Po pierwsze: nie wyrzucaj, nie marnuj – mówi Sylwia Majcher, promotorka zero waste
iStock

Po pierwsze: nie wyrzucaj, nie marnuj – mówi Sylwia Majcher, promotorka zero waste

Co szósty Polak i co szósta Polka nie robi listy zakupów. I kupuje masę niepotrzebnych rzeczy – to jeden z trzech powodów marnowania jedzenia.
Magdalena Felis Igor Nazaruk
09.12.2020

Święta to festiwal kupowania i marnowania. W przedświątecznej gorączce gromadzimy wszystkiego za dużo, dajemy nabrać się na „okazje” i „ekonomiczne” opakowania – a gdy miną świąteczne dni, wyrzucamy żywność, nietrafione prezenty, jednorazowe ozdoby, które cieszyły oko przez tydzień i będą się rozkładać latami. Coraz wyraźniej widzimy, że takie świętowanie nie ma zupełnie sensu. Jak żyć, nie marnując czasu, pieniędzy i zasobów naszej planety mówi Sylwia Majcher, promotorka ruchu zero waste w Polsce, autorka książek: „Gotuję, nie marnuję” oraz „Wykorzystuję, nie marnuję”.

Magdalena Felis i Igor Nazaruk: Mamy wrażenie, że pionierkami i mistrzyniami zasady zero waste, czyli „nic się nie marnuje”, którą dopiero staramy się wdrożyć w życie, były nasze babcie i mamy – choć nieświadomie.

Sylwia Majcher: Oczywiście! Moja babcia do sklepu chodziła tylko po kawę, a w jej gospodarstwie nic się nie marnowało. Była całkowicie samowystarczalna, a jak wykarmiła już całą rodzinę, to nadwyżki, np. masła czy śmietany, sprzedawała na targu. Babcia przeżyła tragedię wołyńską, zaznała głodu, więc miała wielki szacunek do jedzenia. To ją ukształtowało. Pamiętam, że nasze mamy i babcie używały wielorazowych siatek na zakupy, na zimę robiły weki, kosz na śmieci wykładały gazetą, a resztki – jeśli miały swoją ziemię – wyrzucały do kompostownika. Sto procent zero waste. 

 

 

A ty? Od zawsze uprawiałaś ten styl życia?

Z jednej strony miałam za wzór właśnie moją gospodarną babcię, z drugiej – wychowałam się w duchu Wielkopolski, skąd pochodziła moja rodzina. Więc wszystko było wyliczone, spisane na kartce, zaplanowane. Już od dziecka byłam tego uczona. Ale kiedy zaczęłam życie na własną rękę, to oczywiście musiałam się przeciw tym zasadom zbuntować. Dlaczego mam się ograniczać listami? Dlaczego nie mogę pójść na żywioł? 

I poszłaś?

Tak. I szybko się okazało, że marnuję bardzo dużo jedzenia i zdecydowanie za szybko kończą mi się pieniądze. Więc wróciłam do tych porzuconych dobrych rad z domu, żeby odkryć, że dzięki nim wydaję mniej, mam więcej czasu, łatwiej robię zakupy i niczego mi w domu nie brakuje.

To daje zero waste? 

Lubię określać to hasłem „mniej więcej”: wykorzystujemy mniej, a mamy więcej. Więcej czasu i pieniędzy, więcej korzyści dla środowiska – bo każda decyzja podczas zakupów czy zarządzania domem niesie rozmaite konsekwencje dla środowiska i dobrze jest o tym pamiętać. Wiecie, co jest najczęściej wyrzucanym produktem w Polsce?

Co?

Chleb. A do wyprodukowania jednego bochenka chleba zużywa się kilkaset litrów wody. Pomyślcie, jeśli zamrozicie ten chleb, zjecie go następnego dnia albo przetworzycie, oszczędzicie kilkaset litrów wody. 

To zachęca do działania. No dobrze: od jutra jesteśmy zero waste. Od czego zacząć?

Od zastanowienia się, jakich śmieci produkujemy najwięcej. Może to jest plastik, bo kupujemy zgrzewkę wody tygodniowo? Jeśli tak, to przechodzimy na kranówkę. Warto, bo tylko 30 z 200 rodzajów butelkowanych wód na polskim rynku ma skład lepszy niż kranówka. A oszczędzamy na tym 700 zł rocznie. 

Po drugie: zakupy. Zabieramy ze sobą dużą siatkę i woreczek, w który spakujemy np. pomidory. Dzięki temu oszczędzimy Ziemi ok. 400 foliówek rocznie. Jeśli kosztują złotówkę – to jesteśmy 400 zł do przodu. Do tego lista zakupów. Według danych Banków Żywności 60 proc. Polaków jej nie robi. I kupuje masę niepotrzebnych rzeczy – to jeden z trzech powodów marnowania jedzenia.

Kolejna decyzja to przejście na lżejszy środek transportu: rower, tramwaj, pociąg zamiast samochodu. Zmorą dzisiejszych czasów jest to, że rodzice podwożą dzieci do szkoły, nawet jeśli to jest 200 metrów. We Włoszech jest miasteczko, w którym zabroniono rodzicom takich praktyk, dzięki temu dzieci zobaczyły, jak wygląda okolica, w której mieszkają. 

I oczywiście segregacja śmieci! W tym wypadku to odpowiedzialność zbiorowa, bo jeśli do końca roku nie zwiększymy poziomu recyklingu, zapłacimy karę jako kraj – co rozbije się na podatki wszystkich i zmniejszy nam dotacje unijne. 

A jak wyobrażasz sobie przyszłość zero waste? Czy może stać się prawem?

Już się staje! W 2021 roku wchodzi dyrektywa unijna związana z ograniczeniem plastiku – jednorazowe naczynia, kubeczki styropianowe, mieszadełka mają zniknąć z obiegu. W kwietniu weszła ustawa, która ma zapobiegać marnowaniu jedzenia w Polsce – zgodnie z nią sklepy wielkopowierzchniowe nie mogą wyrzucać jedzenia do śmietnika, tylko muszą mieć podpisane umowy z organizacjami pożytku publicznego i oddawać nadwyżki jedzenia. W kolejnym etapie obejmie to mniejsze sklepy, a w końcu może też gospodarstwa prywatne. Już teraz za niesegregowane śmieci płaci się więcej – więc to forma kary. Jeśli nie weźmiesz siatki na zakupy, musisz wydać co najmniej złotówkę. To też jakaś kara. Nadużyliśmy Ziemi, nie dajemy jej czasu na regenerację – w okolicach sierpnia wyczerpujemy zapasy, które miały wystarczyć na rok. To już nie jest kwestia „czy”, tylko „kiedy” – kiedy zabraknie nam jedzenia? Czy to nie wystarczająca motywacja? 

Według niektórych prognoz w 2050 roku w oceanach może być więcej plastiku niż ryb. Jeśli picie wody z kranu i zabieranie swojej torby na zakupy może temu zapobiec, to nie ma się nad czym zastanawiać. 

Racja. Za to polecam, żeby zastanawiać się nad tym, co wyrzucamy. Jeden z autorytetów ruchu zero waste, amerykański szef kuchni Dan Barber, powiedział kiedyś, że śmieci jednego człowieka mogą być skarbem dla drugiego. I bardzo to do mnie przemawia. To naprawdę jedynie kwestia perspektywy. I wyobraźni.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
wianek świąteczny
Łukasz Marcinkowski i Radek Berent KWIATY & MIUT

Wianek świąteczny hand made! Jak go zrobić – radzą właściciele kwiaciarni Kwiat & MIUT

Świąteczny wianek na drzwi – krok po kroku.
Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent
09.12.2020

Po zimowy wianek wystarczy wybrać się do lasu. Wszystko, co potrzebne do jego przygotowania, można zebrać podczas spaceru: miękkie gałązki, szyszki, zimowe owoce. To piękna, pachnąca dekoracja pełna symboliki, a w święta nabiera szczególnego znaczenia. Gdy wisi na drzwiach wejściowych, sygnalizuje, że zaraz znajdziemy się w świątecznej atmosferze, w miejscu pełnym przyjaciół, że poczujemy zapach pierników. Tradycja wieszania wianków na zewnątrz przywędrowała do nas z krajów anglosaskich – nic dziwnego, w końcu w każdym świątecznym filmie hollywoodzkiej produkcji znajdzie się ujęcie, w którym głowa rodziny otwiera tak udekorowane drzwi. Proponujemy wam wersję naturalną. Dziś wieniec z igliwia wieszany na drzwiach to uproszczony wieniec adwentowy, który wziął się z tradycji ewangelickiej przejętej również przez katolicyzm. Okrągły kształt wianka symbolizował Boga, ponieważ nie ma początku ani końca. Dla nas to przede wszystkim symbol jedności tak silnie towarzyszącej zimowym świętom. Świąteczny wianek – co się przyda? Wybieraj gatunki, które nie gubią igieł z powodu braku wody. Dobierz tylko naturalne dodatki, tak aby móc je łatwo wyrzucić do odpadów organicznych. Wszystkie potrzebne rzeczy zbierzesz w ogrodzie lub na spacerze za miastem. Drut o średnicy 0,5 mm kupisz w markecie budowlanym lub dobrej kwiaciarni. Łukasz Marcinkowski i Radosław Berent – duet kwiaciarzy, scenografów i designerów, którzy zainicjowali nową falę zainteresowania kwiatami w Polsce. Właściciele kwiaciarni Kwiaty & MIUT, którą prowadzą od 2013 roku w Poznaniu.    Wyświetl ten post na Instagramie. Post udostępniony przez KWIATY&MIUT (@kwiatyimiut)

Czytaj dalej
kuchnia no waste
Getty Images

Zero waste w kuchni: jem resztki, nie wyrzucam!

W no waste nie chodzi o jedzenie rzeczy ze śmietnika, ale ratowanie przed śmietnikiem.
Karolina Stępniewska
26.10.2018

Mamy mnóstwo jedzenia, które po terminie ważności bezmyślnie wyrzucamy. Na szczęście nastała moda na zero waste, czyli zero strat: bycie eko, umiejętne wykorzystywanie resztek i odpadków. Tort z przejrzałych bananów? Właśnie tak – przekonuje Sylwia Majcher, autorka książki „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”. Co było pierwsze w pani życiu – fascynacja kuchnią czy filozofią zero waste? Jedno i drugie naturalnie funkcjonowało w mojej rodzinie, więc nasiąkałam nimi od dziecka. Choć oczywiście nikt wtedy nie mówił o zero waste. Pochodzę z wielkopolskiego domu, w  którym obowiązywał po prostu szacunek dla jedzenia, pracy, pieniędzy. Dziadkowie mieli gospodarstwo, byli niemal samowystarczalni. Do sklepu chodziło się właściwie tylko po kawę. Dziś trudno to sobie wyobrazić. Gdy czasy niedoboru się skończyły, przeżyliśmy okres fascynacji pełnymi półkami. Ja też przeszłam przez ten etap. Kiedy zaczęłam samodzielnie mieszkać i gotować, zachłysnęłam się wszystkim, co dostępne. I żeby ugotować azjatycką zupę, kupowałam litrowy słoik pasty curry. Dopiero po jakimś czasie przyszła refleksja: po co mi tyle, jeżeli nie mam co zrobić z resztą? Dokładnie mieściłam się w statystykach, z których wynika, że Polka wyrzuca średnio cztery kilogramy jedzenia miesięcznie. Te statystyki są dosyć porażające. W śmietniku ląduje aż 30 procent tego, co kupujemy, czyli niemal jedna trzecia z  tak zwanego koszyka zakupów. Wliczając sklepy, wyrzucamy 9 mln ton jedzenia rocznie. Najwięcej chleba, potem wędlin, warzyw, owoców. Odwiedziłam jakiś czas temu sortownię śmieci w  Łodzi. Poraziło mnie to, co tam zobaczyłam – po taśmie jechały fabrycznie opakowane bochenki chleba, szynki, sera. Nieuszkodzone, niezepsute. Gdyby je...

Czytaj dalej
etyczne jedzenie
iStock

„Skąd się bierze to, co jesz?” Aleksander Baron, słynny szef kuchni o tym, jak możemy jeść etyczniej

Jedzenie etyczne to nie tylko wegetarianizm czy weganizm. To świadome sięganie po produkty i dania, które nie wiążą się z eksploatacją środowiska i cierpieniem: ani zwierząt, ani ludzi.
Magdalena Felis Igor Nazaruk
09.10.2020

„Nie wystarczy skreślić mięso i ryby z jadłospisu, żeby jeść etycznie. To nie zwalnia nas z dociekania, skąd pochodzi nasze jedzenie, jak zostało wyprodukowane, uprawiane i jaką drogą do nas przybyło” – mówi Aleksander Baron, szef kuchni, wyznawca filozofii od nosa do ogona. Magdalena Felis i Igor Nazaruk: Dlaczego jedzenie ma być smaczne? Aleksander Baron: Żebyśmy o nim nie zapominali. Jedzenie i seks to dwie rzeczy, które przedłużają nasz gatunek – więc muszą być przyjemne, abyśmy ich bez końca nie odkładali na później.  A czy nasze jedzenie musi być etyczne? Czas najwyższy, żeby było. Ale samo słowo „etyczne” trzeba dziś zdefiniować na nowo i każdy powinien zrobić to sam. W tej kwestii nie powinno ulegać się modzie, tylko samemu zbudować swoje poglądy. Jeśli nie muszę, nie jem rzeczy przetworzonych. Nie kupuję mięsa z masowego chowu i w ogóle staram się jeść go mało. Bardzo rzadko kupuję owoce z importu. Staram się nie kupować na przykład krewetek, które lubię, ale które dla ekologii są bardzo obciążające. Kupuję od ludzi, którzy żyją z pracy własnych rąk, to wydaje mi się moralne. Etyczne jedzenie – co to takiego? To może najbardziej etycznym pomysłem jest zakładanie warzywniaków czy pasiek na dachach w mieście? Nie chciałbyś zostać farmerem? To są świetne inicjatywy, już lata temu zaczęliśmy rozmowy z Pszczelarium i myślę, że niedługo uda nam się stworzyć razem ule. Muszę jeszcze tylko namówić do udostępnienia dachu teatr sąsiadujący z moją przyszłą restauracją. A co do własnych upraw – są takie plany! Chcemy mieć w Warszawie farmę, na której będziemy uprawiać warzywa, zioła... Może być pięknie. Taka postawa sprzeciwia się dzisiejszemu konsumpcjonizmowi, który przypomina mi...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Nasi dziadkowie byli bardziej eko, niż my? Czego możemy się od nich nauczyć?

Bycie eko jest dzisiaj w modzie, ale nie każdy wie, jak się do tego zabrać. Uczmy się od mądrzejszych, weźmy przykład z naszych dziadków.
Sylwia Arlak
04.08.2020

Coraz uważniej przyglądamy się środowisku, wiedzę o zmianach klimatycznych mamy w małym palcu, pijemy kranówkę, przechodzimy na wegetarianizm a nerwica ekologiczna to jedno z naszych słów kluczy 2020 roku (wielkie dzięki za nie Stanisławowi Łubieńskiemu, autorowi „Książki o śmieciach”!). W końcu uwierzyliśmy, że stan świata zależy od każdej i każdego z nas. Segregujemy śmieci, korzystamy z toreb wielokrotnego użytku, plastikowe słomki do drinków już dawno pożegnaliśmy, a zamiast auta wybieramy komunikację miejską lub rower. Ale wciąż mamy wiele lekcji do odrobienia. Ekologii możemy uczyć się od... naszych dziadków.   Odpady/śmieci Amerykanie generują średnio 4,4 kg śmieci dziennie (!). W Polsce jest niewiele lepiej. Wielu ludzi nawet nie zastanawia się, czy rzeczywiście warto pozbyć się rzeczy, która są w idealnym stanie. Na szczęście wielu innych, przekazuje przedmioty, których nie zamierza dłużej trzymać u siebie. Kupujemy za dużo jedzenia i bez wyrzutów sumienia pozbywamy się go. Na szczęście są i tacy, którzy w porę oddają je potrzebującym. Nasi dziadkowie bardzo dbali o to, aby nie marnować jedzenie i przedmiotów. Nie mieli wielu środków do życia, więc „kupowali z głową”. Wszystkie przedmioty, które można było poddać recyklingowi, ponownie wykorzystać lub przekazać rodzinie, lub przyjaciołom, były ratowane. Dawano im nowe życie. Tamto pokolenie wiedziało, że musi dokończyć jedzenie na swoim talerzu. Wszelkie „resztki” żywności kompostowano, przechowywano lub zamrażano na później. Recykling Recykling powrócił do łask w ostatnich latach, ale wciąż nie jest tak popularny, jak mógłby – i jak powinien – być. Dlaczego jest tak wiele produktów „jednorazowego użytku”?...

Czytaj dalej