Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo.

Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble?

Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu. 

Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu.

Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot?

Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne. Obserwowałem je i widziałem, że nawet u takich akwariowych rybek świat jest bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje.

Ten skomplikowany świat u zwierząt ciągle nas niezmiernie dziwi.

Często oceniamy zwierzęta z naszego ludzkiego punktu widzenia: małpy są dla nas głupie, krowa bezmyślna, świnie brudne. A przecież np. ta nieczystość świń wynika z ich upodlenia przez nas, ludzi. Dzik, który jest bliskim kuzynem świni, jest zwierzęciem bardzo czystym. Ma swoje latryny, nigdy nie brudzi swojego barłogu. Inna rzecz: gołębie, na które w miastach mówimy latające szczury. Gołąb to zgrabny, piękny ptak, bardzo inteligentny, z niepojętym dla nas zmysłem magnetycznym, dzięki któremu bezbłędnie orientuje się w przestrzeni. A dla nas liczy się tylko to, że brudzi ławki w parku. Ptaki nie kontrolują defekacji, może poza papugami, ale odchody ptasie nie są dla ludzi patogenne, nie musimy się ich brzydzić. Pracując w Ptasim Azylu, gdzie miałem intensywny kontakt z tysiącami ptaków, nigdy na nic nie zachorowałem, tak samo jak żaden inny z pracowników.

Poza tym, abstrahując od tego, czy szczury są brudne, czy nie, to porównanie ptaka do gryzonia jest dla tego pierwszego bardzo krzywdzące. Szczury są bardzo inteligentne, ale ptaki niewyobrażalnie bardziej. Mówimy: ptasi móżdżek, a przecież mózg ptaka, choć tycich rozmiarów, jest jak nowoczesny procesor. Mała główka, mały ptaszek, ale umysł wielki. 

W książce „Sekretne życie zwierząt” przekonuje pan, że zwierzęta są nie tylko bardzo inteligentne, ale i bardzo uczuciowe. 

Przez dziesiątki lat naukowcy atakowali innych naukowców za mówienie o zwierzętach językiem „nienaukowym”. Nie można było mówić np. o miłości u zwierząt. Ani o innych uczuciach. Tymczasem nowsze badania pokazują, że tu nie ma jakiejś bariery między nami, ludźmi, a zwierzętami. Kiedy Jane Goodall mówiła o uczuciach u szympansów, była za to mocno karcona przez poważnych profesorów od przyrody. Naukowcy zamiast słowa „miłość” woleli mówić np. „hormonalne uzależnienia”. A ja lubię jednak nazywać rzeczy po imieniu i jeśli widzę miłosne zachowania, to mówię: miłość. I nie ma nic w tym infantylnego: zauroczenie, miłość jak najbardziej zdarzają się w świecie zwierząt. 

Jakie zwierzęta najwyraźniej wyrażają uczucia? 

Łabędzie, gęsi, żurawie – tam występują dozgonne związki. Te ptaki mają ogromną potrzebę emocjonalnej relacji. Gdy zostaną same, będą bardzo nieszczęśliwe. Znamy np. przypadki, kiedy po stracie łabędzicy, po której zostały tylko pióra, bo dopadł ją lis, samiec przez wiele tygodni siedział przy tych piórach i nie chciał odejść. Co więcej, nawet jeśli nie ma sukcesu lęgowego, to pary gęsi i żurawi zostają ze sobą. U nich nie ma zdrad, wymiany partnerów, to prawdziwe „na dobre i na złe”. 

Inaczej będzie np. u pingwinów: u nich też mamy pary, często wieloletnie, czasem homoseksualne, ale jednak już nie ma takiej miłości aż po grób jak u łabędzi. Mieliśmy kiedyś w zoo taką pingwinicę starowinkę z jednym okiem, która co roku zmieniała partnera! U zwierząt wyraźnie widać, że jeśli chodzi o dobieranie się w pary, to samice podejmują decyzje. Samce mogą jedynie starać się o ich względy.

Pisze pan nie tylko o romantycznej miłości, ale też o tym, jak u niektórych zwierząt głęboka może być miłość macierzyńska. 

To jest wspaniała rzecz: obserwowanie, jak samice, czasem też samce, opiekują się swoimi młodymi. Nie ma gatunku, w którym nie byłoby widać czułości do potomstwa. Chociaż macierzyństwo nie zawsze wygląda tak jak u ludzi. Pewnego roku nasza tygrysica urodziła jedynaczkę, Zojkę, i w ogóle się nią nie opiekowała. Wyrodna matka? Absolutnie nie. Żeby zrozumieć, co tam zaszło, trzeba wiedzieć, że wychowanie potomstwa u tygrysów zajmuje mniej więcej dwa i pół roku. Jeśli tygrysica urodzi czwórkę tygrysiątek, to do dorosłości przeżyje najwyżej jeden. A jeżeli urodzi się tylko jedno – to możemy sami się domyślić, jak duże są szanse jego przeżycia. Więc jedno tygrysiątko to był za mały bodziec dla jej instynktu macierzyńskiego. Z punktu widzenia gatunku lepiej je opuścić – i nasza tygrysica to zrobiła po to, żeby szybko odzyskać płodność i następnym razem urodzić czwórkę. 

Czego pana nauczyły zwierzęta?

Obcowanie ze zwierzętami i opieka nad nimi nauczyły mnie łagodności. Moja suka, Łajka, lubi uciekać, ale wraca. I co wtedy: mam ją skarcić za to, że uciekła, czy pochwalić, że wróciła? Ja głaszczę i chwalę. Jeszcze więcej dała mi w życiu obserwacja dzikich zwierząt. W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz – no, chyba że w okresie tokowania. Są za to: radość, zachwyt, szczere uczucia. 

Ma pan swoje ulubione miejsce w warszawskim zoo?

Akwarium, ptaszarnia i hala wolnych lotów, tam spędzam najwięcej czasu. Ale chodzę po całym ogrodzie. Nie mam też – i to zupełnie intencjonalnie – wybranego zwierzęcia, jakiegoś ulubieńca. Zwierzęta powinny mieć zażyłe relacje ze swoimi opiekunami, a nie ze mną. Chociaż kilka z nich na pewno mnie rozpoznaje. Na pewno pelikany i żuraw, bo je wyhodowałem, jak jeszcze pracowałem w Azylu. Tak samo Szymi, nasz najstarszy szympans, wyłapuje mnie w tłumie. To jeszcze pozostałość z czasów, kiedy szympansy: Szymi, Miki, Czika i Jenny mieszkały w budynku akwarium, na końcu korytarza. Obie szympansice miały niezwykłą skłonność do brodatych mężczyzn, więc jak do nich podchodziłem, to przybiegały i dawały mi buziaki przez szybę. Miki tego nie rozumiał, złościł się, ale Szymi jakoś mnie zaakceptował. I do dzisiaj, jak podchodzę do szyby w jego wybiegu, to on też podchodzi i przyciska do niej palec. A ja przyciskam z drugiej strony i tak się witamy. 

Po co nam dziś są ogrody zoologiczne?

Rozumiem, czemu pani o to pyta, bo kiedyś rzeczywiście ogrody zoologiczne to były po prostu bestiaria, gdzie trzymano zwierzęta dla czystej rozrywki zwiedzających. Ale dzisiaj zoo to zupełnie inna sprawa: rekreacja to w gruncie rzeczy najmniej ważny aspekt naszej działalności. Pierwszy i najważniejszy cel to hodowla zagrożonych gatunków. To się dzieje na wielką skalę i jest ściśle skoordynowane międzynarodowo. Codziennie rano mam w skrzynce przynajmniej 40 maili dotyczących transferu zwierząt, łączenia par, badań genetycznych. Zwierzęta, które u nas mieszkają, w większości nie są naszą własnością, tylko właśnie międzynarodowych programów hodowlanych. My tylko zapewniamy im opiekę. 

Drugi filar działalności każdego zoo to edukacja. Co roku prowadzimy ponad pół tysiąca lekcji. Dzieci uczą się o zachowaniach zwierząt, najpierw jest teoria, potem wycieczka w teren. Dowiadują się np., że słoń słucha nogami, a uszy służą mu do wachlowania się. Albo że żyrafa porusza się inochodem, czyli raz dwie nogi lewe, raz dwie prawe. Może poruszać się do przodu, do tyłu, w bok, ale nie podskoczy, bo nie umie. Uczą się – nie tylko zresztą dzieci, bo dorośli też przecież czytają plansze, które co roku ustawiamy w naszym zoo – o ekologii, o konieczności wykluczenia plastiku, teraz prowadzimy kampanię o zrównoważonym rybołówstwie. 

Trzeci filar to…

...badania naukowe. Mamy mnóstwo magistrantów, doktorantów, którzy przeprowadzają u nas eksperymenty, niemożliwe do przeprowadzenia w naturze. Warszawskie zoo bierze np. udział w badaniach na temat altruizmu u szympansów. W naturalnych warunkach nie bylibyśmy w stanie nawet o czymś takim pomarzyć. Nasze szympansy uczą się, że jak przycisną jeden przycisk, to dostaną jednego banana, a jak inny – to kolega szympans dostanie tych bananów aż pięć. I badamy, czemu czasem przyciskają jeden przycisk, a czasem drugi. 

Dopiero czwartym filarem jest rekreacja, czyli to, co widzi Kowalski. A dzisiejszy Kowalski ma wobec nas duże oczekiwania: trawa ma być zielona, zwierzęta mają się uśmiechać. Jeśli na wybiegu Kowalski zobaczy stare zwierzę, to od razu jest negatywny komentarz na Facebooku albo skarga. A przecież w zoo mieszka dużo starych zwierząt, mamy sędziwe lwy, starutką tygrysicę. Tu jest ich dom, tu mają spokojnie doczekać końca. 

I oczywiście rozumiem, że zoo kojarzy się z watą cukrową i balonikami, bo tak było kiedyś, ale akurat w warszawskim zoo z balonikami nie wpuszczamy – regularnie uciekały dzieciom, wisiały w hali wolnych lotów pod sufitem i ptaki panikowały. Tak samo też już od lat nie sprzedajmy waty. Bo jest niezdrowa. Mamy za to podgrzewacze do mleka, zdrowe przekąski, więc tej rekreacji się nie wstydzimy, jest na poziomie. 

Od ponad 20 lat przy warszawskim zoo działa Ptasi Azyl. 

I to już jest nasz dodatkowy cel istnienia: rehabilitacja zwierząt. Zawsze wiedziałem, że chcę to robić, choć kiedy w technikum mówiłem kolegom, że chcę zostać lekarzem dzikich ptaków, to kręcili palcem kółka na czole. Warszawski Ptasi Azyl to spełnienie mojego życiowego marzenia. Powstał w 1998 roku, założyłem go z Jerzym Desselbergerem i Krystyną Rogaczewską. Był jednym z pierwszych w Polsce, a w ubiegłym roku przyjął prawie siedem tysięcy ptaków. A wie pani, ile dzisiaj już jest w Polsce takich azyli?

Strzelam: może dziesięć?

Siedemdziesiąt. Jestem bardzo dumny, że moi studenci idą w kraj, zakładają swoje ośrodki, Polska jest pod tym względem wyjątkowa na tle całej Europy. 

Co robicie z ptakami, które zostaną wyleczone w Ptasim Azylu?

Wypuszczamy, choć to nieraz jest proces długotrwały i skomplikowany, szczególnie jeśli chodzi o ptaki drapieżne, choćby pustułki, których rocznie mamy ok. 40. Zanim je wypuścimy, to najpierw przekazujemy je do zaprzyjaźnionych nadleśnictw, gdzie uczą się polować. W pierwszej kolejności dostają od nas zabite myszy, muszą tylko same je rozpracować, potem rozsypujemy zboże w specjalnych wolierach, żeby zwabić gryzonie, jeszcze później zdejmujemy siatkę i trenujemy swobodne latanie. 

Drapieżników mamy więcej, w tej chwili w Azylu mieszkają np. dwa bieliki. Jeden z nich, gdy do nas trafił, był przemoknięty, wychudzony, prawdopodobnie nigdy jeszcze nie polował. Z jego wypuszczeniem może być trochę więcej zachodu, ale też powinno się to udać. 

Z drobniejszymi ptakami też?

Wrony, kawki i sroki wywozimy jak najdalej od Warszawy, bo tutaj by sobie już nie poradziły. Warszawa ma dużo skomplikowanych bodźców, których pisklęta uczą się od rodziców. W Azylu nie miały szansy się tego wszystkiego nauczyć. Wywozimy je, wypuszczamy nad Wisłą, mają dzięki temu dostęp do wody, są owady, zresztą rzeka zawsze wyrzuci coś jadalnego. 

Najprościej jest ze szpakami, które wypuszczamy tutaj na miejscu, w zoo. Zawsze czekamy, aż zaczną dojrzewać morwy. To superwidok, gdy nagle 50 szpaków – fruu! Kręcą się na początku, potem odlatują coraz dalej, zapędzają się za konikami polnymi – i wracają na wolność. Towarzyszyć im w tym to dla mnie wielka przyjemność.

Andrzej Kruszewicz j est ornitologiem i założycielem Ptasiego Azylu w Warszawie. Od 11 lat pracuje jako dyrektor warszawskiego zoo. Poza tym jest autorem kilkunastu książek popularnonaukowych, m.in. wydanego niedawno „Sekretnego życia zwierząt” (Rebis). Z wykształcenia jest doktorem nauk weterynaryjnych. Na zdjęciu z tygrysiątkiem Zojką. 

Andrzej Kruszewicz, Sekretne życie zwierząt
mat. prasowe

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Kruszewicz
archiwum prywatne

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo o sekretnym życiu zwierząt

Chociaż Andrzej Kruszewicz jest dyrektorem warszawskiego zoo już od ponad 10 lat, nadal nie nudzi go obserwowanie mieszkających tutaj zwierząt. Z tych obserwacji powstała książka „Sekretne życie zwierząt” – piękny przewodnik po świecie zwierzęcych uczuć i podręcznik dla tych, którzy chcą nie tylko oglądać małpy, słonie i pingwiny, ale też naprawdę je poznać.
Marta Strzelecka
07.06.2020

Miłość jest sprytniejszym sposobem działania od agresji, choćby dlatego, że nie przysparza wrogów. Proste prawda? Jesteśmy ssakami, jednak nie potrafimy przyjąć tej zasady za coś pewnego, tak jak goryle„ – mówi Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Właśnie ukazała się jego książka „Sekretne życie zwierząt”. Marta Strzelecka: To prawda, że zwierzęta w zoo przyglądają się panu ostatnio bardzo uważnie?  Andrzej G. Kruszewicz: Kiedy nie było zwiedzających, były mną zainteresowane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może zobaczyły mnie zupełnie na nowo? Ja też miałem więcej czasu, żeby im się przyjrzeć. Więcej też byłó słychać, śpiew ptaków głośniej brzmi.  I co pan dostrzegł?  Małpy na przykład nudzą się bez ludzi, nie mają się z kogo śmiać. Zwykle kręcą się przy ogrodzeniu, przedrzeźniają zwiedzających. A teraz nie widują nikogo poza opiekunami, pracownikami zoo. Dlatego, żeby umilić im życie, chowamy na ich wybiegach różnego rodzaju frykasy, a one szukają. Dostają też od nas plastikowe butelki z kompotem, które zamiast wyrzucać po wypiciu napoju, przynoszą do opiekunów, żeby dostać za to daktyle. Ale wydry na przykład, które bardzo lubią publiczność, nie zmieniły się. Dla nich na pierwszym miejscu zawsze była zabawa i wciąż tak jest. Oglądamy szczęśliwe grupy bawiących się samotnych matek z małymi, bo panowie wydry raczej nie interesują się ani potomstwem, ani ukochanymi. U gibonów zawsze jest ruch, niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje. A ja uwielbiam na nie patrzeć, nie przestaje mnie zadziwiać, jakie są sprawne, jakie potrafią robić wygibasy. Wszystkie zwierzęta w zoo korzystają teraz ze swoich przestrzeni w większym stopniu niż kiedyś. Mieliśmy niedawno kilka porodów, gepardzica urodziła na...

Czytaj dalej
Stanisław Łubieński
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok). W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze . Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.” Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką? Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z...

Czytaj dalej
Olga Tokarczuk
East News

„Nie strzelajcie do nich” — apeluje noblistka Olga Tokarczuk

15 sierpnia rozpoczął się sezon polowań na ptaki. „Przestańcie to robić. To okrutne i niebezpieczne”  — mówi noblistka Olga Tokarczuk, która od lat wspiera inicjatywę ornitologów i ekologów Niech Żyją!
Sylwia Arlak
19.08.2020

Koalicja Niech Żyją! złożyła niedawno do ministra środowiska Michała Wosia wniosek o wprowadzenie moratorium. Ornitologowie i ekolodzy walczą o zawieszenie na 5 lat polowań na ptaki.  Ich działania wspiera noblistka Olga Tokarczuk. „Nazywam się Olga Tokarczuk i od lat wspieram inicjatywę Niech Żyją! I także teraz chciałabym wesprzeć moratorium na zabijanie dzikich ptaków na pięć lat. Zabijanie ptaków jest okrutne i niepotrzebne” —  mówi w opublikowanym filmie. 15 sierpnia rozpoczął się sezon polowań na ptaki. W Polsce można polować na 13 gatunków: łyski, jarząbki, bażanty, kuropatwy, gęsi gęgawe, gęsi zbożowe, gęsi białoczelne, krzyżówki, cyraneczki, głowienki, czernice, gołębie grzywacze i słonki. Jak podają członkowie Niech Żyją!, na podstawie danych z GUS i PZŁ, w sezonie 2019/2019 myśliwi odstrzelili aż 216 tys. ptaków. „Nie godzimy się na strzelanie do ptaków. To chora tradycja. Niektórzy nazywają ją nawet sportem. Jednak żaden sport nie zakłada śmierci tych, którzy biorą w nim udział” — czytamy na stronie Niech Żyją! Koalicja ostrzega, że przez polowania na ptaki do środowiska trafia trujący ołów. Powołując się na źródła naukowe, piszą, że co roku w Polsce wystrzeliwuje się od ok. 300 ton do ok. 600 ton ołowiu. To — jak podkreślają — więcej niż emituje ołów do atmosfery cały polski przemysł i transport. „Tymczasem polowania na ptaki dopuszczają metody okrutne, wiążące się z wielkim cierpieniem zwierząt, często konających przez wiele godzin, dni, a w przypadku zatrucia ołowianym śrutem nawet tygodni i miesięcy. Niektóre zachowania wobec ptaków łownych wydają się graniczyć z sadyzmem”  — apeluje koalicja. Zabijane są także gatunki chronione...

Czytaj dalej
franzen
Talia Herman

Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”

„Jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do przyrody, a nie obawą przed końcem świata” – mówi Jonathan Franzen, jeden z największych współczesnych pisarzy.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Jest zaangażowany, pełen pasji, niewspółczesny. „Bohaterowie jego książek nie rozwiązują zagadek kryminalnych, nie posiadają supermocy, ale pokazują nam, jacy jesteśmy” – pisał tygodnik „Time” w numerze, na którego okładce pojawił się Jonathan Franzen . Już wtedy, w 2010 roku, poza tym, że nazywano go największym pisarzem Ameryki, uznawany był za nieokrzesanego, kontrowersyjnego, zaskakującego. Może dlatego, że nigdy nie próbował spodobać się jak największej liczbie odbiorców. Do dziś nie dba o to. Krytykuje media społecznościowe, chociaż to od nich zależy sprzedaż książek. Występuje przeciw organizacjom zajmującym się ochroną przyrody, których działania uznaje za pozornie dobre. I pisze o tym w powieściach – przenikliwych, inteligentnych, dowcipnych – ale też w esejach. Ich ostatni zbiór, „Koniec końca świata”, wydany został w Polsce w 2019 roku. Uchodzi za outsidera, w rozmowie z „Urodą Życia" mówi:  „doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa". Franzen mieszka w Kalifornii z wieloletnią partnerką Kathryn Chetkovich, również pisarką. Nie mają dzieci. Za domem w Santa Cruz nie założyli ogrodu z wypielęgnowanym trawnikiem; w tym miejscu pozwolili rosnąć dzikim trawom i krzewom. Tam od czasu do czasu powstają nowe gniazda. Marta Strzelecka: Dlaczego obserwuje pan ptaki? Jonathan Franzen: Bo mnie fascynują, od lat się to nie zmienia. Budzą we mnie czułość, empatię, powodują, że staję się spokojniejszy, bardziej wyrozumiały, pokorny. Zanim zacząłem obserwować ptaki, spacerowałem po lesie wkurzony. Teraz chodzę, rozglądam się i zauważam istoty, które są podobne do mnie. Zakładają rodziny, budują domy, organizują sobie wakacje w ciepłych...

Czytaj dalej