T-shirt od podszewki: poznaj kulisy współczesnego niewolnictwa
Adobe Stock
znaki czasu

T-shirt od podszewki: poznaj kulisy współczesnego niewolnictwa

Za nasze tanie ubrania oni płacą swoim życiem.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019
Katastrofa w Bangladeszu, w której giną setki szwaczek. A w tle znane marki, tanie ubrania, wyzyskiwani robotnicy, zadowoleni klienci. Dziennikarz Marek Rabij zbadał kulisy współczesnego niewolnictwa.
 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Paweł Sulik: Dlaczego pojechał pan do Bangladeszu?

Marek Rabij: Jako dziennikarz zajmuję się globalizacją, a raczej tym, co dobrego lub złego przynosi. Kiedy 24 kwietnia 2013 roku zawalił się budynek Rana Plaza, pod którego gruzami zginęły setki ludzi, pojechałem do Bangladeszu, aby dowiedzieć się, kto i w jakich warunkach tam pracował.
 
W tej największej katastrofie w historii przemysłu odzieżowego było też coś, co niestety umykało mediom. Co prawda podawano liczbę 1127 ofiar, ale często zapominano dodać, że były to głównie kobiety – szwaczki. Mało kto też zastanawiał się, dlaczego właściwie przyszły do pracy, skoro ludzie już wcześniej widzieli niebezpieczeństwo zawalenia się budynku, a niektórzy nie chcieli nawet rozpocząć pracy tego dnia.
 

I o tej katastrofie wtedy na gorąco napisał pan reportaż.

Tak, pod znaczącym tytułem „Krew, pot i szwy”. Opisywałem fatalne warunki pracy bangladeskich szwaczek, ich głodowe zarobki. Szukałem też dowodów na to, że szyto ubrania dla polskich firm, ale nie znalazłem. Dopiero czeskiemu fotografowi udało się zrobić zdjęcia polskich metek na gruzach budynku.
 
To był zwrot w całej sprawie. Nie mogliśmy już mówić, że to się dzieje gdzieś daleko i jest straszne, ale my za to nie odpowiadamy. Okazało się, że odpowiadamy. Od tego momentu wiedziałem, że muszę wrócić do Bangladeszu. Porozmawiać ze szwaczkami, z ludźmi z fabryk odzieżowych.
 

O katastrofie mówiły media na całym świecie. Padły zarzuty pod adresem wielu znanych, również polskich firm. Jak one zareagowały?

W pierwszych komunikatach ich centrale pisały, że nic nie wiedzą, żeby firma cokolwiek robiła w Rana Plaza. Po wielu rozmowach na miejscu zrozumiałem, że ta pierwsza reakcja mogła być szczera. Naprawdę trudno jest ustalić, kto i gdzie dokładnie wyprodukował T-shirt, który mam na sobie, chociaż na metce są informacje.
 
Potem jednak nacisk takich organizacji jak Clean Clothes i mediów spowodował, że firmy odzieżowe starają się dzisiaj bardziej wpływać na bezpieczeństwo pracy w Bangladeszu. Stworzyły specjalny program monitorowania warunków pracy. Jednak pytanie pozostało: na ile polska firma zlecająca produkcję w kraju położonym siedem tysięcy kilometrów stąd jest odpowiedzialna za to, co się tam dzieje.
 

Jaką drogę pokonuje T-shirt, zanim przebędzie te tysiące kilometrów i trafi do naszego sklepu?

Na miejscu, w Bangladeszu system sprawia wrażenie chaotycznego i kompletnie nieprzejrzystego. Początkiem jest zamówienie od jakiejś globalnej firmy, dajmy na to z Polski. Trafia ono do dużej i często nowoczesnej fabryki w Bangladeszu dlatego, że ona oferuje niezwykle niski koszt produkcji. Dla nas niewyobrażalny. Wygrywa najtańszy producent, czasami to kwestia różnicy kilku centów na jednej koszulce.
 
Kiedy fabryka wygrywa przetarg, zaczyna się wyścig z czasem. Sama oczywiście nie daje rady zrealizować zamówienia, więc w pewnym sensie rozlewa się ono po nieformalnej sieci mniejszych, a czasami jednoosobowych zakładów i zakładzików. Tworzy się taka odzieżowa matrioszka.
 

I to powinno nas niepokoić?

Tak, ponieważ im dalej od głównego zleceniobiorcy, tym mniejsza kontrola warunków pracy i niższe płace. Rozmawiałem z ludźmi, którzy – żeby nie wypaść z rynku – szyli ubrania za głodowe stawki, wierząc, że następne zlecenie da im większe pieniądze. Im dalej od dużej, nowoczesnej firmy, tym łatwiej o patologie. Wykorzystywanie, mobbing, półniewolnicze układy.
 
Szwaczki w Bangladeszu wiedzą o dysproporcji między ich zarobkami a europejskimi cenami. Ale mają poczucie, że to dwie odrębne rzeczywistości.
 

Rola państwa?

Żadna. Kiedy przed bramą czeka kolejka chętnych do pracy, prawa pracownicze nie są respektowane. Płaca minimalna została podniesiona tak, żeby statystyczna bieda była mniej widoczna. Bangladesz nadal należy do najbiedniejszych krajów na świecie, a presja na pracowników jest niewyobrażalna. Zarządzający, z których część do niedawna była zwykłymi pracownikami, stają się panami życia i śmierci. Bywają agresywni, a rozliczani są tylko z wykonanej przez podwładnych pracy.
 
Tragedia, od której zaczęliśmy rozmowę, nie była przypadkowa. Budynek Rana Plaza, jak powiedziała mi kobieta, która przeżyła katastrofę, miał pęknięcia, ludzie przeczuwali katastrofę. Niektórzy bali się tego codziennie, myśleli o tym. Inna kobieta powiedziała mi, że zdziwiła się, kiedy sufit nad nią zaczął bezgłośnie pękać. Dotychczas codziennie wyobrażała sobie, że katastrofie towarzyszyć będzie ogromny hałas, a tymczasem akurat jej piętro runęło w ciszy... Zresztą tego dnia ludzie protestowali przed wejściem, ale zarządzający zagroził karami finansowymi, więc zaczęli pracę w miejscu, które dla wielu okazało się grobem.
 
Pan pyta o rolę państwa. Budynek zamiast zaprojektowanych pięciu pięter miał osiem. Przeznaczony był na biura, czyli stoliki z komputerami, a musiał udźwignąć ciężkie maszyny szyjące i generatory prądu, bo w Bangladeszu co chwila go brakuje. Korupcja w państwie, które chce się natychmiast wzbogacić, jest niewyobrażalna. Na każdym poziomie.
 

Czy tragedia doprowadziła do zmiany, stała się przełomem?

Kiedy odwiedzałem slumsy, wiele osób mówiło mi, że po katastrofie Rana Plaza rząd obiecywał zmianę warunków pracy, reformy, ale dla nich nic się nie zmieniło. Są rzadziej głodni niż 10 lat temu, ale nie mają żadnej perspektywy poprawy sytuacji, ich marzenia to trochę lepiej płatna praca.
 
W Bangladeszu łapie się każdą okazję do zarobku. Ludzie pracują za głodowe stawki, wierząc, że następnym razem będzie lepiej, a ich dzieci będą miały choć trochę lżejsze życie.
 
Pamiętajmy, że jeszcze w 2000 roku połowa mieszkańców żyła za mniej niż dwa dolary dziennie. Dla części z nich głód był codziennością. Wyobraźmy sobie poziom ich frustracji. Jedyna możliwa praca to szwalnia, farbiarnia lub garbarnia. Na ich miejsce czekają inni. Wokół atmosfera dorabiania się, zarabiania, jak w Łodzi z „Ziemi obiecanej” Reymonta. Bangladesz ma swoje pięć minut, które chce wykorzystać, nie bacząc na koszty. I ludzie łapią dosłownie każdą okazję do zarobku.
 

Na przykład?

Rozmawiałem z człowiekiem, który wozi ludzi i towary rikszą. Zarabia podczas wyczerpującego dnia 250–300 taka, co ledwo wystarcza mu na jedzenie. Jeśli zachoruje, ląduje natychmiast na samym dole drabiny społecznej. I nawet pracując, nie jest w stanie znaleźć sobie normalnego lokum, więc wegetuje w slumsach.
 

Jak wyglądają slumsy w Bangladeszu, na przykład słynna Wyspa w Dhace?

Po pierwsze panuje potworna ciasnota. W całej Dhace na obszarze wielkości Krakowa mieszka 16 milionów ludzi, co oznacza, że w 15-metrowej izdebce żyje 10 osób. Widziałem stół, który wieczorem zamieniał się w łóżko, a i tak część osób śpi na podłodze. Po drugie to okropny odór i śmieci, które są wszędzie. Nie ma sanitariatów i sieci kanalizacyjnej, w efekcie duża część społeczeństwa Bangladeszu jest po prostu chora, powszechne są zatrucia pokarmowe.
 
Wspomniana Wyspa jest wciśnięta między dwa osiedla, na których są apartamenty, i to one mają stanowić symbol nowoczesnego Bangladeszu. Totalna bieda tuż obok zamożnej klasy średniej.
 

Czy szwaczki w Bangladeszu zdają sobie sprawę, że dostają grosze za coś, co sprzedaje się na przykład w Polsce za o wiele większe pieniądze?

Zrobiłem eksperyment: pokazałem kobietom pracującym w niewielkim warsztacie nagranie z polskiej galerii handlowej. Nie były zdziwione. Okazało się, że świetnie wiedzą, jak wyglądają proporcje między ich zarobkami a końcową ceną ubrań. Uważały, że nie mają na to wpływu, że to są dwie rzeczywistości, które się ze sobą nie wiążą. Liczyły tylko na zarobek na warunkach, jakie daje im zarządca w ich zakładzie. Ich aspiracje były niewielkie, a próg nadziei minimalny. Im zależało na przykład, żeby ich dzieci nie musiały tak ciężko pracować jak one.
 

Co spowodowało, że Bangladesz, kraj przecież rolniczy, stał się centrum produkcji taniej odzieży na skalę światową?

Przekonywano chłopów, że powinni sprzedać ziemię i wyjechać do pracy w fabryce. Roztaczano przed nimi „amerykański sen”, perspektywy jak przed pracownikami fabryk Forda, wystarczająco bogatymi, żeby kupić samochód, który produkują. I ta bajka uwodziła całe pokolenia.
 
Teraz najbiedniejsi idealizują przeszłość. Wydaje im się wręcz bajkowa. Wiejskie, rodzinne życie wychwalają pod niebiosa, a przecież wtedy też nie było im lekko. Jest nawet taka bangladeska piosenka o podróży do wsi Nitajgonj, gdzie wszystko jest piękne, do takiego rustykalnego raju. Miejscowość o tej nazwie istnieje naprawdę. Niestety to właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem warsztaty, w których pracują dzieci.
 

Na to już chyba nie ma zgody nawet w biednych społecznościach.

Nie ma zgody, ale nie ma też sprzeciwu. Bo nie ma debaty publicznej w naszym rozumieniu. Ponad połowa społeczeństwa to analfabeci, więc nie czytają gazet. Z drugiej strony rząd chce utrzymać status quo i karmi ludzi propagandą. Mówi im: jesteśmy potęgą tekstylną, nie wolno tego popsuć.
Z trzeciej strony Bangladesz był niedawno krajem absolutnie niewydolnym, do dziś są miejsca, gdzie nie używa się pieniędzy, więc najmniejsza poprawa jakości życia jest czymś wielkim.
 

Jak ten problem dotyczy nas? Czy kupując ubrania w Polsce, powinniśmy oglądać metki? Czy mamy jakikolwiek wpływ na sytuację opisywanych przez pana ludzi?

Nie mam pewności, że komukolwiek pomożemy w Bangladeszu, bojkotując odzież jakiejś firmy w Polsce. Zmienią się dostawcy, ktoś zarobi mniej, ktoś więcej. Ale globalna maszyna się nie zatrzyma.
 

Jeśli zobaczę w sklepie ubrania z Bangladeszu i zapytam sprzedawczynię, czy wie, ile zarabia osoba, która je uszyła – to ma sens?

Nie ma, bo różnica w cenie to też po części pensja tej sprzedawczyni. Tu nie ma idealnych rozwiązań. Może pan chcieć zapłacić więcej za odzież producentom z Bangladeszu, ale to znaczy, że zapłaci pan mniej sprzedawczyni. Mamy przecież wolny rynek.
 

Czuję się bezradny wobec tego wszystkiego. Nie można poprawić jakkolwiek poziomu życia szwaczek w Bangladeszu?

Bezpośrednio nie. Ale każdy głos w sferze publicznej, który podnosi ten temat, powinien być wspierany. Organizacja pozarządowa Clean Clothes żądała od firm wyjaśnień, czy nie wykorzystują pracowników w Bangladeszu. I w końcu spowodowała reakcję. Firmy zapowiedziały większą dbałość o bezpieczeństwo ludzi. To by się nie stało, gdyby media nie nagłośniły tej sprawy. Bezpośrednio nie możemy nic, ale pośrednio, wspierając odpowiednie organizacje, możemy przynajmniej zwracać uwagę świata.
 
Rozmowa z Markiem Rabijem ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fashion Revolution 2020 who made my clothes kampania
mat. prasowe

Dziś pytamy marki #whomademyclothes? Przyłączysz się?

Co roku 24 kwietnia, w rocznice tragedii w Rana Plaza warto zastanowić się, kto uszył nasze ubrania i zapytać o to nasze ulubione marki.
Zuzanna Szustakiewicz
24.04.2020

Dzisiaj mija siedem lat od tragicznych wydarzeń w Dhace w Bangladeszu. 24 kwietnia 2013 roku zawalił się kompleks fabryczny Rana Plaza , w którym znajdowały się szwalnie wielu znanych sieciówek, których ubrania nosi każdy z nas. W związku z tą tragedią, w której zginęło 1138 osób (głównie młodych kobiet), a kilkaset zostało ciężko rannych, światło dzienne ujrzało parę brudnych sekretów branży fast fashion. Okazało się, nie tylko że nasze ubrania ktoś na drugim końcu świata szyje w trudnych warunkach za niewielkie wynagrodzenie, ale przede wszystkim, że wiele marek ma tak nieprzejrzysty łańcuch dostaw, że nawet nie wie, gdzie powstają ich ubrania. W wyniku zdarzeń w Rana Plaza powstało wiele międzynarodowych inicjatyw mających na celu polepszenie warunków pracy w branży tekstylnej w Bangladeszu, a także poprawę przepisów budowlanych i przeciwpożarowych w tamtejszych zakładach pracy. Wielu ekspertów dość negatywnie ocenia to, czy przyniosły one pożądany rezultat. Jedną z inicjatyw, która narodziła się w bezpośredniej reakcji na wydarzenia z 24 kwietnia 2013, jest Fashion Revolution. Założony w Wielkiej Brytanii przez Orsolę de Castro i Carry Somers ruch społeczny ma za zadanie dać głos każdemu z 75 milionów pracowników, którzy uczestniczą w produkowaniu naszych ubrań. Na stronie Fashion Revolution czytamy - „Celem Fashion Revolution jest świętowanie pozytywnego wpływu mody na świat oraz wszystkich tych, którzy codziennie się do tego przyczyniają. Jako przedsięwzięcie na skalę globalną ma ono także ponownie połączyć poszczególne elementy całego łańcucha dostaw w jedną całość, gdzie każdy pracownik jest ważny i szanowany za swoją pracę”. Co roku w trzeci tydzień kwietnia przypada Fashion Revolution Week, w ramach którego odbywa...

Czytaj dalej
praca zdalna
Adobe Stock

Praca zdalna to marzenie? Nie dla każdego. Sprawdzamy, jak to wygląda w praktyce

Nie musimy stać w korkach ani przestrzegać biurowego dress codu, ale pojawiają się nowe wyzwania. O pracy z domu rozmawiamy z trenerką biznesu i coachem Małgorzatą Kniaź.
Aleksandra Nowakowska
01.04.2020

Izolacja społeczna nagle przemieniła nasze domy w miejsca pracy. Okazuje się, że nie wszyscy o tym marzyliśmy, bo niektóre firmy uruchamiają linie wsparcia emocjonalnego dla swoich pracowników. Najnowsze badania Instytutu Gallupa przeprowadzone w marcu tego roku mówią, że w pracy potrzebujemy teraz: zaufania, empatii, poczucia stabilizacji oraz nadziei. Jakiej konkretnie pomocy oczekujemy od swoich szefów, a jak sami możemy zaadaptować się do nowej sytuacji? I co będzie potem? Czy praca zdalna stanie się naszą codziennością? Może wielkie biurowce zaczną świecić pustkami? Rzeczywistość pracy zdalnej Aleksandra Nowakowska: Pandemia koronawirusa wielu z nas postawiła przed koniecznością pracy zdalnej. Czy jako trenerka biznesu, prowadząca szkolenia dla firm, wiesz już, jak sobie z tym poradziliśmy? Dla tych branż, które miały już wprowadzony – chociażby częściowy – system pracy zdalnej, funkcjonowanie podczas pandemii jest mniejszym zaskoczeniem. Jednak dla części firm, dla których praca na odległość okazała się nagłym przymusem, przestawianie ludzi na nią było dużym wyzwaniem, głównie organizacyjnym. Niektóre firmy zwracają się teraz do nas z prośbą o mentoring on-line dla menadżerów, którzy potrzebują wsparcia, bo nie wiedzą, jak mają w tych nowych warunkach zarządzać ludźmi, jakie praktyki pracy zdalnej wprowadzać, jak się ze swoimi pracownikami komunikować. Po sesjach z nimi widzę, że jedni tę konieczność przyjęli pozytywnie, radzą sobie i jest to zgodne z ich potrzebami, ale są też i tacy – bardziej ekstrawertyczni, czerpiący energię do działania z kontaktów międzyludzkich – którzy mówią, że pracując z domu, zaraz oszaleją. Druga sprawa – zwracają się do nas firmy, które chcą uruchamiać linie wsparcia emocjonalnego dla swoich...

Czytaj dalej
Modna bluza marki Tommy Hilfiger bardziej eko
mat. prasowe

Modny T-shirt czy bluza bardziej eko? Tommy Hilfiger stawia na odpowiedzialną modę

Tommy Hilfiger deklaruje, że będzie robić modę, która nic nie marnuje i jest otwarta na wszystkich i ogłasza program „Make it Possible”, czyli strategię na najbliższe 10 lat.
Zuzanna Szustakiewicz
03.09.2020

Kilka lat temu rozmawiałam z pewną projektantką prowadzącą markę w duchu slow fashion. Jej historia była taka, że potrzebę robienia mody etycznej poczuła, pracując dla międzynarodowej korporacji odzieżowej, której daleko było do poszanowania środowiska naturalnego i pracowników — marka szyła część swoich kolekcji w „brudnych” fabrykach m.in. w Bangladeszu. Od słowa do słowa okazało się, że firmą tą był Tommy Hilfiger, a informacja ta wówczas była „off the record”. Od tego wywiadu minęło dobrych kilka lat, więc nie widzę powodu, by teraz tego nie napisać, zwłaszcza że amerykański kultowy brand właśnie stawia na lepszą modę. Skoro robi to modowy gigant, o rozbudowanej strukturze i skomplikowanym łańcuchu dostaw, to może to zrobić każdy, wystarczy chcieć! Tommy Hilfiger mówi „Działamy”! Make it Possible to ambitny program Tommy'ego Hilfigera, plan rozwoju zrównoważonego społecznie i ekologicznie na najbliższych 10 lat. Zawiera on  24 cele społeczne i ekologiczne, które jego marka zamierza osiągnąć przed 2030 r.  Wyzwania podzielone zostały na cztery filary: Circle Round: produkcja w pełni zamkniętym, ekologicznym modelu obiegu surowców. Made for Life: poszanowanie planety na każdym etapie działalności firmy, ze szczególnym uwzględnieniem obszarów zmian klimatycznych, odpowiedzialnego wykorzystania gruntów, gospodarki wodnej oraz zanieczyszczenia chemicznego. Everyone Welcome: marka zawsze otwarta na ludzi i dostępna dla wszystkich. Opportunity for All: równe szanse w rozwoju kariery – bez barier na ścieżce do sukcesu.  „Mój pierwszy sklep – People’s Place – otworzyłem w 1969 r. w rodzinnej Elmirze, aby ludzie ze wszystkich środowisk mogli spotykać się i...

Czytaj dalej
odzież używana - trend czy przyszłość mody
mat. prasowe Vinted

Miłość z drugiej ręki – kupujemy w secondhandach, czekamy na vintage z prawdziwego zdarzenia

Wzrost świadomości konsumentów oraz nasze kurczące się budżety spowodowały, że rynek odzieży używanej ma przed sobą tłuste lata. Czy jest się z czego cieszyć?
Zuzanna Szustakiewicz
16.12.2020

Ten dreszczyk emocji towarzyszący przesuwaniu ściśniętych wieszaków i przewracaniu ubrań w tzw. „grzebadłach”. „Dzisiaj wszystko za 5 zł! Cena dnia 29 zł za kg!” Ja nie potrzebuję dodatkowej zachęty, by regularnie co środę odwiedzić kilka ulubionych lumpeksów na warszawskiej Ochocie. Wiem, że wytrwałą poszukiwaczkę czeka zawsze nagroda: kaszmirowy sweter, wełniany płaszcz, jedwabny top, designerka sukienka – wszystko za grosze. Lumpeksy odwiedzam nie tylko tam, gdzie mieszkam – każdy wyjazd to świetna okazja, by zwiedzić lokalne ciucholandy – niektórzy wybierają Kopenhagę, a ja mam swoje ulubione miejsca w Wejherowie i w Opolu Lubelskim. Koleżanka z kolei już któryś raz namawia mnie na wyprawę do jej ukochanego wakacyjnego „lumpka” w Piszu – chyba pojedziemy na wiosnę. Uzależnienie? Znam gorsze... Mogłabym z czystym sumieniem zatytułować ten tekst – „Second-hand moja miłość”. I choć trudno zachować dziennikarską obiektywność, to o boomie na używaną odzież nie piszę po to, by zaklinać rzeczywistość, ale dlatego, że zmieniająca się sytuacja na świecie, w tym kryzys klimatyczny i pandemia sprawiły, że prędzej czy później większość z nas pokocha modę z drugiej ręki, z wyboru albo konieczności. Second-hand w liczbach Vinted, największy europejski serwis, na którym ludzie sprzedają odzież z drugiej ręki, niedawno ogłosił, że w Polsce ma już 3 mln zarejestrowanych użytkowników, a tzn., że jedna na dziesięć dorosłych osób w Polsce sprzedaje lub kupuje używane rzeczy na Vinted! Największa platforma sprzedająca modę z drugiej ręki na świecie – amerykański ThredUp w swoim dorocznym badaniu Fashion Resale Report publikuje dane, z których czarno na białym wynika, że rynek second-hand w USA w 2019 roku rósł 25...

Czytaj dalej