Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat Janusz Józefowicz dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie.

Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz.

Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze?

Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie.

Po co suszy pan konwalie?

Na serce, to jest cudowne zioło.

Nie trucizna?

Trzeba uważać. Ale trucizną są też glistnik czy jaskółcze ziele, które zbieramy, wrotycz. Wszystko jest trucizną i nic nie jest, jak mawiał Hipokrates. To kwestia proporcji, ilości.

O jakiej porze dnia pan zbiera?

Najlepiej około południa w słoneczny dzień. Im bardziej nasłonecznione zioło, tym łatwiej suszyć. Mam taki stryszek, na którym utrzymuje się odpowiednia temperatura, tam wszystko doskonale schnie. Niektóre rośliny zawiązuję sznurkiem, inne rozkładam na podłodze. Robię z tego mieszanki, herbatki ziołowe, wyciągi olejowe. 

Żywokost na przykład przydaje się w naszym zawodzie – tancerzy, ludzi pracujących na scenie. Jest doskonały na kontuzje, stłuczenia, skręcenia. Przygotowuję okłady z żywokostu. Z pokrzywy biorę wszystko: i korzeń, i ziele, i nasiona. Wyciskamy sok, zamrażamy na zimę, dodajemy do herbatek. 

Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Janusz Józefowicz na przystosowanym na suszarnię ziół strychu.

Zioła, które leczą

I tak od ilu lat?

Pięciu albo sześciu. Właśnie tyle upłynęło od naszego wyjazdu do Ameryki Południowej. Byliśmy z Nataszą w delcie Orinoko, przez dżunglę prowadził nas indiański przewodnik, który opowiadał o roślinach dookoła. Mówił: „Jak boli cię ząb, tym musisz posmarować, a jak brzuch, to zastosować. To jest świetne na wątrobę. A tu są pyszne robaczki”. Patrzyłem na niego z podziwem. Kiedy wróciliśmy do siebie, do Emilina, zdałem sobie sprawę, że kompletnie nic nie wiem o środowisku, w którym żyjemy. Wyszedłem na łąkę, rozejrzałem się dookoła i nie wiedziałem nic. Mieliśmy wtedy ten kawałek ziemi już od kilku lat, różne rzeczy rosły na naszych łąkach, drzewach, a ja żyłem, nie korzystając z tego bogactwa. Zacząłem się interesować, kupować zielniki, książki. I powoli odkrywałem: czym jest ta fioletowo kwitnąca roślina czy inna cudownie ukwiecona albo tak żółta, że oczy bolą. Zorientowałem się – co jest wspaniałą nowiną dla wszystkich – że wszystko, co rośnie, może być pożyteczne.

Kogoś pan wyleczył?

Żeby zioła zadziałały, trzeba je stosować co najmniej miesiąc albo dwa. Znachorem nie jestem, ale doradzam proste rzeczy. Przyjechał kiedyś do mnie kolega, którego córeczka miała kurzajki. Ani lekarstwa z apteki, ani zamrożenia nie pomagały. A tu u mnie rośnie glistnik. Wyrwałem z korzeniami, pokazałem, jak smarować. Zadzwonił po jakimś czasie i powiedział, że zadziałało. Inny z moich znajomych jest bardzo zestresowany, pracuje w korporacji, więc daję mu moją nalewkę dziurawcową. Przed snem polecam pół kieliszeczka. 

Każda roślina jest ciekawa. I nie wszystkie są rozszyfrowane, nazwane. To jest niesamowite! Co roku odkrywam nowe zioła. Mniej więcej wiemy już, co u nas rośnie, więc jeździmy nad Pilicę, tam są czyste tereny, idealne miejsce do kolejnych zielarskich odkryć. W ubiegłym roku poznałem kocankę piaskową i dziewannę wielokwiatową, które w Emilinie nie rosną. 

Jeździ pan na łąki, żeby wśród traw zobaczyć coś, czego nigdy nie widział?

Tak. Natasza śmieje się ze mnie czasami, kiedy jedziemy gdzieś samochodem, do konkretnego celu, a ja nagle mówię: „Zatrzymaj się, tam rośnie coś, czego nie znam”. Podczas podróży pociągiem wyglądam przez okno, zaglądam do rowów, dostrzegam, że rośnie coś fajnego, i myślę sobie: „Miło byłoby to zerwać, obejrzeć”. Wiązówka błotna na przykład – coś takiego odkryłem – kwitnie na biało, różowo, żółto, jest dosyć wysoka. 

Wiązówka błotna to pięknie brzmi.

A przytulia czepna? Proszę sobie wyobrazić! Uwiodła mnie, cudowne zioło. Jest chwastem, a nazwę ma poetycką i wspaniałe właściwości.

Skąd ma pan na czas na zajmowanie się ziołami?

Znajduję. Nalewki na przykład najlepiej zlewa się nocami, kiedy wszyscy śpią, a ja przynoszę do kuchni moje słoje, butle, karafki. Trzeba robić opisy, żeby pamiętać o kolejnych etapach działania. Naklejam więc nalepki z informacjami, datami zlania, wskazówkami, co i kiedy trzeba dodać. Zaczynałem skromnie, ale w ubiegłym roku zrobiłem kilkadziesiąt litrów nalewek. 

Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Janusz Józefowicz z jednym ze zwierząt mieszkających w Emilinie – kozą Łatką.

I gdzie to wszystko jest?

Wypite. Mamy tutaj piwniczkę, od wiosny znosimy do niej przetwory, późną jesienią jest pełna, a potem pustoszeje powoli. Testujemy różne smaki, każdy znajduje swój ulubiony i pijemy. Wybór jest duży, kilkanaście rodzajów, jeśli nie więcej. Są nalewki wieloletnie, ale i takie, które trzeba pić w miarę sprawnie. Na przykład czereśniowa – z dzikich czereśni. Cudowna, ale tylko przez trzy, cztery miesiące, potem zmienia smak. 

Są też zimowe: z malin, aronii, derenia. Przeciwzawałowa z głogu – mówiło się kiedyś, że jeśli panna kocha kawalera, powinna zrobić dla niego nalewkę właśnie z głogu. Żeby długo żył. 

Emilin i córki Piłsudzkiego

Emilin to dużo więcej niż łąka, ogród. Spore gospodarstwo. Ile hektarów?

Dziewięć, ale przed wojną do tego majątku należało 230, więc można powiedzieć, że teraz nie jest dużo. Największą wartość ma nasz starodrzew. Jest bezcenny. Ten modrzew za nami ma jakieś 150 lat, świerk dożywa swoich dni, dąb kilka metrów dalej też jest staruszkiem. Wiele z tych drzew zostało posadzonych przy okazji budowy domu, a on powstał w okolicach 1850 roku. Te piękne lipy kandelabrowe, klony, kasztany, akacje, jabłonki z zapomnianymi już gatunkami owoców. Imponujące drzewa, niektórym nadajemy imiona. Tu stoi piękny Jurij, na cześć naszego przyjaciela, poety rosyjskiego, który przyjeżdża do nas latem, przesiaduje godzinami pod drzewami, pisze. Nad stawem rośnie piękna, wybujała wierzba Galina. Gala, żona Jurija, lubi wodę, większość czasu spędza tam, więc tam ma swoje drzewo. Mamy też Kalinowy Las, który posadziliśmy, kiedy urodziła się nasza Kalina. Razem z nią rosną modrzewie, świerki, brzozy, klony, robinie. 

A to drzewo za panem jak ma na imię?

Nie ma już więcej imion w naszym ogrodzie. Nie szalejemy, nie jest tak łatwo dostać u nas swoje drzewo. 

Kalina Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski
Kalina z jednym z najmłodszych kurcząt.

Kalina ma tu wspaniałe dzieciństwo.

Może czasami brakuje jej towarzystwa, ale mamy dużo zwierząt, które uwielbia, zaprzyjaźnia się z nimi, nazywa. Te nazwane mają u nas dożywocie. Poznała pani owcę Politę? Jest też kogut Clark, tak bardzo zaliczany do naszej rodziny, że Kalinka zabrała go kiedyś na wakacje nad morze, wzbudzając sensację na plaży. Najmłodsze kurczęta, wśród nich Iskierkę, wychowywała, karmiła. Nawet Puszkin, jeden z naszych psów, bawi się z kurczakami. Mamy kozę, barany, koty, a nawet zaprzyjaźnione motyle.

W zaprzyjaźnione motyle nie wierzę.

Wydaje nam się, że przylatują do nas wciąż te same. Dają się głaskać. Również dla owadów zostawiamy spore kawałki nieużytków. Ale i dlatego, żeby mogły u nas mieszkać kuropatwy, bażanty, rodzina zajęcza. 

Przypomina panu to wszystko młodzieńcze lata na Lubelszczyźnie?

Miałem 11 lat, kiedy przyjechaliśmy z Tatą na lubelską wieś z Pomorza, gdzie się urodziłem. Do końca podstawówki byłem na Lubelszczyźnie. Czytałem „Chłopów” i odkrywałem polską wieś, której nie znałem wcześniej zupełnie. Tata, lekarz, prowadził ośrodek zdrowia na prowincji. Pamiętam obiady, jakich przedtem nie znałem: zsiadłe mleko, ziemniaki, jajka sadzone. Zapach lasu, łąki, rzek. Ale wtedy nie analizowałem tego, co mnie otaczało. Dobrze wspominam niezwykłe wiosny, kiedy żyliśmy tam jak w XIX wieku, bez możliwości wydostania się do miasta albo dokądkolwiek. Tamtejsza gleba o nazwie rędzina jest na podłożu wapiennym. Podczas wiosennych roztopów ziemia przyklejała się do kół, nie można było nigdzie wyjechać, nawet traktorem. Byliśmy odcięci od świata, co wydawało mi się zupełnie niesamowite. Ale nasz Emilin nie przypomina mi tej wsi. Jestem tu wśród natury, jednak w starym dworku, czuję historię tego domu. 

Janusz Józefowicz, Natasza Urbańska i córka Kalina
fot. Grzegorz Korzeniowski
Natasza Urbańska, Janusz Józefowicz i ich córka Kalina przed domem w Emilinie. Na schodach po lewej: Kropka i Puszkin.

Wybudowany został jako wiano dla panny?

W połowie XIX wieku przez żołnierza, który był porucznikiem, potem kapitanem 6 Pułku Piechoty wojsk napoleońskich. Za pieniądze zarobione w wojsku kupił swojej córce Emilce ten dom jako wiano. Mam zdjęcia z tamtego czasu z miejsca, w którym siedzimy. Też stał tu taras, choć konstrukcja była inna. Tu odbył się ślub, na którym druhnami były córki Piłsudskiego, tu przy drzwiach stała żona marszałka z córkami. Przyjaciel, który mieszka od pokoleń w naszej wsi, mówił mi, że marszałek podobno do Emilina przyjechał. Bo chłopi kładli snopki na dziurawych drogach, żeby można było jakoś dojechać. 

Wyobrażacie sobie, jak to wszystko wyglądało, kiedy Emilia tu mieszkała?

Myślę, że mniej więcej tak samo, tylko kostiumy były inne. Wystarczy pójść na spacer aleją grabową, żeby zagubić się w czasie.

Była kiedyś w pana rodzinie posiadłość ziemska?

Mieliśmy na kresach spory kawałek ziemi, rozparcelowany po wojnie. Ale z wujostwem doświadczyłem jeszcze ziemiańskiego życia. Wuj był hodowcą koni, dziś w encyklopediach można znaleźć jego zdjęcia ze wspaniałymi zwierzętami z jego hodowli, ogierami. Jeździłem do niego na wakacje. Podczas żniw albo zbioru truskawek do pracy przychodzili ludzie z całej wsi. Ja też pomagałem. W południe kobiety przynosiły na pole jedzenie, żebyśmy nie przerywali pracy. A wieczorem przychodziło się do domu, rozstawiane były ogromne stoły, dla 30, 40 osób, z piwnic wyjmowano nalewki, podawano pieczone kurczaki, ziemniaki, wujek wyjmował akordeon. Sielsko. Kiedyś do stawu wuja wpadł łoś. Przybiegli ludzie ze wsi, wyciągnęli go drągiem. Wyszedł taki piękny, otrząsnął się, pobiegł szczęśliwy przed siebie. Pamiętam ten obraz.

I przez lata w Warszawie nie tęsknił pan nigdy za takim oddechem, przestrzenią, brakiem zgiełku?

Nigdy. Nie miałem poczucia, że w mieście czegoś mi brakuje. Przeciwnie nawet, uwielbiałem tę energię. A najbardziej lubiłem wakacje w Warszawie. To było dla mnie kompletnie niezrozumiałe, że ludzie z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca. Nie wiedziałem, o co chodzi z tym wypoczynkiem. Nie potrzebowałem tego, czułem się fantastycznie w pracy. Jeśli wyjeżdżałem, to dla kogoś – dzieci, żony, rodziny. 

Ślub z Nataszą Urbańską

Żona sprowadziła pana na wieś?

Natasza znalazła Emilin w internecie. Właściciel po wojnie mieszkał w Stanach, więc majątek był zaniedbany. Potem kolejny właściciel odnowił dom, ale nie odbudował tarasu. My go wybudowaliśmy zaraz po kupnie Emilina, bo chcieliśmy wziąć na nim ślub. I tak się stało.

Jak pan pamięta pierwsze poranki w Emilinie?

Ptaki nas budziły, mają tu raj w drzewach. O świcie i wieczorem ciszę przerywają ptasie śpiewy. Trzy rodziny gołębi skalnych przylatują do nas co roku z Afryki. Są dosyć hałaśliwe, ale lubimy je. 

Janusz Józefowicz, Natasza Urbańska
fot. Grzegorz Korzeniowski

A w nocy widać wszystkie gwiazdy?

Tak, kiedy pójdziemy nad staw na spacer, jesteśmy jakby w tysiącgwiazdkowym prywatnym hotelu. Zamykamy za sobą bramę do tego domu i mamy świadomość, że właściwie tu jest wszystko, co potrzebne do życia. Mleko kozie, jajka, mięso, woda ze studni głębinowej, ryby, warzywa, owoce – wszystko. Możemy nie wychodzić latami. Bardzo przyjemna świadomość. Mnóstwo rzeczy niepotrzebnych jest w naszym życiu, a tutaj nie ma rzeczy niepotrzebnych. Wszystko, co tu rośnie czy żyje, jest dla nas. W dodatku wciąż odkrywamy coś nowego. Można się tu zamknąć i żyć spokojnie.

Dlaczego jeździ pan do pracy?

Bo jestem tym, kim jestem. Moja praca polega na tym, że marzenia zamieniam w opowieści, przedstawienia. Nie chcę z tego rezygnować. Mamy teatr, trzeba w nim być. Dziś wieczorem pojedziemy do Warszawy, zagramy spektakl, zrobimy to, co do nas należy, a potem tu wrócimy. Hałas, tumult związane z moim zawodem i ta cisza w Emilinie uzupełniają się.

A to miejsce, gdzie teraz rozmawiamy, bierze udział w tworzeniu teatru. Finalizujemy teraz pracę nad „Mistrzem i Małgorzatą”. Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto, pierwszy raz je czytaliśmy. Tu się spotykamy z przyjaciółmi artystami, wymyślamy nowe projekty. A realizujemy je w mieście, w teatrze czy na planie filmowym.

Ile pan miał lat, kiedy odkrył zielarstwo?

Jakieś pięć dych. Superfajna rzecz: znaleźć nową pasję, kiedy wydaje się, że już tyle się przeżyło, może wystarczająco dużo. Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: „Z czego dziś pijemy herbatkę?”. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, krwawnik, tasznik, mięty kawałek. 

Można wyjść z domu i różę powąchać. Wąchać ją, i wąchać, i wąchać, i mieć z tego przyjemność. Albo pójść na spacer na bosaka po trawie. Chodzimy z Kalinką na spacery i mówię czasem: „Zamknij oczy i wyobraź sobie, że ta gałązka modrzewia to ogon zebry”. Żeby poczuć roślinę, nie tylko ją widzieć. 

To drzewo, które tu stoi przy nas, widziało paru takich dżentelmenów jak ja. Ich już tu nie ma, a ono dalej stoi. To wzbudza szacunek. Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec tego, co nas otacza, wobec tego, co piękne i niesamowite.

Jak bardzo niesamowite?

Nie poraża to mnie – dojrzałego przecież faceta – tak, żebym stracił oddech. Ale pamiętam coś takiego: kiedyś, pod koniec podstawówki, na Lubelszczyźnie, o której rozmawialiśmy, wybrałem się na przejażdżkę rowerem. Kiedy dotarłem do górki, nie miałem już siły jechać, więc pchałem przed sobą rower. Wspinałem się z nim na wzgórze, obróciłem się za siebie i zobaczyłem pejzaż tamtych stron: pagórki, pasy upraw na polach, drzewa, wysokie trawy. To było tak niewymownie piękne, że patrzyłem i byłem przekonany, że Bóg istnieje. Mistyczne, radosne i pełne miłości przeżycie religijne. Do dziś pamiętam tę chwilę. To było nieoczekiwane, głębokie, niesamowite. A patrzyłem na Lubelszczyznę, nie na fiordy, wodospady czy wulkany. Na pagórki, które były doskonałe, potrzebne, przemyślane, genialne. Stałem z tym rowerem i przestałem oddychać z zachwytu. Może teraz to wraca? Tylko w spokojniejszej wersji? Piękno przyrody nie paraliżuje mnie, ale cieszę się nim jak dzieciak.

Rozmowa z Januszem Józefowiczem ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kwietna łąka
Unsplash

Miejski sad, trawnik-szachownica albo aplikacja na telefon, czyli sposoby, jak w mieście żyć eko

Życie w stylu eko w mieście? To możliwe. Niech za przykład posłuży miejski sad w Kętrzynie, gdzie jeszcze kilka lat temu rosła tylko trawa. A podobnych pomysłów pojawia się u nas coraz więcej.
Sylwia Arlak
17.06.2020

Władze Kętrzyna wpadły na niecodzienny pomysł. Aby uczcić 31. rocznicę częściowo wolnych wyborów, zamiast budować w mieście kolejny pomnik, stworzyli… miejski sad. Teraz owocami prosto z drzewa będą mogli cieszyć się wszyscy mieszkańcy. Nowy sad powstał w pobliżu Ogrodu Zapachów. Jeszcze kilka lat temu rosła tu tylko trawa. Dzisiaj mieszkańcy mają do swojej dyspozycji łąkę kwietną, a niedalekiej przyszłości będą zbierać owoce i warzywa, które wyrosną z zasadzonych drzewek, grusz, wiśni, czereśni, jabłoni i śliwy. Na miejscu pojawiły się też budki lęgowe dla owadów. Koszt takiej inwestycji był niewielki (drzewka ufundowali radni, a pozostałe atrakcje powstały z funduszy przedstawicieli organizacji pozarządowych, stowarzyszeń i pracowników Urzędu Miasta), a jej plusów jest całe mnóstwo. Świetne rozwiązanie (na czas pandemii koronawirusa i nie tylko) zastosowano w Elblągu. Centrum Sztuki Galeria EL przygotowała miejsce, gdzie każdy może poczuć się bezpiecznie. Społeczno-izolacyjny trawnik w kształcie szachownicy pozwala swobodnie spędzać czas z rodziną czy znajomymi. Miejsce powstało w trosce o przyrodę. „Pozwólmy trawie rosnąć wysoko! Marzec i kwiecień były najsuchszymi miesiącami od 150 lat, a prawdopodobnie w przyszłych tygodniach sytuacja może się powtórzyć. Trawa utrzymuje wilgoć i zapobiega erozji ziemi, obniża temperaturę, produkuje tlen i pochłania dwutlenek węgla, a także powoduje wzrost bioróżnorodności” — czytamy na profilu Centrum Sztuki. – „Pozwólmy trawie rosnąć wysoko! Marzec i kwiecień były najsuchszymi miesiącami od 150 lat, a prawdopodobnie w przyszłych tygodniach sytuacja może się powtórzyć. Trawa utrzymuje wilgoć i zapobiega erozji ziemi, obniża temperaturę, produkuje tlen i pochłania dwutlenek węgla, a...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

Jane Fonda w domku na drzewie! 82-letnia aktorka w nowej eko-kampanii Gucci

Nowa kolekcja „Gucci Off The Grid” Alessandro Michele wykonana jest w całości z organicznych materiałów z recyklingu. Promuje ją m.in. znana z zaangażowania w ekologię Jane Fonda.
Sylwia Arlak
17.06.2020

Jane Fonda stoi na schodkach domku na drzewie, ubrana cała na biało w rzeczy uszyte z materiałów pochodzących z recyklingu. W nowej kampanii Gucci: „Gucci Off The Grid” moda idzie pod rękę z ekologią! To kolejna odsłona ekologicznej polityki marki – już cztery lata temu Gucci zaczęło używać materiałów pochodzących w 100 procentach z recyklingu. Teraz idzie o krok dalej. Włoski dom mody, pod przewodnictwem dyrektora kreatywnego Alessandro Michele wprowadza na rynek swoją pierwszą zrównoważoną kolekcję „Gucci Off The Grid”.  Jane Fonda i Gucci razem w trosce o środowisko Twarzą kampanii jest Jane Fonda oraz japoński wokalista Miyavi, brytyjski ekolog David Mayer de Rothschild, raper Lil Nas X i piosenkarka King Princess. W wideo wyreżyserowanym przez samego Allesandro Michele widzimy jak gwiazdy budujące domek na drzewie w samym sercu miasta.  — Kolekcja jest efektem pracy zespołowej. Każdy wniósł coś od siebie. W tej kampanii promujemy ideę dialogu pomiędzy ludźmi, którzy tworzą coś na nowo. Wyobraziłem sobie, że wspólnie zbudujemy dom na drzewie w centrum miasta, jak dzieci bawiące się w parku. Każdy z nas powinien zbudować taki dom, aby zrozumieć, że nasza planeta istnieje — mówi dyrektor kreatywny Gucci.         View this post on Instagram                   @janefonda leads the cast of the campaign for the first Gucci sustainable line which also includes David Mayer de Rothschild @thelostexplorer, @lilnasx, @kingprincess69 and @miyavi_ishihara. They each wear pieces from the #GucciOffTheGrid collection, standing and...

Czytaj dalej
Anna Jagodzińska Bynamesakke Zrób to dla pszczół lato 2020
Instagram @annajofficial

Polskie modelki i aktorki walczą o lepszą przyszłość dla pszczół. Ty też możesz!

Między innymi Anna Jagodzińska, Julia Bijoch i Monika Mrozowska w koszulkach marki Bynamesakke wspierają akcję „Zróbmy to razem dla pszczół”.
Zuzanna Szustakiewicz
16.06.2020

Gdy czytałam „Farmagedon” poruszył mnie fragment poświęcony pszczołom na plantacjach migdałowców w Kalifornii. W wyniku gospodarki monokulturowej oraz całego wachlarza środków chemicznych stosowanych na tych terenach, naturalnie nie występuje tam już ani jedna pszczoła. Dlatego owady, potrzebne do zapylenia migdałowców (bez czego nie byłoby ani jednego owocu) przywożone są w swoich ulach tirami, w określonych z góry terminach. Takie obwoźne pasieki są rozwiązaniem stosowanym na terenie całego USA, a pszczelarze w sezonie mają zapełniony swój kalendarz co do godziny i wysoko cenią swoje usługi. Oczywiście także dlatego, że ani oni, ani ich pszczoły nie mają łatwego życia, a wiele owadów podczas pracy oraz transportu umiera. Wymieranie pszczół to problem całego świata – jeden ze skutków kryzysu klimatycznego. Bez pszczół zginiemy i my. Potrzebne są rozwiązania w skali globalnej, ale warto też działać lokalnie. Zrób to po swojemu dla pszczół! Niedawno Diana Dyba (@jestem_w_lesie) autorka bloga „Zrób to po swojemu” zainicjowała akcję #zrobmytorazemdlapszczol. Poprosiła bohaterów swoich tekstów, twórców polskich niezależnych marek i manufaktur by stworzyli przedmioty specjalnie na licytację dla pszczół.         View this post on Instagram                   Jedz miód będziesz...no właśnie jacy będziemy? ? Pomożecie mi dokończyć to zdanie? Spośród wszystkich komentarzy wybiorę jeden, do kogo wyślę mały miodzik od @roisie.pl ? W poniższych # znajdziecie trochę podpowiedzi, ale liczę, iż już to wiecie ?￰゚ミン?...

Czytaj dalej