Chcesz być szczęśliwsza? Spokojniejsza? Wprowadź do swojego życia więcej zieleni
Getty Images

Chcesz być szczęśliwsza? Spokojniejsza? Wprowadź do swojego życia więcej zieleni

Nasz związek z przyrodą jest czymś podstawowym. Jasne, dziś w większości mieszkamy w miastach, ale to stosunkowo nowa sytuacja. Jest wiele badań, które pokazują, że o wiele lepiej żyje nam się gdy mamy choć namiastkę kontaktu z naturą, zielenią.
Paulina Nowosielska
12.06.2020

Wysyp książek o sekretnym życiu drzew, tajnikach duszy zwierząt. W kinach – filmy pokazujące nasz świat z perspektywy psów czy kotów. Natura w wersji dzikiej i oswojonej staje się bohaterką masowej wyobraźni. Nauczyliśmy się na nowo dostrzegać jej bogactwo, niezwykłą obecność wokół nas. To wewnętrzna potrzeba, konieczność czy moda? Rozmowa z psychologiem, doktorem Adrianem Wójcikiem.

Paulina Nowosielska: Coraz wyraźniej czujemy, że czegoś nam brakuje. Oddechu, zieleni, słońca. Betonowy świat nie jest naszym naturalnym środowiskiem

Adrian Wójcik: Usiłując wytłumaczyć przyrodę, zyskujemy najpewniejsze poznanie samych siebie, nawet wtedy, kiedy błądzimy w poznawaniu przyrody”, mówił pisarz i pedagog Adolf Dygasiński. Tylko czy naprawdę chcemy zrozumieć naturę? I co z tą wiedzą dalej zrobimy? Nasz związek z przyrodą jest czymś podstawowym. Jasne, dziś w większości mieszkamy w miastach, ale to stosunkowo nowa sytuacja. Gwałtowny rozwój metropolii zaczął się raptem 300, 400 lat temu, a dopiero w 2007 roku odsetek osób żyjących w miastach przekroczył 50 procent... 

Jedynie kilka wieków, cóż to jest! 

Niewiele, biorąc pod uwagę rozwój naszego gatunku. W środowisku miejskim, jakkolwiek byśmy się starali, nadal jesteśmy nieosadzeni. Uczymy się go. 

Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Są ludzie, którzy znają tylko realia domów z betonu. 

I coraz wyraźniej czują, że czegoś im brakuje. Jest wiele badań, które pokazują, że o wiele lepiej żyje nam się w miastach, które dają, choć namiastkę kontaktu z naturą, zielenią. Bo to pozytywnie wpływa na nasze procesy uwagowe, pamięciowe. 

W jaki sposób? 

Weźmy mój gabinet, w którym rozmawiamy. Ma fantastyczny widok z okna. 

Rzeczywiście, piękny. Gałęzie drzew, różne odcienie zieleni, do tego szum liści. Można pozazdrościć. 

Okazuje się, że ten widok ma znaczenie. Rachel i Stephen Kaplan, psycholodzy, którzy od lat zajmują się wpływem natury na człowieka, stworzyli teorię regeneracji uwagi. Weźmy życiowy przykład. Rozwiązując skomplikowane równanie matematyczne czy pisząc ważny artykuł, koncentrujemy siły na tych zadaniach. Wiemy, że czas goni, odcinamy od siebie inne bodźce, mobilizujemy się. To uwaga świadoma. Ale jest też inna – mimowolna. Wszystko, co związane z naturą, przyciąga nasz wzrok. I właśnie spojrzenie na ogród, zielony park potrafi niesamowicie zregenerować naszą uwagę świadomą. Bo w przyrodzie nie ma monotonii. Ruch gałęzi, przebijające promienie słońca, przelatujące ptaki. Te zmiany są jednak na tyle płynne, że nie dekoncentrują, tylko dają wytchnienie. Kondycja jednej uwagi zależy więc od drugiej. To nierozerwalny związek, którego czasem nie dostrzegamy. 

Mieszczuchy takie jak ja powiedzą, że brzmi to niczym bajka dla grzecznych dzieci. 

Bo może potrzeba więcej dowodów? Choćby takich, jakich dostarcza psychologia środowiskowa. Zajmuje się tym, w jaki sposób wpływa na człowieka jego najbliższe otoczenie. Prowadzimy regularne badania według ściśle określonych procedur naukowych. Potem wszystko liczymy. Nic nam się nie wydaje. Jest szkiełko i oko. W jednym z badań psycholog Francis Kuo obserwowała dzieci, które razem z rodzinami przeprowadzały się do bloków socjalnych. Mieszkania były identyczne, różniły się jedynie widokiem z okna. Jedne wychodziły na pobliski park, inne na szare ściany budynków. Dzieci, które miały przed oczami drzewa, lepiej odnajdowały się w nowym otoczeniu, łatwiej koncentrowały się na odrabianiu lekcji. Były spokojniejsze od tych, które widziały wyłącznie betonowe płyty. Mamy więc kolejne badania, które coś pokazują, ale co z tego... 

Właśnie: co z tego wynika? 

W światowej psychologii jest mądre określenie, które po przetłumaczeniu na polski brzmi: błąd poznawania swoich emocji. Nie jesteśmy świadomi, że nawet krótki spacer po lesie wpływa na nasze poczucie szczęśliwości, zdolności umysłowe. W tym sensie wprowadzanie zielni do miast ma przynajmniej dwa pozytywne efekty. Pierwszy jest dość oczywisty – tworząc atrakcyjną przestrzeń, powodujemy, że ludzie chcą w niej przebywać. Stwarzamy warunki, w których zaczynają ze sobą rozmawiać, nawiązywać relacje. A drugi efekt – odpowiednio zaprojektowana przyroda powoduje, że w danej okolicy spada ilość popełnianych przestępstw. 

Tylko niech pan nie mówi, że chodzi o zbawienny wpływ zielonego koloru… 

Ale tak właśnie jest. Zieleń redukuje stres, ludzie mają mniej powodów, by łamać prawo. Idąc jednak dalej: jeśli widzimy zadbany ogródek wśród bloków, to do naszej głowy płynie sygnał, że muszą tu istnieć silne relacje sąsiedzkie, że ludzie nie są obojętni. 

W „Sekretnym życiu drzew” Peter Wohlleben pisze o roślinach, które porozumiewają się ze sobą, z oddaniem troszczą o potomstwo. Innymi słowy: mają uczucia i pamięć. Na to też są badania? 

Jest jeszcze „Zmysłowe życie roślin” biologa Daniela Chamowitza. I kolejne publikacje etologa Fransa de Waala opisujące zdolności poznawcze zwierzęcych umysłów. Dla mnie te książki są przede wszystkim genialnie napisane. Uruchamiają w nas wrażliwość i namawiają do refleksji, czy aby na pewno wszystko wiemy o naszym świecie. 

Mam wrażenie, że przebija z nich myśl: człowieku, zobacz, za daleko odszedłeś od przyrody, skomplikowałeś swoje relacje. Może warto uczyć się natury na nowo? 

Nie wiem, czy każdy ma ochotę na takie przemyślenia, jednak na pewno widać zmiany. Jeśli spojrzymy na ruchy ekologiczne ostatnich lat, to w ich działaniach zaczynają wygrywać sprawy lokalne. Nie koncentrujemy się na zagrożeniach globalnych, jak zmiana klimatu. Bardziej dotyka nas smog czy wycinka drzew w najbliższej okolicy. Nasza świadomość ekologiczna rośnie. Na początku 2016 roku w Warszawie odbyła się pierwsza demonstracja w obronie Puszczy Białowieskiej. Przyszło na nią 3 tys. osób. Ktoś powie – niewiele. Ale jak na polskie warunki i temat, który do tej pory rzadko przebijał się do szerszej świadomości, trzeba uznać to za sukces. Potem ludzie protestowali nie tylko w Warszawie, ale i np. w Rybniku przeciwko wycince drzew w parkach. I nie byli to sztandarowi „zieloni”, tylko rodziny z dziećmi, znajomi, pani ze sklepu... 

Czyli ludzie, których trudno poukładać w szufladkach? 

Filozof Roger Scruton, brytyjski konserwatysta, stara się przekroczyć stare podziały polityczne. Neguje myślenie, że ekologia może być atrakcyjna tylko dla osób lewicowych. Tłumaczy, że brak naszego zaangażowania wynika często ze zbyt dużego poziomu abstrakcji. Ziemia, wszechświat? To do nas nie przemawia. Przekonuje, że do ludzi łatwiej dotrzeć, wchodząc do ich mikrokosmosu, na ich podwórko, ulicę. 

Przydałoby się jeszcze dać im możliwość sensownego działania. 

No właśnie. Załóżmy, że jestem bardzo proekologiczną osobą, uważam, że postępuje zmiana klimatu, dlatego przesiadam się na rower, angażuję w każdą akcję, która ma powstrzymać rzeź dzikich zwierząt. Do tej pory takie postawy wymagały mnóstwo samozaparcia i silnej woli: zmiany trybu życia bez oglądania się na innych, przemierzania setek kilometrów, by dotrzeć do miejsca, gdzie dzieje się źle. Ostatnio jednak organizacje ekologiczne zrozumiały, że należy dać ludziom możliwość podjęcia prostych działań. Tak jest w przypadku alarmów smogowych, Puszczy Białowieskiej, różnych akcji w stylu „Adoptuj pszczołę”. 

Kilka lat temu toczyliśmy gorący spór o Rospudę. Dziś sprawa przycichła. Na ile nasze otwarcie się na naturę jest modą? 

Do niedawna było tak, że w sferze deklaracji wypadaliśmy genialnie, tylko wykładaliśmy się na działaniu. Myśleliśmy, że dobrze byłoby się w coś zaangażować, no ale praca, dzieci, dom... Wracając do tego, co teraz: myślę, że to nie moda, bo nigdy dotąd pomaganie czy angażowanie się nie było równie proste. Nie trzeba już jeździć do Puszczy Białowieskiej i przypinać się łańcuchem do harwestera, by nasze „nie” zabrzmiało głośno. Zamiast tego można dofinansować obozy protestujących, nagłośnić sprawę w swoim środowisku. W przypadku Rospudy takiej możliwości jeszcze nie było. 

Tylko czy w ślad za tym zaangażowaniem idzie jakaś głębsza refleksja? 

Świat nas do tego zmusza. Mamy jeden z największych w historii człowieka kryzysów natury. Geolodzy i fizycy atmosfery mają konkretne dane. Wiemy, ile jest śmieci w oceanach, jak szybko topnieją lodowce. Wiemy, że za zmiany w dużej mierze odpowiedzialny jest człowiek. Poważni naukowcy, którzy do tej pory żyli w świecie analiz matematycznych, zdali sobie sprawę, że muszą nami wstrząsnąć. I zwrócili się o pomoc do socjologów, psychologów. 

Jak zainteresować przyrodą nastolatka, dla którego całym światem jest internet i który zapomniał już pewnie, że można bawić się na podwórku? 

Na tym polega cała trudność: z emocjami i ludzkimi relacjami trzeba postępować ostrożnie. Weźmy strach. Można by roztoczyć czarną wizję przyszłości naszego świata. Jasne, przyciągniemy uwagę, ale jeśli przesadzimy, to ludzie zaczną uciekać od takich przekazów. Szczególnie jeśli nie wskażemy im rozwiązania. W budowaniu naszych relacji z przyrodą musimy widzieć efekt na zasadzie akcja – reakcja. To mrówcza praca, ale skuteczna. Mój kolega z katedry, na przykład, jest znany z tego, że wykończył w Toruniu 10 kominów. 

Wykończył? 

Chodził do ludzi, którzy palili w piecach bardzo różnymi rzeczami, i cierpliwie tłumaczył, jaką krzywdę wyrządzają sobie i sąsiadom. Był na tyle uparty, że w końcu dopiął swego. 

A co z argumentem, że im dalej od przyrody, tym bardziej nasza konstrukcja psychiczna słabnie? Są badania pokazujące, że ludzie, którzy żyją z dala od lasów i parków, unikający zwierząt, częściej chorują na depresję. 

Miałem pomysł, by wykorzystać te informacje i zrobić szkolenie dla urzędników. Bo ci, którzy decydują o zieleni miejskiej, myślą zwykle kategoriami estetycznymi. Estetyka, czyli zbytek. Dobrze byłoby zmienić ich podejście. Nie wszyscy możemy uciec z miasta, przenieść się np. na Mazury i zacząć na nowo odkrywać relacje z ludźmi, ze zwierzętami. 

„Kedi...” to film, którego akcja rozgrywa się w Stambule, a pierwszoplanowymi bohaterami są koty. W pewnym momencie z ust ulicznego sprzedawcy ryb pada tam takie zdanie: „Kto nie potrafi kochać kotów, ten nie potrafi kochać w ogóle”. 

Zmartwię panią: w psychologii nie ma prostych rozwiązań. Z jednej strony są badania, które pokazują, że relacje ze zwierzętami wpływają na nas kojąco, wręcz leczniczo, że dzięki nim łatwiej przychodzi nam odbudowywanie relacji z ludźmi. Jest jednak i druga strona medalu. Sposób, w jaki postrzegamy psy i koty, pokazuje, jak nierówno traktujemy świat zwierząt. Widziałem kiedyś wstrząsającą grafikę: człowiek, u którego nóg są: pies, kot i miska. Z boku stoją świnia, krowa, kurczak. Człowiek wskazując na nie, mówi do swoich czworonogów: „Jedzcie”. 

Jesteśmy więc hipokrytami? 

Mówiąc bardziej naukowo: psychologia obnaża często ludzką niekonsekwencję. Weźmy moralność. Chcielibyśmy ją postrzegać jako zestaw reguł, dzięki którym działamy w sposób logiczny, przemyślany, racjonalny, bezstronny. Psychologia pokazuje tymczasem, że rozumowanie moralne służy również do tego, by uzasadnić swoje zachowanie. Wracając do świata zwierząt, okazuje się, że decydujący wpływ na nasz stosunek do konkretnej istoty ma fakt, czy jest ona...

...jadalna? 

Szukałem jakiegoś bardziej dyplomatycznego określenia, ale o to właśnie chodzi. Gdy myślimy o innej grupie społecznej, z innego kraju, szczególnie tego, z którym jesteśmy skonfliktowani, traktujemy ją jako trochę mniej „ludzką” od naszej. Zwykle to są bardzo subtelne różnice. Przypisujemy sobie większe prawo do odczuwania bardziej skomplikowanych emocji, jak melancholia, nadzieja. 

A jak się to ma do zwierząt? 

Psycholog, Steve Loughnan, w swoich badaniach pokazał, że rzadziej przypisujemy zdolność do przeżywania złożonych emocji zwierzętom, które jemy. Na przykład świnie są dla nas mniej ludzkie, mają mniej zdolności wyrażania emocji niż koty. 

Ktoś powie, że koty towarzyszą nam od wieków, mieliśmy w tym czasie nieraz okazję, by je obserwować – stąd to ponadgatunkowe porozumienie. 

Naukowcy też doszli do takiego wniosku i stworzyli fikcyjne zwierzę, kangura drzewnego. Spytali ludzi, czy ich zdaniem, jest ono zdolne do odczuwania bardziej skomplikowanych emocji. Części badanych powiedziano, że jest jadalne, części, że nie. Ta informacja okazała się kluczowa: te, które mają szansę wylądować na naszych talerzach, uznaliśmy za mniej ludzkie. 

To tak, jakbyśmy szukali dla siebie usprawiedliwienia. 

Zapewne po części tak jest. Wystarczy spojrzeć, jak wyglądają w większości książeczki dla dzieci, które przedstawiają świat zagrodowych zwierząt. Mamy szczęśliwe kurki, krowy i świnki przechadzające się po podwórzu. Jeśli porównamy to ze światem rzeczywistym, z hodowlą masową… Pewne fakty lubimy przemilczeć, okłamując po części również samych siebie. 

„Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch”, mówił Stanisław Jerzy Lec. 

Z jednym zastrzeżeniem: nie idealizujmy przesadnie świata zwierząt. Tamtejsze układy społeczne bywają złożone. Jest tam też sporo przemocy i agresji nakierowanej na obcych, czasem słabszych.  

Ale to człowiek przez lata nauczył się myśleć o sobie: jestem wyjątkowy. Skoro tak, to przysługują mu specjalne prawa. 

I idąc za Księgą Rodzaju, czynił przyrodę sobie poddaną? Można zadać sobie pytanie: na ile hierarchiczna wizja świata wpływała na postępowanie wobec przyrody. Lynn White, historyk z Harvardu, opublikował w latach 60. w magazynie „Science” artykuł. Postawił w nim hipotezę, że za kryzys ekologiczny odpowiedzialna jest chrześcijańska i judaistyczna wizja przyrody, w której to człowiek jest panem stworzenia. 

I na pewno wywołał tym burzę. 

Potężną. Szybko jednak okazało się, że związki między naszą duchowością a przyrodą są o wiele bardziej złożone. Sam prowadzę badania dotyczące związku religijności i postaw prośrodowiskowych, które oparte są na danych z kilkudziesięciu krajów świata. Wzięto pod uwagę wszystkie wyznania, od wielkich monoteistycznych religii po animizm i szintoizm. Porównując wyniki osób wierzących (bez względu na wyznanie) z ateistami, nie znaleźliśmy najmniejszej różnicy. Pojawiła się ona natomiast wśród samych wyznawców. Im głębsza wiara, bardziej duchowa niż instytucjonalna, tym większa wrażliwość takiego człowieka na przyrodę. 

 

Marzymy o powrocie do raju? 

Najpierw należałoby założyć, że ten raj kiedykolwiek istniał. Że kiedyś relacje ludzkości z naturą były zdecydowanie lepsze. Prawdę mówiąc, nie jestem do końca przekonany, że tak właśnie było. Czy ludzie kiedyś byli bardziej refleksyjni, czuli związek z przyrodą, który dopiero rewolucja przemysłowa i epoka cyfryzacji zerwała? A może po prostu nie mieli takich możliwości jak dziś, by przyrodzie zaszkodzić i decydować za nią na każdym niemal kroku. Innymi słowy: nie wiem, czy mamy do czego wracać. Bardziej chodzi o to, by wytworzyć nowy rodzaj więzi i zrozumieć, że nie możemy bez końca żyć na kredyt. 

W sierpniu wypada dzień, od którego do końca roku zużywamy więcej surowców przyrodniczych, niż planeta jest w stanie odtworzyć.

Tylko jak mocno do nas to dociera? 

Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi w ustach psychologa, wierzę w racjonalne rozwiązania systemowe. Weźmy człowieka, który kupuje tylko tyle jedzenia, ile potrzebuje, a zakupów nigdy nie pakuje do plastikowych torebek. Świetnie. Tylko dlaczego nie bierzemy z niego masowego przykładu? Tu o wiele skuteczniejsze okazało się wprowadzenie drobnej opłaty za reklamówki w sklepach. To samo dotyczy walki ze smogiem. Można prowadzić akcje uświadamiające i apelować do ludzi, by nie truli się nawzajem. Ale znów – o wiele skuteczniejsze okazało się wprowadzenie regulacji dotyczących norm jakościowych w piecach. 

Zmieniamy się, choć bardziej da się to odczuć niż zauważyć w szerokich badaniach sondażowych. Pojawiło się dużo ruchów oddolnych, nakierowanych na nasze relacje z przyrodą. W te działania nie są zaangażowane tłumy, raczej grupy. Ale przez to, że działają lokalnie, mają olbrzymi wpływ. W efekcie nie musimy wszyscy jak jeden mąż nagle zacząć kochać koty, psy i obejmować drzewa, ale mając obok siebie takich bardziej uwrażliwionych ludzi, podążamy za nimi. 

I nie patrzymy już z politowaniem na panią Krysię, która dokarmia koty i zanosi chore zwierzęta do weterynarza? 

Tu znów, jak to w psychologii, są dwie strony medalu. Pamiętam światowe badania, w których badano stereotyp „zielonych”. Proszono respondentów o podanie synonimów. Padały określenia: szaleniec, wariat. Jednocześnie dociera do nas, że ludzi dbających o przyrodę nie sposób dłużej tak nazywać. Bo troszcząc się o bezdomne koty, lecząc bezpańskie psy, broniąc drzew przed wycinką, walczą również o poprawę świata, w którym i my żyjemy.

Dr Adrian Wójcik – psycholog, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu zajmuje się m.in. psychologią postaw prośrodowiskowych, czyli tym, jak skłonić ludzi do działań na rzecz ochrony przyrody.

***

Rozmowa z Adrianem Wójcikiem ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Stanisław Łubieński
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok). W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze . Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.” Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką? Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z...

Czytaj dalej
Wilderness therapy
Unsplash

Wilderness therapy: kontakt z naturą to ratunek dla naszych emocji!

Leśna głusza leczy naszą duszę – mówi psychoterapeutka, Jo Roberts. Co to jest wilderness therapy i dlaczego kontakt z naturą to dzisiaj najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić same dla siebie.
Anna Maziuk
05.04.2019

Czasem wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia: pokręconego i zmiennego, żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens”. O wartościach przebywania na łonie dzikiej natury i leczeniu duszy poprzez głuszę i las – mówi antropolożka i psychoterapeutka, specjalistka wilderness therapy Jo Roberts w rozmowie z Anną Maziuk.  Anna Maziuk, „Uroda Życia” Na czym opiera się metoda pracy wilderness therapy, czyli terapii poprzez dziką przyrodę? Jo Roberts:  Od zarania dziejów jesteśmy częścią natury, ona dawała nam schronienie, jedzenie, ale jednocześnie stawiała wyzwania. W naszej WT [wilderness therapy – red.] właśnie o to wyzwanie chodzi. Kiedy jesteśmy wśród dzikiej przyrody, wychodzimy poza naszą strefę komfortu. Musimy się dostosować do warunków pogodowych i klimatycznych, wymyślić, w jaki sposób odtworzyć nasze jaskinie. Takie doświadczenia sprawiają, że uczestnicy tych wypraw, już po powrocie do domu, są bardziej pewni siebie i lepiej radzą sobie z  nieprzewidywalnymi zdarzeniami. Ale dobrze jest też po prostu poprzebywać w ciszy, przemyśleć pewne sprawy w spokoju, bez elektroniki, telefonów, zbędnego hałasu. Patrzenie na kołyszące się na wietrze gałęzie, wschód słońca czy panoramę gór to zupełnie inne doświadczenie niż wpatrywanie się w  ekran komputera. W zderzeniu z takim pięknem uczymy się pokory, dociera też do nas, że jesteśmy tylko jednym z milionów innych gatunków. To kojąca świadomość, gdyż zwykle myślimy o sobie jako o gatunku wyjątkowym, będącym na mecie ścieżki ewolucyjnej, a to bardzo samotne miejsce. Na Szetlandach pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe lekarze oficjalnie przepisują „naturę”: długie spacery, podglądanie ptaków, zbieranie kwiatów. Bo przebywanie wśród...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Stres, ataki paniki, wypalenie zawodowe? Pomoże ci „leśna kąpiel”

Jeśli wiecznie się czymś zamartwiasz, weź przykład z Japończyków – i idź do lasu. Już w latach 80. XX wieku, mieszkańcy Dalekiego Wschodu wiedzieli, że nic nie działa na nas lepiej niż „leśna kąpiel”.
Sylwia Arlak
29.05.2020

Pojęcie „leśnej kąpieli” (Shinrin-Yoku) pojawiło się po raz pierwszy w Japonii w latach 80. Zamiast przepisywać pacjentom kolejne lekarstwa, lekarze zaczęli wysyłać ich na wyprawy do lasu. Zwyczaj ten szybko podchwyciły kolejne kraje. Można śmiało powiedzieć, że moda na „leśne kąpiele” opanowała część Ameryki i wiele krajów europejskich – i słusznie. Shinrin-Yoku, czyli powolne chodzenie przez las, pomoże nam przywrócić równowagę.  Nigdy nie byliśmy tak  oderwani od świata przyrody. Jak pisze magazyn „Time”, przewiduje się, że do 2050 roku 66 proc. światowej populacji zamieszka w miastach. Według badań sponsorowanych przez Agencję Ochrony Środowiska przeciętny Amerykanin spędza 93 proc.  swojego czasu w domu.  Chłoń las wszystkimi zmysłami Ale jest też dobra wiadomość. Badania wykazały, że nawet krótkie spacery wśród natury pomagają nam ukoić nerwy. Dzięki nim obniżymy poziom kortyzolu we krwi, odzyskamy spokój i siłę. Kontakt z naturą może nam pomóc w walce z lękiem i depresją. Spacer po lesie także rodzaj naturalnej aromaterapii. Wdychając leśne powietrze z naturalnymi olejkami sosnowymi czy świerkowymi, uodparniamy organizm na wiele chorób. Aby jednak skorzystać z dobroczynnego działania lasu, podczas spacerów schowaj telefon (albo jeszcze lepiej: zostaw go w domu) i postaraj się chłonąć las  wszystkimi zmysłami. Zamknij oczy i słuchaj kołysania się koron drzew albo śpiewu ptaków. Poczuj wiatr na skórze. Oddychaj głęboko. Wąchaj zielone rośliny, mech, glebę. Przegryź świeżą igłę sosnową (zawiera przeciwutleniacze i witaminę C). Jeśli czujesz się z tym komfortowo, zdejmij buty i poczuj pod stopami twardą ziemię. Las jest dla każdej z nas  Dr. Quing Li, ekspert w...

Czytaj dalej