Ejlat – oaza południowego Izraela
sime/free

Ejlat – oaza południowego Izraela

To wiecznie słoneczne miasteczko, do którego Izraelczycy ściągają na letnie wakacje. To tam znajdziecie jedyną na świecie rosnącą rafę koralową!
Kamila Miernowska
13.05.2020

Upał byłby nie do wytrzymania, gdyby nie bliskość Morza Czerwonego. Łagodzi żar napływający do Ejlatu z pustyni i daje możliwość zanurzenia się w wodzie, której temperatura nie spada poniżej 20 stopni. Kąpielowe orzeźwienie nie jest jedyną rozrywką w tym mieście oazie. Turystów przyciąga tu rafa koralowa, o której niezwykłości krążą legendy. Kolorowe falujące liliowce, ukwiały o hipnotyzujących deseniach i neonowe rybki stadnie wypływające z koralowców można obserwować godzinami. Rewelacyjnie rozbudowana infrastruktura Ejlatu umożliwi każdemu zajrzenie pod powierzchnię wody. Są tu liczne centra nurkowania, a przy plażach i w hotelach z pewnością kupicie lub wypożyczycie maskę z fajką do snorkelingu

Dom delfinów i akwaria pełne rekinów

Nie umiecie pływać? Nie przejmujcie się! Możecie wybrać statek z przeszklonym dnem albo odwiedzić podwodne obserwatorium skonstruowane w taki sposób, by umożliwić zejście pod poziom wody na głębokość blisko pięciu metrów. Jeśli znuży was rafa, możecie obejrzeć zbudowane pod wodą akwaria pełne rekinów. Albo wybrać się na pobliską rafę – dom stada delfinów butlonosych i lwów morskich. Śmielsi turyści mają możliwość odpłatnego nurkowania z akwalungiem lub z fajką. Uśmiechnięte walenie, beztrosko pływające w turkusowej wodzie, uspokoją tych, którzy po wizycie w obserwatorium zdali sobie sprawę, że jeżowiec nie jest najgroźniejszym stworzeniem zamieszkującym czerwonomorską rafę.

Dzień miło będzie zakończyć kolacją w jednej z restauracji przy nadmorskiej promenadzie. Menu nie rozczaruje, a do towarzystwa będziecie mieli liczne koty zalecające się do was w nadziei na poczęstunek. Wybierzcie wielkie krewetki grillowane na węglu drzewnym, podawane z oliwą suto doprawioną czosnkiem, lub aromatyczną zupę rybną. Nie wyjeżdżajcie z Ejlatu, nie próbując falafela w placku pita. Aromatyczne kotleciki z cieciorki smakują tam wybornie. Najlepsze jadłam w ulicznym barze przy dworcu autobusowym. 

Pustynia Negew

Warto chociaż raz wstać o świcie i wyjechać w kierunku osaczającej miasto od północy pustyni Negew. Mnie rano budził co dzień skrzek ptaków, które początkowo brałam za wrony. Dopiero w dzień wyjazdu pomiędzy liśćmi palmy wypatrzyłam winowajczynie. Były nimi przepiękne szmaragdowozielone papużki – aleksandretty obrożne. Tak czarujące, że nie sposób było się na nie gniewać.

Czerwony Kanion jak z filmów fantasy

Zanim wyjedziecie z miasta, zatrzymajcie się na śniadanie. Niezależnie od tego, jaki bar wybierzecie, w karcie zawsze znajdziecie „wielki bałagan”, czyli szakszukę. Popularne w Izraelu danie składa się w podstawowej wersji z jajek ugotowanych na pomidorach, chili i cebuli, doprawionych kminem rzymskim, gałką muszkatołową i papryką. Daje energię na całodzienną podróż. Gotowi do drogi ruszcie w górę wzdłuż granicy z Egiptem, w kierunku Czerwonego Kanionu. Dotrzecie tam krętą szosą oferującą spektakularne widoki na położony w dolinie Ejlat. Zjazd do parkingu przy kanionie jest dobrze oznaczony i nie sposób go przeoczyć. Pamiętajcie, że jest tylko jeden szlak prowadzący na dno wąwozu. Decydując się na niego, warto wziąć pod uwagę rozmiar naszych towarzyszy i ich kondycję fizyczną – niektóre ze szczelin, przez które trzeba się przecisnąć, są naprawdę wąskie. Trud włożony w ekwilibrystyczną wędrówkę wynagrodzi nam jednak niesamowity spektakl świetlny. Promienie słońca odbijające się od skał piaskowca sprawiają, że kanion zamienia się w scenografię z filmów fantasy – ściany zaczynają migotać różnymi odcieniami czerwieni. Jeśli zdecydujecie się ruszyć na szlak o świcie, jest duże prawdopodobieństwo, że będzie to widowisko wyłącznie dla waszych oczu.

Park Timna

Z Czerwonego Kanionu cofnijcie się w kierunku Ejlatu i jego obrzeżami pojedźcie na północ, tym razem wzdłuż granicy z Królestwem Jordanii, w kierunku Parku Timna. To właśnie na jego terenie znajduje się miejsce, z którego wydobywano miedź do budowy Pierwszej Świątyni Jerozolimskiej za czasów biblijnego króla Salomona. Timna to także dom fantazyjnych formacji skalnych – rezultatów nieustającej erozji. Jeżdżąc po parku, zobaczycie Łuki, Grzyby oraz Filary Króla Salomona. Latem, na tle tych ostatnich, urządzane są koncerty i pokazy tańca. Nie tylko natura, ale też zmieniające się imperia pozostawiły tu ślady w postaci licznych wyrytych w skałach rysunków. Rydwany zaprzężone w woły, powożone przez uzbrojonych wojowników, czy myśliwi polujący na strusie i koziorożce to niektóre z rycin, które spotkacie, objeżdżając park.

Księżycowy krajobraz krateru Machtesz Ramon

Jeśli znajdziecie energię na dalszą podróż, ruszcie w kierunku miasteczka Micpe Ramon. U jego podnóża znajduje się krater nazywany Machtesz (hebr. moździerz) Ramon. Nie powstał w wyniku uderzenia meteorytu i nie jest też częścią wulkanu. Jest najbardziej spektakularną i największą z siedmiu unikalnych formacji geologicznych na świecie (pięć z nich znajduje się w Izraelu, a dwa w Egipcie). Ten intrygujący księżycowy krajobraz ukształtował się blisko 200 mln lat temu! Ma 40 km długości, 10 km szerokości i 500 m głębokości. Stając na krawędzi krateru Ramon – najpewniej w towarzystwie wszechobecnych tu koziorożców nubijskich, które wyjadają ze śmietników w miasteczku jak bezpańskie koty – możemy poczuć się, jak na krańcu świata. Aż po horyzont rozciąga się widok na gigantyczną rozpadlinę bezlitośnie paloną przez słońce.

Przez długi czas krater był nieodkryty dla świata, pozostając pod kontrolą jednego z beduińskich plemion. Teraz możemy go zwiedzać bez większych przeszkód. Na jego terenie ustanowiono Rezerwat Przyrody Ramon. Kiedy już napatrzymy się na tę osobliwą panoramę, proponuję zejść w głąb krateru i rozpocząć wędrówkę. Jeden ze szlaków prowadzących przez krater wiedzie do strażnicy przy źródle Saharonim. Są to pozostałości dawnego karawanseraju, miejsca postojowego na Szlaku Kadzidlanym Nabatejczyków – mówiących po aramejsku starożytnych Arabów, słynnych budowniczych Petry w Jordanii. Na dnie krateru zobaczymy też ścianę amonitów i nieco mroczne Czarne Wzgórza będące pozostałościami wulkanu, którego czarna lawa pokryła sąsiadujące wapienne skały.

Odludna, przepełniona wymyślnymi kształtami i kolorami przestrzeń krateru Ramon jest miejscem, w którym warto spędzić więcej niż jedno popołudnie. Niestrudzonym radzę „podjechać” kolejne 130 km nad brzeg Morza Martwego. O nocleg tam nietrudno, a poranna regeneracyjna kąpiel przygotuje na powrót na pustynię, by podziwiać kolejne widoki nie z tej ziemi.

Jeśli złapie was noc w kraterze Ramon, nie przejmujcie się, najgorsze, co może was spotkać, to możliwość obejrzenia subtelnej galaktycznej poświaty Drogi Mlecznej.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 2/2019

1\7
Rafa koralowa w Ejlacie
Rafa koralowa w Ejlacie
Be&W

Pomimo globalnego ocieplenia, rafa koralowa w Ejlacie ma się świetnie.

2\7
Morska piękność z rodziny wargaczowatych
Morska piękność z rodziny wargaczowatych
Getty Images

Ryby tego gatunku licznie zamieszkują rafę koralową Morza Czerwonego. Mają różnorodne ubarwienie, które zmienia się z wiekiem.

3\7
Czerwony Kanion
Czerwony Kanion
Be&W

Powstał w wyniku tak zwanych powodzi błyskawicznych, które wypłukiwały i rzeźbiły te skalne formacje od stuleci. Choć naprawdę trudno uwierzyć, że może tu padać deszcz.

4\7
Zachód słońca na Pustyni Negew w kraterze Ramon
Zachód słońca na Pustyni Negew w kraterze Ramon
Getty Images

W najniżej położonym punkcie znajduje się jedyne źródło wody – Saharonim. Piją z niego Koziorożce nubijskie.

5\7
Koziorożec nubijski
Koziorożec nubijski
Getty Images

Koziorożce nubijskie są gatunkiem narażonym na wyginięcie. Można je spotkać nie tylko na skałach, ale i w miasteczku Micpe Ramon. Rogi samców osiągają nawet metr długości.

6\7
Wjazd do Parku Timna
Wjazd do Parku Timna
Getty Images

Oprócz pozostałości po licznych kopalniach rudy miedzi, wydobywanej od V wieku p.n.e., na terenie parku znajduje się także replika Przybytku Mojżeszowego – przenośnej świątyni Izraelitów wędrujących z Egiptu do Ziemi Obiecanej.

7\7
Morze Martwe nazywane Morzem Lota
Morze Martwe nazywane Morzem Lota
Getty Images

Na jego dnie mają spoczywać ruiny biblijnej Sodomy i Gomory. Średnie zasolenie wynosi 26 procent (dla Bałtyku siedem). Bogate w minerały błoto wykorzystuje się w leczeniu stawów i chorób skóry.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maroko, podróże, Atlas, Sahara
Sime/Free

Karawaną przez Maroko

Ten kraj mieni się jak misternie ułożona mozaika. Wybierz się w podróż szlakiem przez góry, doliny, oazy i pustynię który od wieków przemierzają objuczone wielbłądy.
Kamila Morgisz 
11.05.2020

Moje podróże do Maroka zaczynają się zwykle w Marrakeszu, zwanym Czerwonym Miastem od koloru murów obronnych. Miasto, choć zgiełkliwe i coraz liczniej zadeptywane przez jednodniowych turystów, zachowało swój czar. Trzeba tylko szybko uciec od tłumów, od straganów z chińszczyzną i marnym jedzeniem i zagubić się w labiryncie uliczek medyny , w zaułkach suków, w mellah, czyli dzielnicy żydowskiej. Tam, na dziedzińcach dawnych kupieckich zajazdów i składów, rzemieślnicy wciąż mozolnie kują ażurowe lampy, a szewcy szyją żółte babusze i pantofle z jedwabiu dla panny młodej. Objuczone świeżo wyprawioną skórą osiołki cierpliwie drepczą wąskimi uliczkami, a popędliwi tragarze rozganiają przechodniów donośnym „Balak!”. Marrakesz z jednej strony otoczony palmowymi i oliwnymi gajami, a z drugiej strzeżony przez ośnieżone góry Atlas to wrota do krainy pustynnych oaz i dolin, którymi karawany ciągnęły aż z Timbuktu. To brama Wielkiego Południa.  Północ kraju i Góry Atlas Droga wiedzie przez coraz suchsze tereny, czerwona ziemia kontrastuje z bielą szczytów potężniejących przed nami z każdą chwilą. Zaczynamy wspinać się najpierw wśród wzgórz, a potem serpentynami ku przełęczy Tizi n’Tichka, pokonując po drodze ponad 800 ostrych zakrętów. Późną jesienią i zimą drogę często zasypuje śnieg, więc warto przed podróżą sprawdzić, czy jest czynna. Mijamy małe wioski z przydrożnymi zajazdami, które kuszą zapachem baranich szaszłyków i smakowitych tadżinów – słynnych marokańskich dań jednogarnkowych w glinianych naczyniach o spiczastych pokrywach. Jeszcze przed przełęczą zatrzymujemy się w górskim miasteczku Taddert, słynącym z biżuterii ozdabianej ametystami,...

Czytaj dalej
Karaiby, podróże
Małgorzata Sobońska-Szylińska

Marzysz o wakacjach w raju? Wybierz się z nami w rejs po Karaibach!

Podobno uczucie błogości to tutaj podstawowy stan ducha. Kto raz dopłynie do Wysp Szczęśliwych, nie chce stąd wracać...
Małgorzata Sobońska-Szylińska
12.05.2020

Wyprawę zorganizowała nam koleżanka – prawniczka z Waszyngtonu. Tylko ona zna nas wszystkie. Postanowiła zebrać nas w jednym miejscu, mając pewność, że się polubimy, a ona przy okazji nadrobi zaległości towarzyskie. Same silne osobowości. Kobiety, które zawsze mają coś do powiedzenia, więc nudy nie będzie. Spędzimy ze sobą siedem kolejnych dni i nocy. 24 godziny na dobę na niewielkiej przestrzeni. Zapowiada się niezłe wyzwanie w pięknych okolicznościach przyrody. Wiatr prowadzi nas w stronę małej wysepki Saint Lucia, będącej samodzielnym państwem zrzeszonym w brytyjskiej Wspólnocie Narodów. Pogoda jest wymarzona. Żagle co i raz napinają energiczne podmuchy. Podwójny dziób naszej łodzi to wznosi się, to opada. Mimo to próbujemy działać w kambuzie, obejmując ramionami naczynia, które przesuwają się rytmicznie we wszystkie strony. Gotowanie przy przechyłach tak nam się podoba, że każdego dnia robimy z niego rytuał. Nasze salwy śmiechu udzielają się kapitanowi, który specjalnie wywija kołem sterowym, żebyśmy nie miały za łatwo. W końcu docieramy do Saint Lucia. Witają nas charakterystyczne dla wyspy zielone spiczaste stożki gór, z których najwyższa sięga aż 950 metrów. Wpływamy do kameralnej zatoczki Marigot Bay oddzielonej od morza wąskim półwyspem porośniętym szpalerem palm kokosowych. Rzucamy kotwicę i zażywamy pierwszej morskiej kąpieli o zachodzie słońca. Woda jest cieplejsza od powietrza. Nocą ciężkie od gwiazd niebo nie daje oderwać od siebie wzroku. Gorące źródła Następnego ranka ruszamy na podbój lądu. Krajobraz jest nadzwyczajnie pofałdowany. Jedziemy niewielkim busem. Co chwilę zatrzymujemy się przy punktach widokowych. Z góry możemy obserwować bujny tropikalny las i poszarpaną linię brzegową. W pewnym momencie kierowca informuje nas, że...

Czytaj dalej
Meksyk miasto, Día de los Muertos, parada
Getty Images

Miasto Meksyk słynie ze Święta Zmarłych i... z Jamesa Bonda!

Maksykański Día de los Muertos – odpowiednik naszych Zaduszek – obchodzony jest wesoło, hucznie i kolorowo. Chociaż to nie Gwiazdka, świąteczny klimat zachwyca.
Kamila Morgisz 
09.04.2020

Na dworcach, w restauracjach, a nawet w supermarketach wyrastają ołtarzyki dla zmarłych. Najbardziej imponujące można oglądać na głównym placu miasta Zócalo, kolejne – przy deptaku Francisco Madero, a te najsłynniejsze na tutejszym uniwersytecie – UNAM-ie. Szkoły organizują też konkursy na najpiękniejsze ołtarzyki, każda klasa przygotowuje jeden. W piekarniach sprzedaje się pan de muerto, „chleb zmarłego”, czyli słodkie bułeczki drożdżowe. Cukiernie serwują zaś małe, kolorowe czaszki. – Tradycyjne robione były z cukru, teraz coraz częściej odchodzi się w stronę tych czekoladowych – wyjaśnia Sirani, moja meksykańska koleżanka. Sama kupuje kilka, tych z czekolady właśnie.  – Na czole wypisuje się imię członka rodziny, kolegi lub koleżanki, a potem taką czaszeczkę daje się w prezencie w dowód sympatii – opowiada. Miasto Meksyk – parada masek Już na tydzień przed właściwymi obchodami Święta Zmarłych w mieście Meksyk odbywa się z tej okazji parada. Jak na meksykańską historię jest to zwyczaj dość nowy, w tym roku parada odbędzie się dopiero po raz trzeci. Zaczęto ją organizować po kolejnym filmie o Jamesie Bondzie. Taka uroczystość pojawiła się bowiem w „Spectre” i pierwotnie nie miała nic wspólnego z meksykańskimi obchodami Día de los Muertos. – Musieliśmy stworzyć dodatkowe obchody z okazji Dnia Zmarłych, bo po Bondzie turyści zaczęli przyjeżdżać specjalnie na karnawał, jaki widzieli w filmie – powiedział meksykański sekretarz turystyki Enrique de la Madrid Cordero. Parada spodobała się nie tylko turystom, ale i samym Meksykanom. – Jasne, na początku brzmiało to śmiesznie. Ale myślę, że my, Meksykanie, przyjęliśmy tę tradycję jak swoją. To chyba dlatego, że uwielbiamy się bawić. No i uwielbiamy obchodzić Święto Zmarłych. A parada jest...

Czytaj dalej