Inspektor Grażyna Biskupska: „Latami pracowaliśmy na to, by ludzie nie bali się policji”
@CBS Reality

Inspektor Grażyna Biskupska: „Latami pracowaliśmy na to, by ludzie nie bali się policji”

Inspektor Biskupska to najsłynniejsza kobieta oficer polskiej służby mundurowej i bohaterka serialu dokumentalnego na CBS Reality „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”. W rozmowie z nami wspomina najlepsze lata polskiej policji.
Sylwia Niemczyk
27.11.2020

Pracowała nad najgłośniejszymi sprawami kryminalnymi w Polsce, m.in. „wampira z Ochoty” czy zabójstwa Tomka Jaworskiego. „Lata 90. to było w Polsce eldorado dla przestępców”, mówi młodsza inspektor Grażyna Biskupska była naczelnik Wydziału do Zwalczania Aktów Terroru Kryminalnego.

Sylwia Niemczyk: Kiedy na początku lat 90. zaczęła pani pracę, dużo było kobiet w policji?

Grażyna Biskupska: Bardzo dużo. To był czas transformacji, ze starej kadry milicyjnej odchodziło sporo ludzi i trzeba było tę dziurę, która po nich została, kimś zapełnić. Wtedy zatrudniono mnóstwo kobiet. I słusznie! Pion dochodzeniowo-śledczy to specyficzne miejsce, przy każdej okazji powtarzam, że to praca wprost stworzona dla kobiet. Oczywiście miałam też fajnych panów dochodzeniowców, ale zdecydowanie kobiety są w dochodzeniówce lepsze – mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa za te słowa. Panowie są fantastyczni w szybkim działaniu: jechać, zatrzymać, doprowadzić. Ale cała reszta, czyli dociekanie, analizowanie – to już my. A przede wszystkim: słuchanie, słuchanie i słuchanie. Przecież to kobieca domena. 

Policja to miejsce dla kobiet – mówi insp. Biskupska

Idąc na spotkanie z panią, myślałam, że będziemy rozmawiać o tym, jak drobna blondynka odnalazła się w męskim świecie. A tu się okazuje, że muszę szybko wymyślić inny zestaw pytań!

W komendzie na warszawskim Żoliborzu, w której spędziłam pierwsze dziewięć lat, na pewno nie było żadnego męskiego świata. Trochę mniej kobiet było w Wydziale ds. Aktów Terroru Kryminalnego, który współtworzyłam od 1999 roku, a potem prowadziłam jako naczelnik. Ale też były. Poza tym nigdy nie doświadczyłam niczego, co się dziś nazywa mobbingiem i dyskryminacją, ani nie słyszałam o takich doświadczeniach od koleżanek. Traktowaliśmy się po koleżeńsku, współpracowaliśmy ze sobą. Panowie nie lubili jakichś czynności, więc prosili o zastępstwo, i my robiłyśmy tak samo. Przyznam się szczerze i uczciwie, że ja strasznie nie lubiłam robić oględzin samochodu, miałam nieraz nawet problem z nazwaniem poszczególnych części. Więc zawsze szukałam jakiegoś kolegi, który by mnie zastąpił. Ale za to brałam za nich np. rozmowy z rodzinami ofiar. 

Jeśli spotykałam się z innym traktowaniem, to tylko ze strony petentów. Kiedy np. ktoś dzwonił i słyszał w słuchawce mój głos, to nieraz bywało, że domagał się „rozmowy z szefem, a nie sekretarką”. I musiałam tłumaczyć, że to ja jestem tym szefem. W społeczeństwie pokutowało przeświadczenie, że kobieta policjant jest mniej sprawna.

Przy każdej okazji powtarzam, że to praca wprost stworzona dla kobiet. Zdecydowanie kobiety są w dochodzeniówce lepsze – mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa za te słowa.

W jaki sposób pani trafiła do policji?

Miałam trochę ponad trzydziestkę, byłam świeżo po rozwodzie, chciałam też coś zawodowo zmienić w swoim życiu. Miałam małe dziecko, szukałam lepiej płatnej pracy. Wcześniej pracowałam w szkole jako nauczycielka i bibliotekarka, więc gdy przyszłam do policji, to chciałam pracować w zespole do spraw nieletnich. Ale tam się nie dostałam – skierowano mnie do pionu dochodzeniowo-śledczego. Dopiero po paru latach dostałam propozycję pokierowania sekcją zajmującą się nieletnimi, miałam podbudować w niej wykrywalność. 

To były lata, kiedy młodocianej przestępczości było bardzo dużo. Znęcania się nad słabszymi, włamań, kradzieży. Sprawcami były często młodsze dzieci, poniżej 15. roku życia. 

Jeden z odcinków serii dokumentalnej „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej”, która startuje właśnie w CBS Reality, jest poświęcony sprawie „wampira z Ochoty”, 16-latka, który napadał na staruszki.

Na jego przykładzie można powiedzieć, że niektórzy ludzie chyba mają po prostu w sobie gen zła. Nie umiem tego inaczej określić. Robert W. zaczynał od przestępstw szkolnych, znęcał się nad młodszymi. Od wczesnych lat był objęty opieką wychowawczą psychologa szkolnego, pedagogów – ale co z tego? Przecież nawet gdy oczekiwał na apelację w sprawie wyroku za podwójne zabójstwo, uciekł z zakładu poprawczego i pierwsze, co zrobił, to napadł na kolejną staruszkę. Nic innego nie umiał, a może i nie chciał robić w życiu. 

Młodym ludziom imponowała przynależność do gangu, szybkie pieniądze, życie poza prawem. Na ulicach panowała moda bandycka: łańcuchy na szyi, zwane kajdanami, dresy.

Jak pani wspomina tamte czasy?

Liczba przestępstw – straszna! Lata 90. i pierwsza dekada XXI wieku to było w Polsce eldorado dla bandytów. Jednym z typowych przestępstw były wymuszenia rozbójnicze, inaczej mówiąc, haracze. Przychodził osiłek – czy dwóch – i pod pretekstem ochrony zmuszał właściciela sklepu, parkingu, restauracji do płacenia comiesięcznego czynszu za to, że nic się nie stanie. To przestępstwo było przez długie lata bagatelizowane, a jednocześnie należało do najczęstszych. Myślę, że liczbowo równało się z kradzieżami samochodów czy rozbojami. Typowe dla tamtych lat były też uprowadzenia dla okupu, bardzo ciężkie sprawy do prowadzenia: czasochłonne, pracochłonne, bardzo stresujące. Często rodziny nawet nie zgłaszały nam tych przestępstw, a nawet jeśli, to mogły na każdym etapie zażądać wycofania się policji. I w tym przypadku rodzina ma decydujący głos, policja musiałaby to przyjąć, bo priorytetem tutaj było życie ludzkie. 

Poza tym toczyły się walki między grupami, więc na porządku dziennym było podkładanie pod samochody konkurentów urządzeń wybuchowych, ostrzeliwanie się, egzekucje.

Zasłynęła pani rozbiciem tak zwanej grupy żoliborskiej, której specjalnością były właśnie haracze. 

Na przełomie XX i XXI wieku to był jeden z najmocniejszych gangów w Warszawie, rozbicie go było dużym sukcesem. Oni zresztą sami też się osłabiali, bo wewnątrz grupy toczyła się przez jakiś czas walka starych z młodymi i zbuntowanymi. Przywódca tych drugich co prawda szybko zginął, rozstrzelany pod blokiem, ale sami zbuntowani zostali. Cała grupa żoliborska to było kilkadziesiąt osób: szefostwo i tak zwani żołnierze. Młodym ludziom imponowała przynależność do gangu, szybkie pieniądze, życie poza prawem. Na ulicach panowała moda bandycka: łańcuchy na szyi, zwane kajdanami, dresy.

Nie bała się pani? Nie było takiej myśli rano: „Wrócę dziś do domu czy nie wrócę?”.

Myślałam tak, ale trochę w innym sensie. Nie: czy mi się coś stanie złego, tylko czy po prostu będę mogła wyjść po ludzku z pracy. W wydziale dochodzeniowo-śledczym pracuje się nie do godziny 16 czy 17, ale do skutku. Nieraz trzeba było zostać do wieczora, a bywało, że i do następnego rana, bo czas gonił. Niczego nie można było zaplanować, więc mój syn szybko musiał się usamodzielnić. Pamiętam, że kiedyś wzięłam urlop na jeden dzień, bo musiałam pozałatwiać jakieś sprawy urzędowe, ale punkt 16.00 dzwoni telefon. I odzywa się szef: „Czekam w pracy”. Ja tłumaczę: „Przecież dziś miałam dzień wolny”, na co on: „Miałaś, ale teraz już się zaczęły godziny nadliczbowe”. Oczywiście pojechałam, bo to było jakieś większe wydarzenie, nawet nie pamiętam jakie, ale rzeczywiście wymagające tego, by wszyscy stawili się w gotowości. 

A wracając do strachu?

W zasadzie nigdy go nie czułam. I nie miałam do niego podstaw, nikt mi nigdy nie groził, nie miałam żadnych włamań do samochodu. Ale ja przecież nie jeździłam na zatrzymania, nie biegałam z bronią, nie wchodziłam z bandytami w kontakt. Zbierałam zeznania, przesłuchiwałam. Tylko raz rzeczywiście zetknęłam się z bezpośrednimi groźbami. Ówczesny przywódca gangu żoliborskiego, „Mario”, zadzwonił do mnie na biurko i powiedział, że mnie zabije. Ale tamtego strachu też nie było jakoś dużo, bo po kilku dniach „Mario” sam się do nas zgłosił. Pamiętam, to było w okolicach Dnia Kobiet, a tu wchodzi do mnie, podchodzi do biurka – wielki, w puchówce, bo jeszcze było zimno – i mówi już zupełnie innym tonem: „Pani Grażynko, podobno mnie pani szukała, no to jestem”. Został aresztowany, na co zresztą liczył, bo bał się o swoje życie, miał porachunki z innymi przestępcami. 

Po jakimś czasie zapytałam go o tamten telefon z pogróżkami. Powiedział, że ma nadzieję, że nie wzięłam jego słów do siebie. Tłumaczył, że chciał się popisać przed kolegami, aby nie myśleli, że po rozbiciu grupy jest już zupełnie bezsilny. 

Miała pani swoje autorskie metody przesłuchiwania?

Nie wypracowałam sobie żadnego „sposobu Biskupskiej”, po prostu zawsze uważnie słuchałam i umiałam potem w protokole uwypuklić to, co było ważne. Nie byłam żadnym superpsychologiem w stylu: „ta usiadła bokiem, to znaczy, że kłamie, a ta trzyma dziwnie rękę, więc na pewno coś ukrywa”. Zwracaliśmy uwagę na to, jak ktoś się za długo zastanawiał nad prostym pytaniem albo odwrotnie, podejrzanie szybko odpowiadał. Ale metody w tym żadnej nie było. Może tylko tyle, że ja nigdy nie przeklinałam ani nie podnosiłam głosu. Dla mnie to by była oznaka słabości, a przecież w momencie, kiedy jest się twarzą w twarz ze zbójem, nie wolno nam jej okazać. Przesłuchiwani nieraz próbowali mnie wyprowadzić z równowagi, ale im się nie udawało. 

To chyba zostało zapamiętane. Nie tak dawno odezwał się do mnie chłopak z więzienia, znalazł mnie na Facebooku, zadzwonił z podziękowaniami, że zawsze traktowałam go z szacunkiem. Mówił: „Pani Grażyno, ja, taki bandyta, a pani zawsze była dla mnie uprzejma”. Dziwił się temu. Przekazał mi pozdrowienia od jeszcze innego osadzonego.

Uprzejmość chyba nie jest najczęstszą cechą wśród policjantów?

Nie umiałam inaczej niż spokojnie i uprzejmie. Wyjątkiem od tej uprzejmości było tylko to, że prawie nigdy nie mówiłam do nich na pan, od razu przechodziłam na ty. Nie wyobrażałam sobie tego: zbój, który kogoś pokaleczył, okradł, skrzywdził, a ja mam mówić do niego: „proszę pana”? Szczególnie że niektórych z moich rozmówców znałam jeszcze jako nielatów, z ich pierwszych zatrzymań. 

Jak udawało się pani łączyć samotne macierzyństwo z pracą policjantki?

Nie wiem jak, ale udawało się. Zawsze chciałam, żeby mój dom był taki, jak wszystkie inne domy. Przełączałam się po prostu z jednego trybu na drugi, poza tym nigdzie mi się tak dobrze nie zastanawiało nad śledztwami, jak przy myciu garów. Najgorzej mi wychodziło z codziennymi obiadami, ale to dlatego, że na komisariacie na Żoliborzu, gdzie pracowałam przez pierwsze dziewięć lat bycia policjantką, była bardzo dobra stołówka. A że szkoła mojego syna była dość blisko, to on po prostu przychodził po lekcjach do mnie coś zjeść. 

Które przestępstwa były dla pani najtrudniejsze?

Wszystkie te, których ofiarami padały dzieci. Wiele z nich dobrze pamiętam, choć wolałabym nie. To często były potworne rzeczy, nie do opowiadania. Oczywiście jedną ze spraw, które będą mi towarzyszyć do końca życia, jest sprawa zabójstwa Tomka Jaworskiego, maturzysty, który podczas ogniska ze znajomymi został porwany przez trójkę młodych ludzi i potem zakatowany przez nich na śmierć. Do niej też wracam w mojej serii dokumentalnej. 

Zbrodnia, która wstrząsnęła całą Polską.

Pamiętam ją i ze względu na ilość pracy przy niej, i ze względu na bliski kontakt z rodzicami Tomka, i też na to, że sama byłam wtedy mamą dorastającego syna, który też już przecież chodził na swoje pierwsze wieczorne i nocne imprezy. Mój Kuba miał wtedy 17 lat, a zakatowany na śmierć Tomek – 19.

Jak doszło do tego, że pani pracowała nad tą sprawą?

Miałam w sobotę rano dyżur i po prostu przyjęłam zgłoszenie, potem prowadziłam pierwsze czynności. Ale nad tą sprawą pracowaliśmy wszyscy. Prawie przez cały tydzień, w niewyobrażalnym tempie. I prawie wszyscy, którzy zajmowali się tą sprawą, mieli dzieci. Chyba każdy z nas wtedy myślał o tym samym: że niebezpieczeństwo może uderzyć w nas albo w naszych najbliższych zupełnie nieprowokowane. Jak to się mówi: Tomek po prostu był w nieodpowiednim czasie i miejscu. 

Z każdym dniem, nawet z każdą godziną ta sprawa wydawała nam się coraz bardziej dramatyczna. Tu nie chodziło o włamanie, pieniądze, korzyści, o rywalizację gangów, ale o czystą przemoc. Słuchaliśmy zeznań tych dwóch mężczyzn, ich opowieści, jak na polecenie Moniki Sz., która kierowała całym zdarzeniem, zawieźli Tomka do jej mieszkania, jak go tam torturowali – i zastanawialiśmy się: „Dlaczego?”. Do dziś nie umiem odpowiedzieć. 

Bardzo żałuję, że dzisiaj jest tak małe poszanowanie dla policji w społeczeństwie. Ja i moi koledzy ciężko całymi latami pracowaliśmy nad tym, żeby policjanci cieszyli się większą sympatią.

Nie żałowała pani nigdy decyzji o pójściu do policji?

Nigdy, nawet wtedy, kiedy było trudno. Ta praca dawała mi bardzo dużo satysfakcji. Oczywiście, życia nikomu nie mogliśmy wrócić, ale mogłam oddać rodzinie ofiary sprawiedliwość. A to też coś znaczy. Poza tym, pomijając już te największe, najbardziej dramatyczne przestępstwa, często jednak udawało nam się naprawić krzywdę. Przecież wiele prowadzonych przez nas spraw to były kradzieże, nikt nikomu w nich życia nie zabierał, ale to też jest poważne przestępstwo. Ktoś tracił dorobek życia, ktoś inny pamiątki po rodzicach. I nieraz była taka sytuacja: trafiamy na jakąś większą „dziuplę”, w której jest wszystko, mydło, powidło. W takich przypadkach częstym zwyczajem komend rejonowych było organizowanie „wystawy”. Rozkładaliśmy na stołach zabezpieczone w „dziupli” rzeczy, na taką wystawę przychodziło masę ludzi sprawdzić, czy wśród rzeczy nie ma ich własności. I nieraz z takiej jednej „wystawy” byliśmy w stanie zamknąć 150 śledztw w sprawie włamań do mieszkań na terenie Warszawy. Poza tym naprawdę było miło patrzeć, jak ktoś, komu skradziono rodzinną biżuterię, odzyskuje swoją własność. Ludzie nieraz płakali ze szczęścia. 

Pani wnuki są dumne, że ich babcia była jedną z najlepszych policjantek w kraju?

Nigdy tak im o sobie nie opowiadam, bo też się tak nie czuję. Nie byłam ani najlepszą, ani jedyną policjantką, jestem jedną z wielu. Miałam szczęście, że brałam udział w ciekawych sprawach, że udawało się je rozwiązywać, ale niczego nie robiłam sama. W policji wtedy pracowali fantastyczni ludzie, ja w każdym razie wielu takich znałam. Bardzo żałuję, że dzisiaj jest tak małe poszanowanie dla policji w społeczeństwie. Ja i moi koledzy ciężko całymi latami pracowaliśmy nad tym, żeby policjanci cieszyli się większą sympatią. Staraliśmy się zwiększać wykrywalność przestępstw, próbowaliśmy zlikwidować pozostały jeszcze z czasów PRL-u strach przed mundurem. I przez jakiś czas go nie było.

Seria „Kryminalne akta inspektor Biskupskiej” opowiada o słynnych sprawach kryminalnych z lat 90. Od 2 listopada w CBS Reality.

***

Rozmowa z Grażyną Biskupską ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
bliskość nowe
Fot. iStock

Myśliwy, księżniczka, murarz - czy jesteś jedną z tych postaci w związku

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że nasze złe relacje w związku wynikają z lęku przed bliskością. Taki lęk jest głęboko ukryty, lubi się kamuflować i przywdziewa różne maski. Jak go rozpoznać?
redakcja „Uroda Życia”
26.11.2020

Lęk przed związkiem (inaczej przed bliskością) bierze się zazwyczaj z naszego dzieciństwa i relacji z matką. Długo może pozostać w ukryciu i daje o sobie znać dopiero wtedy, gdy wchodzimy w relacje oparte na miłości, przyjaźni. Utrudnia je, a czasem prowadzi do ich rozpadu. Znana psycholożka i terapeutka Stephanie Stahl w swojej nowej książce „Jak nie bać się bliskości” (wyd. „Otwarte”, Kraków, 2021) nazywa ów lęk demonem, który tkwi w naszej psychice i sprawia, że nie może powstać prawdziwa bliskość. Opisuje też 3 rodzaje relacji, które mają taki lęk u podstaw i nadaje im etykiety myśliwego, księżniczki i murarza (oczywiście odnoszą się do obu płci).   Myśliwy: muszę cię mieć, dopóki jeszcze cię nie mam! Peter właściwie nie był w typie Sonji. Poznali się na przyjęciu. Dobrze im się rozmawiało.Dwa dni później zadzwonił i zapytał, czy nie miałaby ochoty pójść z nim na otwarcie pubu. Sonja uznała, że zaproszenie brzmi zachęcająco. Peter znów z nią flirtował, ona natomiast delikatnie dawała mu do zrozumienia, że na jego zainteresowanie może odpowiedzieć tylko znajomością na stopie przyjacielskiej. Peter wcale nie wydawał się tym zirytowany, był niezmiennie w świetnym humorze i nadal ją podrywał. W kolejnych dniach kontaktował się z Sonją częściej, by się z nią umawiać, proponując przy tym zawsze ciekawe aktywności. Koniec końców pewnego wieczora Sonja przestała się opierać. W jej mieszkaniu Sonja i Peter wypili po kieliszku wina i spędzili razem noc. Po jakimś czasie spędzili wspólnie weekend, to był cudowny wyjazd, po którym Sonja pozbyła się reszty wątpliwości. Stało się dla niej jasne, że naprawdę zakochała się w Peterze i potrafi wyobrazić sobie dłuższy związek z nim. Teraz również Sonja zaczęła inicjować...

Czytaj dalej
Reklama IKEA przeciw przemocy domowej
materiały prasowe IKEA/YouTube

Reklama, która wywołuje ciarki. IKEA pokazuje, że nie każdy dom jest bezpiecznym miejscem

Potłuczone talerze i szklanki, pieniądze „znikające” z portfela, trzaskające drzwi. Do tego paraliżujący strach i wrażenie, że ktoś cały czas nas obserwuje i tylko czeka, by zrobić nam krzywdę. To wszystko to nie zwiastun horroru, a najnowsza reklama IKEA.
Hanna Szczesiak
26.11.2020

Każdy dom powinien być bezpiecznym miejscem – to hasło przyświeca najnowszej kampanii reklamowej sieci IKEA. Jej twórcy odchodzą od konwencji znanej z reklam meblowego giganta. Tym razem, zamiast jasnych kolorów, wesołej muzyki i radosnego przesłania, serwują nam spot, który ma nas uwierać, ma wywołać dyskomfort, może nawet przerażenie. Przede wszystkim ma jednak zwrócić uwagę na problem przemocy wobec kobiet, która czasem wydaje się niewidzialna. Nowa reklama IKEA przypomina horror W najnowszej reklamie – do tej pory powstało kilka wersji, m.in. czeska i węgierska – meble i dodatki IKEA schodzą na dalszy plan. Na pierwszy wysuwają się emocje bohaterki spotu: lęk, poczucie samotności, niepewność jutra. Kobieta spędza czas w domu, gdzie cały czas nawiedza ją „duch”. Znajduje rozbity flakon perfum w łazience, ktoś oblewa ją wodą ze szklanki i zrzuca ze stołu talerz, zabiera jej pieniądze z portfela, zamyka ją w pokoju. Ten niewidzialny duch w końcu przybiera realną postać: oprawcy, który znęca się nad swoją partnerką. Czytaj także: Katarzyna Tubylewicz: „Ofiary przemocy nie są słabe i bezwolne” Przemoc zmienia dom w więzienie W filmie skupiono się na kilku rodzajach przemocy: fizycznej – o której zwykle mówi się najwięcej, ale też psychicznej i ekonomicznej. Reklama IKEA ma uświadomić nam, że problem przemocy wobec kobiet jest powszechny, a często niezauważalny lub ignorowany. Dlatego tak ważna jest pomoc ofiarom: uświadomienie im, że mają w sobie siłę, która pozwoli im odejść, ale też wsparcie w znalezieniu mieszkania czy psychologa, który pomoże w walce z traumą. „Przemoc domowa jest prawdziwa, nawet jeśli nie zawsze jest widoczna” – podsumowują twórcy reklamy. W ten sposób chcą zwrócić uwagę na...

Czytaj dalej
Czy jesteś toksyczną matką?
Pexels.com

Toksyczni rodzice są obciążeniem dla dziecka. Sprawdź, czy nie jesteś toksyczną matką

Bycie dzieckiem toksycznej matki to bagaż na całe życie. Według specjalistów szanse na samodzielne pozbycie się tego obciążenia bliskie są zeru. Zazwyczaj to dopiero lata psychoterapii pozwalają stanąć na nogi i przerwać niszczący wpływ toksycznego rodzica na teraźniejsze, dorosłe życie.
Karolina Morelowska-Siluk
26.11.2020

Toksyczność matki przejawiać się może na wiele różnych sposobów. Toksyczna matka może być nadopiekuńcza, osaczająca, nieszanująca granic, uważająca, że dziecko – nawet to całkiem dorosłe – jest jej własnością. Czasem działa jak taran, czasem w białych rękawiczkach, więc trudno zauważyć, jaką destrukcję wprowadza w nasze życie. Trudno zorientować się, że depresja, nerwica, zaburzenia lękowe czy niemożność budowania trwałych i bliskich relacji są efektem działania toksycznej matki. Toksyczna matka to nie zawsze matka przemocowa Bardzo często jest tak, że taka matka nie zdaje sobie sprawy ze swojej toksyczności, przez co nie wie, jaki wpływ ma na swoje dziecko. Sprawdź, czy w twoim matczynym zachowaniu nie ma symptomów toksyczności. Czytaj też: Jacek Masłowski, psychoterapeuta apeluje do nadopiekuńczych matek: „Puść go!” Przyjaciółka Toksyczna matka bywa przyjaciółką swojego dziecka. Musi wiedzieć wszystko, dziecko ma się jej zwierzać w taki sposób, w jaki opowiadamy o sobie przyjacielowi.  Na bazie tej wiedzy nieproszona „doradza”, a raczej wymusza podejmowanie konkretnych decyzji, wydaje polecenia. W ten sposób czuje się bardziej pewna siebie, okazuje wyższość, rywalizuje z dzieckiem. O sobie samej Toksyczna matka bywa skupiona wyłącznie na sobie. Każdą rozmowę, prędzej czy później, przekierowuje na siebie. Dla dziecka, jego przemyśleń, odczuć czy kłopotów nie ma miejsca. Matka jest centralnym punktem każdego spotkania, każdej wymiany zdań. Zawsze źle Toksyczna matka bywa najbardziej surowym krytykiem swojego dziecka. Wciąż wytyka błędy, narzeka, poucza, gani, nigdy nie chwali. Wynikiem jej postawy jest stopniowe obniżanie samooceny dziecka. Czytaj też: Nie walcz z wewnętrznym krytykiem. Zaprzyjaźnij się z nim Nie...

Czytaj dalej