Ewa Grzelakowska-Kostoglu szczerze o zaburzeniach odżywiania: „Myślałam o sobie, że jestem głupia, słaba”
instagram.com/redlipstickmonster

Ewa Grzelakowska-Kostoglu szczerze o zaburzeniach odżywiania: „Myślałam o sobie, że jestem głupia, słaba”

Ewa Grzelakowska-Kostoglu, znana jako Red Lipstick Monster, w wywiadzie opowiada, dlaczego i w jaki sposób zmieniła swoje nawyki żywieniowe.
Sylwia Niemczyk
25.09.2020

Byłam przed trzydziestką i nie mogłam wejść po schodach na pierwsze piętro. Nie mogłam mówić bez zadyszki. Moje ciało nie funkcjonowało i to był skutek tego, że wcześniej przez lata jadłam zbyt dużo i zaniedbywałam swoje zdrowie fizyczne i psychiczne”, mówi Ewa Grzelakowska-Kostoglu, najsłynniejsza polska youtuberka, twórczyni marki Red Lipstick Monster.

Sylwia Niemczyk: Podobno zaburzenia odżywiania wynosi się z rodzinnego domu. Kiedy myślisz o swojej historii, widzisz tę zależność?

Ewa Grzelakowska-Kostoglu: Na pewno w moim domu było tak, jak jest w wielu innych rodzinach, że gdy działo się coś wyjątkowego, to towarzyszył temu wyjątkowy posiłek. Ale ja nie chcę tego oceniać. Coś, co dla jednej osoby będzie podłożem do zaburzeń odżywiania, dla innej nie będzie niczym nadzwyczajnym. W moim przypadku na pewno to, jak jadło się u mnie w domu, nie było kluczowe, było jednym z wielu czynników. Każdy z nas, dorastając, uczy się zarządzania emocjami, każdy w inny sposób sobie z nimi radzi. Ja zaczęłam sobie z nimi radzić, zajadając je. I to był wieloletni proces, który pewnie rzeczywiście zaczął się już w dzieciństwie, ale rozkwitł na studiach, kiedy wyjechałam z domu. Byłam niezależna, więc mogłam decydować co, jak i kiedy jem.

I co to były za decyzje?

Przede wszystkim zdecydowałam, że jedzenie jest dla mnie najlepszą nagrodą i rozrywką. Jak wielu ludzi na studiach jadłam głównie rzeczy mocno przetworzone, szybkie i bardzo tanie. Nie chcę tutaj wskazywać jakichś konkretnych potraw, bo to moim zdaniem jest bez sensu. To nie jedzenie jest złe – złe może być nadmierne pakowanie w nie emocji. 

Jakimi emocjami zarządzałaś poprzez jedzenie? 

Wiele osób myśli, że zajadać możemy tylko jakiś wielki stres. Ja odczuwałam raczej mnóstwo małych stresów: takich, z którymi ludzie mierzą się na co dzień. A mnie, nagromadzone, przerastały. Poza tym zajadałam nie tylko negatywne emocje, ale też mnóstwo pozytywnych. To nie było tak, że było mi źle, więc jadłam, mnie na studiach spotkało bardzo dużo radości! A jeśli wszystko dzieje się dobrze, to dlaczego by nie uczcić tego jakimś posiłkiem? 

Kiedy dzisiaj myślę o wszystkich pojedynczych kroczkach, które doprowadziły mnie do fatalnego stanu, to żaden z nich, wzięty oddzielnie, nie wydaje się niebezpieczny – dopiero gdy zbierzemy je wszystkie razem, dają taki obraz. 

Nie zauważałam, że dzieje się coś złego. Aż doszło do tego, że jeszcze przed trzydziestką nie byłam w stanie wejść po schodach na pierwsze piętro, nie byłam w stanie mówić bez zadyszki. Moje ciało przestało prawidłowo funkcjonować. Przez lata jadłam po prostu jedzenie, które mi nie służyło, w bardzo dużych ilościach. Tak dużych, że dosłownie po każdym posiłku bolał mnie brzuch z przejedzenia. I czułam się tak raz, drugi i trzeci – a mimo to przejadałam się znowu. Na tym polega mechanizm zaburzeń: chociaż wiemy, że coś jest dla nas niedobre, to znowu to robimy – bo w grę wchodzą emocje. Jeśli ich nie przerobimy w głowie, to one zawsze będą kierować naszym zachowaniem. Nawet jeśli za każdym razem to się będzie kończyło źle. 

Wydałaś właśnie e-book o odżywianiu i trosce o ciało. 

Nazywa się „Ciałopozytywny poradnik śniadaniowy”, dzielę się w nim moimi przepisami na śniadania. Proste, pyszne, bardzo różnorodne. Myślę, że świadome przygotowanie dla siebie śniadania jest bardzo piękną formą zaopiekowania się sobą już na starcie dnia. Nie podaję w moim e-booku – i robię to zupełnie świadomie – ile kalorii mają śniadania, które proponuję, bo to jest zupełnie nieistotne. Dla mnie tabelki z kaloriami to kolejna restrykcja, która może zaburzać stosunek do jedzenia. Nie chcę uczyć ludzi, że jedzenie musi zgadzać się z tabelą. Warto, by każdy sam dobrał takie porcje, po których zjedzeniu czuje się po prostu dobrze. W moim „Ciałopozytywnym poradniku śniadaniowym” piszę też o tym, jak zmieniłam swoje nawyki żywieniowe, a także relację z jedzeniem i ze swoim ciałem.

Co to znaczy?

Relacja z jedzeniem to uczucia, które towarzyszą nam, gdy myślimy o jedzeniu, kiedy je planujemy, gdy jemy. Na tę relację składa się także to, jak się czujemy już po posiłku. Z kolei relacja z ciałem to wszystkie nasze emocje, które budzi w nas własne ciało. Jak się z nim czujemy, kiedy odpoczywamy, myjemy się, kiedy jesteśmy w towarzystwie innych ludzi. Co o nim myślimy? Dobra relacja z własnym ciałem jest bardzo trudna, bo współcześnie żyjemy w kulturze kultu idealnego wyglądu, idealnej skóry, proporcji. Świat cały czas wmawia nam, że uroda jest naszą największą wartością. 

Kiedyś byłam na warsztatach body positive prowadzonych przez Fundację Feminoteka. I na pytanie, za co lubimy swoje ciało, wymyśliłyśmy chyba 20 odpowiedzi, mówiłyśmy, że za to, że silne, ładne, że nam dobrze służy itd. Ale żadna z nas nie odpowiedziała po prostu: „Bo je mamy. Bo jest nasze”. 

Ja jestem świadomie wdzięczna za swoje ciało i za to, że mogę w nim żyć swoje życie. Nie staję przed lustrem i nie mówię: „Dobrze, ciało, że cię mam” – ale żyję świadomie i czuję wdzięczność za to, że jest. Co nie zmienia faktu, że zanim się tego nauczyłam, to przez lata nie umiałam o nie zadbać. 

Wszystkie bardzo dużo wiemy i o zdrowym odżywianiu, i o zaburzeniach związanych z jedzeniem, ale wciąż nie umiemy tej wiedzy przełożyć na praktykę.

Tak samo, jak wszyscy wiemy, że od papierosów i alkoholu można umrzeć, a jednak nadal po nie sięgamy. Nasze działania nie są oparte na naszej wiedzy, o wiele bardziej kierują nami nasze emocje. Poza tym w społeczeństwie jest bardzo duże przyzwolenie na zaburzenia odżywiania, np. jedzenie za dużych posiłków, m.in. dlatego, że jedzenie nie zmienia naszego zachowania, jak używki. 

Chociaż, pamiętasz, dwa lata temu, w Warszawie przeprowadzono głośną kampanię społeczną – na plakatach było hasło: „Żyj, nie żryj”. W założeniach miało to przeciwdziałać otyłości, ale wywołało oburzenie, bo sugerowało w pogardliwy sposób osobom z nadwagą, że „żrą”. 

W tym haśle oburzająca była też sugestia, że wystarczy tylko chcieć, a na pstryknięcie palców będziemy jedli zdrowo i w sam raz. Na zasadzie: „Przeczytałam hasło na plakacie, więc od dzisiaj już nie będę żarła, tylko zacznę żyć”. To tak nie działa. 

Pamiętam, że po swoich napadach jedzenia byłam sobą strasznie rozczarowana. Wiele osób zna to uczucie. Pytałam sama siebie, dlaczego znowu to zrobiłam, przecież wiedziałam, że potem będzie bolał mnie brzuch, że będę zwijać się na łóżku i nic nie będę mogła zrobić przez co najmniej godzinę. Myślałam o sobie, że jestem głupia, słaba. Tak czułam się tuż po posiłku. Ale mijały dwie, trzy godziny i przed kolejnym posiłkiem już nie pamiętałam o tym wcześniejszym rozczarowaniu. To się naprawdę łatwo zapomina. Poza tym zwykle jadłam posiłki w towarzystwie, więc rozmawiając, łatwo mogłam przekierować myśli w inną stronę i nie analizować, czy już zjadłam wystarczająco. 

Jak zaczęłaś zmieniać swoją relację z ciałem i jedzeniem? 

W którymś momencie zaczęło boleć mnie całe ciało, szczególnie plecy. Szczęśliwym przypadkiem trafiłam na bardzo fajne zajęcia u fizjoterapeuty, już po kilku tygodniach poczułam dużą ulgę. A jednocześnie czułam, że zaczęłam robić dla siebie coś dobrego, to dało mi motywację, by robić coś więcej. Tyle że za drugim razem nie trafiłam już tak dobrze. W tym samym klubie, gdzie odbywały się moje zajęcia na kręgosłup, jeden z trenerów personalnych zaproponował, że opracuje dla mnie specjalny plan treningów i jedzenia, będzie ze mną ćwiczył, będzie kontrolował moją dietę. Dałam się namówić. Uwierzyłam mu, bo byłam w takiej rozsypce, że byłam gotowa uwierzyć każdemu, kto by przyszedł i wyciągnął do mnie rękę. 

Okazało się, że to jedna z najbardziej toksycznych osób, jakie spotkałam. Dopiero po pewnym czasie spostrzegłam, że on od początku nie miał żadnej etyki. Jedną z jego metod „odchudzania” było przeplatanie ścisłego rygoru żywieniowego z magicznymi „cheat mealami”, czyli: poświęcasz się na co dzień, ale raz na dwa, trzy tygodnie możesz pozwolić sobie na „oszustwo” i jeść, ile dasz radę i co tylko zechcesz – to jest twoja nagroda. A przecież nie na tym polega zdrowe podejście do jedzenia. Jeśli jedzenie kojarzy mi się z restrykcjami i oszukiwaniem, jeśli dzielę je na dobre i złe – to jak mam wyjść z zaburzeń odżywiania? 

Jedzenie zaczyna przypominać pole minowe. 

Nigdy się z takim podejściem nie zgodziłam. Wymagał go ode mnie trener, ale nie byłam w stanie tego przyjąć. 

Podobnie z treningami: wymagał ode mnie wykonywania ćwiczeń, których nie lubiłam, ale kiedy mu o tym mówiłam, odpowiadał, że w takim razie będę ich robić jeszcze więcej, bo w ten sposób kształtuje się psychikę. To kompletna nieprawda! Ruch ma być przyjemnością, ma nam sprawiać satysfakcję. Tak samo jedzenie ma być dla nas przyjemnością. Na szczęście w końcu zbuntowałam się przeciwko takiemu podejściu do jedzenia i do ciała, wyraźnie sobie uświadomiłam, że to nie jest moje myślenie. 

Więc być może ten trener był ci jednak potrzebny – po to, żeby w konfrontacji z nim uświadomić sobie, czego potrzebujesz i jaką relację z ciałem, jedzeniem chcesz budować. 

Ta konfrontacja nauczyła mnie bardzo dużo, to prawda. Być może także dzięki niej dzisiaj mam trenerkę, z którą ćwiczę tak, jak chcę, jem, co lubię i na co mam ochotę. Rozpoczęłam też psychoterapię. Nie po to, żeby dowiedzieć się, skąd wzięły się u mnie zaburzenia odżywiania – bo znałam ich podłoże – ale po to, żeby zaplanować kolejne kroki wychodzenia z nich.

Kiedyś jadłam cały czas. Automatycznie sięgałam po ciastka, owoce, orzeszki, cokolwiek leżało na stole. Pierwszym krokiem, który ustaliłam z moją psychoterapeutką, było zorientowanie się, kiedy nawyk bierze górę. Na początku orientowałam się dopiero wtedy, kiedy już coś miałam w ustach. Więc przełykałam i mówiłam do siebie: „OK, świetnie, że się zorientowałam. Bardzo dobrze mi idzie. Drugiego kęsa już nie wezmę”. Zmiana nawyków jest możliwa tylko wtedy, kiedy przechodzimy przez nią w taki sposób, na jaki jesteśmy gotowe. Terapeuta jest tutaj niezwykle wielką pomocą. 

Bo może ci powiedzieć: „Planujesz zbyt ambitnie, uważaj, bo się potkniesz”?

A także może zaproponować, na czym te pierwsze kroki do zmiany nawyku mogłyby polegać. Wymyślenie ich samemu nie jest łatwe, ale podkreślam, że ze strony terapeuty to zawsze jest tylko propozycja. Same musimy podjąć decyzję, co, jak i kiedy robimy. 

Czy zmiana twojego stosunku do jedzenia pociągnęła za sobą zmianę innych rzeczy w twoim życiu? 

Odwrotnie, najpierw zmieniłam inne rzeczy: zadbałam o odpoczynek i sen, oddzieliłam pracę od życia prywatnego. Zmianę nawyków dotyczących jedzenia zostawiłam sobie na koniec, bo wiedziałam, że to będzie dla mnie najtrudniejsze i będzie wymagało najwięcej czasu. I rzeczywiście takie jest, ale cieszę się, że to robię. Chcę świadomie wybierać swoje nawyki. Chcę, żeby mi one służyły. Dla mnie to kwestia wolności. Chcę być wolna od tego, co mi szkodzi. 

Rozmawiamy o jedzeniu i ciele, ale w ogóle nie o wyglądzie. 

Bo zupełnie nie chodzi mi o wygląd. Każdy, kto mnie zna, wie dobrze, że poczucie własnej wartości buduję na całkowicie innych podstawach. Bardzo kocham swoje ciało, ale tak samo kochałam je, gdy wyglądałam inaczej i gdy źle się z nim czułam. I właśnie dlatego, że je kochałam, chciałam o nie zadbać. Dzisiaj, kiedy ważę mniej, wcale nie uważam się za osobę ładniejszą, niż byłam kilka lat temu. Dla mnie źródło ludzkiego piękna jest zupełnie inne.

E-book „Ciałopozytywny poradnik śniadaniowy” Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu jest dostępny na: Redlipstickmonster.pl.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
odchudzanie
Adobe Stock

„Jemy i odchudzamy się, by nie myśleć o swoich prawdziwych problemach”

Problemy z wagą, czy z pewnością siebie? Według terapeutki Marty Szydłowskiej-Pierzak nasze zaburzenia jedzenia bardzo często wynikają z niskiego poczucia własnej wartości.
Katarzyna Olkowicz
02.01.2020

Zajadamy stres, jemy kompulsywnie, uciekamy w objadanie się, aby nie myśleć o problemach. Terapeutka Marta Szydłowska-Pierzak przekonuje, że żadna dieta odchudzająca nie pomoże na nasze problemy z wagą, jeśli nie zmienimy myślenia o nas samych.  Katarzyna Olkowicz: Zna pani kogoś, kto nigdy nie był na diecie? Marta Szydłowska-Pierzak: Nie. Słowo dieta stało się bardzo popularne, jest to indywidualny sposób odżywiania i wszyscy jesteśmy na jakiejś diecie – odchudzającej, zdrowotnej, wegetariańskiej, sportowej, dla nabrania kilogramów itd. A jednocześnie ponad połowa ludzi na świecie ma nadwagę. I to w momencie, gdy wydaje się, że wiemy wszystko o zdrowym stylu życia. Co stoi na przeszkodzie, byśmy byli szczupli? Żyjemy w dużym pośpiechu, mamy ciągłe oczekiwania w stosunku do siebie, innych. Poczucie nieustannej presji sprawia, że nasze wymagania wciąż rosną. W trudnym momencie, kiedy mamy mniej energii, włącza się wewnętrzny autopilot. Podsuwa destrukcyjne myśli, na przykład: „Dziesięć razy próbowałam schudnąć, za każdym razem skończyło się fiaskiem, więc nie spróbuję jedenasty raz. Po co mam znów się męczyć, skoro wiadomo, jak się to skończy?”. Dążymy do tego, by chudnąć, ale nasze życie, wielość obowiązków i komplikujące sprawę myśli często uniemożliwiają posuwanie się naprzód. Podejmujemy bezcelowe, automatyczne zachowania i nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Przeszkodą może być też zbyt duży cel, który zakładamy, np. „Chcę schudnąć 10 kilogramów w ciągu miesiąca”. A gdy nam to nie wychodzi, bo ma prawo nie wyjść, poddajemy się. Warto zauważać wysiłek, który wkładamy w dojście do wyznaczonego celu, a nie tylko efekt. Dieta odchudzająca nie rozwiąże problemu braku pewności siebie I wtedy następuje bezwarunkowa...

Czytaj dalej
Stres czy coś więcej? Niepokojące objawy
Finn Hackshaw/Unsplash.com

To może być coś więcej niż stres. 5 objawów, które powinny cię zaniepokoić

Żyjemy w ciągłym stresie, jesteśmy zabiegane, zmęczone, narasta w nas frustracja. Zdarza się jednak, że to, co początkowo bierzemy za wynik stresu, jest objawem m.in. depresji lub zaburzeń lękowych. Na jakie sygnały warto zwrócić uwagę i kiedy zacząć szukać pomocy?
Hanna Szczesiak
16.11.2020

Stres jest całkowicie naturalną reakcją organizmu na nieprzyjemne doświadczenia, z którymi nie do końca umiemy sobie poradzić. Tego typu sytuacje, nazywane stresorami, wywołują w nas psychiczny i fizyczny dyskomfort. Choć wiele mówi się o technikach radzenia sobie ze stresem – nauczaniu się odpuszczać, ćwiczeniach oddechowych, medytacji, sztuce relaksowania się, czasem to nie wystarcza. Wtedy potrzebujemy pomocy specjalisty, psychologa lub psychoterapeuty, który pomoże nam odnaleźć źródło naszych problemów i wypracować sposób, by z nimi walczyć. Co powinno nas zaniepokoić? Czytaj też: Medytacja zmniejsza stres i redukuje napięcie. Wystarczą 3 minuty dziennie Problemy ze snem Wielu z nas przynajmniej raz w życiu doświadczyło nieprzespanej nocy. Kładziesz się do łóżka, ale nie możesz zasnąć. W głowie kołaczą się myśli, czujesz niepokój, masz wrażenie, że czegoś nie zrobiłaś, że coś jest nie tak. Choć bardzo chcesz zasnąć, męczysz się, a sen nie przychodzi. Jeśli jednak od dłuższego czasu cierpisz na bezsenność i niemal każdej nocy szukasz sposobu, by w końcu zasnąć, to może być objaw poważniejszych schorzeń, a nie wyłącznie reakcja organizmu na stres. Zaburzenia apetytu Gdy jesteśmy zestresowane, możemy albo całkowicie stracić apetyt, albo wręcz przeciwnie: mieć niepohamowaną ochotę na jedzenie. Zdarza się, że w takich chwilach tracimy nieco na wadze lub tyjemy. Zwykle jednak taki stan nie powinien utrzymywać się zbyt długo. Jeśli zauważyłaś, że od dłuższego czasu rekompensujesz sobie trudne emocje jedzeniem lub musisz zmuszać się do jedzenia, najwyższy czas poszukać prawdziwego źródła problemu. Możesz cierpieć na zaburzenia odżywiania. Używki Jedną z najbardziej szkodliwych metod radzenia sobie ze stresem jest sięganie po używki. Alkohol, narkotyki, czasem...

Czytaj dalej
etyczne jedzenie
iStock

„Skąd się bierze to, co jesz?” Aleksander Baron, słynny szef kuchni o tym, jak możemy jeść etyczniej

Jedzenie etyczne to nie tylko wegetarianizm czy weganizm. To świadome sięganie po produkty i dania, które nie wiążą się z eksploatacją środowiska i cierpieniem: ani zwierząt, ani ludzi.
Magdalena Felis Igor Nazaruk
09.10.2020

„Nie wystarczy skreślić mięso i ryby z jadłospisu, żeby jeść etycznie. To nie zwalnia nas z dociekania, skąd pochodzi nasze jedzenie, jak zostało wyprodukowane, uprawiane i jaką drogą do nas przybyło” – mówi Aleksander Baron, szef kuchni, wyznawca filozofii od nosa do ogona. Magdalena Felis i Igor Nazaruk: Dlaczego jedzenie ma być smaczne? Aleksander Baron: Żebyśmy o nim nie zapominali. Jedzenie i seks to dwie rzeczy, które przedłużają nasz gatunek – więc muszą być przyjemne, abyśmy ich bez końca nie odkładali na później.  A czy nasze jedzenie musi być etyczne? Czas najwyższy, żeby było. Ale samo słowo „etyczne” trzeba dziś zdefiniować na nowo i każdy powinien zrobić to sam. W tej kwestii nie powinno ulegać się modzie, tylko samemu zbudować swoje poglądy. Jeśli nie muszę, nie jem rzeczy przetworzonych. Nie kupuję mięsa z masowego chowu i w ogóle staram się jeść go mało. Bardzo rzadko kupuję owoce z importu. Staram się nie kupować na przykład krewetek, które lubię, ale które dla ekologii są bardzo obciążające. Kupuję od ludzi, którzy żyją z pracy własnych rąk, to wydaje mi się moralne. Etyczne jedzenie – co to takiego? To może najbardziej etycznym pomysłem jest zakładanie warzywniaków czy pasiek na dachach w mieście? Nie chciałbyś zostać farmerem? To są świetne inicjatywy, już lata temu zaczęliśmy rozmowy z Pszczelarium i myślę, że niedługo uda nam się stworzyć razem ule. Muszę jeszcze tylko namówić do udostępnienia dachu teatr sąsiadujący z moją przyszłą restauracją. A co do własnych upraw – są takie plany! Chcemy mieć w Warszawie farmę, na której będziemy uprawiać warzywa, zioła... Może być pięknie. Taka postawa sprzeciwia się dzisiejszemu konsumpcjonizmowi, który przypomina mi...

Czytaj dalej