Ida Nowakowska: „W swoich korzeniach mamy to, by się rozumieć nawzajem i szanować, a nie obrażać na siebie”
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Ida Nowakowska: „W swoich korzeniach mamy to, by się rozumieć nawzajem i szanować, a nie obrażać na siebie”

Ida Nowakowska, prowadząca „Pytanie na śniadanie” w TVP 2 opowiada o marzeniach, pokorze, której nauczyli ją rodzice, i  religii, która prowadzi ją przez życie.
Sylwia Niemczyk
06.11.2020

Ida Nowakowska po latach kursowania między Ameryką a Polską, od dwóch lat mieszka tu na stałe, jest prowadzącą m.in. „Ameryka da się lubić”, „Pytanie na śniadanie”, „The Voice Kids”. Głośno mówi o tym, że jest wierzącą i praktykującą katoliczką i ważne są dla niej tradycyjne wartości. 

Sylwia Niemczyk: Gdzie się czujesz bardziej u siebie: w Polsce czy w Ameryce?

Ida Nowakowska: I tu, i tu czuję, że jestem w domu. Stany są domem ludzi z całego świata, przecież kiedyś powstały właśnie po to, by dać schronienie wszystkim, którzy tego potrzebują. Amerykanie cieszą się ze skrzydeł, które daje im ten kraj, ale jednocześnie są bardzo przywiązani do swoich korzeni, celebrują tradycje kraju swoich rodziców i dziadków. Kiedy mieszkałam w Stanach, nie rozumiałam, jak można wyjechać z Polski i nie tęsknić. Bo ja tęskniłam bardzo. Ale gdy jestem tu, to nieraz tęsknię za Ameryką.

Skończyłaś tam studia, wyszłaś za mąż – i wróciłaś. Dlaczego?

Nigdy stąd do końca nie wyjechałam, tu byli moi rodzice. Choć rzeczywiście po studiach myślałam, że będę już na stałe mieszkać w Stanach, ale kolejny raz w życiu przekonałam się, że nawet jeśli sami coś sobie zaplanujemy, to ktoś na górze ma wobec nas własne plany. Mój mąż, Jack, dostał pracę w Chinach, więc najpierw przez jakiś czas mieszkaliśmy tam, potem zaczęłam coraz częściej przyjeżdżać do Polski: najpierw na chwilę, czasem nawet nie chowałam walizek, wreszcie na coraz dłużej. W końcu dwa lata temu rozpakowałam się do końca, Jack też już przestał kursować między Ameryką a Chinami, teraz pracuje zdalnie z naszego warszawskiego mieszkania.

Ida Nowakowska o mężu i Ameryce

Patrzysz czasem na Polskę jego oczami?

Szczerze mówiąc, choć wychowałam się w domu, w którym polskość była niezwykle ważna, to dzięki Jackowi jeszcze bardziej ją doceniłam. W jego oczach jesteśmy wyjątkowym narodem z bogatą, poruszającą historią. Nieraz dziwił się, że po tym wszystkim, co przeszedł nasz kraj, nadal mamy własny język, kulturę. To dla niego jest niezwykłe. Poza tym zmusza mnie, żebym się ciągle dokształcała z naszej historii i kultury, bo np. słucha podcastu, w którym pada jakieś nazwisko, pyta mnie, o kim mowa – a ja nie wiem. I wtedy okazuje wielkie zdziwienie: „Jak to, nie wiesz?”. Więc muszę ciągle szukać, doczytywać, żeby nie wyjść przed nim na jakąś ignorantkę! To jest bardzo przyjemne, kiedy człowiek, który wychował się w Ameryce, podziwia, że tak szybko się rozwijamy, że Polacy są tak kreatywni…

I na pewno nie mówi tego, żeby sprawić przyjemność swojej polskiej żonie? 

Na pewno nie. Jack jest z zawodu dyplomatą, ale nigdy by nie powiedział czegoś, czego nie myśli, tylko z samej grzeczności. To jedna z rzeczy, za które go kocham. Pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobiło, gdy powiedział kiedyś, że dla niego zawsze najciekawsza jest prawda. To było jak echo słów mojego taty, którego jednym z ulubionych cytatów było zdanie Józefa Mackiewicza: „Jedynie prawda jest ciekawa”. Więc jak Jack mówi, że podziwia Polskę, to wiem, że naprawdę ją podziwia. 

Gdy mieszkałaś w Stanach, nie miałaś kompleksu: „pochodzę z biedniejszego, mniej rozwiniętego kraju”?

Wręcz odwrotnie. Zawsze czułam się wyróżniona, że jestem Polką, zresztą bardzo często byłam w Stanach doceniana właśnie za swoją polskość. Kiedy ktoś mnie chwalił, np. na studiach, to nieraz słyszałam: „To są wasze polskie cechy”. 

Co jest takiego typowo polskiego?

Pracowitość, sumienność. Wierność swoim wartościom. Świadomość historii: tego, jak bardzo przeszłość jest ważna dla teraźniejszości. To dla wielu Amerykanów są rzeczy typowo polskie. 

A w takim razie co jest w tobie w stu procentach amerykańskie? 

Mam nadzieję, że otwartość – nie wiem, czy ktoś, patrząc z boku, tak by o mnie powiedział, ale na pewno chciałabym taka być. Amerykanie mają w sobie więcej ufności, zakładają z góry, że każdy jest fajny i dobry. Potem oczywiście mogą to zdanie zmienić, ale na początku dają każdemu kredyt zaufania. 

Bardzo lubię to podejście. Tak samo podoba mi się w nich, że są dumni ze swojego kraju. Moja amerykańskość chyba najlepiej wybrzmiewała w programie „Ameryka da się lubić”. 

Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Ida Nowakowska o rodzicach: Udało mi się ich nie zawieść

Z czego ty jesteś dumna? 

Dużo jest takich rzeczy, ale jedna z najważniejszych dla mnie to ta, że udało mi się nie zawieść oczekiwań moich rodziców. Zawsze darzyli mnie zaufaniem, wierzyli, że cokolwiek by się działo, to nie zachowam się głupio. Kiedy byłam nastolatką, pracowałam w Teatrze Roma z ludźmi, którzy byli ode mnie starsi nieraz o 20 czy 30 lat. Byliśmy w jednym zespole, więc czasem wieczorem chciałam gdzieś z nimi wyjść. Moja mama nie do końca wiedziała, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony pracowałam z nimi jak dorosła, a z drugiej – wcale taka dorosła jeszcze nie byłam. I zrobiła wtedy niesamowitą, ale jednocześnie bardzo typową dla siebie rzecz. Zgodziła się, żebym od czasu do czasu z nimi wychodziła, ale powiedziała mi wtedy: „Wierzę, że nie zrobisz niczego, na co ci nie pozwala twój wiek”. I te jej słowa poskutkowały tym, że nigdy jej nie zawiodłam. Wychodziłam z tymi znajomymi z teatru, oni nieraz pili jakieś wino, ja – nawet nie zamoczyłam ust. Ani razu. 

Poza tym jak każda nastolatka wychodziłam też na imprezy z rówieśnikami i nieraz wtedy widziałam, jak robili wszystko, co było zakazane: palili, pili. A mnie nikt niczego nie zakazywał, ale zawsze miałam z tyłu głowy, że moja mama mi uwierzyła. Do dzisiaj wszystkim opowiadam, że gdy sama będę miała dzieci, to zrobię to samo, co ona: dam im zaufanie. 

Choć dzisiaj jestem już dorosła, to cały czas chciałabym, żeby moi rodzice, mama, ale też tata, który patrzy już na mnie z góry, byli ze mnie dumni. Nie chodzi mi o to, żeby im się przypodobać, bo tego nigdy nie musiałam robić, ale raczej o to, żeby widzieli, że lata, które mi poświęcili, ich atencja i miłość miały znaczenie. Ta potrzeba jest dla mnie filtrem, przez który przepuszczam np. różne propozycje zawodowe, wybory w życiu. Zanim się na coś zgodzę, zastanawiam się: „Po co mi to?”. 

Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Byłaś późnym dzieckiem, twój tata miał 55 lat, kiedy się urodziłaś. 

Ale mimo tego miałam i z nim, i z mamą zawsze wspaniały kontakt. Właściwie nigdy się z nimi nie kłóciłam, nigdy nie przechodziłam okresu buntu. Być może też dlatego, że od ósmego roku życia miałam teatr, w którym wyładowywałam swoją energię. Moja relacja z rodzicami to nie tylko miłość, ale też przyjaźń i podziw. Zawsze patrzyłam na tatę z dumą: jak szedł wyprostowany, w marynarce, kaszkiecie… Czułam, że jest wyjątkowy, już we wczesnym dzieciństwie zauważałam, że inni ludzie go bardzo szanują. 

Był artystą, znanym pisarzem, ale dla mnie najważniejsze było to, że był fantastycznym ojcem. Być może dzięki temu, że miał mnie tak późno, to jego miłość do książek nigdy nie przyćmiła miłości do mnie. Gdy jeździliśmy w trójkę na wakacje do Domu Pracy Twórczej, to poznawałam dzieci innych artystów i widziałam, że nie każde z nich miało tyle uwagi i czasu swoich rodziców, co ja. Nigdy nie było tak, że nie mogłam do nich przyjść, porozmawiać; zawsze ich interesowało, co czuję. 

Kiedyś jeden psycholog powiedział mi, że w szczęśliwym domu nie ma wychowania, tylko są rozmowy przy obieraniu ziemniaków. 

U mnie dokładnie tak było. W naszym domu najważniejsze rozmowy były np. w porannym wariactwie, gdy się zbierałam do szkoły, albo na spacerach po szkole, kiedy rodzice przychodzili po mnie we dwoje. Do dzisiaj łapię się na tęsknocie: „Ależ bym się przeszła na spacer z nimi obojgiem”. To były momenty w trakcie dnia, kiedy wydarzało się wszystko, co najważniejsze. 

Teraz wiem dobrze, że to właśnie tamte spokojne spacery do domu albo do teatru w dużej mierze ukształtowały mnie taką, jaka dziś jestem. Opowiadałam im, co się u mnie działo, co poszło dobrze, co źle, jakie miałam w ciągu dnia smutki, radości, a oni pomagali mi to wszystko ustawić w dobrym porządku. Pamiętam, jak mi powtarzali: „Coś ci dzisiaj nie wyszło? Pamiętaj, że jutro jest kolejny dzień”. Nauczyli mnie, żeby rozwiązywać to, co można rozwiązać, a to, czego nie można – trzeba odstawić i poczekać, aż samo się ułoży. I rzeczywiście, zawsze się układa. 

Lubisz wspominać dzieciństwo?

Bardzo. Nieraz wspomnienia przychodzą w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Ale też często robię sobie wieczory sama z sobą, mój mąż się śmieje ze mnie: „Co ty się tak znowu zamyślasz”, a ja po prostu wspominam. Bo boję się, że zapomnę – wiem, że bardzo łatwo się różne rzeczy zapomina, nawet najlepsze momenty. Więc robię sobie taki trening, ożywiam sobie sama w pamięci to, co minęło. 

Czy Ida Nowakowska planuje powrót do aktorstwa?

W grudniu kończysz 30 lat. Czujesz, że to jakaś granica?

Od tak dawna pracuję, że czasem wydaje mi się, że ja już dawno przekroczyłam tę trzydziestkę! Jeśli chodzi o granicę, to może odrobinę czuję, że jestem starsza, na pewno już nie jestem w stanie zarwać całej nocy – a kiedyś mogłam. Teraz, jak się nie wyśpię, to jestem zła przez pół dnia. Ale jestem przekonana, że najlepszy czas jeszcze jest przede mną. Zawsze jak rozmawiam z mamą, to ona mówi: „Dopiero po trzydziestce zaczęło się moje życie” – w takim sensie, że była świadoma tego, jaką jest kobietą, wiedziała, czego chce. Też mam takie wrażenie: wciąż jestem młoda, ale już nie jestem „dwudziestką”, a jednocześnie – to dopiero początek. Lubię dzielić życie na etapy, czasem nawet je sama robię sobie w głowie: „Od teraz będzie trochę inna wersja mnie”, więc dla mnie to przejście nie jest niczym strasznym. 

Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Planujesz powrót do aktorstwa?

Być może, nigdy nie zrezygnowałam z tego marzenia, oczywiście, że chciałabym grać w filmach. Skończyłam jeden z najlepszych wydziałów teatru, filmu i telewizji na świecie. Ale do tej pory nie byłam w stanie zgodzić się na propozycje, które dostawałam, sceny, w których musiałabym się rozebrać, to nie dla mnie. W dzisiejszym kinie nagość i seks są normą, ale ja nie czułabym się w tym komfortowo. 

Na moich studiach było dużo nagiego ciała, ale tam ono było częścią sztuki. A dzisiaj, szczególnie w filmie i telewizji, nagość ma po prostu w tani sposób podsycić emocje. Nie jest żadną wartością ani częścią sztuki. Wierzę, że dobre kino może się bez tego obejść. Pamiętasz „Między słowami” Sofii Coppoli? Tam była scena, w której Scarlett Johansson i Bill Murray leżą i dotykają się stopami. To była piękna intymna scena, zupełnie pozbawiona nagości, a jednocześnie tak nasycona emocjami, namiętnością, że zapierało dech. Bardzo chciałabym pracować jako aktorka, ale nie robię nic na siłę.

Pracujesz już od ponad 20 lat, najpierw teatr, teraz telewizja. Kiedy byłaś mała, chciałaś być sławna?

Nigdy tak o tym nie myślałam, nie zależało mi, żeby rozdawać autografy. Jak byłam mała, to raczej planowałam, że gdy dorosnę, zostanę mamą. Pamiętam, jak płakałam w przedszkolu, kiedy inne dziewczynki mówiły, że nie można być mamą z zawodu. Oczywiście gdy przyszłam do domu, poskarżyłam się swojej mamie. A ona na to: „Jutro powiedz im, że to nie jest jedna praca, ale przynajmniej trzy!”. 

I powiem ci, że od dzieciństwa niewiele się zmieniło. Dalej moim marzeniem jest po prostu mieć dzieci i zostać mamą. Nie wiem, jaki jest plan, może ich nie będę mogła urodzić, ale wtedy znajdę inny sposób na swoje macierzyństwo. Zapytałaś mnie przed chwilą o dumę, ale rodzice nauczyli mnie też pokory. Uważam, że to jedna z najpiękniejszych właściwości człowieka. Bardzo pilnuję, żeby jej nie stracić. Patrzę pokornie na swoją przyszłość, wiem, że to nie ja ją planuję, ale ktoś na górze, i że jego plan jest mądrzejszy niż ten mój. Więc wezmę to, co dostanę. Wierzę, że można mieć marzenia, cele, ale musimy przy tym być elastyczni w swoim myśleniu, bo Bóg wie lepiej, co jest dla nas dobre. I nawet jeśli nam się wydaje, że spotykają nas tylko utrudnienia, to głęboko wierzę, że wszystko jest po coś. 

Ida Nowakowska nie ukrywa wiary, ale odcina się od części księży

Wychowałaś się w religijnym domu?

Tak, choć nie sądzę, że wiara w Boga to jest kwestia wychowania i domu, tylko tego, co ktoś ma w środku. Znam dużo osób, które też się wychowały w takich domach, a dzisiaj nie są wierzący. I odwrotnie, znam ludzi, którzy pochodzą z niereligijnych rodzin, a dzisiaj są gorliwymi katolikami. Dla mnie religia jest bardzo ważna. Daje mi poczucie sensu życia, zrozumienia, czemu tu jestem i co się ze mną stanie później. To dzięki mojej wierze ślub z Jackiem nie był dla mnie tylko pustym rytuałem, ale świętym sakramentem, czymś nieodwoływalnym. Dla mnie miłość to nie jest tylko emocja, to jest też decyzja: „Wchodzę w to na całe życie”. Religia pomogła mi także zrozumieć odejście mojego taty pięć lat temu. Nie byłam na nie przygotowana, mieszkałam wtedy w Stanach, miałam w życiu wspaniały okres, czułam, że się rozwijam, studiowałam dwa kierunki: aktorstwo i stosunki międzynarodowe, robiłam to, co kocham, czułam się doceniana. I nagle koniec – osoba, na której zdaniu tak strasznie mi zależało, niespodziewanie umiera. Długo nie umiałam się z tym pogodzić, dopiero potem uświadomiłam sobie, że tamta strata też mnie w jakiś sposób zmieniła, że poprzez nią zrozumiałam pewne rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. 

O swojej wierze mówię otwarcie, ale jednocześnie nie chcę być postrzegana jako osoba, która na siłę nawraca innych. Nigdy też nikomu nie powiedziałabym, że jestem od niego lepszym człowiekiem, bo wierzę w Boga. Uważam, że to jest wielki błąd, który ludzie popełniają, uznając, że są lepsi i mądrzejsi od innych. Polska kiedyś była jak Ameryka, krajem wielu wyznań i kultur, ludzie się dopełniali.

Więc mamy gdzieś w swoich korzeniach to, żeby się rozumieć nawzajem i szanować, a nie obrażać się na siebie: „Bo ty jesteś PiS, a ja PO” albo „Bo ty jesteś ateistką, a ja katoliczką”. Wszelkie pochopne uogólnienia zawsze prowadziły do czegoś złego. Myślę, że to, że się różnimy i dyskutujemy, jest dowodem, że w Polsce mamy demokrację, ale zamiast wzajemnie się obrażać i hejtować, wyraźnie powiedzmy, o co chodzi, jakie mamy obawy, co chcemy zmienić. Wysłuchajmy drugiej strony z szacunkiem. Udoskonalajmy siebie i nie oceniajmy innych.

Współcześnie jednak wszyscy wolimy raczej się okopać po swoich stronach.

Na studiach w Los Angeles poznałam lepiej judaizm, bardzo mnie interesowała żydowska historia, lubiłam ją odkrywać, pracowałam zresztą w synagodze przez prawie rok. Widziałam ludzi praktykujących inne religie, z innych kultur, miałam mnóstwo znajomych o zupełnie odmiennych poglądach i miałam momenty, gdy zastanawiałam się, czemu akurat ja jestem w tej religii, czy to jest rzeczywiście moja droga? Ale im więcej nad tym się zastanawiałam, tym bardziej świadomie wchodziłam w katolicyzm, świadomie wybierałam swoje życiowe wartości. Myślę, że właśnie zetknięcie się z innymi poglądami sprawiło, że lepiej poznałam siebie. Dla mnie moja religia to jest dom. Inni może mają inne domy – ale ten jest mój. I rzeczywiście mówię to głośno, bo wiem, że jest dużo osób takich jak ja. Wiesz, zdarza się, że gdy gdzieś powiem o Bogu, o wierze, to potem ktoś do mnie pisze albo mówi: „Dzięki, Ida, że to powiedziałaś, bo to było odważne”. A ja się krzywię: „Co w tym jest odważnego?”. Nie czuję, że to, co mówię, jest odważne, ale na pewno dla mnie jest ważne. O czym mam mówić publicznie, jeśli nie o rzeczach ważnych? 

Nie mogę nie zapytać, co myślisz na temat kryzysu związanego z pedofilią w polskim Kościele, który został ukazany m.in. w filmach Tomasza Sekielskiego?

Dla mnie ci ludzie, którzy dopuścili się takich rzeczy, to nie jest część Kościoła, to nie są dla mnie księża. I o tym też się w Kościele mówi: o ogromnym wstydzie, jaki czują prawi księża, którzy poświęcili całe swoje życie, by pokazywać dobro, a potem ktoś robi coś tak obrzydliwego, co rzuca cień też na nich. Zawsze zło przyćmi to dobro, nie mówimy o tym, że Kościół codziennie robi dobre, wielkie rzeczy. Pedofilia niektórych osób w sutannach, bo ja ich na pewno nie nazwę księżmi, to jest hańba. Ale nie godzę się na odpowiedzialność zbiorową, na to, żeby mówić, że ci obrzydliwi ludzie, którzy krzywdzili dzieci, to też jest mój Kościół. Nie jest. 

Mój Kościół to mądrzy i dobrzy ludzie, to księża, którzy prowadzą mnie duchowo i poświęcają całe swoje życie, żeby zgłębiać tajemnice, które dla mnie też są ważne. 

Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Kto ci dziękuje za to, że mówisz głośno o swojej wierze?

Na moim instagramowym koncie zebrała się spora grupa dziewczyn w różnym wieku, starszych, młodszych, z różnych miast, które myślą podobnie jak ja. Są nowoczesne, świetnie, dużo lepiej ode mnie, poruszają się w internecie, ale w sensie mentalnym są starodawne w takim dobrym tego słowa znaczeniu. Wracają do swoich korzeni, potrzebują stałych wartości. Bardzo mnie denerwuje, kiedy słyszę czasem narzekania, że rośnie nam pokolenie debili i idiotek. Ja widzę coś zupełnie innego: rosną wspaniałe, mądre kobiety. I czuję odpowiedzialność za to, co mówię i co robię, bo chciałabym, chyba tak jak chciałby każdy człowiek, być dobrym wzorem dla innych. Napawa mnie dumą, kiedy dziewczyny piszą między sobą: „O, Ida nie wstydzi się mówić o tym, co jest dla niej ważne, to ja też nie będę”. 

Ta spora grupa, o której mówisz, to – sprawdziłam – prawie 300 tysięcy! 

Dla mnie to też jest niesamowite: rozmawiają ze sobą, można powiedzieć, że nawet się nieraz przyjaźnią. Nigdy bym się nie spodziewała, że moja osoba przyczyni się do czegoś tak fajnego! W Ameryce funkcjonuje coś takiego jak bractwa czy siostrzeństwa studenckie, ja też należałam do jednego z nich, Kappa Kappa Gamma. Kiedy do niego weszłam na pierwszym roku, dostałam swoją „big sis”, czyli dorosłą siostrę. I ja z moją big sis przyjaźnię się do dziś, Kabrina była na moim ślubie jedną z druhen, jest jedną z najbliższych mi osób, piszemy do siebie bardzo często. I mam wrażenie, że na moim Instagramie jest bardzo podobna siostrzana atmosfera. One naprawdę nieraz wspierają się nawzajem, stają też czasem w mojej obronie, gdy ktoś napisze coś niemiłego – bo z drugiej strony w internecie doświadczam też dużo hejtu. Nieraz się zastanawiam nad tym, że komuś się chce marnować czas, by napisać obraźliwy komentarz? Jaką to musi mu satysfakcję dawać? 

Gdybyś miała przed tą trzydziestką zrobić postanowienie na przyszłość, to co by to było?

Doceniać to, co mam. Nieraz wydaje mi się, że spotyka mnie tyle problemów w życiu – ostatnio jechałam rowerem, wyliczając sobie w myślach, co jeszcze muszę tego dnia zrobić, wzdychałam do siebie, że te wszystkie zadania się nie kończą. Pomykałam na tym rowerze, użalając się nad sobą. I widzę, że naprzeciwko mnie jedzie chłopak, mniej więcej w moim wieku, fajny, przystojny, z tatuażami. I na wózku. Tylko spotkaliśmy się wzrokiem. I to była myśl jak błysk: „Ty idiotko. To wszystko, na co narzekasz, to jest po prostu część szczęśliwego życia. Bądź wdzięczna za każdą chwilę, bo gdyby nie szczęście, to już od początku mogłabyś mieć w życiu inny problem”. Ludzie rodzą się bez takich przywilejów, jakie mamy i ja, i ty. Tylko czasem trzeba sobie o tym przypomnieć.

Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Zdjęcia: Mateusz Stankiewicz/Same Same
Stylizacja: Jan Kryszczak/Art Faces
Makijaż: Zosia Krasuska-Kopyt 
Fryzury: Gor Duryan 
Produkcja: Paulina Aleksiejuk-Lewandowska, Marianna Sosnowska

***
Rozmowa z Idą Nowakowską ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Ida Nowakowska o rodzicach
Iga Maćkiewicz

Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”

Jurorka „Dance, dance, dance” jest córką słynnego pisarza, Marka Nowakowskiego. „Kiedy umarł, to był dla mnie koniec świata” – mówi.
Marzena Rogalska
05.09.2019

Ida Nowakowska jest znakomitą, świetnie wykształconą tancerką, udowodniła swoją wiedzę też jako jurorka w show „Dance, dance dance”, a teraz potwierdza swój talent jako prowadząca „Pytanie na śniadanie”. Ale w „Urodzie Życia” Ida Nowakowska opowiada Marzenie Rogalskiej przede wszystkim o relacji z ojcem – Markiem Nowakowskim, nieżyjącym już wybitnym pisarzem, opozycjonistą z czasów PRL, legendą. Posłuchajcie jej opowieści: Najwcześniejsze dzieciństwo Mama urodziła mnie, kiedy była dojrzałą kobietą. Mieszkała w USA, gdzie odniosła sukces – pracowała dla „New York Timesa”, robiła grafiki dla największych firm amerykańskich, studiowała reżyserię i miała praktyki w CNBC TV. Rodzice spotkali się w Paryżu i zakochali. Tata przyjeżdżał do Nowego Jorku. Kiedy skończył się komunizm, tata przywiózł mamę do Polski. Wychowywałam się w Ameryce, Paryżu i Polsce.  Od początku rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierali, nosili mnie w koszyku czy torbie, gdzie tylko się dało, na wystawy, do opery. Mama obserwowała uważnie, co mi się podoba, a potem pozwalała mi się rozwijać w tych kierunkach. Uczyłam się gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, jeździłam na łyżwach, nartach, ale moją pasją stał się taniec. Mama dbała o to, żebym była pewna siebie i odważna, ale robiła to niezwykle mądrze. Potrafiła mnie krytykować bez piętnowania, uczyła wiary w siebie, ale też, żeby ta wiara była pokorna. Ja w ogóle wychowałam się w wierzącym domu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom. Wychowano mnie w wierze, że jest coś większego niż my, że trzeba zawsze ciężko pracować, ale też zachować dystans.  Moje dzieciństwo to także Paryż, do którego chętnie zabierała mnie mama, mieszkał tam i tworzył mój wujek, słynny malarz Jan Lebenstein. Był wybitną postacią i...

Czytaj dalej

Ada Fijał o Strajku Kobiet: „O tematach dotyczących kobiet z kobietami się nie rozmawia”

Jeżeli Polskie Towarzystwo Pediatryczne pisze, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego zaprzecza dorobkowi ostatnich 40 lat polskiej medycyny, rozrodu, neonatologii i pediatrii, to chyba racja jest po naszej stronie – zauważa aktorka, która przyłączyła się do Strajku Kobiet.
Anna Zaleska
06.11.2020

Ada Fijał to jedna z czterech członkiń punkowego zespołu feministycznego Żelazne Waginy, który w swoich piosenkach i spektaklach w groteskowo-absurdalny sposób komentował polską rzeczywistość i sytuację kobiet, nagrywając między innymi utwór „Podręczne”. Teraz dzieli się swoimi spostrzeżeniami w mediach społecznościowych, brała też udział w Strajku Kobiet. Anna Zaleska: Jesteśmy tydzień po Marszu na Warszawę, wielkiej manifestacji Strajku Kobiet. Jak się pani czuje? Ada Fijał: Cały czas podobnie. Jestem zaniepokojona. Tym, że znowu musimy walczyć o to, co kobiety już dawno wywalczyły, o prawa, które wydawały się już oczywistością. Teraz się cofamy. Najgorsze i najbardziej niepokojące jest to, że o tematach dotyczących kobiet z kobietami się nie rozmawia. Odczuwam to tak, jakby celowo ktoś chciał nam odebrać głos. Myślę, że głównie stąd wynika tak wielkie oburzenie. Setki tysięcy kobiet, które wyszły na ulice, to nie był tłum, który mówił jednym głosem. Tam były bardzo różne poglądy, postawy, oczekiwania, doświadczenia życiowe. Były zwolenniczki kompromisu i radykalnych rozwiązań. Ateistki i osoby wierzące. Nastolatki i kobiety dojrzałe. Pani gdzie się na tej mapie sytuuje? Nie jestem skrajna w swoich poglądach. Uważam, że powinniśmy po prostu rozmawiać i słuchać różnych stron. Przede wszystkim opowiadam się za wyborem, za prawem człowieka do decydowania o swoim życiu. Nie oceniam żadnej ze stron. Trybunał Konstytucyjny odebrał nam prawo decydowania w naprawdę skrajnie dramatycznych sytuacjach, gdy płód nie ma szansy na przeżycie. To już są sprawy, które powinny być pozostawione ludzkiemu sumieniu. Nawet wielu księży wypowiada się w takim duchu, że do heroizmu nikt nikogo nie może zmuszać. Zastanawia mnie też, że nikt nie rozmawia z matkami dzieci...

Czytaj dalej
Borys Szyc
Zuza Krajewska/Warsaw Creatives z sesji dla „Vivy!”

Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]

Borys Szyc to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich aktorów, jednak tak samo jak jego role, podziw budzi jego determinacja w walce z alkoholizmem. Od lat wspiera go w niej jego żona Justyna Nagłowska. Od 6 listopada możemy zobaczyć go w kolejnej roli, psychopaty Radziwiłka w serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha.
Anna Zaleska
06.11.2020

Do czterdziestki w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić. Dopiero potem przychodzi moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich wnioski”, mówi Borys Szyc, trzeźwy alkoholik, aktor, ojciec i mąż.  Anna Zaleska: To musi być duża przyjemność zagrać w ekranizacji tak barwnej powieści jak „Król”. Choćby i psychopatę. Borysz Szyc: Czekałem na ten serial długo i z ekscytacją. Właściwie od momentu, gdy zacząłem czytać powieść Szczepana Twardocha. Ona jest tak filmowa, że w głowie od razu pojawiały mi się kadry. A kiedy ogłoszono, że będzie ekranizowana, dodatkowo ucieszyłem się, słysząc, że serial wyreżyseruje Janek Matuszyński, a wyprodukuje Aurum Film, czyli ekipa, która robiła „Ostatnią rodzinę”. Do tego Szczepan zgodził się wziąć udział w pracach nad scenariuszem.  Jeśli serial będą oglądać fani książki, dla nich to też będzie gratka, bo trochę różni się od książki. Pojawiają się nowe smaczki, nowe postaci. Do granego przeze mnie Radziwiłka też sporo zostało dopisane. Radziwiłek to sadysta, psychopata i zdrajca. Podobno w każdej postaci można znaleźć coś pozytywnego, ale w nim naprawdę niełatwo. To taka trudna do określenia kanalia, bo składa się z kilku osób naraz. Począwszy od tego, jakim językiem się posługuje. Składnia jakby niemiecka, mnóstwo rusycyzmów, do tego sporo żydłaczenia. Radziwiłek miksuje wszystko, czego w życiu liznął, miesza style i powstaje z tego wybuchowa mieszanka. Poza tym ma – by powiedzieć elegancko – problemy z moralnością. W zasadzie moralności nie posiada. Maja Komorowska kiedyś powiedziała nam na zajęciach, że gdybyśmy patrzyli z daleka na człowieka cierpiącego, jak się potyka, robi dziwną figurę i upada, a patrzylibyśmy, nie...

Czytaj dalej
East News

Jennifer Lawrence: Buntowniczka, ulubienica Hollywood i dziewczyna z sąsiedztwa

Z jej urodą, milionami i pasmem sukcesów na koncie łatwo mogłaby stać się obiektem drwin i zazdrości. Tymczasem Jennifer Lawrence kibicuje cały świat.
Sylwia Arlak
05.11.2020

Kiedy Jennifer Lawrence odbierała Oscara za rolę w filmie „Poradnik pozytywnego myślenia”, nie mogła uwierzyć we własne szczęście. „Jak to możliwe, że dziewczyna z Kentucky znalazła się w tak zacnym gronie?” — dziwiła się później w jednym z wywiadów. Ale nie obyło się bez wpadki. Unosząc swą bladoróżową kreację od Diora, wchodząc na ostatnie stopnie sceny w Dolby Theatre w Hollywood, gwiazda zaliczyła upadek. „Teraz wstajecie, bo wam głupio, że upadłam. To bardzo zawstydzające” — zwróciła się do uczestników wydarzenia, wywołując salwę śmiechu. I znowu wygrała. Najpierw nauka, potem kariera Nic nie zapowiadało tak wielkiej kariery. Jennifer urodziła się 15 sierpnia 1990 roku, jako jedna z trójki rodzeństwa, w prostej, ale kochającej się rodzinie w Louisville w stanie Kentucky. Matka – Karen, która prowadziła półkolonie, i ojciec – Gary, właściciel firmy budowlanej, nie mieli pojęcia o hollywoodzkim świecie. Ale dziewczynkę od najmłodszych lat ciągnęło na scenę. Grała w przedstawieniach kościelnych i szkolnych musicalach. Jedna z jej najbardziej pamiętnych ról była oparta na opowieściach biblijnych. Wcielając się w prostytutkę z Niniwy, miała zaledwie dziewięć lat. „Inne dziewczyny, które grały w przedstawieniu, w zasadzie stały w miejscu. Ale Jennifer machała tyłkiem i dumnie kroczyła po scenie” — wspominała jej mama w magazynie „The Rolling Stones”, dodając: „Nasi przyjaciele powiedzieli: » Nie wiemy, czy powinniśmy ci pogratulować, czy nie, bo twoje dziecko jest wspaniałą prostytutką « ”. W wieku 14 lat Jennifer przekonała rodziców, żeby zebrali ją do Nowego Jorku na przesłuchania do agencji talentów. Mieli jeden warunek — zanim zacznie grać, najpierw...

Czytaj dalej