił pan nigdy za takim oddechem, przestrzenią, brakiem zgiełku?

Nigdy. Nie miałem poczucia, że w mieście czegoś mi brakuje. Przeciwnie nawet, uwielbiałem tę energię. A najbardziej lubiłem wakacje w Warszawie. To było dla mnie kompletnie niezrozumiałe, że ludzie z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym wypoczynkiem. Nie potrzebowałem tego, czułem się fantastycznie w pracy. Jeśli wyjeżdżałem, to dla kogoś – dzieci, żony, rodziny. 

Ślub z Nataszą Urbańską

Żona sprowadziła pana na wieś?

Natasza znalazła Emilin w internecie. Właściciel po wojnie mieszkał w Stanach, więc majątek był zaniedbany. Potem kolejny właściciel odnowił dom, ale nie odbudował tarasu. My go wybudowaliśmy zaraz po kupnie Emilina, bo chcieliśmy wziąć na nim ślub. I tak się stało.

Jak pan pamięta pierwsze poranki w Emilinie?

Ptaki nas budziły, mają tu raj w drzewach. O świcie i wieczorem ciszę przerywają ptasie śpiewy. Trzy rodziny gołębi skalnych przylatują do nas co roku z Afryki. Są dosyć hałaśliwe, ale lubimy je. 

Janusz Józefowicz, Natasza Urbańska
fot. Grzegorz Korzeniowski

A w nocy widać wszystkie gwiazdy?

Tak, kiedy pójdziemy nad staw na spacer, jesteśmy jakby w tysiącgwiazdkowym prywatnym hotelu. Zamykamy za sobą bramę do tego domu i mamy świadomość, że właściwie tu jest wszystko, co potrzebne do życia. Mleko kozie, jajka, mięso, woda ze studni głębinowej, ryby, warzywa, owoce – wszystko. Możemy nie wychodzić latami. Bardzo przyjemna świadomość. Mnóstwo rzeczy niepotrzebnych jest w naszym życiu, a tutaj nie ma rzeczy niepotrzebnych. Wszystko, co tu rośnie czy żyje, jest dla nas. W dodatku wciąż odkrywamy coś nowego. Można się tu zamknąć i żyć spokojnie.

Dlaczego jeździ pan do pracy?

Bo jestem tym, kim jestem. Moja praca polega na tym, że marzenia zamieniam w opowieści, przedstawienia. Nie chcę z tego rezygnować. Mamy teatr, trzeba w nim być. Dziś wieczorem pojedziemy do Warszawy, zagramy spektakl, zrobimy to, co do nas należy, a potem tu wrócimy. Hałas, tumult związane z moim zawodem i ta cisza w Emilinie uzupełniają się.

A to miejsce, gdzie teraz rozmawiamy, bierze udział w tworzeniu teatru. Finalizujemy teraz pracę nad „Mistrzem i Małgorzatą”. Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto, pierwszy raz je czytaliśmy. Tu się spotykamy z przyjaciółmi artystami, wymyślamy nowe projekty. A realizujemy je w mieście, w teatrze czy na planie filmowym.

Ile pan miał lat, kiedy odkrył zielarstwo?

Jakieś pięć dych. Superfajna rzecz: znaleźć nową pasję, kiedy wydaje się, że już tyle się przeżyło, może wystarczająco dużo. Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: „Z czego dziś pijemy herbatkę?”. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, krwawnik, tasznik, mięty kawałek. 

Można wyjść z domu i różę powąchać. Wąchać ją, i wąchać, i wąchać, i mieć z tego przyjemność. Albo pójść na spacer na bosaka po trawie. Chodzimy z Kalinką na spacery i mówię czasem: „Zamknij oczy i wyobraź sobie, że ta gałązka modrzewia to ogon zebry”. Żeby poczuć roślinę, nie tylko ją widzieć. 

To drzewo, które tu stoi przy nas, widziało paru takich dżentelmenów jak ja. Ich już tu nie ma, a ono dalej stoi. To wzbudza szacunek. Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec tego, co nas otacza, wobec tego, co piękne i niesamowite.

Jak bardzo niesamowite?

Nie poraża to mnie – dojrzałego przecież faceta – tak, żebym stracił oddech. Ale pamiętam coś takiego: kiedyś, pod koniec podstawówki, na Lubelszczyźnie, o której rozmawialiśmy, wybrałem się na przejażdżkę rowerem. Kiedy dotarłem do górki, nie miałem już siły jechać, więc pchałem przed sobą rower. Wspinałem się z nim na wzgórze, obróciłem się za siebie i zobaczyłem pejzaż tamtych stron: pagórki, pasy upraw na polach, drzewa, wysokie trawy. To było tak niewymownie piękne, że patrzyłem i byłem przekonany, że Bóg istnieje. Mistyczne, radosne i pełne miłości przeżycie religijne. Do dziś pamiętam tę chwilę. To było nieoczekiwane, głębokie, niesamowite. A patrzyłem na Lubelszczyznę, nie na fiordy, wodospady czy wulkany. Na pagórki, które były doskonałe, potrzebne, przemyślane, genialne. Stałem z tym rowerem i przestałem oddychać z zachwytu. Może teraz to wraca? Tylko w spokojniejszej wersji? Piękno przyrody nie paraliżuje mnie, ale cieszę się nim jak dzieciak.

Rozmowa z Januszem Józefowiczem ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz, Viva! 1/2019
Marta Wojtal

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Opracowanie: Marzena Rogalska
04.09.2018

Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską.    Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko... Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem. Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec...

Czytaj dalej
wajrak
Dominika Gajda/Reporter

„W lesie boję się tylko myśliwych" – mówi Adam Wajrak

Puszcza Białowieska to jedyny naturalny las w Europie. Jeden z najstarszych na świecie. Znanego dziennikarza Adama Wajraka puszcza najpierw przeraziła. A potem stała się jego domem.
redakcja „Uroda Życia” Jakub Janiszewski
31.07.2020

Adam Wajrak mieszka w Puszczy Białowieskiej od 23 lat. Razem ze swoją żoną, biolożką i badaczką dzikich zwierząt Nurią Selvą Fernandez działa na rzecz ochrony przyrody. Walczyli o zachowanie Doliny Rospudy. Protestowali przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskie j i traktowaniu jej przez polityków jako lasu gospodarczego. Teraz Nuria wraz z wieloma innymi naukowcami podpisała protest w sprawie wykorzystywania drewna z naszych lasów jako paliwa w elektrowniach. Bo będzie to prowadziło do wycinki drzew na znacznie szerszą skalę W ich domu zawsze jest mnóstwo zwierząt – jeżyki, bociany, kuny, wydry, kruki i oczywiście psy. Niektóre, jak wydrę Julka wychowywali od maleńkości. Nuria jest naukowcem, Adam – dziennikarzem i popularyzatorem przyrody i ekologii. To m.in. dzięki niemu i jego autentycznej miłości do natury mnóstwo ludzi podchodzi z większą empatią do lasu i jego mieszkańców, wielu zainteresowało się samą Białowieżą. Dla Wajraka dziki las to naturalne środowisko. „Boję się tu tylko myśliwych” – powiedział w rozmowie z nami. Jakub Janiszewski: Pamiętasz swoją pierwszą wycieczkę do lasu ? Nie. Pamiętam, że tata, który pochodzi ze wsi na Lubelszczyźnie, zabierał mnie na grzyby. Ale to był zupełnie inny las niż ten, w którym teraz mieszkam. Bo pierwszą wizytę w Puszczy Białowieskiej pamiętam jak dziś . Arek Szymura, ornitolog, zabrał mnie i mojego przyjaciela Szymona Kaczanowskiego na wycieczkę do ścisłego rezerwatu. Myślałem, że idziemy do zwykłego lasu, a to wcale nie był las. To była jakaś mroczna sprawa. Byłem przerażony, że takie coś w ogóle istnieje. Kurcze, gdzie ja jestem, jak ja tu trafiłem. Nieźle się zaczyna. Puszcza jest bardzo nietypowym lasem. Innym niż to, co większość z nas zna. Masa wywalonych drzew, poskręcanych, dziwacznych, wielkich. No...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej
Pałac w Komierowie
archiwum prywatne

„Komierowo to pałac z duszą, ale bez duchów”, mówią siostry Komierowskie

Dzięki ich determinacji możemy się o tym przekonać, bo po latach burzliwej historii Anna i Agnieszka odkupiły od państwa Pałac Komierowo, odrestaurowały go i częściowo wynajmują.
Magdalena Felis
20.05.2020

Był w rękach Niemców, przeżył oblężenie Armii Czerwonej, w PRL obrócono go w ruinę. Dzisiaj znów przeżywa czasy świetności. O swoim pałacu, jego burzliwej historii i o szacunku dla rodzinnych korzeni opowiadają siostry Anna i Agnieszka Komierowskie herbu Pomian. Magdalena Felis: Pamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszałyście, że macie pałac? Anna Komierowska: Od zawsze o nim wiedziałyśmy. W latach 80. mieszkaliśmy na osiedlu z wielkiej płyty w zwykłym, ciasnym mieszkaniu, ale i tak co niedzielę na obowiązkowym rodzinnym obiedzie przychodził moment, kiedy tata rzucał: „Co robimy z Komierowem?”. To były czasy komuny, więc na odzyskanie pałacu nie było żadnych szans. I nikt nie wierzył, że coś się zmieni.  Agnieszka Komierowska: Pałac został odebrany rodzinie na początku II wojny światowej i po wojnie przeszedł na skarb państwa. Odzyskanie go stało się trochę rodzinną obsesją. Udało się dopiero w 1997 roku, kiedy był już ruiną. Zasada minoratu A kiedy został zbudowany? Agnieszka: W 1670 roku powstał murowany pałacyk, wokół którego roztaczał się wielki park. To był początek. Drzewa z tamtego okresu rosną do dziś. Neoklasycystyczny kształt nadał pałacowi Tomasz Komierowski – taka była wtedy, w latach 30., moda. Tomasz był też ostatnim prawowitym właścicielem Komierowa przed wojną. Anna: W naszej rodzinie obowiązywała nietypowa jak na Polskę zasada minoratu: dziedziczył najmłodszy – żeby majątek nie ulegał podziałom. Dzięki temu ziemia, na której stoi pałac, była w rękach rodziny prawie tysiąc lat. Ale potem przyszła wojna i skończył się stary świat. Tomasz zdążył jeszcze 31 sierpnia 1939 roku odesłać syna do Adampola, do rodziny swojej żony, Róży z Zamoyskich. Uratował mu tym życie. Sam został w pałacu.  Dlaczego? Anna:...

Czytaj dalej