Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo.

Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble?

Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu. 

Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu.

Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot?

Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne. Obserwowałem je i widziałem, że nawet u takich akwariowych rybek świat jest bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje.

Ten skomplikowany świat u zwierząt ciągle nas niezmiernie dziwi.

Często oceniamy zwierzęta z naszego ludzkiego punktu widzenia: małpy są dla nas głupie, krowa bezmyślna, świnie brudne. A przecież np. ta nieczystość świń wynika z ich upodlenia przez nas, ludzi. Dzik, który jest bliskim kuzynem świni, jest zwierzęciem bardzo czystym. Ma swoje latryny, nigdy nie brudzi swojego barłogu. Inna rzecz: gołębie, na które w miastach mówimy latające szczury. Gołąb to zgrabny, piękny ptak, bardzo inteligentny, z niepojętym dla nas zmysłem magnetycznym, dzięki któremu bezbłędnie orientuje się w przestrzeni. A dla nas liczy się tylko to, że brudzi ławki w parku. Ptaki nie kontrolują defekacji, może poza papugami, ale odchody ptasie nie są dla ludzi patogenne, nie musimy się ich brzydzić. Pracując w Ptasim Azylu, gdzie miałem intensywny kontakt z tysiącami ptaków, nigdy na nic nie zachorowałem, tak samo jak żaden inny z pracowników.

Poza tym, abstrahując od tego, czy szczury są brudne, czy nie, to porównanie ptaka do gryzonia jest dla tego pierwszego bardzo krzywdzące. Szczury są bardzo inteligentne, ale ptaki niewyobrażalnie bardziej. Mówimy: ptasi móżdżek, a przecież mózg ptaka, choć tycich rozmiarów, jest jak nowoczesny procesor. Mała główka, mały ptaszek, ale umysł wielki. 

W książce „Sekretne życie zwierząt” przekonuje pan, że zwierzęta są nie tylko bardzo inteligentne, ale i bardzo uczuciowe. 

Przez dziesiątki lat naukowcy atakowali innych naukowców za mówienie o zwierzętach językiem „nienaukowym”. Nie można było mówić np. o miłości u zwierząt. Ani o innych uczuciach. Tymczasem nowsze badania pokazują, że tu nie ma jakiejś bariery między nami, ludźmi, a zwierzętami. Kiedy Jane Goodall mówiła o uczuciach u szympansów, była za to mocno karcona przez poważnych profesorów od przyrody. Naukowcy zamiast słowa „miłość” woleli mówić np. „hormonalne uzależnienia”. A ja lubię jednak nazywać rzeczy po imieniu i jeśli widzę miłosne zachowania, to mówię: miłość. I nie ma nic w tym infantylnego: zauroczenie, miłość jak najbardziej zdarzają się w świecie zwierząt. 

Jakie zwierzęta najwyraźniej wyrażają uczucia? 

Łabędzie, gęsi, żurawie – tam występują dozgonne związki. Te ptaki mają ogromną potrzebę emocjonalnej relacji. Gdy zostaną same, będą bardzo nieszczęśliwe. Znamy np. przypadki, kiedy po stracie łabędzicy, po której zostały tylko pióra, bo dopadł ją lis, samiec przez wiele tygodni siedział przy tych piórach i nie chciał odejść. Co więcej, nawet jeśli nie ma sukcesu lęgowego, to pary gęsi i żurawi zostają ze sobą. U nich nie ma zdrad, wymiany partnerów, to prawdziwe „na dobre i na złe”. 

Inaczej będzie np. u pingwinów: u nich też mamy pary, często wieloletnie, czasem homoseksualne, ale jednak już nie ma takiej miłości aż po grób jak u łabędzi. Mieliśmy kiedyś w zoo taką pingwinicę starowinkę z jednym okiem, która co roku zmieniała partnera! U zwierząt wyraźnie widać, że jeśli chodzi o dobieranie się w pary, to samice podejmują decyzje. Samce mogą jedynie starać się o ich względy.

Pisze pan nie tylko o romantycznej miłości, ale też o tym, jak u niektórych zwierząt głęboka może być miłość macierzyńska. 

To jest wspaniała rzecz: obserwowanie, jak samice, czasem też samce, opiekują się swoimi młodymi. Nie ma gatunku, w którym nie byłoby widać czułości do potomstwa. Chociaż macierzyństwo nie zawsze wygląda tak jak u ludzi. Pewnego roku nasza tygrysica urodziła jedynaczkę, Zojkę, i w ogóle się nią nie opiekowała. Wyrodna matka? Absolutnie nie. Żeby zrozumieć, co tam zaszło, trzeba wiedzieć, że wychowanie potomstwa u tygrysów zajmuje mniej więcej dwa i pół roku. Jeśli tygrysica urodzi czwórkę tygrysiątek, to do dorosłości przeżyje najwyżej jeden. A jeżeli urodzi się tylko jedno – to możemy sami się domyślić, jak duże są szanse jego przeżycia. Więc jedno tygrysiątko to był za mały bodziec dla jej instynktu macierzyńskiego. Z punktu widzenia gatunku lepiej je opuścić – i nasza tygrysica to zrobiła po to, żeby szybko odzyskać płodność i następnym razem urodzić czwórkę. 

Czego pana nauczyły zwierzęta?

Obcowanie ze zwierzętami i opieka nad nimi nauczyły mnie łagodności. Moja suka, Łajka, lubi uciekać, ale wraca. I co wtedy: mam ją skarcić za to, że uciekła, czy pochwalić, że wróciła? Ja głaszczę i chwalę. Jeszcze więcej dała mi w życiu obserwacja dzikich zwierząt. W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz – no, chyba że w okresie tokowania. Są za to: radość, zachwyt, szczere uczucia. 

Ma pan swoje ulubione miejsce w warszawskim zoo?

Akwarium, ptaszarnia i hala wolnych lotów, tam spędzam najwięcej czasu. Ale chodzę po całym ogrodzie. Nie mam też – i to zupełnie intencjonalnie – wybranego zwierzęcia, jakiegoś ulubieńca. Zwierzęta powinny mieć zażyłe relacje ze swoimi opiekunami, a nie ze mną. Chociaż kilka z nich na pewno mnie rozpoznaje. Na pewno pelikany i żuraw, bo je wyhodowałem, jak jeszcze pracowałem w Azylu. Tak samo Szymi, nasz najstarszy szympans, wyłapuje mnie w tłumie. To jeszcze pozostałość z czasów, kiedy szympansy: Szymi, Miki, Czika i Jenny mieszkały w budynku akwarium, na końcu korytarza. Obie szympansice miały niezwykłą skłonność do brodatych mężczyzn, więc jak do nich podchodziłem, to przybiegały i dawały mi buziaki przez szybę. Miki tego nie rozumiał, złościł się, ale Szymi jakoś mnie zaakceptował. I do dzisiaj, jak podchodzę do szyby w jego wybiegu, to on też podchodzi i przyciska do niej palec. A ja przyciskam z drugiej strony i tak się witamy. 

Po co nam dziś są ogrody zoologiczne?

Rozumiem, czemu pani o to pyta, bo kiedyś rzeczywiście ogrody zoologiczne to były po prostu bestiaria, gdzie trzymano zwierzęta dla czystej rozrywki zwiedzających. Ale dzisiaj zoo to zupełnie inna sprawa: rekreacja to w gruncie rzeczy najmniej ważny aspekt naszej działalności. Pierwszy i najważniejszy cel to hodowla zagrożonych gatunków. To się dzieje na wielką skalę i jest ściśle skoordynowane międzynarodowo. Codziennie rano mam w skrzynce przynajmniej 40 maili dotyczących transferu zwierząt, łączenia par, badań genetycznych. Zwierzęta, które u nas mieszkają, w większości nie są naszą własnością, tylko właśnie międzynarodowych programów hodowlanych. My tylko zapewniamy im opiekę. 

Drugi filar działalności każdego zoo to edukacja. Co roku prowadzimy ponad pół tysiąca lekcji. Dzieci uczą się o zachowaniach zwierząt, najpierw jest teoria, potem wycieczka w teren. Dowiadują się np., że słoń słucha nogami, a uszy służą mu do wachlowania się. Albo że żyrafa porusza się inochodem, czyli raz dwie nogi lewe, raz dwie prawe. Może poruszać się do przodu, do tyłu, w bok, ale nie podskoczy, bo nie umie. Uczą się – nie tylko zresztą dzieci, bo dorośli też przecież czytają plansze, które co roku ustawiamy w naszym zoo – o ekologii, o konieczności wykluczenia plastiku, teraz prowadzimy kampanię o zrównoważonym rybołówstwie. 

Trzeci filar to…

...badania naukowe. Mamy mnóstwo magistrantów, doktorantów, którzy przeprowadzają u nas eksperymenty, niemożliwe do przeprowadzenia w naturze. Warszawskie zoo bierze np. udział w badaniach na temat altruizmu u szympansów. W naturalnych warunkach nie bylibyśmy w stanie nawet o czymś takim pomarzyć. Nasze szympansy uczą się, że jak przycisną jeden przycisk, to dostaną jednego banana, a jak inny – to kolega szympans dostanie tych bananów aż pięć. I badamy, czemu czasem przyciskają jeden przycisk, a czasem drugi. 

Dopiero czwartym filarem jest rekreacja, czyli to, co widzi Kowalski. A dzisiejszy Kowalski ma wobec nas duże oczekiwania: trawa ma być zielona, zwierzęta mają się uśmiechać. Jeśli na wybiegu Kowalski zobaczy stare zwierzę, to od razu jest negatywny komentarz na Facebooku albo skarga. A przecież w zoo mieszka dużo starych zwierząt, mamy sędziwe lwy, starutką tygrysicę. Tu jest ich dom, tu mają spokojnie doczekać końca. 

I oczywiście rozumiem, że zoo kojarzy się z watą cukrową i balonikami, bo tak było kiedyś, ale akurat w warszawskim zoo z balonikami nie wpuszczamy – regularnie uciekały dzieciom, wisiały w hali wolnych lotów pod sufitem i ptaki panikowały. Tak samo też już od lat nie sprzedajmy waty. Bo jest niezdrowa. Mamy za to podgrzewacze do mleka, zdrowe przekąski, więc tej rekreacji się nie wstydzimy, jest na poziomie. 

Od ponad 20 lat przy warszawskim zoo działa Ptasi Azyl. 

I to już jest nasz dodatkowy cel istnienia: rehabilitacja zwierząt. Zawsze wiedziałem, że chcę to robić, choć kiedy w technikum mówiłem kolegom, że chcę zostać lekarzem dzikich ptaków, to kręcili palcem kółka na czole. Warszawski Ptasi Azyl to spełnienie mojego życiowego marzenia. Powstał w 1998 roku, założyłem go z Jerzym Desselbergerem i Krystyną Rogaczewską. Był jednym z pierwszych w Polsce, a w ubiegłym roku przyjął prawie siedem tysięcy ptaków. A wie pani, ile dzisiaj już jest w Polsce takich azyli?

Strzelam: może dziesięć?

Siedemdziesiąt. Jestem bardzo dumny, że moi studenci idą w kraj, zakładają swoje ośrodki, Polska jest pod tym względem wyjątkowa na tle całej Europy. 

Co robicie z ptakami, które zostaną wyleczone w Ptasim Azylu?

Wypuszczamy, choć to nieraz jest proces długotrwały i skomplikowany, szczególnie jeśli chodzi o ptaki drapieżne, choćby pustułki, których rocznie mamy ok. 40. Zanim je wypuścimy, to najpierw przekazujemy je do zaprzyjaźnionych nadleśnictw, gdzie uczą się polować. W pierwszej kolejności dostają od nas zabite myszy, muszą tylko same je rozpracować, potem rozsypujemy zboże w specjalnych wolierach, żeby zwabić gryzonie, jeszcze później zdejmujemy siatkę i trenujemy swobodne latanie. 

Drapieżników mamy więcej, w tej chwili w Azylu mieszkają np. dwa bieliki. Jeden z nich, gdy do nas trafił, był przemoknięty, wychudzony, prawdopodobnie nigdy jeszcze nie polował. Z jego wypuszczeniem może być trochę więcej zachodu, ale też powinno się to udać. 

Z drobniejszymi ptakami też?

Wrony, kawki i sroki wywozimy jak najdalej od Warszawy, bo tutaj by sobie już nie poradziły. Warszawa ma dużo skomplikowanych bodźców, których pisklęta uczą się od rodziców. W Azylu nie miały szansy się tego wszystkiego nauczyć. Wywozimy je, wypuszczamy nad Wisłą, mają dzięki temu dostęp do wody, są owady, zresztą rzeka zawsze wyrzuci coś jadalnego. 

Najprościej jest ze szpakami, które wypuszczamy tutaj na miejscu, w zoo. Zawsze czekamy, aż zaczną dojrzewać morwy. To superwidok, gdy nagle 50 szpaków – fruu! Kręcą się na początku, potem odlatują coraz dalej, zapędzają się za konikami polnymi – i wracają na wolność. Towarzyszyć im w tym to dla mnie wielka przyjemność.

Andrzej Kruszewicz j est ornitologiem i założycielem Ptasiego Azylu w Warszawie. Od 11 lat pracuje jako dyrektor warszawskiego zoo. Poza tym jest autorem kilkunastu książek popularnonaukowych, m.in. wydanego niedawno „Sekretnego życia zwierząt” (Rebis). Z wykształcenia jest doktorem nauk weterynaryjnych. Na zdjęciu z tygrysiątkiem Zojką. 

Andrzej Kruszewicz, Sekretne życie zwierząt
mat. prasowe

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Psów jest za dużo, mamy dziś modę na psy. I fundujemy im piekło” – mówi Sylwia Najsztub, behawiorystka

„Jest moda na psy. Ale nie patrzymy na ich prawdziwe potrzeby tylko na to, co ktoś pisze na Facebooku, jakie ktoś wstawia zdjęcia, co mówią ludzie na spacerach i to, co ktoś napisze w pierwszej lepszej gazecie” – mówi behawiorystka Sylwia Najsztub, założycielka Fundacji „Duch Leona”.
Sylwia Arlak
27.08.2020

Nie każdy musi mieć psa i nie każdy powinien go mieć — przestrzega w rozmowie z nami Sylwia Najsztub, trenerka, behawiorystka i prezeska Fundacji „Duch Leona”. Wie, co mówi. Od 20 lat zajmuje się pracą z psami, często agresywnymi. Pod opieką ma w tej chwili 40 psów. Sylwia Arlak: Panuje moda na psy? Sylwia Najsztub: Zdecydowanie. Kiedyś ludzie mieli psy, bo je lubili, albo chcieli, żeby odstraszały złodziei. W dzisiejszych czasach żaden pies nie ma szans z wytrawnymi złodziejami. Co najwyżej z pijaczkami. Psów jest dzisiaj o wiele za dużo. Są wszędzie. Właściwie otwierasz lodówkę, a tam pies. I przez to ich życie często jest piekłem. Jest moda, ale i tak nie zawsze wiemy, jak się z nimi obchodzić… Właśnie dlatego, że jest moda. Wszyscy chcemy robić tak jak inni. Nie myślimy samodzielnie, tylko zaczynamy robić to, co mówią inni – znawcy, którzy mieli w życiu jednego albo dwa psy. Niestety jest również problem ze szkoleniowcami, którzy często nie mają żadnej praktyki, ale skończą kurs, pojadą na seminarium i wydaje im się, że już wszystko wiedzą. Nie patrzymy na prawdziwe potrzeby psa, tylko na to, co ktoś pisze na Facebooku, jakie ktoś wstawia zdjęcia, co mówią ludzie na spacerach i to, co ktoś napisze w pierwszej lepszej gazecie. Czytaj też :  Chcesz być szczęśliwsza? Spokojniejsza? Wprowadź do swojego życia więcej zieleni Brakuje nam wiedzy? Przede wszystkim musimy włączyć myślenie. Oczywiście wiedza też jest ważna, ale zdrowy rozsądek jest podstawą. Niestety moda nie wiąże się z tym, że lubimy psa i chcemy z nim być, tylko chcemy go mieć. Chcemy go mieć, bo sąsiad ma, kolega z pracy, rodzina, itd. Ogólnie pasuje do naszego anturażu. A tak naprawdę nie lubimy z nim spędzać czasu, nie chce nam się nim zajmować, wychodzić na...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej