Ile rzeczy tak naprawdę potrzebujesz do szczęścia?
getty images

Ile rzeczy tak naprawdę potrzebujesz do szczęścia?

Minimalizm to trend, który przywraca radość życia – mówi Francine Jay, propagatorka minimalizmu.
Iza Janiszewska
04.01.2019
Gdy nie potykamy się o rzeczy, nie musimy się przez nie przekopywać, nasza codzienność staje się łatwiejsza i bardziej wydajna. Minimalizm to nie jest brak. To równowaga między „za mało” a „za dużo”. Stworzenie przestrzeni na to, co naprawdę się liczy” – mówi Francine Jay*, propagatorka minimalizmu  oraz ruchu uważnego konsumpcjonizmu, zachęcającego do podejmowania świadomych decyzji konsumenckich.
 
Izabela Janiszewska: Jako Miss Minimalist opowiadasz tysiącom ludzi o własnych doświadczeniach stawania się minimalistką. Jak to się zaczęło?
Francine Jay: Kiedy byliśmy młodzi, przeprowadzaliśmy się z mężem przynajmniej raz w roku. Za pierwszym razem wszystkie nasze rzeczy zmieściły się w bagażniku, za drugim wynajęliśmy niewielki samochód dostawczy, a gdy zmienialiśmy miejsce zamieszkania po raz trzeci, potrzebny był porządny van. Przed czwartą przeprowadzką musieliśmy już zatrudnić profesjonalną ekipę przeprowadzkową, która pomogła uporać się z nagromadzonymi rzeczami. Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo nasze życie było obciążone przedmiotami, które z każdym rokiem czyniły nas mniej mobilnymi.
 
To była twoja motywacja do zmiany?
Niezupełnie. Jakiś czas później zaczęliśmy dużo podróżować po świecie. Zwykle pakuję bagaż tak, by był jak najlżejszy. Mogę wtedy iść, dokąd chcę, i robić, co chcę, bo nie jestem obładowana rzeczami. Pomyślałam wtedy, że skoro podróżowanie z niewielkim bagażem jest fantastyczne, to życie w taki „lekki” sposób musi być również niezwykłe. Zapragnęłam mieć to samo poczucie wolności i lekkości na co dzień. To wtedy postanowiłam pozbyć się nadmiaru rzeczy i otaczać się jedynie tymi, które są niezbędne. Zaczęłam „odgracać” moje życie.
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Minimalizm ułatwia życie

I jak sobie z tym radziłaś?
Szło mi bardzo powoli aż do 2009 roku, kiedy dostałam od losu możliwość przeprowadzenia całkowitej czystki. Sprzedaliśmy dom niemal z całym naszym dorobkiem i przeprowadziliśmy się do Londynu jedynie z dwiema walizkami. Tam przez trzy lata prowadziliśmy życie nomadów, skupialiśmy się na tym, by posiadać jedynie tyle, ile jesteśmy w stanie przenieść w dwóch walizkach. Dzięki temu doświadczeniu dziś, gdy znowu mieszkamy w Stanach, łatwiej jest nam optymalizować liczbę posiadanych rzeczy.
 
Czy walizka to miara tego, ile powinniśmy mieć?
Niekoniecznie, nie musimy być aż tak ekstremalni. Choć przyznaję, że wyobrażanie sobie życia jako podróży, w której pakujemy do walizki najistotniejsze przedmioty, pomaga. Dużo łatwiej i przyjemniej jest, gdy decydujesz o tym, co zostawić niż co wyrzucić. Żyjąc lekko, jesteś w stanie chwytać okazje, które się nadarzają. Łatwiej przeprowadzić się na drugi koniec świata dla ukochanej osoby lub pracy, nie myślisz wtedy: „Jak miałabym to wszystko zostawić?”.
 
Kiedy słyszę słowo minimalizm, gdzieś w głębi pobrzmiewa mi brak. Wyobrażam sobie, że muszę się pozbyć rzeczy, które lubię.
Wręcz przeciwnie. Minimalizm zakłada znalezienie równowagi pomiędzy „za mało” i „za dużo”. Punktu, w którym czujesz, że to, co posiadasz, jest wystarczające. Minimalista to ktoś, kto żyje wyłącznie z tym, co niezbędne i usuwa nadmiar. Jeśli jesteś absolutnie szczęśliwa z tym wszystkim, co do ciebie należy, to najpewniej nie musisz eliminować liczby rzeczy, które posiadasz. Ale jeśli masz wrażenie, że jest tego za dużo albo że w twoim życiu brakuje równowagi i harmonii, to warto rozważyć przegląd nagromadzonych przedmiotów. Gdy nie potykamy się o rzeczy i nie musimy się nieustannie przez nie przekopywać, nasza codzienność staje się łatwiejsza i bardziej wydajna. Nadmiar przytłacza, krępuje, zabiera energię i zamyka nas na nowe doznania. Minimalizm polega na robieniu przestrzeni na to, co naprawdę się liczy. Im mniej mamy rzeczy, tym więcej czasu i uwagi możemy poświęcić ludziom, których kochamy, i aktywnościom, które czynią nas szczęśliwymi. Badania pokazują, że szczęście pochodzi z doświadczeń, nie z rzeczy.
 
Pięknie brzmi, ale czy to nie naiwne? Myśleć, że gdy pozbędę się zbędnych przedmiotów, nagle moje relacje z ludźmi się pogłębią?
Wszyscy mamy ograniczoną ilość czasu, w jakim możemy poświęcać uwagę określonym sprawom. A zatem jeśli mniej uwagi będziemy dawać rzeczom, czyli mniej się o nie martwić, mniej je pielęgnować i czyścić, tym więcej tej uwagi i czasu będziemy mogli podarować chociażby bliskim. Jeśli ograniczymy czas, jaki spędzamy na kupowaniu, a nawet myśleniu o kupowaniu, będziemy mieli więcej czasu, by pobawić się z dziećmi, poczytać albo spotkać się z przyjaciółmi. A to jest dla nas dużo bardziej "karmiące" niż wieczne zajmowanie się przedmiotami. W dzisiejszym zabieganym świecie czas jest niezwykle rzadkim dobrem, co więcej – dobrem nieodzyskiwalnym, a zatem każda minuta, którą możemy "odzyskać" poprzez uproszczenie naszego życia, jest na wagę złota.

Czy posiadanie jest złe?

Ale dlaczego posiadanie dużej ilości dóbr ma być złe?
Ono samo w sobie nigdy nie jest złe, ale gdy zaczynasz czuć się wśród swoich rzeczy przytłoczona, rozproszona i zmęczona, to sygnał, że może masz do czynienia z nadmiarem. Stanem, w którym czujesz, że nie masz już nad wszystkim kontroli, że życie wymyka ci się z rąk, a to z kolei powoduje wzrost wewnętrznego napięcia i stresu. Zagracone życie, podobnie jak zagracony dom, nie funkcjonuje dobrze. Jeśli twoje biurko jest zasypane rzeczami, nie masz gdzie pracować, nie możesz swobodnie myśleć i tworzyć. Porządkowanie przywraca właściwe funkcje przedmiotom, miejscom, a w efekcie także naszemu życiu. Pomaga osiągnąć wewnętrzną równowagę. Wierzę, że jasna, spokojna i uporządkowana przestrzeń pozwala zadbać o jasny umysł.
 
A jeśli tę przestrzeń dzielimy z bliskimi, którzy w nosie mają minimalizm?
Pierwszym krokiem jest własna przemiana. Gdy domownicy widzą, jak zadowoloną czyni cię eliminowanie nadmiaru, gdy dostrzegają, jak przyjemnie wygląda nowa, uporządkowana przestrzeń, gdy zaczynają czuć, jak zmienia się ich nastrój w takim otoczeniu, wtedy mogą zarazić się minimalizmem. Warto też ustalać granice. Wyznaczać określone strefy w domu jako wolne od zbędnych przedmiotów. Niech to będą miejsca wspólne: kuchnia, jadalnia czy salon. Pomysł sprowadza się do tego, by każdy z domowników trzymał swoje rzeczy w prywatnej przestrzeni. Dzięki temu w domu zaczyna panować ład, a każdy z mieszkańców staje się powoli za niego odpowiedzialny.
 
Jak stać się minimalistą?
Zacznij od zwiększania liczby rzeczy, które wyrzucasz, a zmniejszania tych, które gromadzisz. Jeśli przybywa jeden przedmiot, równocześnie coś musi zniknąć. Ogranicz zakupy. Dobrym sposobem, który uzmysławia nam, ile posiadamy, jest stworzenie szczegółowej listy wszystkiego, co mamy. Warto ją mieć przy sobie zawsze podczas zakupów, może wtedy, gdy przeczytasz, że masz 60 par butów, dwa razy się zastanowisz, zanim kupisz sześćdziesiątą pierwszą. Często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, jak dużo dóbr nagromadziliśmy.
 
Uważny konsumpcjonizm, do którego zachęcasz, ma nam w tym pomóc?
Świadome zakupy polegają na tym, że zanim cokolwiek kupimy, zatrzymamy się i odpowiemy sobie na pytania: "Po co i dlaczego chcę to mieć?", "Czy mam gdzie to postawić, czy mam już coś podobnego?", "Czy zechcę to zatrzymać na dłużej, a jeśli nie, to czy łatwo będzie mi się z tym rozstać?". Ma to nas oduczyć bezrefleksyjnego pakowania rzeczy do sklepowych koszyków, a w rezultacie zaoszczędzi pieniądze i czas. Gdy masz w ręku listę z konkretnymi pozycjami do zakupu, łatwiej będzie ci odpierać konsumpcyjne pokusy.
 
Nie zapominaj o tym, że zakupy nakręcają gospodarkę. Czy ograniczając konsumpcjonizm, sami na siebie nie kręcimy bicza?
Wierzę, że możliwa jest równowaga między zbyt małą konsumpcją, która szkodzi gospodarce, i zbyt dużą, która szkodzi środowisku i prowadzi do nadużywania praw człowieka. Ruch uważnego konsumpcjonizmu zachęca do zdrowego kupowania, które pozwala zaspokoić nasze najważniejsze potrzeby, a zarazem unikać nadmiaru, który powoduje problemy takie, jak nadwyżki śmieci, odpady, zanieczyszczenia i złe warunki pracy.
 
A jeśli ktoś po prostu lubi zakupy? Czy czasem możemy sobie kupić coś miłego?
Oczywiście. Paradoksalnie minimalizm czyni zakupy jeszcze przyjemniejszymi, bo jesteśmy rozważni w kwestii rzeczy, które nabywamy, dobieramy je tak, by doskonale trafiały w nasze gusta i odpowiadały na nasze potrzeby. Wtedy jesteśmy bardziej zadowoleni z naszych wyborów. Zamiast 10 bluzek, które są po prostu fajne, możemy mieć jedną albo dwie, w których czujemy się i wyglądamy doskonale. Kupując rzadziej, zdecydowanie bardziej cenimy czas zakupów.
 
Wspominałaś o tym, że przedmioty i zakupy odbierają nam przestrzeń, jaką możemy dać bliskim. A jeśli zakupy są dla nas sposobem spędzania czasu z nimi?
Jeśli zbyt wiele czasu poświęcamy zakupom, nawet w towarzystwie bliskich, może to mieć konsekwencje, które przewyższą korzyści płynące ze wspólnego buszowania po sklepach. Nikt nie życzy sobie stresu na tle finansowym, przeładowanych szaf czy świadomości, że przyczynia się do wyzyskiwania ludzi, którzy w Bangladeszu w nieludzkich warunkach szyją modne w danym sezonie ubrania dla sieciówek. A poza tym jest tyle innych fantastycznych sposobów na spędzanie czasu z rodziną. Idąc z dziećmi do parku czy na basen, możemy nauczyć je, że radość płynie z "wydawania" swojego czasu innym, a nie wydawania pieniędzy.
 
Mówisz o tym wszystkim, jakby to było banalnie proste. A myślę, że wielu z nas trudno byłoby tak się ograniczać i rozstawać z rzeczami.
Porządkowanie i nauka świadomego konsumpcjonizmu nie zdarzają się jednej nocy. To długotrwały proces. W moim życiu zajął on wiele lat, podczas których we mnie i w mojej świadomości powoli dokonywała się przemiana. Im więcej nadmiaru usuwałam, tym łatwiej było mi pozbywać się kolejnych rzeczy. Tym częściej dostrzegałam, że tak naprawdę wcale ich nie potrzebuję. Zrozumiałam, że minimalizm polega na otaczaniu się tylko ulubionymi rzeczami.
 
Dlaczego jesteśmy tak przywiązani do rzeczy?
Często identyfikujemy się z tym, co posiadamy, używamy tych rzeczy jako symboli, by pamiętać o ważnych ludziach i wydarzeniach z naszego życia. Nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę te wspomnienia są w nas, w naszych umysłach i emocjach, a nie w przedmiotach. Dlatego robiąc porządki z rzeczami o wartości sentymentalnej, zawsze radzę zostawić jakiś drobiazg, który będzie przypominał daną osobę bądź utrwalał miłe wspomnienie, ale wyrzucić całą resztę. Czyli na cześć babci, która odeszła i o której cały czas ciepło myślimy, możemy zostawić jedną filiżankę, ale oddać w dobre ręce całą resztę zastawy. Szczególnie jeśli i tak nigdy jej nie używamy. Jeden przedmiot będzie budził te same emocje, co cała kolekcja, a zabierze zdecydowanie mniej miejsca.
 
Na twojej stronie internetowej można przeczytać setki listów od ludzi, którzy stali się minimalistami. Jaki główny przekaz płynie z tych opowieści?
Piszą do mnie ludzie z całego świata i na różnych etapach życia. Wzrusza mnie, gdy widzę, jak wprowadzenie porządku wokół pozwoliło im na transformację. Jednym udało się schudnąć, inni poprawili swoje relacje w związkach, a jeszcze inni wreszcie zdecydowali się podążać za swoją pasją.
 
Chwileczkę, chcesz powiedzieć, że sprzątanie sprawiło, że ktoś zrzucił paręnaście kilogramów?
Tak, i to nie z powodu wysiłku fizycznego. Kiedy przejmujemy kontrolę nad fizyczną częścią naszego życia, budujemy pewność siebie. Rodzi się w nas przekonanie, że teraz możemy przejąć kontrolę nad innymi obszarami. Gdy nauczymy się oceniać, które z naszych dóbr są dla nas naprawdę istotne, a które da się wyeliminować, możemy używać tej umiejętności do innych sfer w naszym życiu. Jak chociażby ograniczenie się, gdy chcemy sięgnąć po kolejne ciastko – stąd postępy w traceniu wagi. Nie ma w tym magii, jest stopniowa zmiana świadomości i pojmowania własnej sprawczości. Podobnie jest z relacjami – uczymy się eliminować te, które nie przynoszą w naszym życiu radości.
 
Rozmowa z Francine Jay ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Lęk w pandemii
Unsplash

„Nie chcę wracać do pracy po lockdownie. Chcę zostać w domu”. Czy to normalne?

Wszyscy baliśmy się zamknięcia podczas pandemii, a teraz nie chcemy powrotu do „normalnego życia”. Dlaczego? Bo — jak przekonują psycholodzy — znowu musimy wyjść z naszej strefy komfortu. A to nie jest łatwe dla nikogo.
Sylwia Arlak
18.05.2020

Kiedy zaczął się lockdown i ogólnonarodowa kwarantanna, czuliśmy się w naszych domach jak w więzieniu. Marzyliśmy o wyjściu do restauracji, wizycie u fryzjera i nawet o powrocie do pracy. „Nie mogę doczekać się, aż to wszystko się skończy” — mówiliśmy. Do czasu. Dzisiaj, kiedy faktycznie zniesiono dużą część ograniczeń, zaczynamy czuć strach przed wyjściem z domu i powrotem do dawnej rzeczywistości. Lęk: naturalna reakcja na zmianę Wiele z nas musi znowu zamienić Zooma na kontakty twarzą w twarz, a domowe pielesze na open space i kawę. Znów widzimy perspektywę rozdzielenia pracy i domu – i zamiast się tym cieszyć, jesteśmy przerażone. Ale niezależnie od tego, czy odczuwasz lęk przed powrotem do pracy, odesłaniem dzieci do szkoły czy zwyczajnym wyjściem z domu, po raz pierwszy od wielu tygodni, wiedz — nie jesteś w tym lęku sama. „Okoliczności, w jakich ostatnio się znaleźliśmy, stały się dla nas nową normą. Zniesienie ograniczeń spowoduje więc duże zmiany w życiu i relacjach większości ludzi” — tłumaczy coach Rebecca Lockwood w rozmowie z brytyjskim „The Stylist”. Jak dodaje ekspertka, lęk, którego wszyscy doświadczamy, jest całkowicie normalną reakcją na zmianę. Jesteśmy tylko ludźmi i jak to ludzie, lubimy rutynę.  „Większość osób woli pozostać w swojej strefie komfortu. To dla nas bezpieczne miejsce. Kiedy zaczynamy z niej wychodzić, pojawia się uczucie niepewności, niepokoju i przytłoczenia. Wszyscy tego doświadczaliśmy na początku lockdownu, a teraz czujemy po raz kolejny, kiedy wychodzimy z domów” — mówi Lockwood. Wszyscy czujemy to samo Podobnie wypowiada się Dominique Antiglio, ekspertka w dziedzinie sofrologii (technika relaksacji stosowana w celu zmniejszenia stresu i lęku) w klinice BeSophro. Jak mówi,...

Czytaj dalej
zdrada
Adobe Stock

Miłosny trójkąt: zobacz kiedy i komu potrzebna jest zdrada w związku

Winę za zdradę w małżeństwie ponosi ta osoba, która zdradza, to oczywiste. Ale zdrada często ma miejsce wtedy, kiedy w związku brakuje uwagi, akceptacji, uznania, czułości.
Aleksandra Nowakowska
18.05.2020

Zdrada zmusza nas do zobaczenia prawdy nie tylko o naszym partnerze, ale też o naszym związku. Według dra Davida Richo, terapeuty par oraz rodzin zdrada zawsze dotyczy obojga partnerów, nigdy nie jest to sprawa tylko jednego z nich. I chociaż trudno nam to przyznać, ale romans nie jest zaburzeniem, lecz symptomem zaburzenia, tak samo jak gorączka nie jest chorobą, tylko jednym z jej objawów.  Kochanek lub kochanka potrzebni są do tego, żeby stworzyć dystans, którego zdradzający partner potrzebuje w relacji. Zdrada może też być sposobem na zakończenie związku dla kogoś, kto nie ma wystarczająco dużo siły, aby odejść z własnej woli. Ale to już było Dr David Richo w książce „Dojrzałość związku. Jak kochać świadomie” pisze, że z perspektywy jego gabinetu, poprzez zdradę zawsze zaspokajamy sobie jakąś potrzebę, która wydaje nam się nie do zaspokojenia w pierwszym związku. Richo obserwuje, że mężczyźni na przykład mogą zaspokajać swoją potrzebę uległości u boku żony, a dominacji z kochanką. Zauważa też, że zdrada może pobudzać naszą pozytywną stronę, jakiś potencjał, który się nie ujawnił w dotychczasowym układzie – przy „tej trzeciej”  albo „tym trzecim” możemy być bardziej kreatywni, otwarci, zadaniowi, subtelni, kobiecy bądź męscy. Czasem romans jest jedynym sposobem na to, żeby stały związek, w którym brak bliskości, zrozumienia, wspólnych płaszczyzn, znowu stał się znośny. Teoria dra Davida Richo zakłada, że w relacjach z ludźmi dążymy do zaspokojenia pięciu fundamentalnych potrzeb ludzkich. Są to: akceptacja, uwaga, czułość, uznanie i zaspokajanie indywidualnych potrzeb. Nasi rodzice lepiej lub gorzej wywiązali się z tego zadania, a potem my szukamy kogoś, kto ma wynagrodzić nam to, czego nie dostaliśmy od nich. Na...

Czytaj dalej
Nostalgia za dzieciństwem
Unsplash

Tęsknisz za dzieciństwem? Mózg ma powody, by podsuwać nam miłe wspomnienia

Lepiej pamiętamy rozpakowywanie świątecznych prezentów czy przytulanie się do mamy, niż awantury i ciche dni rodziców. Mózg ma ważny powód, żeby tak decydować.
Aleksandra Nowakowska
18.05.2020

Kiedyś myśleliśmy, że ludzka pamięć przypomina nagranie wideo lub twardy dysk komputera. Dzisiaj, dzięki coraz bardziej zaawansowanym technologicznie badaniom mózgu, wiemy, że tak nie jest – nasza pamięć jest wybiórcza i bardziej przypomina półkę z domowymi przetworami, na której ustawiamy tylko najlepsze smakołyki – po to, aby sięgnąć po nie, gdy będziemy w potrzebie. Większość naszych wspomnień – zwłaszcza tych z dzieciństwa – tracimy. A te, które jesteśmy w stanie przywołać, nie są dokładną powtórką dawnych wydarzeń. Jeśli ze wspomnieniami nie wiążą się pozytywne emocje, mózg… przestaje je przechowywać. Mechanizm przechowywania wspomnień z dzieciństwa wyjaśniała w wywiadzie dla „Urody Życia” 6/2020 dr psychologii Aleksandra Piotrowska:  – Każdy z nas chce postrzegać samego siebie jako istotę cenną i swoje życie jako mające znaczenie. Dlatego zapominamy, co czuliśmy w dzieciństwie, kiedy nasz ojciec nas bił pasem, a zapamiętujemy przede wszystkim to, że kiedyś, pewnego dnia, zabrał nas na ryby czy na grzyby. Bo taka selekcja wspomnień podnosi wartość naszego dzieciństwa w naszych własnych oczach. To jest mechanizm obronny naszego ego, jeden z tych, które uruchamiają się niezależnie od naszej woli po to, żeby podtrzymać nasze dobre mniemanie o sobie. Oczywiście są też przypadki tak silnie traumatycznych wspomnień, że nie jesteśmy w stanie zsunąć ich do naszej nieświadomości, one raczej otorbiają się i pozostają w naszej pamięci. Ale to wyjątki: w większości pamiętamy pozytywne rzeczy. Miłe wspomnienia uruchamiają wyrzut dopaminy W czasopiśmie „Neuron” opublikowano wyniki badań naukowców z University of California w Davis, którzy odkryli, dlaczego naszego mózgi nadają pewnym...

Czytaj dalej